Featured

Wytrwaj, Italio!

by 09 marca

To było dokładnie rok temu, 9-go marca. Urzędujący ówcześnie premier Włoch, Giuseppe Conte, ogłosił narodową kwarantannę, ponieważ sytuacja spowodowana rozprzestrzenieniem się w Italii koronawirusa stała się dramatyczna. Nie było innego wyjścia, więc zostaliśmy zamknięci w domach przez prawie dwa miesiące. Nie wychodziliśmy, nie spotykaliśmy znajomych, a dzieci przestały chodzić do szkół i kontynuowały naukę online. To były trudne dwa miesiące, można powiedzieć, że wręcz niemożliwe. Wszystko wywróciło się do góry nogami, a ja pytałam samą siebie, kiedy wrócimy do normalności. Chciałam wyjść, patrzeć na budzącą się właśnie do życia wiosnę, a jedyne, co mi pozostało, to skrawek ogródka, gdzie mogłam przez chwilę jakoś odetchnąć. Dziś wiem, że ten ogródek pomógł mi przetrwać i wyszłam z kwarantanny bez szwanku. Było ciężko, to fakt, niemniej jednak nie było tragicznie dzięki temu, że mogłam wyjść z domu i nabrać w ten sposób sił. Gdybym była zamknięta w moim dawnym mieszkaniu, w Genui, na pewno bym psychicznie wysiadła, o tym jestem święcie przekonana.

Rok temu nasze drzwi i okna wypełniało hasło "Wszystko będzie dobrze". Rysowaliśmy plakat z tęczą, powiesiliśmy go na drzwiach i to również dało nam siłę. Codziennie na niego patrzałam i czułam, że to prawda i jeszcze będzie pięknie, wystarczy odrobina cierpliwości. Tak się stało i po długim czasie oczekiwania mogliśmy ponownie wyjść z domu i podziwiać całkiem zwyczajną okolicę, która w moim odczucia stała się więcej niż cudowna. Zwykłe budynki czy sklepy nabrały dla mnie nowego uroku i kiedy zdałam sobie sprawę, że znowu mogę wyjść na zewnątrz, jakbym przebudziła się z marazmu. Miałam na sobie maskę i nadal musiałam bardzo uważać, ale to nic. Wreszcie wyszłam do świata i to nie ubrana w zimową kurtkę, bo dwóch miesiącach oczekiwania mogłam już założyć coś lekkiego. Powrót na spacer był czymś niesamowitym, wręcz chłonęłam otaczającą mnie rzeczywistość. Spotykałam ludzi, których dawno nie widziałam, odwiedzałam sklepy i cieszyłam się, że najgorsze już za nami. Minał maj, w czerwcu w Italii otwarte granice i wydawało się, że jako tako wracamy do normalności. Lato minęło pod znakiem placu zabaw i wycieczek po Lombardii, a potem przyszedł wrzesień i wróciła utęskniona szkoła. Również na nowych zasadach i w maseczkach, lecz dzieci mogły w końcu uczyć się w klasach i widzieć swoich rówieśników. Odetchnęliśmy z ulgą. Do czasu.

Przez te ponad pół roku od momentu otwarcia szkół życie jako tako się układało. Nadal panowały restrykcje, obowiązkowe maseczki i dystans społeczny, ale było o wiele lepiej niż w marcu, ponieważ mogliśmy wychodzić. Covid nie ustępował co prawda, lecz wzrost zarażeń spadał i to napawało optymizmem. Widmo zamknięcia wszystkiego przestało nad nami krążyć i wierzyliśmy, że najgorsze już minęło. Skończyły się święta i przyszedł nowy rok, który dał nam jeszcze większą nadzieję w postaci szczepionek. I gdy wydawało się, że przygoda z covidem być może zakończy się szybciej niż przypuszczaliśmy, nagle gruchnęły wieści o jego wariantach. Angielskim i brazylijskim, bardzo niebezpiecznych, które spowodowały ni mniej, ni więcej, a gwałtowne pogorszenie sytuacji. Niektóre regiony, jak Umbria, zmuszone były ponownie zamknąć szkoły, a spadek wieku pacjentów wzbudził niemały strach. Wersja angielska nie oszczędza nikogo i nawet dzieci przestały być bezpieczne. Nie było więc innego wyjścia, jak przywracać czerwone strefy i za Umbrią śladem poszły inne regiony, w tym Lombardia, gdzie mieszkam. Rok po kwarantannie znowu siedzimy w domu i mimo że nie jesteśmy całkowicie zamknięci, to nie jest wesoło. Szpitale przeżywają nawrót pacjentów,  zakażonych na covid przybywa, a liczba ofiar koronawirusa przekroczyła właśnie 100 tysięcy ofiar! Nie wiemy, co będzie dalej, a ja ze strachem przypominam sobie, jak to było w ubiegłym roku. Ciągle przedłużano otwarcie szkół, aż okazało się, że dzieci wrócą do nich we wrześniu. Nic dwa razy się nie zdarza, pisała poetka, a wygląda na to, że w przypadku wirusa zdarza się i razy trzy. Rok po ogłoszeniu kwarantanny walczymy i końca tej walki niestety nie widać.


P.S. A na zdjęciu Pawia, do której udaliśmy się zaraz po zakończeniu kwarantanny.

Włoski domek z kart, czasem zwany rządem

by 26 stycznia

I stało się. Premier Włoch, Giuseppe Conte, podał się do dymisji, co skłoniło mnie do tego, by wreszcie przysiąść do bloga. Przyznam szczerze, że nie rozumiem genezy kryzysu politycznego w Italii, zapoczątkowanego przez (uwaga, uwaga), byłego szefa rządu- Matteo Renziego. W moim odczuciu rząd działał jak działał, czyli ani lepiej, ani gorzej od poprzedników, a biorąc pod uwagę fakt pandemii, to obiektywnie trzeba powiedzieć, iż zrobił wiele, choć naturalnie nie wszystko i nie wspiął się na żadne wyżyny pomocy dla społeczeństwa. Niemniej jednak jakoś to sprawnie funkcjonowało, więc upadek rządu właśnie teraz, gdy w ogóle nie jest to koniecznie, jest dla mnie czymś niezrozumiałym i całkowicie niepotrzebnym. Ludzie z powodu pandemii mają coraz mniej pieniędzy, upadają małe przedsiębiorstwa i zamykane są sklepy- tym powinien właśnie zająć się rząd dbający o dobro obywateli, a nie powoływaniem Gabinetu Technicznego z (póki co) premierem widmo. Ruch Pięciu Gwiazd, który jest partią bardzo niestabilną i nie dotrzymującą obietnic, zrobił coś głupiego i na pewno za to zapłacimy. Koalicja z Partią Demokratyczną niestety nie wyszła i co ciekawe, dobił ją nie kto inny, jak były szef PD, czyli wspomniany przeze mnie Matteo Renzi. Ambicje tegoż nie pozwalają mu nie tyle odejść od polityki, co przestać grać pierwsze skrzypce. Zapomniany bowiem były premier ogłaszając kryzys we Włoszech ponownie stał się bohaterem mediów i samozwańczym uzdrowicielem narodu. Cóż, najbliższe tygodnie pokażą, czy było to dobre posunięcie. Moim zdaniem nie. To nie czas na kryzysy.

Tak przebiegają mi w głowie włoscy politycy i z przykrością muszę stwierdzić, że nie widzę nikogo, kto mógłby wskrzesić Italię. Nie ma już mężów stanów, są politykierzy, bardziej dbający o swoje kieszenie i dobro partii, którą reprezentują, niż o własny kraj. Nie ma ludzi potrafiących zrobić coś dla Włoch, zaś większość polityków tylko przepycha się i kłóci, po czym spycha Italię na bok. Włochy to taki "folwark zwierzęcy", gdzie wydaje się, że rządzi kto popadnie, a każdy robi co chce. Autorytety znikły, a na ich miejsce przyszli krzykacze, co widać i po prawej i po lewej stronie włoskiej machiny politycznej. Nigdy co prawda nie miałam zaufania do polityków, ale kiedy w końcu we Włoszech zrodził się rząd wybrany przez lud, to żywiłam nikłą nadzieję, iż coś się zmieni. Egzaltowane zapowiedzi Luigiego Di Maio, że rozprawi się z kastą i będzie rządzić przez 5 następnych lat, prysły jak bańka mydlana. Kiedy koalicjant wycofał się z rządu, to wtedy Di Maio wraz z całym Ruchem Pięciu Gwiazd również powinni odejść. Zrobili jednak coś innego, a mianowicie wzięli sobie (z desperacji) innego koalicjanta- Partię Demokratyczną. Tą samą, z którą nigdy, przenigdy nie mieli się wiązać, co obiecywali podczas wyborów. Kiedy wszakże zostali już wybrani, zweryfikowali oczywiście swe obietnicie. Pecunia non olet, a wygodne fotele i władza w rękach były zbyt silne, by się po prostu wycofać. Rząd upadł teraz, w najmniej właściwym momencie, kiedy żadne wybory nie powinny być ogłoszone. Nadal jesteśmy w środku pandemii i polityczne gierki są nam wszystkim najmniej potrzebne. Niestety, wzięły one górę nad zdrowym rozsądkiem.

Giuseppe Conte nie był najgorszym premierem, nie był i też najlepszym, ale jakoś dawał radę. Kogo wybiorą teraz i jak będzie działał w sprawie koronawirusa? Od początku roku we Włoszech panuje huśtawka nastrojów, a raczej huśtawka kolorów, związana ze zmianami stref poszczególnych regionów i wszyscy mamy tego po troszę dość. Raz jesteśmy pomarańczowi, na drugi dzień czerwoni i tak w koło Macieju. Cierpią przez to, tak jak wspomniałam na początku, prywatni przedsiębiorcy, ponieważ ich "być" jest uzależnione od decyzji rządu i koloru stref. Pomoc dla nich powinna być więc być priorytetem i psim obowiązkiem, zaś przeważnie muszą sobie radzić sami. Bo nawet jeśli coś otrzymują w ramach wsparcia, to nie jest to suma adekwatna do potrzeb. Za kilkaset euro nie opłaci się rachunków, zapłaci pracownikom, ani tym bardziej nie wyżywi się rodziny. Z tego powodu ludzie coraz częściej wychodzą na ulicę i protestują, nie patrząc na zakazy i obostrzenia. Desperacja prowadzi do takich kroków i nie ma się co dziwić tym ulicznym buntom. Zamiast zatem coś zrobić i wskazać konkretne rozwiązanie na wyjście z dołka, włoski rząd ucieka z tonącego okrętu. To było do przewidzenia, bo przecież we Włoszech rządy zmieniają się nader często, a jeszcze częściej zupełnie nieznane twarze zostają jego szefami. Już teraz nazwiska kandydatów przewijają się przez internet, a ja, choć wydawało mi się, że jako tako jestem obeznana z polityką, nie znam prawie nikogo. A czy przypadkowi kandydaci, ponieważ często właśnie tacy wybierani są na najważniejsze stanowisko w państwie, to dobry pomysł? Bynajmniej, bo równie często wydaje się, że później prowadzą przypadkową politykę.

Jednakowoż Włochy dzisiaj to kraj nie tylko przesiąknięty kryzysem politycznym, do którego zresztą jesteśmy przyzwyczajeni (przynajmniej raz w roku musi być jakiś wstrząs w Palazzo Chigi), ale, co smutne i bardzo niepokojące, jesteśmy świadkami kompletnego kryzysu człowieczeństwa. To konsekwencja panującej pandemii, zamknięcia Włochów w domu i odebrania im tego, co kochają najbardziej, czyli wolności. Ten rok dał nam wszystkim w kość i nie każdy wyszedł z niego obronną ręką. Dlatego potrzebne są radykalne zmiany, gdyż morale Włochów, bardzo nadszarpnięte, musi wrócić do stanu sprzed pandemii. Trzeba dać ludziom namiastkę normalności, inaczej stan ducha będzie coraz gorszy. Na ciężkie czasy potrzebny jest silny człowiek, o zdrowym kręgosłupie moralnym, który potrafiłby przygotować kraj na odrodzenie. Wiemy jednak, że to prawie niemożliwie i Włosi będą musieli zmierzyć się sami z otaczającą ich społeczną bezradnością. Czekamy zatem na "rząd techniczny" z jedną tylko nadzieją- że nie będzie gorszy od poprzedniego. To w sumie łatwe, choć paradoksalnie bardzo, ale to bardzo trudne. 


zdjęcie- Corriere.it

Basta, basta, basta!

by 25 listopada

I znów nadszedł ten dzień. 25 listopad. Właśnie dzisiaj obchodzimy, choć to bardzo nieodpowiednie słowo, Międzynarodowy Dzień Walki z Przemocą Wobec Kobiet. I znowu, jak co roku, miałam nadzieję, że tym razem obejdzie się bez tragicznych statystyk, ale niestety, po raz kolejny się pomyliłam. Nie napiszę jednak ile kobiet zostało w tym roku zabitych we Włoszech, bo nie chcę polemik, jak to miało miejsce 12 miesięcy temu. To nie jest licytacja gdzie jest gorzej, gdyż przemoc wobec kobiet występuje wszędzie. I my, kobiety, w takim właśnie dniu powinnyśmy się zjednoczyć, a nie kłócić się w komentarzach o to, kto ma gorzej- my czy Włoszki. Przemoc bowiem nie ma narodowości. Ma za to różne oblicza.

Miałam koleżankę, która została pozbawiona przez męża wszelkich przyjemności. Nie mogła wychodzić z domu bez jego wiedzy, nie mogła ubierać się zbyt wyzywająco, nie mogła spotykać się na kawie z przyjaciółkami, a jej telefon był pod ciągłą kontrolą. Znajoma utrzymywała, że jej mąż robi to wszystko z miłości. Tak bardzo ją kocha, że chce spędzać wolny czas tylko z nią i dlatego nie pozwala jej na wyjścia. Trzyma ją prawie jak psa na smyczy, lecz według znajomej to nie problem. Bo robi to z miłości. Błąd. Takie traktowanie nie ma z miłością nic wspólnego. Miłość to zaufanie. Miłość daje prawo do wolności. Kochający mąż nie musi pozwalać, gdyż związek to nie więzienie. A jeśli partner czegoś zakazuje, to jest to przemoc. Psychiczna. 

Najgorsze jest to, że kobiety nadal się wstydzą. Wolą powiedzieć, że podbiły sobie oko uderzając o kant stołu niż przyznać, jak było naprawdę. Wstydzą się pójść na policję, wstydzą się wyznać, że iż mąż dał im w twarz i czują się winne. Usprawiedliwiają damskich bokserów mówiąc, że uderzyli jeden raz i to się więcej nie powtórzy. Dobrze wiemy, że tak nie jest. Facet, który uderzy raz, zrobi to znowu. I będzie bił zawsze. Kobiety przyjmują te ciosy jak coś naturalnego, biorą je z dobrodziejstwem inwentarza, jako dodatek do związku. Nie mają odwagi odejść, boją się opinii społeczeństwa i tego, co ludzie powiedzą, nie potrafią uwolnić się od panów władców. Ale czy z tego powodu mamy prawo je oceniać?

Łatwo się mówi, gdy nie jest się w ich sytuacji. Wszystko wydaje się takie proste- spakuj walizki, uciekaj, zacznij życie od nowa. W praktyce jednak to nie wygląda tak kolorowo i z tego powodu uważam, że kobietom- ofiarom przemocy potrzebna jest dosadna pomoc. Państwo powinno wyjść na przeciw kobietom maltretowanym przez mężczyzn i dać im szansę wyjść na prostą. Bita i poniżana latami kobieta nie poradzi sobie sama z odejściem, musi mieć wsparcie. Inaczej nigdy nie uwierzy w siebie i w to, że jest wiele warta, a będzie się widziała oczami agresywnego męża. Nie dajcie się stłamsić, życie jest tylko jedno. A miłość jest bezwarunkowa. Jeśli kocha, to nie pyta, gdzie idziesz i co robisz. Nie dobiera garderoby. Nie kontroluje telefonu. Nie rozkazuje. Nie krzyczy. Nie dręczy. Nie bije. Nie gwałci. Nie zabija. Szanuje. Ufa. Kocha.

Moja ośmioletnia córka, która wie, jaki dzisiaj jest dzień, zapytała mnie, dlaczego mężczyźni biją kobiety. Nie potrafiłam jej na to odpowiedzieć.

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień do Walki z Przemocą Wobec Kobiet. Dzień, kiedy twarz wielu kobiet pokrywa się rumieńcem wstydu. A to nie one mają się wstydzić. To dzień wstydu mężczyzn. Damskich bokserów, stalkerów, zabójców, gwałcicieli...

(Ławka na zdjęciu to ławka pamięci. Symbolizuje ona ofiary femminicidia, czyli kobietobójstwa. W Italii ono nie ustaje. Giną kobiety w każdym wieku, nawet małe dziewczynki i to im poświęcone są czerwone ławeczki. Jest ich w Italii coraz więcej. Niestety.)


Ciężkie życie włoskich (i nie tylko) pań domu

by 30 czerwca

W związku z pandemią koronawirusa życie we Włoszech przewróciło się do góry nogami i ciągle słyszymy o różnych nowościach i pomysłach niestrudzonego włoskiego rządu. Jedną z idei jest wprowadzenie tzw. bonus babysitter, czyli zapłata dla opiekunek nie z pieniędzy rodziców, a podatników. Niedawno rząd poszedł jeszcze dalej- chce płacić dziadkom za to, że opiekują się wnukami podczas nieobecności rodziców, co dla mnie jest trochę nie fair. W takim razie co ze mną i tysiącami kobiet, które są w podobnej sytuacji? Ano nic, ponieważ kurami domowymi i ich potrzebami nie należy się w ogóle przejmować, a to, że siedzą w domu z dziećmi, jest ich świętym obowiązkiem. Jakaś kobieta pytała na forum, dlaczego "casalinghe" (panie domu) są wykluczone we Włoszech ze wszystkiego? W odpowiedzi usłyszała, że kury domowe nie są pożyteczne dla społeczeństwa, jako że nic nie produkują i nic nie wnoszą do gospodarki, a dodatkowo są bardzo roszczeniowe. Dobre sobie, zaśmiałam się, przecież gospodynie domowe są grupą niedocenianą, która zresztą nigdy na nic się nie skarży. Przyjmujemy nasze życie z dobrodziejstwem inwentarza, szykanami i ciągłymi pytaniami, gdzie nasze ambicje. Tyle się krzyczy o tolerancji, ale nikt (albo prawie nikt) nie akceptuje tego, że jest dużo kobiet utrzymywanych przez mężów i dbających o ognisko domowe. Ba, one same tego nie akceptują i uważają się na gorsze, gdyż właśnie za takie są postrzegane. Bez ambicji, bez zawodowego życia, niezadbane i wiecznie przy garach. Nie ma więc z nich żadnego pożytku i jeszcze śmią prosić o pieniądze.

Zauważyłam na własnej skórze, że ta etykietka casalinghi jest czymś umniejszającym kobiecie. Ile razy słyszałam, że ja to mam dobrze, bo siedzę w domu i nie muszę się martwić z kim zostawić dzieci lub nie muszę biegać wiecznie do pracy. Skoro ja się mam tak dobrze, to czemu osoby wypominające mój tryb życia nie zwolnią się z pracy i nie zajmą się wychowywaniem dzieci? O nich nikt nie powie, że są bezużyteczne, im nikt nie zaśmieje się w oczy, że cały dzień w domu by nie wytrzymał; wreszcie, nikt nie zarzuci im braku ambicji i spędzania dni na gapieniu się w ekran telewizora. Jaki cel mają kury domowe, co one potrafią- takie pytania również czytałam w internecie i przyznam, że jestem nimi oburzona. To tak, jakbyśmy były gorszym gatunkiem ludzi, jako że nie zarabiamy i nie przysługujemy się ekonomii. Nikt nie pyta, jak się czujemy, czy należy nam się pomoc, o czym marzymy, czy mamy ochotę wyjść, gdyż dla ludzi jesteśmy kimś mało ważnym. Krzątamy się po mieszkaniach, czasem idziemy do sklepu czy na plac zabaw z dziećmi i na tym kończy się nasz dzień. O czym można z nami porozmawiać, przecież na niczym się nie znamy, a co najwyżej interesują nas plotki. Rząd obiecuje cokolwiek praktycznie każdej grupie społecznej z wyjątkiem kur domowych, ponieważ one nie mają na co liczyć, i tak zbijają bąki. Bycie kobietą nie jest proste, zaś bycie kobietą z przypiętą łatką "gospodyni" jest cholernie trudne. Ileż się trzeba namęczyć, by udowodnić innym, że nawet siedząc w domu ma się jakieś horyzonty i czymś się interesuje. Nie można jednak czuć się równymi z kobietami pracującymi, bo etykieta kury domowej na to nie pozwala. Jesteś tylko gospodynią, więc jesteś gorsza. Tak jest, moi mili.

A bycie panią domu, jakkolwiek łatwe w praktyce, jest bardzo ciężkie psychologicznie. Każdego dnia robisz to samo, znasz na pamięć swój rozkład godzin i dobrze wiesz, co wydarzy się rano, a co wieczorem. Nie czeka cię żadna nowość, nie wyjdziesz z koleżankami po pracy do baru, a wyobraźni używasz, kiedy szukasz pomysłu na obiady. Zawsze można zmienić wszystko w życiu, to prawda, niemniej jednak to nie jest łatwe. Prawie 10 lat poza rynkiem pracy i CV, które nie ewouluje, nie pomaga przy szukaniu zajęcia. A kiedy jest się samym nie ma się żadnej rodziny, to nie ma mowy o tym, aby coś znaleźć. I koło się toczy, a potem zatrzymuje się w jednym miejscu- w domu, z którego zawsze się wyjdzie, to prawda, lecz nie zrobi się tego dla siebie, a dla innych. Kury domowe są w pewnym stopniu wykluczone ze społeczeństwa i nie ma co temu zaprzeczać, ponieważ widzę to po sobie. Można nam przygadywać, śmiać się z nas, bo i tak nikt za nas nie będzie walczył, w końcu mamy się tak dobrze. Nikt nie podniesie ręki do góry i nie powie, że nas rozumie, raczej na odwrót- większość powie, że żyjemy komfortowo. A ja bym chciała, żeby ludzie pojęli, iż bycie kurą domową nie jest niczym wstydliwym i nie stawia nas w złym świetle. Nie mam ochoty więcej się denerwować, czytając opinie o tym, że nie ma z nas żadnego pożytku. Status kury domowej nie wiąże się z cierpieniem, absolutnie, ale nie jest to, przynajmniej dla mnie, rzecz komfortowa. Nie potrafię jednak zmyć z siebie tej naklejki i wytłumaczyć otoczeniu, że posiadam jakąś głębię. Dla nich i tak kończy się ona na myciu naczyń i plotkowaniu. Casalinga w dzisiejszych czasach to nie lada wyzwanie. Wątpię, czy kiedykolwiek ktoś nas doceni.


zdjęcie- Giornale Di Puglia

Jak to jest z tą włoską ciotką i dlaczego nie wypiłam szampana?

by 07 czerwca

To było w lipcu 2017, kiedy pojechaliśmy na Sardynię, aby odwiedzić włoską rodzinę męża. To nie był mój pierwszy raz na wyspie, większość krewnych już dobrze znałam i polubiłam ich z tej przyczyny, że nie można nie lubić Sardyńczyków. Są serdeczni, gościnni, wylewni aż do przesady i od pierwszej chwili dali mi odczuć, że jestem członkiem ich rodziny. Oczywiście jak to w życiu bywa, nawet w najlepszej familii istnieją wyjątki od reguły, a w tym przypadku tym wyjątkiem była jedna z ciotek, którą również poznałam wcześniej, jednak nie za dobrze. Kiedy więc weszłam do jej salonu i w pełni lata zobaczyłam świąteczną choinkę, a potem cioteczka uraczyła mnie opowieścią o dwóch kuchniach, które też za chwilę zobaczyłam, to zrozumiałam jak nic, że jest ona materiałem na powieść. To bardzo wyrazista postać, nie dała nikomu dojść słowa i sypała anegdotkami jak z rękawa. Mąż kręcił na nią nosem, ale mnie spodobała się do tego stopnia, że napisałam o niej na fanpejdżu. Nie byłam pewna, czy historia o cioteczce komukolwiek się spodoba, lecz po kilku odcinkach z nią w roli głównej zrozumiałam, że zaczęła cieszyć się sporym powodzeniem i przyciągać nowych czytelnikach. Takiego potencjału nie wolno mi było zmarnować.

Po powrocie z Sardynii nie przestałam opisywać przygód ciotki i jej nie mniej szalonego męża Berluski, a grono osób pytało mnie, czy historie z ich udziałem są prawdziwe. Odpowiadałam zgodnie z prawdą, że tak, bo choć nie było mnie już blisko ciotki, to dzięki telefonom dostawałam relację o jej życiu na bieżąco, czasem i teściowa coś mi mówiła, także materiału na kolejne odcinki trochę mi się zebrało. Jednocześnie nie dziwiło mnie, iż niektórzy nie wierzyli, że ciotka istnieje naprawdę, ponieważ jej perypetie czasem były tak absurdalne, że i mi ciężko byłoby w nie uwierzyć, gdybym nie poznała ciotki. Wtrącała się we wszystko, wciąż wpadała w jakieś tarapaty i doprowadzała do szału swojego niewinnego męża Berluskę, którego jedynym przewinieniem było to, że ożenił się z ciotką. Czasem "podrasowałam" dialogi, przyznaję, żeby było bardziej do śmiechu, ale większość z nich była inspirowana niekończącymi się opowieściami cioteczki. I tak sobie publikowałam te swoje, jak to nazywałam, sardyńskie wypociny, gdy nagle przyłapałam się na tym, że z tego mogłaby powstać komediowa powieść. Motywali mnie do takiej myśli czytelnicy, co rusz zadający mi pytania, kiedy będzie z tego książka. Na początku nie myślałam o tym, by przelać wszystko na Worda i zacząć posyłać do wydawnictw, lecz po namyśle stwierdziłam: "a czemu nie"? Przecież jak to ktoś ładnie określił, "kto nie próbuje, ten nie pije szampana". Spróbowałam więc.

Na początku tego roku wysłałam propozycję powieści do kilku wydawnictw i z wielką niecierpliwością czekałam na odpowiedź. Nie wiedzieć dlaczego byłam przekonana, iż "Szaleństwa włoskiej ciotki", bo tak nazwałam książkę, będą rozrywane przez wydawców. Oczami wyobraźni widziałam wydaną powieść na szczycie bestsellerów, zachwyconych czytelników i co tam jeszcze chcecie. Po dwóch miesiącach oczekiwań przyszedł pierwszy mail i od razu został mi wylany kubeł zimnej wody na głowę. "Dziękujemy, pani propozycja jest ciekawa, ale nie jesteśmy zainteresowani jej wydaniem"- takich wiadomości trochę dostałam i dzięki nim zeszłam na ziemię. Nie czeka mnie, niestety, literacka przyszłość, ponieważ skoro wydawcy nie widzą w ciotce potencjału, oznacza to, że go nie ma. Przeczytałam po raz kolejny wszystkie rozdziały "Szaleństw włoskiej ciotki" i zawsze przy nich śmiałam się do rozpuku, nie mogłam zatem dojść do przyczyn odmowy ich wydania. "Nie poznali się na mnie"- powtarzałam buńczucznie i byłam zła na cały świat. Po jakimś czasie znowu przestawiłam myślenie i stwierdziłam, że z powodu tych odmów życie mi się nie zawaliło i postanowiłam się literacko wyżyć. Siadłam do komputera i napisałam następny rozdział przygód cioteczki, związany z koronawirusem, opowiedziany mi przez samą zainteresowaną. Bardzo mi to pomogło, gdyż pojęłam, że pisać mi nikt nie zabroni, zaś ciotka potrafi się obronić w każdej sytuacji. Nie zostanie bohaterką książki, lecz jej morale przez to w ogóle nie ucierpi, moje (pomijając dwa pierwsze tygodnie) również. Nadal będę o niej pisać, a jej przygody jeszcze niejeden raz poprawią mi humor. I tylko tak już na koniec nieśmiało Was zapytuję, czy dobrym pomysłem byłoby wydanie ebooka o cioteczce i jej mężu? Jeśli tak, to może w tej kwestii coś poradzimy.



Wiele razy pytaliście mnie jak wygląda ciotka, a jako że nie mogę pokazać jej twarzy, to zobaczcie sobie jej podobiznę- Sidorowską z "Rejsu". Od razu uprzedzam, że wujek Berluska nie wygląda jak niezapomniany Jan Himilsbach.

zdjęcie- East Europen Film Bulletin

Obsługiwane przez usługę Blogger.