Featured

Matki na Szczycie jesień w Neapolu

by 02 listopada

To był bardzo intensywny dzień, więc pisarka Katarzyna Targosz (znana również jako Matka na Szczycie), która wróciła właśnie z przemiłej, acz wyczerpującej promocji swojej najnowszej powieści „Szlak Kingi”, nie myślała o niczym innym, jak o drzemce. Przedtem jednak starym zwyczajem sprawdziła skrzynkę pocztową i zdumiała się mocno, przeczytawszy jedną z wiadomości.

-To niemożliwe- szepnęła sama do siebie- nie wierzę w to, co czytam.

Maila do Matki Na Szczycie wysłał słynny włoski reżyser, laureat Oscara za „Wielkie sprzęgło”- Paolo Szurnientino. Reżyser, zachwycony powieścią „Jesień w Brukseli”, chciał ją przenieść na ekran i zaoferował autorce niebagatelną sumę za prawa do scenariusza, w zamian jednak chciał dokonać kilka poprawek, które nie spodobały się Matce Na Szczycie. Już sam fakt, że film miałby się nazywać „Jesień w Neapolu”, a jego akcja przeniosłaby się z Krakowa do stolicy Kampanii, nie podziałał na fantazję naszej pisarki, a wręcz przeciwnie, gotowa była odmówić Szurnientino, zwłaszcza że nie przepadała za jego twórczością („Wielkie sprzęgło” znudziło ją po 10-ciu minutach). Lecz mąż Katarzyny, Ojciec na Szczycie, gdy tylko zobaczył, za ile Szurnientino chciał wykupić scenariusz, od razu stanął po stronie reżysera. Oczami wyobraźni widział pensjonat, o którego postawieniu marzył już od dawna i zrozumiał, że żona nie może zaprzepaścić takiej szansy.

-Dla takiej kwoty, to znaczy chciałem powiedzieć dla sztuki, warto pójść na ustępstwa- zauważył roztropnie Ojciec na Szczycie- Szurnientino zaprasza cię do Włoch, abyś przekonała się, jak to wszystko ma wyglądać. Co ci szkodzi, jedź na te dwa tygodnie, a ja zajmę się synem. Możesz wziąć ze sobą dwie osoby, więc skorzystaj z tego i dopiero potem zdecydujesz, czy wizja reżysera pasuje do twojej książki.

Matka na Szczycie przyznała słuszność wywodom męża i zdecydowała się na podróż do słonecznej Italii. Towarzyszyć jej miały dwie przyjaciółki, z którymi przeżyła już niejedną przygodę i którym ufała najbardziej, zaraz po mężu. Gdy zaproponowała dziewczynom dwutygodniowy wypad do słonecznego Neapolu, Katarzyna Przesmyk i Gosia Juhas nie wahały się ani chwili. Redaktorka Przesmyk była zresztą agentką Matki na Szczycie i miała pomóc jej w rozmowach, a prawnicze wykształcenie Gosi Juhas pozwalało nie utonąć w rozmaitych kruczkach i być mocnym punktem w negocjacjach z reżyserem Szurnientino.

Kiedy dziewczyny spotkały się na lotnisku, nie mogły ukryć swojego podniecenia.

-Wreszcie cię doceniono- cieszyła się Gosia Juhas- ten cały Szpetnino to musi być naprawdę wybitny reżyser, skoro się na tobie poznał.

-Szurnientino- poprawiła ją Matka na Szczycie- pamiętajcie, że to on musi zacząć gadać o kasie i interesach, bo to mu ma na tym zależeć.

Gdy przyjaciółki rozsiadły się wygodnie w fotelach prywatnego dżeta Szurnientino, uznały, że życie jest naprawdę piękne i popijając wytrawne Chianti, oddały się rozmowie na temat twórczości włoskiego reżysera i ogólnie włoskiego życia, o którym niewiele wiedziały. Czas płynął im znakomicie, obsługa dżeta była na każde ich skinienie i kiedy szykowały się do lądowania, Gosia Juhas przypomniała sobie, że ma im coś ważnego do zakomunikowania:

-Słuchajcie, musicie mi pomóc. Jak wiecie, od lat jestem wierną fanką wielkiego włoskiego śpiewaka Albano Kryzysa i zrobię wszystko, żeby go poznać. Szepnij ode mnie Szurnientino parę słówek, co to dla niego zorganizować takie spotkanie, na bank wszyscy artyści się do niego przychlebiają, w końcu to laureat Oscara. Nawiasem mówiąc, nic nie skapowałam z tego jego "sprzęgła", ale o tym mu nie powiem i będę udawała jego najwierniejszą wielbicielkę.

-Dobra- zaśmiała się Matka na Szczycie- na pewno da się coś zrobić.  A co ty tak trzymasz ciągle w ręku, co to za notatnik?

-To nie żaden notatnik, tylko Planer Pełen Chaosu, który wygrałam w konkursie organizowanym przez blogerkę Pani Swojego Chaosu. Nie uwierzycie, jaki jest bajerancki, a trzymam go blisko, bo mam w nim zapisane włoskie słówka i parę nowinek o włoskim świecie. Trzeba będzie jakoś zagiąć tego Szpetnino czy jak mu tam. Oj, zapamięta on naszą trójkę, już ja to wam obiecuję.

Tymczasem dżet wylądował na lotnisku w Neapolu, a na dziewczyny czekał już osobisty sekretarz Szurnientino- Antonio Cincino, o którym wiadomo było, że jest bardzo skuteczny i trzeba się z nim liczyć. To on podsunął reżyserowi dzieło pisarki i namówił go do sprowadzenia jej do Włoch. Na pozór niczym się nie wyróżniał, lecz jego wpływy w filmowym świecie były niezmierzone, o czym nie wiedziały nasze bohaterki.

-Patrzcie, a co to za majonez- powiedziała Gosia, gdy zobaczyła Cincina z transparentem, na którym wypisane były trzy nazwiska (Juan, Pryk i Taro). Sekretarz podszedł do nich i czystą polszczyzną powitał je na włoskiej ziemi, czym zaskarbił sobie szacunek i sympatię dziewczyn.

-Reżyser Szurnientino niecierpliwi się, by was poznać, więc nie dajmy mu czekać i jedźmy wprost do niego- Cincino zaprosił miłych gości do auta- po drodze omówimy szczegóły wizyty, a kiedy formalności zostaną wypełnione, Neapol będzie do waszej dyspozycji.

-I oby to stało się jak najszybciej- podsumowała Katarzyna Przesmyk, której nieoczekiwanie zaświtał w głowie wspaniały pomysł. Jako wielbicielka książek zrozumiała, że dzięki Szurnientino i wpływom filmowców może wreszcie spełni swoje marzenie i zbierze materiał na drugi „Kod da Vinci”.

-Słuchajcie- szepnęła koleżankom- pomóżcie mi namówić Szurnientino, aby załatwił mi dostęp do Tajnych Ksiąg Watykanu, bo jeśli on tego nie zrobi, to nigdy więcej nie będę miała podobnej okazji. Marzę o napisaniu książki, ale bez wglądu do tajemnic watykańskich nie mam dostatecznego materiału. Gdyby w jakiś sposób Szurnientino załatwiłby mi tam dojście, mogłabym spłodzić powieść, o jakiej świat nie słyszał.

I tak planując, dojechały do  willi reżysera. Widok otoczenia i samego domu, bardziej przypominającego zamek niż podmiejską daczę, zapierał dech w piersiach. Rzekłbyś, że to nie krajobraz, lecz dzieło mistrza, który uchwycił każdy detal i unieśmiertelnił piękno wspaniałego Neapolu. Szurnientino wie, co robi- pomyślała Gosia Juhas- w takich okolicznościach przyrody ciężko będzie powiedzieć nie. Mnie już kupił.

-Widzę, że jesteście zachwycone- przywrócił dziewczyny do świadomości męski głos- witajcie w moich skromnych progach i czujcie się jak u siebie- powitał gości z Polski Paolo Szurnientino- odświeżcie się, a później zjemy obiad i pogadamy o biznesie.

Obiad upłynął pod znakiem zachwytu nad włoskimi potrawami i tak jak każe zwyczaj, nie rozmawiano o interesach podczas konsumpcji. Szurnientino pochłaniał ogromne ilości jedzenia i nie zwracał na dziewczyny żadnej uwagi, Cincino z prawdziwie włoską elegancją sączył wytrawne Prosecco, a kelnerzy co chwila przewijali się przez salon, by spełnić żądania wymagającego pana domu. Kiedy po trzech godzinach uczta dobiegła końca, Szurnientino szarmanckim gestem zaprosił panie do gabinetu, gdzie miał dokonać transakcji i pokazać dziewczynom statuetkę Oscara oraz kilka innych filmowych nagród.

-Oto kontrakt- Szurnientino wyjął z biurka świstek papieru i podał go pisarce, która przejrzała go, dała do przeczytania Katarzynie Przesmyk, po czym obie stwierdziły, że wszystko jest w porządku.

-Niemniej- powiedziała Matka na Szczycie- mam jeszcze kilka żądań, a ich wykonanie powinno być dla pana drobnostką. Proszę umożliwić Gosi Juhas spotkanie z Albano Kryzysem, a pani Przesmyk załatwić dojścia do Tajnych Ksiąg Watykanu.

-No proszę- zdziwił się reżyser- czy pani mnie nie przecenia?

-Bez realizacji marzeń moich towarzyszek nie dostanie pan prawa do ekranizacji mojej książki- odparła zdecydowanym tonem Katarzyna Targosz.

-Umie się pani targować- odpowiedział Szurnientino- zobaczmy więc, co da się zrobić. Cincino, dzwoń mi pierunem do projektanta Valnientino, on zdaje się ma jakieś znajomości w Watykanie. A Kryzys to pestka, zagra dla mnie nawet za darmo.

-W takiej sytuacji podpiszę kontrakt- uśmiechnęła się pisarka i na papierze pojawił się je zamaszysty podpis.

W tym momencie Szurnientino zaczął się śmiać.

-O co chodzi- wrzasnęła na niego Gosia Juhas- co się śmiejesz jak głupi do mozzarelli?

-Takie uważne jesteście, a nie przejrzałyście umowy po drugiej stronie kartki. Widzicie, co tam jest napisane? Owszem, pieniądze należą do pani, ale pod jednym warunkiem. Musicie odgadnąć, jakie jest hasło do konta w banku, inaczej nici z kilku milionów euro.

-To podłość- zauważyła nasza pisarka- taki uznany reżyser, a w takie dziecinady gra.

-Lubię komplikować ludziom życie- mruknął do niej Szurnientino- ale że jesteście pięknymi kobietami, to dam wam podpowiedź. Nazwiska pani Juhas i pani Przesmyk są wskazówką do hasła i jeśli skojarzycie fakty, na pewno je odgadniecie. A teraz żegnam.

Dziewczyny nie zdążyły jednak zrobić kroku, bo nagle do gabinetu wpadła wściekła kobieta ubrana w lateks i napadła na przerażonego jej widokiem reżysera.

-Jesteś mi winien przysługę- syknęła- ubieram aktorów do tych twoich pożal się Boże filmów, a ty nic sobie z tego nie robisz. Szukam asystentki i masz pomóc mi ją znaleźć. 

-O- spojrzała na trzy gracje z Polski. Ty to mi się podobasz- fachowym okiem ogarnęła Gosię Juhas- chcesz być moją asystentką? Płacę pięć tysięcy euro miesięcznie, zapewniam wikt i opierunek, a do tego parę niezłych modeli. No jak?

Gosia Juhas zaniemówiła. Spoglądała na kobietę, którą skądś kojarzyła, lecz nie umiała sobie przypomnieć, gdzie ją widziała.

-Kim pani jest?- zapytała buńczucznie.

-Mnie się pytasz, kto ja jestem? No jak świat światem, nikt nigdy nie zadał mi podobnego pytania. Znają mnie wszyscy, jestem Donatella Vversalce!

-W wersalce czy na kanapie, wszystko mi jedno. Przyjmuję pani ofertę, pięć tysięcy euro piechotą nie chodzi. Pod jednym wszakże warunkiem- pozna mnie pani ze śpiewakiem Albano Kryzysem.

-Jak ja ci zaśpiewam Felicita, to żaden kryzys straszny ci nie będzie- zaskrzeczała Donatella- bierzesz tą robotę, czy nie?

-Wybaczcie dziewczyny- powiedziała Gosia do koleżanek- kasa jest mi potrzebna, więc same rozumiecie.

-Pewnie- odpowiedziała Kasia Przesmyk- na twoim miejscu też byśmy tak zrobiły.

Tymczasem Matka na Szczycie podeszła do Szurnientino i zażądała od niego hasła do konta w banku. Reżyser nie miał najmniejszej ochoty jej go dać i jak mantra powtarzał, iż nazwiska koleżanek są kluczem do odgadnięcia hasła. Zrezygnowana Matka na Szczycie poczęła grozić Szurnientino, gdy nagłe regał biblioteki odsunął się i do gabinetu wszedł sam Don Koralone.

-Proszę, proszę- popatrzył na pisarkę- widzę, że trafiły do pani moje metody zastraszania. Taka delikatna kobieta, a takie słownictwo, jestem pełen podziwu.

-Co pan tu robi?- spytała wściekła autorka

-Przyszedłem po swoje. Nie zapomniałem zniewagi sprzed dwóch lat, gdy wystawiła mnie pani na publiczne  pośmiewisko. Mnie, przed którym drżą wszyscy włoscy politycy! Rok temu uśpiłem pani czujność i pomogłem pokonać tych dwóch projektancików, ale dzisiaj przyszła pora na zemstę. Odda mi pani kontrakt i te kilka milionów dolarów, które zarobiła na książce i będziemy kwita.

-Ani mi się śni- odpowiedziała Matka na Szczycie

-Cincino, proszę odebrać kontrakt pisarce- skinął na sekretarza Szurnientino Don Koralone (okazało się, że Cincino faktycznie był na usługach mafii, o czym jednak reżyser nie wiedział).

Subtelny Cincino zbliżył się do Katarzyny Targosz, spojrzał na nią groźnie i bez żadnych problemów odebrał jej podpisany kontrakt. Matka na Szczycie oniemiała i zrozumiała, że tym razem faktycznie przegrała. Szurnientino dał mafioso świstek papieru, na którym zapisane było hasło do konta w banku. Koralone wsadził papierek do kieszeni, lecz Gosia Juhas delikatnym ruchem błyskawicznie go wyjęła i schowała do Planeru Pełnego Chaosu, który położyła obok innych książek na jednym z regałów. Działo się to tak szybko, że nikt niczego nie zauważył.

-Słyszałem pani prośbę o Tajnych Księgach Watykanu- Don Koralone zwrócił się do Katarzyny Przesmyk- i żeby pokazać wam, iż nie żywię urazy, zawiozę tam panią i pokażę niektóre najgłębiej skrywane tajemnice Kościoła. Rachunki między nami zostają wyrównane i mam nadzieję, że już więcej nie będziemy wchodzić sobie w paradę.

Katarzyna Przesmyk skapitulowała i zgodziła się na propozycję Ojca Chrzestnego włoskiego podziemia. Gosia Juhas w znakomitym humorze wyszła z projektantką Vversalce, a w myślach liczyła, ile zarobi przez rok pracy we Włoszech. I tylko Katarzyna Targosz została na lodzie i nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Doszło do niej, że przegrała, że wszystko zostało ukartowane i potężny Don Koralone nie jest w zasięgu jej możliwości. Nie wygram z tym mafioso- pomyślała rozsądnie- zmykam do kraju, jakem mi życie miłe.

I tak się stało. Matka na Szczycie powróciła do swoich gór i nie rościła już sobie żadnych pretensji do filmu Szurnientino. Trochę ją dręczyło, że została wykiwana, a jeszcze bardziej smuciło ją, że nie miała wiadomości od przyjaciółek. Była przekonana, iż dobrze się bawią w Italii i opanował ją smutek, który rozproszył Ojciec na Szczycie, przynosząc list polecony z Włoch zaadresowany właśnie do niej. Brzmiał on tak:

„Ratuj nas Kasiu, mamy przechlapane. Donatella Vversalce chce mnie przerobić na swoje podobieństwo i planuje cykl operacji plastycznych na moim ciele. Mam się stać jej wierną kopią i nie chce słuchać żadnych wyjaśnień. Jeszcze gorzej ma Kasia Przesmyk, która odkryła coś szalenie ważnego i siedzi teraz w Tajnych Lochach Watykanu wraz z grupą zbzikowanych mnichów. Musisz nam pomóc!

P.S. Planer Pełen Chaosu- hasło- bilbioteka- Szurnientino-albo skojarz nazwiska wiesz kogo”.

-Muszę ratować koleżanki i odzyskać hasło do konta w banku- powiedziała pisarka do męża- jest w gabinecie Szurnientino i zrobię wszystko, żeby się tam dostać. Przedtem jednak uratuję dziewczyny z rąk tych włoskich harpii.

-Czyli znowu jedziesz do Włoch?- podsumował Ojciec na Szczycie.

-Na to wygląda- jęknęła jego żona- ratunku, znowu ta Italia…


Czy Matce na Szczycie uda się uratować Gosię Juhas z rąk podstępnej Donatelli Vversalce? Czy Kasia Przemyk zdoła wyjść z watykańskich podziemi? Czy pisarka odzyska hasło do konta w banku i uczciwie zarobione miliony? A może dzięki wrodzonej przenikliwości skojarzy hasło za pomocą nazwisk przyjaciółek? Czy Don Koralone po raz kolejny przegra potyczkę z Katarzyną Targosz? Kto wie, czy o tym kiedyś się dowiemy.     



Stało się już tradycją, że 2-go listopada publikuję na blogu fikcyjne opowiadanie, którego bohaterka- Katarzyna Targosz obchodzi dzisiaj urodziny. W jej potyczkach z włoskim szefem podziemia zawsze towarzyszą jej dwie serdeczne blogowe koleżanki- Katarzyna Grzebyk i Gosia Jurasz. Mam nadzieję, że dziewczyny nie będą mi miały za złe ustawicznego zmieniania ich nazwisk, a solenizantce życzę wszystkiego, co najlepsze, zwłaszcza unikania takich ludzi, jak Don Koralone, czy cwany Szurnientino. Nie daj się, Kasiu!

Poprzednie historie:

1. Mafijna opowieść
2. Drżący&Kabanos na tropie pewnej blogerki


zdjęcie- telegraph.co.uk




Badante- jedno słowo, tyle ról

by 20 października

We Włoszech jest ich bardzo dużo. Są światłem w życiu starszych ludzi, potrzebujących towarzystwa i ochrony przed samotnością. Mieszkają z nimi, sprzątają, chodzą na zakupy, gotują, niejednokrotnie ich myją i przewijają, oglądają razem telewizję i stają się dla nich członkami rodziny. To opiekunki osób starszych, po włosku badante, których praca jest ciężka, często bywa niewdzięczna, a jeszcze częściej niedoceniona. Nie jest łatwo być badante  i trzeba mieć do tej pracy nie tylko mocny charakter, ale i wyjątkową krzepę. Bo podniesienie staruszki wymaga siły zarówno fizycznej, jak i psychicznej. To nie jest praca marzeń, lecz wszystko zależy od tego, na kogo się trafi.

Sama nie mam żadnych doświadczeń związanych z opiekowaniem się osobami starszymi we Włoszech, dlatego skontaktowałam się z kilkoma rodaczkami, które wykonują zawód badante. Drogą wirtualną opowiedziały mi o tym, czym dla nich jest ta praca, jakie mają wspomnienia i czy żałują, że w ogóle pojawiły się w Italii. Ich historie są dla mnie przykładem tego, że Polki zawsze dają radę, nawet wtedy, kiedy jest im naprawdę źle. Mieszkanie z dala od krewnych, na obcej ziemi, gdy jest się skazanym jedynie na starszą osobę, którą się opiekuje, nie należy do prostych zadań, zwłaszcza na początku. Potem jest już nieco lepiej i czasem pojawia się światełko w tunelu.

Teresa od piętnastu lat pracuje jako badante. Zna Włochy na wylot, bo tak się złożyło, że często się przenosiła. Na początku było jej ciężko, ponieważ nie znała języka, nie potrafiła odnaleźć się we włoskich realiach, a do tego musiała zajmować się kobietą przykutą do wózka, która mimo kalectwa umiejętnie posługiwała się laską i okładała nią Teresę z byle jakiego powodu. Po miesiącu gehenny Teresa uciekła z tego domu wariatów, jak sama go określiła i za pomocą znajomej Polki znalazła schronienie u miłej Włoszki z Turynu. Starsza pani nie wymagała wiele, oprócz towarzystwa, a jej rodzina płaciła niezłe pieniądze i nie wtrącała się w obowiązki opiekunki. Teresa uczyła się języka, zaczęła poznawać tutejsze zwyczaje i udawało się jej posyłać pieniądze zadłużonemu mężowi. Niestety, po dwóch latach starsza pani zmarła, a Teresa znowu została bez zajęcia. Szybko jednak trafiła na ciekawą ofertę i została opiekunką jurnego emeryta, który nie potrafił trzymać łap przy sobie.

-I tak już piętnasty rok się tułam- wyznaje Teresa- pół roku siedzę we Włoszech, a potem jadę na miesiąc do kraju, aby odpocząć i nabrać siły na kolejne miesiące. Opiekuję się emerytami, a przecież i ja jestem niemłoda. Nie chcę jeszcze z tym kończyć, bowiem czuję się potrzebna tym ludziom. W Polsce najpewniej tonęłabym w długach  i w desperacji. Mąż ma niską emeryturę i nie mielibyśmy z czego żyć, a tak spłaciłam nasze zobowiązania i mogę spać spokojnie. Ludzie mnie szanują i nazywają "wielką panią", choć dawniej nie poznawali mnie na ulicy. Dzisiaj zarabiam w euro, więc zyskałam dzięki temu szacunek otoczenia.   

Maria nie ma tak długiego stażu jak Teresa i nie ma tyle szczęścia, co ona, gdyż trafiają się jej osoby wymagające stałej opieki. Od ponad roku pracuje w Rzymie, a jej "babcia" bez jej pomocy nie zrobi niczego. Maria czasem wysiada psychicznie, ponieważ wydaje jej się, że starsza pani specjalnie ją dręczy i tylko udaje obłożnie chorą. A kiedy Maria ma wolny dzień, emerytka przeważnie dostaje gorączki, albo nagłych zawrotów głowy i Maria musi zrezygnować ze spotkania z koleżankami, mimo że cały tydzień na nie czeka. 

-To takie parszywe- czytam w mailu napisanym do mnie- mam ochotę ucieć z tej pracy i wrócić do kraju, lecz zatrzymuje mnie kasa. W Polsce w życiu bym tyle nie zarobiła, zresztą poznałam tu kogoś i oszalałam z miłości. Mam 45 lat, myślałam, że te sprawy już są poza mną, a tu proszę, zbajerował mnie Włoch. Widujemy się rzadko, lecz chwile skradzione w przelocie tej opiekuńczej gonitwy wynagradzają mi wszystko. Nie zostawiłam chłopa w Polsce, nikogo nie zdradzam, niemniej nie jest mi dobrze, bo mój Włoch nie traktuje mnie poważnie. Chciałabym, aby się zdeklarował i zabrał mnie od tej baby, ale on milczy, a ja cierpię i znoszę humory 80-letniej emerytki. 

Zupełnie innym przypadkiem badante jest Halina, która do pracy opiekunki podchodzi na luzie i nie przejmuje się zbytnio wymaganiami starszych pań. Zna tą robotę od podszewki i z niejednego pieca chleb już jadła, więc wiele rzeczy jej zwisa i powiewa. Nie stresuje się, nie przejmuje, a gdy zdarza jej się gorszy dzień, dzwoni do domu, by się wygadać. Najgorsze w byciu badante jest dla niej tęsknota i brak polskiego jedzenia (Halina nie znosi makaronu). Spotyka się z Polkami, wychodzi na tańce, flirtuje z mężczyznami i buja w obłokach. 

-Praca badante jest nudna- przyznaje Halina- a najbardziej potrzeba do niej cierpliwości. I żeby mi jej nie zabrakło, znajduję sobie przestrzeń i małe rytuały, które akceptuje moja staruszka. Rano idę na zakupy i zahaczam o bar, gdzie piję kawę i plotkuję z Włochami. Wieczorami wychodzę na godzinkę i pozwala mi to na zachowanie spokoju. Muszę się, jak ja to nazywam, odchamić, inaczej bym nie wytrzymała. To nie jest łatwa robota, jako że psychicznie daje w kość. Trzeba mieć do niej predyspozycje, inaczej się nie wytrzyma. Nigdy nie "nakurwowałam" się tyle w Polsce, co w pięknej Italii, lecz Włosi, na szczęście, biorą moje przeklinanie za dobrą monetę. Poza tym podobam im się i co tu dużo ukrywać, jestem z tego powodu mega zadowolona. Włosi to mistrzowie podrywu.

Bohaterki tego wpisu zgodnie przyznają, że bycie badante to coś więcej, niż opieka nad starszymi osobami. Słowo badante to zlepek wielu ról, a każda z nich jest tak samo ważna. Opiekunka musi być dobrą pielegniarką, jeszcze lepszym psychologiem, czasem złym policjantem, bywa ochroniarzem staruszki, a przede wszystkim jest światełkiem w tunelu, dającym seniorom nadzieję. Dzięki badante samotność starszych ludzi nie jest już taka straszna. I tylko one wiedzą, ile ta praca wymaga poświęceń.


Zdjęcie- Adnkronos

Imiona pań na ich prośbę zostały zmienione.

Smutna historia babci Peppiny

by 03 października

Nie lubimy myśleć o starości. Nie akceptujemy pojawiających się zmarszczek. Nie chcemy dać za wygraną i próbujemy walczyć z upływającym czasem. Dążymy do tego, aby pomagać seniorom, ponieważ starość to etap, który powinien być spokojny i niezmącony przez żadne urzędnicze widma. Niestety, nawet piękna włoska jesień życia może zamienić się w koszmar, gdy musi zmierzyć się z bezduszną biurokracją. Taką walkę od kilku tygodni prowadzi 95-cio letnia babcia Peppina, a jej historia poruszyła włoską opinię publiczną. Ktoś uparł się, by eksmitować staruszkę z drewnianej chatki, w której mieszkała, gdyż została ona wybudowana nielegalnie na terenie dwukrotnie odwiedzonym przez trzęsienie ziemi. Pierwszy dom Babci Peppiny zawalił się po przejściu kataklizmu, zatem córki zakupiły drewnianą chatkę (na jej własną prośbę), gdzie chciała dotrwać do końca swych dni. I chociaż staruszka wygrała z potężnym żywiołem, jakim jest trzęsienie ziemi, to nie zdołała pokonać bezlitosnych zasad biurokracji. Przegrała więc, a wraz z nią przegrało państwo włoskie.

Powiecie teraz, że przecież słusznie, skoro dom został wybudowany nielegalnie. To prawda, nie dopełniono formalności, co bardzo często się zdarza, a włoski system jeszcze częściej przymyka na to oko. Domy budowane bezprawnie to zjawisko powszechne, z którym da się dużo zrobić, lecz nikomu się nie chce. Istnieje również proceder okupowania pustych mieszkań i przybrał on już dosyć niebezpieczny obrót. Polega on na tym, że osoby włamują się do mieszkania, w którym nikt nie mieszka i stają się jego lokatorami. Jest to niezgodne z prawem nadużycie i szerzy się ono w zatraważającym tempie. Nikt jednak się nie kwapi, aby z tym coś zrobić i nie widać w przypadku okupowanych mieszkań nadgorliwości ze strony państwa, jak stało z domem babci Peppiny. Można śmiało wyrzucić staruszkę z jej drewnianej chatki, ale osób zajmujących mieszkania bez zgody prawowitych właścicieli już nie. Na to nie ma się siły i najmniejszej ochoty, bo to taka włoska walka z wiatrakami. Zbyt dużo jest takich sytuacji i trzeba wiele zachodu, by każdy rozpatrywać indywidualnie. A babcia Peppina nie dała rady sama się obronić, więc trzeba było zaburzyć jej spokój na stare lata. 

I właśnie to jest najgorsze w całej tej historii- sędziwy wiek babci Peppiny powinien być niejako gwarancją na jej nietykalność. Przerażająco smutny był widok kobiety w telewizji, gdzie ze łzami w oczach opowiadała o tym, że nie chce opuszczać miejsca, w którym przeżyła 60 lat. Starość trzeba chronić od podobnych emocji, trzeba zrozumieć potrzeby osoby i jej pragnienie pozostania na swojej ziemi. Włoska biurokracja wzięła pod lupę 95-cio letnią staruszkę i walczyła z nią do oporu, aż wygrała. Nie pomogli politycy, którzy zajęli się sprawą babci Peppiny, ani głos społeczeństwa, domagający się odrzucenia zakazu eksmisji. Prawo to prawo i należy je egzekwować, grzmiali urzędnicy wymachujący służbowymi papierkami. Ależ naturalnie i z tym nikt nie polemizował, a z faktem, iż wyrzucono z domu staruszkę. Dlaczego to samo prawo jest tak pobłażliwe w stosunku do tysięcy innych osób? Widok zrozpaczonej babci Peppiny opuszczającej swój dom poruszył niejedno serce, lecz sumienia niektórych osób pozostały niewzruszone. "Dzisiaj umarło dla mnie państwo, nie jestem więcej dumna z bycia Włoszką"- powiedziała jedna z córek Peppiny i nie wypada nie zrozumieć jej rozgoryczenia. Starych drzew się nie przesadza, zwłaszcza gdy są tak rozczulająco bezbronne.


zdjęcie- inews.it

Subtelni (albo i nie) mistrzowie dwuznaczności

by 27 września


Przed moim wyjazdem do Włoch dużo słyszałam nie tylko na temat "tych playboyów Makaroniarzy" (uwierzcie, że nie znoszę tego słowa, choć kiedyś sama go nadużywałam), ale również o tym, że Włochom wszystko kojarzy się z seksem. Jakkolwiek pierwsze stwierdzenie nie jest do końca zgodne z prawdą, bo znam wielu Włochów, którzy z pojęciem "amant" nie mają nic wspólnego, to drugie jest jak najbardziej słuszne. Włosi są słownymi mistrzami dwuznaczności, a odniesienia do seksu znajdują wszędzie, nawet w niewinnych bajkach dla dzieci. Ich zawadiacka natura już tak jest skonstruowana, że muszą dodać coś pikantnego do rozmowy, gdyż powoduje to salwy śmiechu. No i nadaje sens dialogowi, jako że konwersacja bez pieprznego elementu nie ma w sobie nic ciekawego.

Wiele aluzji do seksu można odnaleźć w kuchni i łatwo przejść od gastronomii do erotyki, nie zdając sobie zresztą z tego sprawy. Biada temu, kto rozprawia o ziemniakach, ponieważ tym mianem określa się też waginę. Kiedy więc Włoch mówi "patata", ma na myśli oczywiście ziemniak, chyba że z kontekstu zdania wynika coś innego. Kilka lat temu we włoskiej telewizji królowała reklama z gwiazdorem porno- Rocco Siffredim, który zachęcał do jedzenia czipsów (po włosku patatine). Ikona fimów dla dorosłych mówiąca o czipsach nie dała zbytnio popisu do wyobraźni i każdy głupi się domyślał, o co naprawdę chodziło boskiemu Rocco. Tylko Włosi mogli wpaść na taki pomysł i nie oburzyć się z powodu (podobno) skandalicznego spotu. Rocco i patatine to przecież oczywista oczywistość, bo któż zjadł ich więcej od niego? 

Podobnie sprawa ma się z groszkiem (pisello) i jego wpływem na nasze samopoczucie. Jedni go lubią, inni za nim nie przepadają, a jeszcze innym poprawia humor. Trzeba jednak uważać, gdy wdaje się w dyskusję na temat groszku, bo może ona nas zaprowadzić krok po kroku do... męskiego krocza. Otóż swojska nazwa członka to właśnie "pisellino", który gdziekolwiek się pojawi, tam narobi sporo zamieszania. Widać to zwłaszcza w transmisjach kulinarnych i kilku znanych twarzy telewizyjnych nadziało się już na ów oryginalny groszek. Gafy te szybko rozeszły się po internecie i były szeroko komentowane, a ich autorzy zyskali jeszcze większą popularność. Musicie jednak być czujni, ponieważ groszek sieje zamęt również i poza kuchnią, a jego wpływy znajdują się też w bajkach. "Księżniczka na ziarnku grochu" w naszym języku nie wzbudza żadnych emocji, natomiast we włoskim jak najbardziej. "Principessa sul pisello" jest dla Włochów przykładem tego, iż dwuznaczność czasem bywa kłopotliwa. Krótko mówiąc, czytając ją dzieciom, mają przekichane, ale i tak uwielbiają tę opowieść. 

Kiepsko jest po włosku zamiatać (scopare). To zwykła czynność, którą pospolita gospodyni domowa (jak nie przymierzając ja), wykonuje codziennie i praca ta nie przynosi jej żadnych uniesień. Tymczasem wyraz scopare to wulgarny zwrot dotyczący uprawiania seksu i lepiej omijać go szerokim łukiem, bowiem nie wiadomo, do czego może nas doprowadzić. Zdarzyło mi się widzieć zakłopotanie na twarzy osób, które wymieniały to słowo, po czym konspiracyjne tłumaczyli, co ono znaczy. Dwuznaczności włoskie pomagają mi trochę w przyswajaniu nowych słówek, ponieważ szukam synonimów, aby nie wymówić niektórych haseł. Nie jestem osobą pruderyjną, lecz brakuje mi włoskiej swobody obyczajów i czasem robię słowne uniki. Zdarzają mi się i językowe wpadki, a największą z nich przeżyłam w piekarni na mojej ulicy, do której wybrałam się kupić chleb. Była to moja pierwsza wyprawa po pieczywo i choć dobrze wiedziałam, jak się mówi po włosku "chleb", to palnęłam takiego byka, iż do tej pory palę się ze wstydu:

-Poproszę pene- powiedziałam do sprzedawczyni

-Jesteś pewna?- spytała mnie.

-Jak najbardziej- odpowiedziałam oburzona.

-Przykro mi, ale w tej chwili nie mamy żadnego na stanie. Za chwilę wróci kolega i może on ci jakoś pomoże.

I już miałam zacząć się gniewać, gdy dotarło do mnie, że chciałam kupić penis (pene-penis, pane-chleb). Chcąc nie chcąc, znakomicie wpisałam się we włoski klimat.


zdjęcie- Pinterest

Emigracyjna analiza w kilku aktach

by 15 września


Zbliża się szósta rocznica mojego pobytu na włoskiej ziemi, więc wypadałoby podsumować te kilka lat przeżytych poza krajem. Emigracja, którą umyślnie wybrałam, przyniosła mi wiele radości, trochę smutków i łez, lecz najwięcej w niej miłości, bowiem to na obczyźnie dane mi było zostać matką, a moje córeczki są dla mnie całym światem. I kiedy przypominam sobie włoskie początki, to mam wrażenie, że przebywałam na zupełnie innej planecie i nawet nie wiedziałam, na co się piszę. Moja emigracja składa się z różnych etapów, a każdy z nich jest tak samo ważny, ponieważ dzięki nim dojrzałam i ujarzmiłam potwory drzemiące w tej pięknej, acz trudnej wędrówce, jaką jest mieszkanie z dala od ojczyzny:

1. Etap pierwszy- euforia.

Pierwsze tygodnie we Włoszech to była dla mnie niekończąca się euforia. Wszystko uważałam za ekscytujące, zachwycała mnie każda pierdoła i miałam się za wielką szczęściarę. Opuszczałam kraj, który mimo że ma swój urok, to jednak nie zachwyca tak jak Italia. Zdawało mi się, że przyjechałam tu na wakacje, już zawsze będzie wspaniale i nie opuści mnie entuzjazm, gdy niespodziewanie nastąpił:

2. Etap drugi- stagnacja.

Zrozumiałam, że nie jestem we Włoszech na urlopie, tylko zaplanowałam tu życie i nie ma mowy o powrocie do kraju, przynajmniej nie na takich warunkach, jakie sobie wymarzyłam. Italia przytłaczała mnie okrutnie i czułam się niemal jak w więzieniu, z którego nigdy nie wyjdę. Moje przygnębienie potęgowała świadomość, że Polskę zobaczę nieprędko i nagle ojczyzna zaczęła mi się jawić bardzo wzniośle, w związku z czym dopadł mnie:

3. Etap trzeci- gloryfikacja.

To uczucie jest nieobce żadnemu emigrantowi, zaś idealizowanie ojczyzny jest świętym prawem każdego tułacza. "W Polsce to by się nie zdarzyło", "W Polsce żyje się lepiej", "Polska jest bardziej cywillizowana od Włoch"- ile razy z moich ust padały podobne słowa, co ogromnie irytowało męża. W Italii większość rzeczy stała się dla mnie "be" i ciągle coś porównywałam z Polską. Brak rodzimych rarytasów również dał mi się we znaki, bo przecież pizza czy spaghetti nie mogą się równać z kapustą kiszoną. I tkwiłam w tej złości, wzdychałam niczym natchniony poeta do "kraju tego", po czym odnotowałam, że dalej tak nie da się żyć, więc weszłam w:

4. Etap czwarty- uspokojenie.

Znów pokochałam Italię i to pomogło mi pogodzić się z moim statusem emigrantki. Zapuściłam korzenie we Włoszech, odkryłam na nowo smak tutejszej kawy i zdjęłam z pleców niepotrzebny ciężar. Przypomniałam sobie, dlaczego jestem w Italii i w mojej duszy zapanował spokój. Nie jestem tu za karę i niejeden dałby się pokroić, żeby być na moim miejscu, a do Polski w końcu nie mam daleko. Byłam wzburzona, ale odzyskałam panowanie nad sobą, w czym duża zasługa mojej rodziny. 

Jest jeszcze jeden etap, który towarzyszy mi od początku emigracji i nie ma niego lekarstwa. To niepewność, że ktoś odejdzie bez pożegnania, że komuś stanie się krzywda, że nie zdąży się kogoś zobaczyć, że zadzwoni telefon, którego nie będę chciała odebrać, że  jutro może być za późno...

Obsługiwane przez usługę Blogger.