Featured

Ratunku, Włosi mają nowy rząd!

by 12 czerwca

I stało się. Prawie trzy miesiące po wyborach Włosi mają wreszcie nowy rząd, który jeszcze na dobre nie zaczął rządzić, a już wylała się na niego fala krytyki. Bo to populiści, ignoranci, eurosceptycy, a nawet (o zgrozo) rasiści, mający na celu skłócić ze sobą wszystko i wszystkich. Durny naród nie wie, co zrobił, głosując na oszołomów z Ruchu Pięciu Gwiazd do spółki z Ligą Północną, gdyż jasne jest, że konsekwencje ich polityki będą okrutne i jeszcze odbiją się ludziom czkawką. Moim zdaniem niekoniecznie.

Zacznę od tego, że Partia Demokratyczna przegrała wybory na własne życzenie. Po klęsce referendum dotyczącego zmiany konstytucji w 2016 roku aktualnie rządzący politycy nie odrobili lekcji i zamiast ogłosić przedwczesne wybory parlamentarne, dokonali roszad w składzie rządu, chcąc w ten sposób uratować stołki. Premier Matteo Renzi co prawda podał się do dymisji, ale jego ministrowie pozostali, przechodząc z jednego resortu do drugiego, jak np. katastrofalny Minister Spraw Wewnętrznych Angelino Alfano, który po porażce referendum awansował na stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych, co było decyzją nie tyle kurozialną, co absurdalną. Partia Demokratyczna nie zrozumiała, że ludu należy słuchać, więc ten pokazał jej czerwoną kartkę. Postępująca bieda oraz wysokie bezrobocie dodały wręcz oliwy do ognia i demokraci musieli pogodzić się z tym, że wybory skończyły się dla nich niepowodzeniem.

Po wygranej Ruchu Pięciu Gwiazd pewna była tylko jedna rzecz, a mianowicie ta, że ich koalicjantem zostanie Liga Północna, bo ta partia uplasowała się na drugim miejscu. Oszczędzę Wam tyrady na temat tego, jak przebiegały rozmowy między ugrupowaniami, czym wsławił się prezydent Mattarella i jak blisko było ku temu, by nowy rząd w ogóle nie powstał. Zagraniczne (w tym i nasze) media rozpisywały się o kryzysie politycznym we Włoszech, przepowiadały czarne scenariusze z wyjściem Italii ze strefy euro na czele i przedstawiały Włochy jako kraj dążący do rychłego upadku. Tymczasem nowy rząd się skrystalizował, jego premierem został nieznany prawie nikomu Giuseppe Conte, zaś liderzy obu ugrupowań zadowolili się posadami wiceszefów rządu i ministerstwami Pracy (Luigi di Maio) i Spraw Wewnętrznych (Matteo Salvini). Nie obyło się i bez kontrowersyjnych decyzji, ponieważ odpowiedzialne stanowisko Ministra do spraw Rodziny i Osób Niepełnosprawnych dostało się niejakiemu Lorenzo Fontanie, który od razu spotkał się z dużą (i jak najbardziej słuszną) krytyką, gdyż stwierdził dosadnie, iż dla niego istnieje tylko tradycyjny model rodziny, a tych "tęczowych" w ogóle nie poważa. Obywatel Fontana może i być homofobem, natomiast minister Fontana nie powinien sobie na takie słowa pozwolić. Tęczowe rodziny istnieją i spychanie ich na margines jest niedopuszczalne. 

Pozwólcie, że skupię się na dwóch największych problemach dzisiejszych Włoch, a co za tym idzie, wymienionych już przeze mnie nowych ministrów- Di Maio i Salviniego, jako że to w nich pokładane są największe nadzieje. Czy Minister Pracy Luigi di Maio da radę zrobić coś z galopującym bezrobociem i wzbudzić optymizm w młodych ludziach? Czeka go trudne zadanie i nie mam pojęcia, jakie jest jego remedium na uzdrowienie sytuacji w państwie. Di Maio ma dopiero 31 lat, nie posiada kierunkowego wykształcenia, nic zatem dziwnego, że wiele osób patrzy sceptycznie na jego kandydaturę, a sam Ruch Pięciu Gwiazd postrzegany jest jako partia ignorantów. Na ostrą opinię pod jego kątem pozwolił sobie Silvio Berlusconi, który z właściwym sobie przytupem powiedział, że "politycy tej partii nie nadawaliby się nawet na czyszczenie toalet w jego spółkach". Pożyjemy zobaczymy, niemniej z pewną taką satysfakcją muszę zaznaczyć, iż mój mąż po raz pierwszy zgadza się z boskim Silvio (a zarzekał się, że tak nigdy się nie stanie). Prędzej czy późnej dowiemy się, czy za panowania Luigiego Pierwszego Pięknego rynek pracy drgnął, a wtedy zasłuży on, o ile nie na pomniki, to niewątpliwie na wyrazy wdzięczności.

Na koniec zostawiłam wisienkę na torcie i najpopularniejszego obecnie polityka we Włoszech- Matteo Salviniego. Tak się złożyło, że wczoraj decyzją nowego Ministra Spraw Wewnętrznych nie wpuszczono do włoskich portów promu Aquarius z nielegalnymi imigrantami na pokładzie, a w Italii rozpętało się piekło. Salvini już w trakcie kampanii wyborczej zapowiadał, że gdy dojdzie do władzy, zrobi wszystko, żeby skończyć z imigracyjnym biznesem i zablokuje drogą morską, kiedy będzie taka potrzeba. Osobiście chce mi się śmiać z tego, iż przed Włochami promu nie chciały przyjąć Francja, Hiszpania i Malta, a w Italii nikt nie miał o to pretensji i nie wyzywał przedstawicieli tych krajów od morderców i rasistów. Dopiero rozporządzenie Salviniego spowodowało zmasowaną reakcję ze strony opozycji. Za kadencji poprzedniego rządu do Italii przypłynęło 600 tysięcy nielegalnych imigrantów (potwierdziła to w niedawnym wywiadzie była szefowa Izby Deputowanych Laura Boldrini) i żadne państwo nie pomogło Włochom uporać się z tym problemem. Po dojściu do władzy przez prawicę inne kraje wreszcie zauważyły, jak wiele zrobiła Italia i nawet kanclerz Niemiec przyznała, że Włosi zostali sami na imigracyjnym placu boju. Szkoda, że wcześniej nikt nie kwapił się do tego, aby razem rozwiązać tą sytuację. Wraz z prawicowym rządem przestano wreszcie lekceważyć włoskie wołania o pomoc w sprawie imigrantów.

Nowy rząd to rząd wybrany przez społeczeństwo, które wyraźnie poszło w prawą stronę, jednak nie znaczy to, że Włosi stali się nacjonalistami. Wybrali kogo wybrali, bo poprzedni rządzący zawiedli ich zaufanie na każdej linii. Nie jestem huraoptymistką i nie uważam, że teraz Italia wyjdzie z kryzysu i wszyscy będziemy żyć jak u Pana Boga za piecem, niemniej nie skreślam na samym początku nowego rządu, nie mając okazji przekonać się, jak jego przedstawiciele sterują państwem. Niech pokażą, co potrafią (albo i nie), niech spełnią przyrzeczenia wyborcze takie jak ukrócenie przywilejów polityków, niech spowodują wzrost gospodarczy, a wtedy lud będzie im wdzięczny. Podkreślam raz jeszcze, iż nie jestem entuzjastką tego rządu, ale psioczenie, że teraz to zacznie się we Włoszech kryzys, jest według mnie mało poważne. Gdyby było dobrze, lewica nie przegrałaby ostatnich wyborów. Może więc nie była tak światłą partią, jak próbuje się ją przedstawiać? Naród nie jest w ciemię bity, więc wyciągnął właściwe wnioski i zrobi to samo, jeśli obecny rząd będzie leciał w kulki. Ale to już jest temat na osobną dyskusję.



zdjęcie- La Voce di New York

Nowy początek na włoskiej prowincji

by 08 czerwca
To było prawie miesiąc temu, kiedy zapakowaliśmy resztę naszego skromnego dobytku do auta i wczesnym rankiem opuściliśmy Genuę. Spojrzałam ostatni raz na zamknięte okna w opuszczonym przez nas mieszkaniu, na kota, którego nazywałam "mały tygrysek" i wreszcie na schody, ciesząc się w duchu, że nie będę musiała więcej po nich wchodzić. Spoglądałam na naszą dziwną kamienicę, przedszkole Gai, znajdujące się obok i zastanawiałam się, jak to będzie na lombardzkiej prowincji. Zostawiłam za sobą siedem pięknych, ale też trudnych lat i z entuzjazmem przyjmowałam zmiany, na które tak długo czekałam. Wsiadłam do auta, pomachałam ręką na pożegnanie i udałam się może nie w siną dal, za to do miejsca, gdzie prawdopodobnie będziemy mieszkać kilka ładnych lat, albo i dłużej.

Pierwsze dwa dni spędziliśmy nie w nowym domu, a w miasteczku o wdzięcznej nazwie Certosa di Pavia, gdzie znajduje się słynny klasztor, który miałam zamiar zwiedzić, ale mi się to nie udało, jako że wypad z dziećmi do takiego miejsca to nie jest dobry pomysł. W klasztorze panuje absolutna cisza i oczywiście się nie biega, tylko kroczy w skupieniu, a nie było szans na to, aby moja pięciolatka zachowywała się w nim poprawnie. Zrezygnowałam więc z odwiedzin i poszłam z dziećmi na plac zabaw, co okazało się o wiele sensowniejszym rozwiązaniem. W Certosa di Pavia zatrzymaliśmy się na dwa krótkie dni, po czym wróciliśmy do domu z nadzieją, iż dostawca energii włączył nam prąd. Niestety, nie spełniły się nasze oczekiwania i musieliśmy się uzbroić w dużą cierpliwość, bo prądu jak nie było, tak nie było, a ja zaczęłam żałować, że w ogóle tu przyjechałam. W Genui może i wkurzały mnie schody, ale o podstawowe wygody typu prąd, nie musiałam się martwić.

Koniec końców, wytrzymaliśmy bez prądu przez cały długi tydzień. Łatwo nie było, niemniej odnalazłam i pozytywne aspekty tego nieszczęścia- przez siedem dni nie gotowałam, ponieważ kuchenkę mamy nie na gaz, lecz na prąd właśnie, więc obijaliśmy się po pobliskich restauracjach. Znaleźliśmy bardzo miłe miejsce, blisko pracy mojego męża, gdzie fundują naprawdę smaczne i niedrogie jedzenie. Risotto, które tam jadłam, było tak pyszne, że do tej pory leci mi ślinka, gdy o nim pomyślę. Dawno żadna restauracja mnie tak nie urzekła i niewątpliwie do niej powrócę w niedalekiej przyszłości. Wracając jednak do sedna sprawy, czyli mieszkania bez prądu, to kiedy nareszcie go włączono, jako tako powróciliśmy do rzeczywistości. Pojawił się hydraulik i rozprawił się z kuchnią, wobec tego przestałam biegać z naczyniami do łazienki i odetchnęłam z ulgą. Poznaliśmy sąsiadów, Gaja poszła do nowego przedszkola, a ja zaczęłam powoli odkrywać miasteczko i upajać się tym, że wreszcie mogę wozić Sarę w wózku, a nie nosić na plecach.

Nasze nowe cztere kąty jeszcze nie są w pełni umeblowane, jako że mąż ma czas tylko w weekendy składać meble w pokoju dziewczynek. Większość lampek znajduje się w pudełkach, przedpokój jest pełen kartonów, z których wypakowałam już nasze rzeczy. Nie mamy również rolet do wszystkich okien i czuję się nieco podglądana, mimo że mało osób tu przechodzi. Regały na książki nadal nie są zamontowane i wielu rzeczy brakuje, ale to nic, bo wszystko przyjdzie z czasem. Mamy gdzie siedzieć i spać, choć trzeba przyznać, że nie sypiam zbyt dobrze. Dopóki pokój dzieci nie będzie gotowy, muszę spać z Sarą, która tak się kręci, że przez pół nocy przenoszę ją na jej stronę. Spanie z dziećmi jest może fajne, lecz pod warunkiem, że one się nie ruszają. Moja Sara wiercipięctwo wyssała wraz z mlekiem matki, więc pretensje mogę mieć sama do siebie. Ogólnie mieszka mi się tu wspaniale i mam wrażenie, że jestem na wakacjach, a najlepsze jest to, że mamy ogródek, zaś i Gaja z Sarą mogą się w nim wyszaleć do woli. Nie posiadam co prawda umiejętności ogrodniczych, ale człowiek uczy się całe życie, zatem jest nadzieja, że dam radę ujarzmić kosiarkę. Start tutaj był nieudany (to był raczej falstart) ze względu na problemy z prądem, natomiast dzisiaj czuję się tu jak ryba w wodzie, albo lepiej pączek w maśle, biorąc pod uwagę moje gabaryty. Nic więc dziwnego, że nie brakuje mi Genui.








Koszmar z ulicy Prądowej, dziury włoskiej procedury i przeprowadzka widmo

by 06 maja

O tym, że Italia to kraj absurdów przekonałam się kilka razy na własnej skórze, ale ostatnia historia związana z nonsensami włoskiego życia wyprowadziła mnie z równowagi. Zaczął się maj, więc teoretycznie powinnam być już w nowym domu, lecz wszystko się przedłużyło z powodu niefrasobliwości firmy dostarczającej prąd, która to zrobiła nas w konia. I prawie spowodowała moje załamanie nerwowe, a poziom stresu u mnie i męża podskoczył do niewyobrażalnych rozmiarów. Nie przypuszczałam, że aktywowanie prądu może być aż tak problematyczne i trzeba się prosić o to, by zostać klientem firmy energetycznej.

W ubiegłym tygodniu mój mąż wysłał do dostawcy dokumenty online i ze spokojem czekaliśmy na potwierdzenie usługi. Po dwóch dniach zadzwoniliśmy tam, aby dowiedzieć się, czy nasze zgłoszenie dotarło i kiedy możemy spodziewać się aktywacji. Odpowiedziano nam, że papiery przyszły, więc zajęliśmy się innymi sprawami. Minęło jednak pięć dni roboczych, czyli tych, w ciągu których prąd miał zostać włączony, a tu nadal nic. Mąż ponownie się z nimi skontaktował i tym razem dowiedział się, że żadnych dokumentów nie ma i nie było. Pracownik poradził mu, żeby wysłał na nowo podanie, co oczywiście przedłuży czas oczekiwania o kolejne pięć dni roboczych. Nieważne, że źle nas poinformowali i nie poczuli się w obowiązku do szybkiego rozwiązania tej przykrej sytuacji. Procedury są jakie są i nie da się ich przyśpieszyć, tego jeszcze by brakowało.

Z ciężkim sercem zdecydowaliśmy, że poczekamy, gdy nadeszła następna niespodziewana informacja. Znowu skontaktował się z nami przedstawiciel firmy, której nazwy z litości nie wymienię i ze stoickim spokojem oznajmił mężowi, że do pięciu dni roboczych należy doliczyć jeszcze czternaście dni, ponieważ umowa obejmuje klauzulę o tym, iż klient ma dwa tygodnie na podjęcie decyzji, czy chce ten prąd czy nie. A skoro milczeliśmy, to spółka przyjęła za pewnik, że może się rozmyślimy. Fakt, że dzwoniliśmy tam kilkanaście razy i mówiliśmy, że im prędzej aktywują nam prąd, tym lepiej, nic im nie wyjaśnił. Dołożono nam dwa tygodnie i czas oczekiwania na prąd przedłużył się do miesiąca, co przyjęliśmy z rozpaczą.

Kiedy złość mi już przeszła, doszło do mnie, że przecież to nie jest jedyna firma, która dostarcza prąd i można coś z tym fantem zrobić. Podziękowałam za usługę i zerwałam wszelkie kontakty, bowiem miesiąca bez prądu sobie nie wyobrażam. Konkurencja przyjęła nas entuzjastycznie, w jej umowie nie ma żadnych kruczków i zobowiązali się aktywować nam prąd do pięciu dni roboczych i nie dodają nam następnych dwunastu na nie wiadomo co. Z Genuą na sto procent pożegnamy się jutro, do Pavii zawitamy wcześnie rano i trzy dni przebębnimy w hotelu, co samo w sobie jest niedorzeczne, ponieważ mamy gdzie mieszkać. Niestety, dom nie jest wyposażony w najważniejszą rzecz, a kraść prądu nie zamierzam, gdyż znając życie, wsadziliby mnie za kratki i w ogóle nie mogłabym się cieszyć z naszych nowych czterech kątów. Te kilka dni chcę spędzić zwiedzając i nie przejmując się niczym, a w międzyczasie będę rozważać, jak to jest, że mam zawsze pod górkę i nawet normalnie przeprowadzić się nie mogę. Gdyby chodziło tylko o mnie, nie miałabym problemu funckjonować bez prądu, lecz z małymi dziećmi to niewykonalne. A właśnie, gdy zdesperowana spytałam pracownika pechowej firmy jak mam teraz podgrzewać mleko córkom, niezrażony niczym gość odpowiedział mi (cytuję), że zawsze mogą wypić zimne. Operator firmy energetycznej odradza mi korzystanie z prądu i proponuje alternatywne metody, no tego się nie spodziewałam. A nie mówiłam, że Italia to kraj absurdów?


Zdjęcie- il Salvagente

Pożegnanie z Genuą

by 22 kwietnia

Pobyt w Genui powoli dobiega końca. Pakujemy się, a moje wspomnienia przybierają konkretny wygląd. Jakieś ciuszki, które trzymałam na pamiątkę, stare bilety do kina czy inne pierdoły są potwierdzeniem tego, że przez siedem lat wiele się tutaj działo, a nasze życie obfitowało w niespodzianki. Nie zawsze było kolorowo, czasem miałam ochotę stąd uciec, niemniej bilans jest zdecydowanie pozytywny i nie żałuję ani jednej chwili, którą tu spędziłam. Teraz przygotowuję się na zmiany i zastanawiam się, jak będzie w nowym miejscu. Zamieszkamy w małym miasteczku, można nawet powiedzieć, że na zadupiu, co bynajmniej mnie nie przeraża. Jestem podekscytowana i odliczam dni do przeprowadzki.

Wyjeżdżam za niedługo, więc zrobiłam się sentymentalna i przypominam sobie jak to było, gdy przyjechałam do Genui. Pamiętam, że miasto nie wzbudzało mojego zaufania, na początku rzadko wychodziłam z domu i trochę minęło, zanim się tutaj zaklimatyzowałam. Teraz jest zupełnie inaczej, nie błądzę już jak dziecko we mgle i nie mam obaw, że coś mi się nie uda. Stałam się odważniejsza, zaś wyprowadzkę traktuję jak wspaniałą przygodę i tydzień, który do niej pozostał, dłuży mi się niemiłosiernie. Nie jesteśmy jeszcze ogarnięci, w domu panuje bałagan, kartony i worki królują wszędzie, a ja nie wiem, gdzie ręce mam włożyć. Najbardziej zadowolone z chaosu są dzieci i mieszkanie w takim wydaniu podoba im się o wiele bardziej, niż gdy jest w nim porządek. Sara, która ma niecałe dwa lata, nie ogarnia tego, co się dzieje, natomiast jej starsza siostra poinformowała o przeprowadzce całe przedszkole i pół ulicy, nie wyłączając największej plotkary na osiedlu. 

Genua to wyjątkowe miasto i trudno je pokochać od pierwszego wejrzenia, ale na pewno kilku rzeczy będzie mi brakowało. Widoku z okna, jedynego w swoim rodzaju, obejmującego stadion i skrawek morza. Tych wspaniałych kolorów nieba, tak różnych każdego dnia. Smaku focacci, najpyszniejszej na świecie, do której nie umywa się żadna inna. Ryku kibiców, czasami brutalnego, lecz dającego się polubić. Zgiełku panującego na ulicach i oddechu wielkiego miasta. Barów, sklepików osiedlowych oraz majestatycznych kamienic, przytłaczających mnie swoim pięknem. Starszego pana, uśmiechającego się do mnie, którego spotykałam codziennie i rozmawiałam z nim o błahych sprawach. Właścicielki pralni, umiejącej zagadać człowieka na śmierć, ale jakże sympatycznej. I tysiąca innych ludzi, ulic, miejsc, często bezimiennych, a tak dużo mi mówiących. Przed nami kolejny etap wędrówki i jestem przekonana, że w miasteczku leżącym w pobliżu Pavii będziemy tam tak samo szczęśliwi. 

Wyprowadzka

by 05 kwietnia

Druga połowa kwietnia będzie dla mojej rodziny dosyć ciężkim miesiącem. Stało się, wyprowadzamy się, o czym marzyłam od dawna, ale nadal to do mnie nie dochodzi. Zapuściłam korzenie w Genui, przyzwyczaiłam się do tego miasta, ujarzmiłam je, więc świadomość, że będę tu mieszkać tylko do końca miesiąca, jest dla mnie trudna do zniesienia. Cieszę się z przeprowadzki, jak najbardziej, ba, skaczę po łóżku z radości, niemniej jest mi trochę dziwnie, co zresztą jest normalnym uczuciem. Przeżyłam w Genui siedem lat, raz lepszych, raz gorszych, lecz niewątpliwe pięknych, bo tutaj wyszłam za mąż i urodziły się moje córeczki. Zostawiam za sobą pierwsze momenty emigracji, dużo życzliwych osób, mnóstwo nowych znajomych i schody, które przeklinam tak samo, jak na początku.

Wyprowadzamy się, ponieważ mój mąż zmienił pracę. Nie siedzi już na uniwersytecie, a pracuje w firmie, do której dojeżdża pociągiem, więc dalszy pobyt tutaj zwyczajnie nie ma sensu. Od początku grudnia ubiegłego roku mąż codziennie traci na dojazd pięć godzin i ten nowy tryb życia daje nam się mocno we znaki. Wychodzi z domu rano przed szóstą, wraca wieczorem koło dziewiątej, dzieci w ciągu tygodnia prawie go nie widzą, a ja czuję na sobie podwójny balast. Nie lubię narzekać na macierzyństwo, ale muszę przyznać, że bez wsparcia męża nie jest mi lekko. Muszę radzić sobie sama, zaś każde dalsze wyjście z domu jest dla mnie sporym wyzwaniem. Do pediatry mąż woził mnie autem, natomiast teraz jeżdżę trzema autobusami, co nie jest jakimś wielkim wyczynem, lecz mając na plecach Sarę ważącą 10 kilogramów po przyjściu do domu czuję się tak, jakbym zeszła z ringu.

I chłonę Genuę, na którą zostało mi tak mało czasu. Dopiero dzisiaj, na tak niewiele przed wyjazdem, zdałam sobie sprawę z tego, że nie znam tego miasta. Zawsze odładałam zwiedzanie na jutro, tymczasem okazuje się, że na jutro jest już za późno. Nie dam rady nadrobić turystycznych zaległości i przeprawiać się przez miasto z aparatem w ręku, bo nie pozwala mi na to proza życia. Nie mogę rzucić wszystkiego i latać po Genui, choć bardzo bym chciała, ponieważ mam zobowiązania i czekają na mnie kartony, do których powoli pakuję nasz skromny dobytek. Jednakowoż, gdy nadarza się okazja, cykam zdjęcia i uwieczniam tak dobrze mi znane miejsca. Moje uczucia do Genui są skomplikowane, czego nigdy nie ukrywałam, lecz obecnie, w przededniu naszej wyprowadzki, pamiętam jedynie te dobre rzeczy. Będę tęsknić umiarkowanie, gdyż najdroższych zabieram ze sobą. A udajemy się do Lombardii, gdzie zamierzamy zapuścić korzenie, przynajmniej taki mamy zamiar, chyba że los zadecyduje inaczej.
Obsługiwane przez usługę Blogger.