Featured

O włoskim winie i braku tolerancji

by 11 listopada

Nieodłącznym składnikiem włoskiego dolce vita oprócz makaronu i pizzy jest wino. Włosi piją je obowiązkowo do obiadu, często sami produkują i nie wyobrażają sobie istnienia bez kieliszka czerwonego (czy białego) wina. Jest ono wyborne, o czym wiedzą wszyscy, więc jeśli ktoś odmówi wypicia, jest odbierany (delikatnie mówiąc) jako dziwak. Tak jest właśnie ze mną i z moim mężem i przez to właśnie nie umiemy dojść do porozumienia z włoską częścią naszej rodziny. Nie pijemy wina i dla nich to jest mocno podejrzane, ponieważ jak zdrowy na umyśle człowiek może się obyć bez tego drogocennego trunku? Kiedy byliśmy na Sardynii, co chwila ktoś nam proponował wypicie i gdy odmawialiśmy, musieliśmy się srogo z tego tłumaczyć. Tak srogo, że zaczęło mnie to wkurzać. Nie piję bowiem nie tylko wina, w ogóle nie piję alkoholu. Od ponad ośmiu lat nie miałam w ustach ani kropli i jest to moja indywidualna decyzja, którą ogół mógłby uszanować. Nie piję bowiem ze względów ideologicznych i nie zanosi się na to, abym miała zmienić zdanie.

Gdy jeszcze mieszkałam w kraju, również nie byłam wielką amatorką picia, od czasu do czasu zdarzyło mi się wyjść na piwo z koleżankami, ale nigdy nie wypiłam więcej niż dwa kufle piwa, po których zresztą kręciło mi się w głowie. Trochę bardziej szalałam, gdy byłam małolatą, lecz to tak zamierzchłe czasy, że nie ma co o nich wspominać. W młodości robi się dużo głupich rzeczy i popełnia się wiele błędów, ale wtedy jeszcze wiek nas usprawiedliwia. W każdym razie gdy już ostatecznie się wyszalałam, doszłam do wniosku, że picie nie jest dla mnie. Kiedy przeprowadziłam się do Włoch i zaszłam w ciążę, obiecałam sobie, że więcej nie tknę alkoholu. Dla mnie samej i dla dobra moich dzieci postanowiłam zostać abstynentką. Nie mam z tym żadnych problemów, bo nigdy nie miałam specjalnego pociągu do picia. Tak się składa, że mąż podziela moje poglądy i również nie pije, choć abstynentem do końca nie jest, ponieważ gdy jesteśmy w Polsce, to zdarza mu się wypić piwo i bynajmniej nie robię mu z tego powodu wyrzutów. Wina nie pije, jako że za nim nie przepada i niechęć ta jest solą w oku jego ojca i innych krewnych, którzy nie rozumieją, jak to można być Włochem i nie mieć szacunku dla własnych korzeni.

Odmawianie lampki wina, czy to w rodzinie, czy to u znajomych, za każdym razem kwituje się tak samo, czyli pytaniem "ale jak to"? Z tego powodu męża i mnie uznaje się za cudaków, nie potrafiących dobrze się w życiu bawić. To, że nie pijemy, na bank oznacza, że jesteśmy nudni jak flaki z olejem i zwyczajni z nas sztywniacy. Nie jesteśmy nawiedzieni, bo ani nam w głowie "nawracać" ludzi i jeśli ktoś do nas zawita, a pije wino, to znajdzie je na stole. Nikogo też nie przekonujemy, aby nie pił i nikogo nie oceniamy przez pryzmat kieliszka, ponieważ jest nam zupełnie obojętne, co kto lubi. Tymczasem z nami jest coś nie tak i nie podoba mi się to podejście, tak samo jak nie akceptuję zwrotu, że lampka wina to nic takiego i dla grzeczności mogłabym ją wypić. Dlaczego w takim razie nikt nie jest grzeczny dla mnie i nie rozumie tego, że jestem abstynentką? Nie piję i odmówiłabym nawet królowej Elżbiecie, gdybym jakimś cudem zaprosiłaby mnie na kolację. We Włoszech ta moja niechęć do picia jest odbierana jako świętokradztwo, chociaż to moja prywatna sprawa. Zawsze zastanawia mnie, czemu nikt nie spyta osoby palącej, dlaczego się truje, albo uzależnionej od alkoholu, czemu się nie leczy. Na mnie natomiast, choć nic złego nie robię, patrzy się czasem jak na idiotkę. A przecież rozwiązaniem na wszystko jest tolerancja. Nie obchodzi mnie, czy jesz mięso, palisz jak smok, pijesz wino na śniadanie, czy jesteś uzależniony od słodyczy. Szanujmy nie swoje wybory


Być jak Chiara Ferragni, pisać jak Giulia De Lellis

by 24 października

Kto z nas nie chciałby odnieść sukcesu na miarę Chiary Ferragni? Tego nazwiska nie trzeba nikomu przedstawiać, a zwłaszcza użytkownikom Instagramu, dla których słynna blogerka jest wyrocznią. Myślę jednak, że słowo "blogerka" nie pasuje już do Chiary, zaś bardziej odpowiednim będzie "bizneswoman", ponieważ influencerka rodem z Italii dzięki sile social media stała się współczesną ikoną i to nie tylko dla nastolatek. Ferragni jako jedna z pierwszych pojęła, co można osiągnąć dzięki internetowi i jej, wydawałoby się, zabawa w robienie selfie, przekształciła się w poważny interes. Dziś Chiara Ferragni to już nie tylko nazwisko, to marka, która przyciąga reklamodawców z całego świata, a samą influencerkę plasuje na szczycie najbardziej wpływowych kobiet świata. Czapki z głów.

Piszę o Ferragni nie bez powodu. Kilka dni temu media w Italii zelektryzowała wiadomość, iż jeden z włoskich uniwersytetów planuje kurs dla influencerów, po którym będzie można uzyskać tytuł magistra. Wygląda na to, że władze uczelni postanowili pójść z duchem czasu i dać młodym ludziom to, co najbardziej ich interesuje. Z jednej strony to dobrze, jako że kształcenie się to ważna sprawa, z drugiej natomiast zadaję sobie pytanie, czy taki kurs dla ma sens? Przecież popularność w social media w dużej mierze zależy od zrządzenia losu i nutki szczęścia. Wystarczy, że aspirant do bycia popularnym instagramerem pojawi się np. w telewizji, zadziała w jakiś sposób i wytyczy sobie drogę. Tak było w przypadku Giulii De Lellis, która przecierała szlaki we włoskiej tv, a dzisiaj jest jedną z czołowych influencerek i jej kariera rozwija się w błyskawicznym tempie. Dość powiedzieć, że Giulia niedawno opublikowała książkę, która pobiła wszelkie rekordy sprzedaży we Włoszech i zostawiła w tyle takich autorów jak Stephen King. Jak więc widać, siła social media nie zna granic. Nie mam bowiem wątpliwości, iż to im Giulia De Lellis zawdzięcza pozycję na rynku wydawniczym.

To zresztą nic nowego, że influencerzy piszą książki, to również jest wytwór naszych czasów i internetowi zawdzięczamy pojawienie się wielu nowych, obiecujących autorów. Oczywiście nie dotyczy to panny De Lellis, ponieważ ona tylko firmuje książkę swoim nazwiskiem. Nie przyłożyła do niej ani słówka, a wynajęła do opisania swojego barwnego życia uczuciowego jedną z blogerek i zarobiła na tym kupę kasy. Tak wielka jest potęga internetu, że może zrobić pisarkę z dziewczyny nie mającej za grosz talentu w materii. Kto by się tym przejmował, a już najmniej sama de Lellis, która nawet nie kryje tego, że z książkami jest jej nie po drodze. To, że powieść zdmuchnęła z szeregu inne to nie przypadek, to wpływ Giulii na młodych odbiorców spodował, że "napisała" bestseller. Czy tego chcemy czy nie, musimy przyjąć do wiadomości, iż z influencerami trzeba się liczyć i nie można ich lekceważyć. Ba, jestem skłonna stwierdzić, że należy brać z nich przykład, jeśli chce się wybić na krętej mapie internetu. Przeciwnicy Ferragni i spółki uważają, że influencer to synonim osoby nie posiadającej żadnego talentu, a robiącej karierę dzięki Instagramowi. Być może i tak jest, ale niech rzuci kamieniem ten, kto nie chciałby się z nimi zamienić. 

Od pewnego czasu obserwuję, że w Italii zapanowała istna mania Instagramu. Każdy młody człowiek chce być influencerem, osiągnięcia osób opisuje się od przedstawienia liczby ich obserwatorów, co osobiście trochę mi się nie podoba. Bohaterowie Instagramu stali się idolami i to o nich najwięcej się mówi, bo wzbudzają prawdziwe emocje. Niedawny Festiwal Filmowy w Wenecji okazał się kolejnym triumfem dla Chiary Ferragni, która promowała na nim film dokumentalny na temat swojego życia (zjechany przez krytyków). I mimo że nie zdobył on żadnej nagrody, to Włosi szturmowo udali się na niego do kina, a Ferragni była najbardziej obleganą gwiazdą festiwalu. Dokument o Chiarze wyprzedził najnowszą produkcję Tarantino, a influencerka fotografowała się z największymi gwiazdami Hollywood, choć na zdjęciach to ona lśniła najbardziej. Dziewczyna, za której powodzenie jeszcze dekadę temu nikt nie dał złamanego grosza, znaczy dzisiaj dla swojego pokolenia więcej niż wybitni aktorzy. Jej kariera jest doprawdy czymś niewyobrażalnym, nic więc dziwnego, że stała się przykładem dla wielu młodych Włochów. 

Choć Instagram lubi pięknych ludzi, to są wyjątki od reguły i można zdobyć obserwatorów nie tylko dzięki urodzie. Tak stało się w przypadku Benedetty Rossi, która od lat z powodzeniem prowadzi blog kulinarny "Fatto in casa da Benedetta" ("Zrobione w domu przez Benedettę"). Benedetta najpierw podbiła Facebook, gdzie powoli dobiega do pięciu milionów fanów, później dostała program w telewizji, a jej Instagram zaczął pękać w szwach. Ma prawie dwa miliony obserwatorów i to jest naprawdę spore osiągnięcie, biorąc pod uwagę fakt, że Benedetta, podobnie jak Ferragni, pojawiła się znikąd. Włosi śledzą jej przepisy, oglądają ją w telewizji i podziwiają, chociaż i ona nie jest wolna od krytyki. Im większy sukces, tym hejterzy są aktywniejsi i to chyba jedyny minus bycia kimś w internecie. Z wymienionych blogerek to ona jest mi najbardziej bliska, bowiem to taka kobieta z sąsiedztwa. Nie odkrywa ciała jak De Lellis, nie epatuje bogactwem, jak Ferragni, a pokazuje siebie jaką jest, bez zbędnych filtrów. Nie ma urody miss ani figury modelki, a jej silny akcent jest często wyśmiewany przez antagonistów. To jednak nieważne, gdyż Benedetta Rossi daje nadzieję zwykłym kobietom, że jeśli się czegoś naprawdę chce, to można osiągnąć wszystko. Z pomocą Instagramu rzecz jasna.

zdjęcie- Funweek

Kończ już, Vespa, wstydu oszczędź

by 24 września



Miłośnicy Włoch na pewno kojarzą nazwisko Bruno Vespy. Od lat prowadzi on program "Porta a Porta" i jest gwarantem niewątpliwej kultury oraz klasy dziennikarskiej, jakiej nie mają jego krewcy koledzy po fachu. Nie spodziewałam się nigdy po Vespie żadnego skandalu, ani tym bardziej braku wrażliwości, tymczasem po ostatnich wydarzeniach byłam zmuszona zmienić opinię o panu redaktorze. Vespa przeprowadził bowiem wywiad z ofiarą przemocy, Lucią Panigalli i ta rozmowa odbiła się szerokiem echem we włoskich mediach. Dziennikarz nie okazał zrozumienia dla kobiety, która cudem uniknęła śmierci i potraktował ją w sposób więcej niż karygodny. Ten sam Vespa, mający szacunek do odbiorców, nie stanął na wysokości zadania i zachował się jak dupek. Jak można powiedzieć maltretowanej kobiecie, że niech się cieszy, że żyje, bo inne ofiary przemocy nie miały takiego szczęścia? To, że udało jej się umknąć śmierci, nie umniejsza jej cierpienia, zwłaszcza że życie signory Panigalli nadal jest zagrożone. Każde wyjście z domu musi zgłaszać służbom, gdyż jej oprawca jest na wolności i nie zawaha się ponownie zaatakować. Dla Vespy nie było to jasne, ponieważ z cynicznym uśmieszkiem na ustach stwierdził, że gdyby eks partner miał ją zabić, to by już dawno to zrobił. I za te właśnie słowa w moim odczuciu pan redaktor powinien wylecieć z telewizji na zbity (za przeproszeniem) pysk. 

W Italii przemoc wobec kobiet nie ustaje, a statystyki są zatrważające. Telewizja publiczna, która ma wpływ na odbiorców, ma dawać przykład innym mediom i traktować temat kobiet - ofiar z pietyzmem i dużą dozą delikatności. Vespa zaś, ten dziennikarz starej daty, zachował się odwrotnie- jego pytania były cyniczne, nonszalanckie i chwilami okrutne. Szyderczy uśmiech, który nie schodził mu z twarzy, był wyrazem pogardy i braku zrozumienia dla bohaterki wywiadu. W pewnym momencie wydawało mi nawet, że Vespa nie chce jej słuchać, zresztą każde jej słowo wyjaśnienia spływało po nim jak po kaczce. Dla niego było ważne udowodnić, że nic takiego się nie stało, a obita twarz to nie jest wielka tragedia, bo rany się zagoiły. Miałam wrażenie, że redaktor w końcu wyniesie na ołtarze mężczyznę, który tylko przez przypadek nie został mordercą. Jego ofiara cudem wywinęła się śmierci, co Vespa zupełnie zignorował. Poniżył Lucię Panigalli, podszedł do niej w sposób lekceważący i nie miał za grosz litości. Sugerował również, iż mężczyzna, który ją skatował, zrobił to, ponieważ był zakochany i uważam to za bardzo niebezpieczne stwierdzenie, bo nigdy, ale to nigdy nie należy wiązać przemocy z miłością. Przez takie opinie kobiety nie odchodzą od oprawców, gdyż wydaje się im, że bicie dostaje się z uczuciem w pakiecie. Mężczyźni tacy jak Vespa, mający na widzów ogromny wpływ, nie powinni zapominać, że ich psim obowiązkiem jest sprzeciwiać się agresji, a nie jej przyklaskiwać. Nie sztuką jest usiąść obok kobiety, który przeszła piekło i jej to wypomnieć- sztuką jest sprawić, by poczuła, że dozna jeszcze prawdziwego uczucia. Vespa nie tylko tego nie zrobił, a wręcz ją upokorzył i było to naprawdę wstrętne.  

Minął tydzień od przeprowadzenia wywiadu, a dziennikarz milczy jak zaklęty. Nie przeprosił, choć wszyscy tego oczekują, a jedyne, na co się zdobył, to obrona swojej osoby. Telewizja Rai też nie wydała oficjalnego oświadczenia, a ja mam niepokój, że sprawa rozejdzie się po kościach. Vespa pracuje w publicznej od lat i jest traktowany jak święta krowa, która może wszystko, a i tak nic się nie stanie. Dla mnie jego piękna kariera legła w gruzach i niewątpliwe zasługi redaktora odeszły w zapomnienie. Przedtem kojarzyłam go jako osobę u dużej kulturze osobistej, dzisiaj widzę tylko ten cyniczny uśmiech. Vespa użądlił ostro, ale nie spodziewał się, że to ukłucie obróci się przeciw niemu. I tak sobie myślę, że nawet gdyby cud się wydarzył i pan redaktor przeprosił, to nie wystarczy, aby zmazać plamę na nieskazitelnym dotąd wizerunku. Z szacunku dla kobiety, z którą przeprowadził wywiad, z szacunku dla każdej ofiary przemocy, Bruno Vespa powinien podać się do dymisji. Miejsce mężczyzn, którzy drwią z tak doświadczonych przez życie kobiet, jak Lucia Panigalli, na pewno nie jest na wizji. Nie chcę, żeby włoską telewizję publiczną reprezentował ktoś taki jak Vespa. Nie obchodzą mnie jego dawne zasługi, ponieważ już zawsze będzie mi się kojarzył z tym nikczemnym wywiadem. A jeśli zostanie, na co się niestety zanosi, to mogę zrobić jedno- zbojktować jego program. Nie obejrzę więcej Bruno Vespy w telewizji.


zdjęcie- Lettera Donna

Jaka jest włoska szkoła?

by 04 września

W Polsce skończyły się wakacje i uczniowie wrócili do szkół, natomiast ich włoscy koledzy nadal mają labę. Do rozpoczęcia roku szkolnego został ponad tydzień i jeśli zliczyć czas wolny, to wychodzi na to, że moja starsza córka miała aż trzy miesiące odpoczynku. Osobiście uważam, że to za dużo, ale włoska oświata rządzi się własnymi prawami i mało kogo obchodzi moje oburzenie. Już za niedługo Gaja zaczyna drugą klasę (kiedy to zleciało), zaś Sara idzie do przedszkola i jej pierwsze dni poza domem na pewno będą dla mnie nieco stresujące. Tymczasem pierwszy rok Gai w szkole pozwolił mi skonfrontować włoską szkołę z polską i z tego powodu chciałabym się skupić na różnicach w sposobie nauczania i nie tylko. 

We Włoszech do szkoły idzie się w wieku sześciu lat i podstawówka obejmuje pięć klas, później zaś są trzy lata gimnazjum. W pierwszej klasie dzieci piszą klasówki oraz dostają oceny, a ich skala wynosi od jednego do dziesięciu i oczywiście najwyższa liczba jest tą najlepszą. Graniczną oceną jest szóstka i wystarczy ona, aby przejść do następnej klasy, nikt się jednak nią nie chwali, bo to zdecydowanie przeciętna nota. Dzieci piszą w zeszytach A4, mimo że są one niezbyt wygodne i mają zadania domowe, ale tylko dwa razy w tygodniu, gdy kończą szkołę o dwunastej. Mundurki są wymagane, acz nieobowiązkowe i trzeba przyznać, że w ubiegłym roku szkolnym mieliśmy z tego powodu trochę problemów. Gaja się buntowała i wzorem koleżanek nie chciała nosić mundurka, więc poszliśmy na kompromis i pozwoliliśmy jej czasem go zdjąć. Z moich obserwacji wynika, że chłopcy akceptują mundurki i nie mają problemów z ich zakładaniem, natomiast dziewczynki jakoś za nimi nie przepadają (przynajmniej te z klasy mojej córki). 

We włoskich szkołach, co bardzo mi się podoba, nie ma sklepików oferujących śmieciowe jedzenie i dzieci do szkoły przynoszą drugie śniadanie (tzw. merenda), natomiast jest wybór, jeśli chodzi o obiady. Można je jeść w szkolnej stołówce lub zabrać dziecko do domu i przywieźć z powrotem do szkoły po obiedzie. Od września miała wejść w życie ustawa, pozwalająca dzieciom przynosić obiady do szkoły, ale nic z tego nie wyszło. Podejrzewam, że firmy dostarczające pokarm są tym zachwycone, jakkolwiek mniej niektórzy rodzice, którzy mieli w planach trochę zaoszczędzić. Włoska szkoła to bowiem studnia bez dna i za wszystko trzeba w niej płacić, a dzieci należy zaopatrzyć nie tylko w potrzebne materiały, ale i np. papier toaletowy, gdyż szkoła nie gwarantuje materiałów higienicznych. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale tak było i w Genui, gdzie Gaja chodziła do przedszkola, więc myślę, że szkoły bez środków higieny to nie jest pojedynczy przypadek. 

Bycie nauczycielem w Italii to też nie taka wyjątkowa sprawa. Wielu z nich jest zatrudnionych na czas określony, a ich byt jest niepewny, więc co roku zmieniają szkoły, aby tylko móc pracować. Wygląda na to, że taki los spotka nauczycielki Gai, do których moja córka już się przyzwyczaiła i które uwielbia, lecz niestety podziękowano im za współpracę. W drugiej klasie przyjdą nowe panie, na pewno tak samo sympatyczne jak poprzedniczki, ale nie jestem z tego powodu zachwycona, bo uważam, że dzieciom potrzebna jest ciągłość, zwłaszcza na początku ich szkolnej ścieżki. We włoskich szkołach brakuje nauczycieli, co więcej, sytuacja jest niemal krytyczna i nie mam pojęcia, jak Ministerstwo Oświaty zamierza rozwiązać ten palący problem. Do mojego męża, który kilka lat temu dorabiał sobie, pracując kilka godzin w szkole, wciąż ktoś dzwoni, by zaproponować pracę, lecz on nie chce o tym słyszeć. Uczenie krąbrnych nastolatków kosztowało go sporo stresu i woli się trzymać od szkoły z daleka. 

Szkoła we Włoszech nie odpuszcza nawet w wakacje, być może dlatego, że tak długo trwają. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że trzeba będzie kupić książkę z ćwiczeniami, które Gaja przez okres ferii ma wypełnić. Nigdy nie spotkałam się z czymś podobnym, ale po chwilowym szoku to doceniłam, bo przecież przez trzy miesiące wolnego dzieci wiele zapominają. Książka pozwoliła Gai nie wyjść z prawy, bowiem codziennie rozwiązywała ćwiczenia i nie przyniosło jej to żadnej szkody. Skończyła przed dwoma tygodniami i już nie może się doczekać pójścia do szkoły, aby spotkać koleżanki i kolegów z klasy. Książki z odrobionymi zadaniami nie musi przynosić ze sobą, jako że jej zakup nie był obowiązkowy, a mile widziany. Wystarczy, że rodzice widzieli zaangażowanie dziecka i zachęcili je do rozwiązania wszystkich ćwiczeń. Nie wszyscy jednak to robią, gdyż włoscy rodzice w pewnych kwestiach nie różnią się od polskich i pozwalają dzieciom na zbyt wiele rzeczy, lecz to już temat na zupełnie inną historię. Jeszcze chwila i witaj włoska szkoło!


zdjęcie- Ravenna24ore

Jak wicepremier zaplątał się we własne sidła, czyli ciąg dalszy politycznych zawirowań we Włoszech

by 23 sierpnia

Ci, którzy interesują się polityką zagraniczną na pewno wiedzą, iż we Włoszech nastąpił kryzys i rząd nie przetrwał. Krótko mówiąc chodzi o to, że koalicjanci, czyli Lega Nord (Liga Północna) i Movimento 5 Stelle (Ruch Pięciu Gwiazd) nie chcieli już ze sobą współpracować, a dokładniej to wicepremier Salvini nie miał już na to więcej ochoty. Można stwierdzić, że było to do przewidzenia, bo te dwie partie są różne jak ogień i woda, ale przecież nie takie rzeczy w polityce widzieliśmy i nie w takie bajki wierzyliśmy. Ja przez jakiś czas byłam optymistką, choć nigdy nie należałam do zwolenników Ruchu Pięciu Gwiazd, a i postulaty Ligi Północnej w większości są dla mnie obce. Chciałam jednak wierzyć, gdyż wydawało mi się, że po katastrofalnych działaniach lewicy w ostatnich latach gorzej być nie może. I faktycznie, nie było, lecz nigdy, odkąd mieszkam we Włoszech, nie zauważyłam takiej rozbieżności i nienawiści pomiędzy zwolennikami lewicy a prawicy. Nigdy też chyba społeczeństwo nie było tak bardzo podzielone.

Nie lubię poprawności politycznej, więc obiecałam sobie, że nie będę owijać w bawełnę i postaram się pisać jak jest naprawdę. Zaczynałam publikować teksty o Italii  w momencie, gdy jeszcze rządziła lewica, widziałam katastrofalne skutki decyzji rządzących i myślałam sobie, że muszę coś z tym zrobić. To nie było tak, że nienawidziłam lewicy, to włoska lewica spowodowała, że się od niej odwróciłam. Kiedy przyjechałam do Włoch, czyli osiem lat temu, ogromne wrażenie wywarł na mnie młody i (wydawało mi się) zdolny polityk, jakim był Matteo Renzi. Gdy został premierem, kibicowałam mu, cieszyłam się z jego nominacji i byłam przekonana, że dzięki niemu Italia się odrodzi. Tak się nie stało, zaś poczynania lewicy i samego Renziego zmusiły mnie do obserwacji i zmiany przekonań. Skoro niby jest tak dobrze, dlaczego jest aż tak źle- zapytywałam siebie? Włoska lewica myślała wiecznie o innych, a niestety zapomniała o społeczeństwie, ich własnych wyborcach. Należy pomagać, i owszem, lecz Partia Demokratyczna robiła to nieudolnie, bo miała za nic problemy zwykłych Włochów. Zaprosiła za to do Italii rekordową liczbę imigrantów, wydała miliardy euro na ich utrzymanie (wzbogaciło się dzięki temu wiele spółek), a rodakami przestała sobie zawracać głowę. Nie ukrywam, że właśnie te poczynania lewicy uznałam za skandaliczne. Naród najwyraźniej był tego samego zdania, ponieważ wybory parlamentarne pokazały, jak mocno lewa strona podpadła Włochom. I właśnie wtedy, gdy Matteo Renzi odchodził w niesławie, coraz większą popularnością zaczął się cieszyć inny Matteo, ten bardziej nieokrzesany - Salvini. Ten sam, który dzisiaj chce przyśpieszonych wyborów.

Przyznać publicznie, że lubi się Salviniego lub popiera niektóre jego idee, wiąże się z niemałym ryzykiem, wiem to po sobie. Zostanie do człowieka przypięta łatka rasisty czy niepostępowego idioty i jakoś trzeba z tym żyć. U mnie było tak, że kiedy widziałam w telewizji lidera Legi Nord, przełączałam kanał, ponieważ facet działał mi na nerwy. Wydawało mi się, że chce wykopać z Włoch i mnie, więc nienawidziłam go całym sercem. Postanowiłam jednak dać mu szansę i wysłuchać, co ma do powiedzenia, a jego tezy, ku mojemu zdziwieniu, nie wydały mi się aż tak kontrowersyjne. Salvini chciał zrobić porządek ze zjawiskiem nielegalnej imigracji i nie miał nic do obcokrajowców przebywających we Włoszech legalnie. Niemniej, jego polityka "zamkniętych portów" spowodowała, że przez dużą część społeczeństwa odbierany jest jako wcielenie diabła. Z jednej strony bije rekordy popularności, zaś z drugiej ma przeciw sobie lewą stronę, która nie podpisze się pod żadnym z jego postulatów. Co ciekawe, lewica oskarżająca go o sianie nienawiści, sama jest równie brutalna i codziennie możemy poczytać o tym, jaki to Salvini jest "politycznym bandytą", albo o tym, jak pewna pani adwokat będąc w Lizbonie, zakupiła laleczkę voodoo, do której dolepiła twarz Salviniego i miała zamiar ją zakuwać, czym nieopatrznie pochwaliła się w mediach społecznościowych. I właśnie dlatego za mniejszego hipokrytę uważam Salviniego, przynajmniej nie ukrywa swoich celów. Nie oznacza to, że mu ufam, bynajmniej, po ostatnich jego akcjach dotyczących obalenia rządu jestem na niego wściekła. Wraz z Di Maio obiecywał, że będą razem rządzić pięć lat, tymczasem minął rok i już odbył się głośny, polityczny rozwód, a sam Salvini strzelił sobie samobója i został z niczym na placu boju.

Kilka dni temu premier Włoch Giuseppe Conte podał się do dymisji, co w moim przekonaniu jest dużym błędem. Mimo że, tak jak wspomniałam, z Ruchem Pięciu Gwiazd zupełnie nie jest mi po drodze, to jednak miałam premiera Conte za właściwego człowieka na właściwym stanowisku. Matteo Salvini był przekonany, iż jakoś dogada się z koalicjantem i to on zostanie premierem, ale "grillini" go przechytrzyli. Salvini został na lodzie, jako że ani nie będzie samodzielnie rządził, ani też nie zapowiada się na to, by odbyły się przedwczesne wybory. Trwają bowiem rozmowy na linii Ruch Pięciu Gwiazd - Partia Demokrytczna i wiele wskazuje na to, że będziemy mieć we Włoszech sojusz, którego jeszcze do niedawna nikt nie brał pod uwagę. Radykalna partia, jaką jest Ruch Pięciu Gwiazd, układa się z liberałami i z tego na pewno, moim zdaniem, nic dobrego nie wyjdzie. W ogóle to, że RPG zaprasza na rozmowy partię, która przegrała ostatnie wybory, jest według mnie nie do przyjęcia, bo oznacza to, że grillinom tak naprawdę nie chodzi o dobro społeczeństwa, a o zachowanie stołków. Wicepremier Di Maio zawsze wyrażał się negatywnie na temat PD, a tu proszę, zaprasza ją do obrad i proponuje współpracę. I znowu w Italii będziemy mieć rząd nie wybrany przez Włochów, tylko zrodzący się z desperacji, gdyż za taki uważam sojusz Ruchu z lewicą. Lider Partii Demokratycznej. Nicola Zingaretti (brat słynnego aktora, odgrywającego rolę komisarza Montalbano), już zażądał zniesienia dekretów Salviniego i przedstawił listę punktów, jaką mają spełnić grillini, by razem sprawnie rządzić. To się nie uda, to małżeństwo w moim odczuciu nie ma żadnych szans na przetrwanie. I nie dlatego, że nie kocham lewicy, ale z tego powodu, że ten pakt jest zbyt egzotyczny nawet jak na włoskie warunki. Pomyśleć, że wszystko to wina Salviniego, którego miłość własna popchnęła do rozpoczęcia kryzysu. Były już Minister Spraw Wewnętrznych miał silną pozycję w społeczeństwie i nic nie zapowiadało, że tak szybko pożegna się ze stanowiskiem. Jego przeciwnicy są w siódmym niebie, ponieważ wyszło na to, że wcale nie musieli się go pozbywać, jako że sam im w tym pomógł. Podkreślam jeszcze raz, że to było jego najgłupsze polityczne posunięcie. Niepohamowana ambicja często przynosi niespodziewane rezultaty, a takim jest właśnie sojusz Ruchu Pięciu Gwiazd z Partią Demokratyczną, którego ojcem, chcąc nie chcąc, jest właśnie Matteo Salvini. Coś Ty, chłopie, najlepszego narobił...


zdjęcie- La Repubblica ("faccie toste" Di Maio i Salvini)



Obsługiwane przez usługę Blogger.