Featured

Emigracyjna analiza w kilku aktach

by 09:19


Zbliża się szósta rocznica mojego pobytu na włoskiej ziemi, więc wypadałoby podsumować te kilka lat przeżytych poza krajem. Emigracja, którą umyślnie wybrałam, przyniosła mi wiele radości, trochę smutków i łez, lecz najwięcej w niej miłości, bowiem to na obczyźnie dane mi było zostać matką, a moje córeczki są dla mnie całym światem. I kiedy przypominam sobie włoskie początki, to mam wrażenie, że przebywałam na zupełnie innej planecie i nawet nie wiedziałam, na co się piszę. Moja emigracja składa się z różnych etapów, a każdy z nich jest tak samo ważny, ponieważ dzięki nim dojrzałam i ujarzmiłam potwory drzemiące w tej pięknej, acz trudnej wędrówce, jaką jest mieszkanie z dala od ojczyzny:

1. Etap pierwszy- euforia.

Pierwsze tygodnie we Włoszech to była dla mnie niekończąca się euforia. Wszystko uważałam za ekscytujące, zachwycała mnie każda pierdoła i miałam się za wielką szczęściarę. Opuszczałam kraj, który mimo że ma swój urok, to jednak nie zachwyca tak jak Italia. Zdawało mi się, że przyjechałam tu na wakacje, już zawsze będzie wspaniale i nie opuści mnie entuzjazm, gdy niespodziewanie nastąpił:

2. Etap drugi- stagnacja.

Zrozumiałam, że nie jestem we Włoszech na urlopie, tylko zaplanowałam tu życie i nie ma mowy o powrocie do kraju, przynajmniej nie na takich warunkach, jakie sobie wymarzyłam. Italia przytłaczała mnie okrutnie i czułam się niemal jak w więzieniu, z którego nigdy nie wyjdę. Moje przygnębienie potęgowała świadomość, że Polskę zobaczę nieprędko i nagle ojczyzna zaczęła mi się jawić bardzo wzniośle, w związku z czym dopadł mnie:

3. Etap trzeci- gloryfikacja.

To uczucie jest nieobce żadnemu emigrantowi, zaś idealizowanie ojczyzny jest świętym prawem każdego tułacza. "W Polsce to by się nie zdarzyło", "W Polsce żyje się lepiej", "Polska jest bardziej cywillizowana od Włoch"- ile razy z moich ust padały podobne słowa, co ogromnie irytowało męża. W Italii większość rzeczy stała się dla mnie "be" i ciągle coś porównywałam z Polską. Brak rodzimych rarytasów również dał mi się we znaki, bo przecież pizza czy spaghetti nie mogą się równać z kapustą kiszoną. I tkwiłam w tej złości, wzdychałam niczym natchniony poeta do "kraju tego", po czym odnotowałam, że dalej tak nie da się żyć, więc weszłam w:

4. Etap czwarty- uspokojenie.

Znów pokochałam Italię i to pomogło mi pogodzić się z moim statusem emigrantki. Zapuściłam korzenie we Włoszech, odkryłam na nowo smak tutejszej kawy i zdjęłam z pleców niepotrzebny ciężar. Przypomniałam sobie, dlaczego jestem w Italii i w mojej duszy zapanował spokój. Nie jestem tu za karę i niejeden dałby się pokroić, żeby być na moim miejscu, a do Polski w końcu nie mam daleko. Byłam wzburzona, ale odzyskałam panowanie nad sobą, w czym duża zasługa mojej rodziny. 

Jest jeszcze jeden etap, który towarzyszy mi od początku emigracji i nie ma niego lekarstwa. To niepewność, że ktoś odejdzie bez pożegnania, że komuś stanie się krzywda, że nie zdąży się kogoś zobaczyć, że zadzwoni telefon, którego nie będę chciała odebrać, że  jutro może być za późno...

Koszmar Polki w Rimini

by 08:01


Niedawno wróciłam z Polski, gdzie byłam tylko przez tydzień i przez ten krótki czas nie interesowałam się zbytnio tym, co dzieje się we Włoszech. Gdy wróciłam do domu, nadrobiłam zaległości, a pierwszą wiadomością, na jaką się natknęłam, był brutalny gwałt na polskiej turystce w Rimini. Zszokowana, odpaliłam internet i kiedy poczytałam komentarze na temat tej sprawy, ręce mi opadły z bezsilności. Wydarzyła się tragedia, o której ciężko będzie zapomnieć tej biednej dziewczynie i na tym właśnie należy się skupić, a nie na oskarżaniu jej o to, że nie powinna chodzić nocą po plaży. Litości! Ofiara przemocy nigdy nie jest winna i nie ma w tej historii żadnych okoliczności łagodzących. Potępić i to zdecydowanie należy jej katów. A jeśli już o nich mowa, to najważniejszą rzeczą okazało się być ustalenie ich pochodzenia. 

Nie jestem, o czym wiedzą czytelnicy bloga, zwolenniczką polityki imigracyjnej prowadzonej przez włoski rząd i nie podoba mi się to, że do Włoch przybywają ludzie bez dokumentów, o których nic nie wiadomo. Niemniej, mieszkam w Italii i dobrze wiem, że przemoc wobec kobiet to również sprawa włoska, o czym świadczy niegasnące zjawisko kobietobójstwa. Zabójstwa na kobietach dokonywane są przez rodowitych Włochów, dlatego daleko mi do stwierdzenia, że tylko imigranci stanowią zagrożenie. Włosi też nie są święci, tak samo jak święci nie są Polacy i licytowanie się na forach, gdzie odbywa się więcej gwałtów, jest bez sensu. Nie ma kraju wolnego od przestępców i wszędzie trafiają się jednostki aspołeczne oraz bestie w ludzkiej skórze, jakie ujawniły się w Rimini. W Italii kary za gwałty i morderstwa na kobietach są bardzo niskie, więc kolesie za dużo sobie pozwalają, ponieważ wiedzą, że nic im się nie stanie. Zaostrzenie prawa pomogłoby uniknąć podobnych zdarzeń, albo chociaż je zmniejszyć.

Gwałt to nie jest przyjemność, jak próbował przekonywać niejaki Abid Jee- mediator kulturalny z Pakistanu, który (na szczęście) został wyrzucony ze stanowiska po opublikowaniu w internecie skandalicznego wpisu. Według gościa kobieta tylko na początku odczuwa ból, a potem jest już spokojna i dla niej to normalny akt miłosny. Powiesić go za jaja to za mało! Gwałt to przemoc, a nie zabawa, to trauma, która zostaje w kobiecie na całe życie. Wytłumaczenie i banalizowanie gwałtu to także jest forma agresji i z tej przyczyny odesłałabym mediatora do domu, bo w moim odczuciu facet jest niebezpieczny. Kto mu pozwolił wypowiadać się w imieniu zgwałconych kobiet? Brednie, że kobiety to lubią, są dla ofiar poniżające, zaś usprawiedliwienie gwałtu jest zaproszeniem do podobnych występków. Skoro kobietom się to podoba, można je brutalnie traktować, w końcu to sama rozkosz. Do diaska z takim mediatorem!

Mam nadzieję, że sprawcy zostaną szybko ujęci i dostaną takiego kopa w dupę, że już w życiu nie zbliżą się do żadnej kobiety. Gdyby okazało się, że gwałtu dokonali nielegalni imigranci (a wiele na to wskazuje), to może da to do myślenia włoskim politykom i zaczną wywalać z Włoch ludzi, którzy nie mają nic wspólnego ze słowem "uchodźca". W tej sprawie jest dużo emocji, co wcale mnie nie dziwi, gdyż stała się rzecz straszna, lecz powtarzam raz jeszcze, że oczernianie na forach dziewczynę o to, iż była nieostrożna, więc jest sama sobie winna, to świństwo. Romantyczne spacery nad brzegiem morza są wpisane w wakacje i zakochani mają do nich święte prawo. Nie mają natomiast prawa zostać zaatakowani, poniżeni i zgwałceni, nawet jeśli spacerują na plaży w środku nocy. Za to nie ponoszą winy, mimo że niektórzy zarzucają zgwałconej dziewczynie brak instynktu samozachowawczego. Takie zarzuty świadczą o tym, iż pojęcie przemocy nie dla wszystkich jest zrozumiałe. Smuci mnie to tym bardziej, że odpowiedzialność na polską turystkę przerzucają w głównej mierze mężczyźni. Dla niej już nic nie będzie takie same. Uszanujmy jej tragedię...

zdjęcie-The Social Post

Włosi starzeją się wolniej

by 17:40



Włoscy seniorzy są cool. Nie lubię wtrącać obcych wyrazów do moich wpisów, lecz właśnie to słowo idealnie oddaje charakter emerytów z Italii. Dla nich starość nie jest przeszkodą i potrafią cieszyć się chwilą nawet w podeszłym wieku.

-Mogłabym siedzieć, narzekać i czekać na śmierć, ale to nie ma sensu- powiedziała mi jedna z sardyńskich krewnych męża, krzepka 75-latka, która ma tyle energii, że mogłaby nią obdarzyć kilka osób- życie jest fajne w każdym wieku, a na upływający czas nie mamy wpływu. Nadal chodzę na tańce, do kina i spotykam się ze znajomymi. Nie zamknę się w domu i nie zamierzam poddawać się starości.

Bardzo zaimponowała mi jej postawa i jednocześnie zdałam sobie sprawę z tego, jak nasza mentalność różni się od włoskiej. Emeryci z Italii wprost kipią witalnością, chociaż i oni chorują, chodzą po lekarzach i nie mają lekko. Wbrew pozorom, emerytury włoskie wcale nie są wysokie, więc starsi ludzie często mają problemy, by związać koniec z końcem. Wolą jednak o tym nie mówić, nie lubią zrzędzić i widzą wszystko w jasnych barwach. Nie przejmują się na zapas, nie biadolą na ciężki los, a przesiadują na ławeczkach, rozmawiają o miłości i niejednokrotnie przeżywają drugą młodość. Jedzą tłuste rzeczy, nie obchodzi ich cholesterol, jako że dieta śródziemnomorska zapewnia im długowieczność oraz siły potrzebne do dalszej wędrówki. Mają do zrealizowania jeszcze wiele planów, wybierają się w dalekie podróże statkami wycieczkowymi i korzystają z usług medycyny estetycznej. Zmarszczki może i są fajne, ale jeśli jest na nie rozwiązanie, to warto je zastosować. Niejedna starsza pani nosi się niczym na wybiegu, lecz nikogo to nie szokuje, bo włoska swoboda obyczajów nie robi wyjątków. A że modne jest posiadanie partnerów z dużą różnicą wieku, stąd na włoskich ulicach można spotkać emerytki w towarzystwie ich młodszych kochanków. 

Toy boye (tak nazywa się młodych narzeczonych) są antidotum skuteczniejszym od lekarstw. Panie nie wstydzą się tego, że w ich wieku nadal ma się pragnienia i celowo wybierają mężczyzn młodszych nawet o 30 lat. Większość takich kobiet jest dobrze sytuowana i zapewnia kochankom dyskretny sponsoring, ale to również nie spotkało się z negatywnym odbiorem społeczeństwa. Skoro starzy faceci mogą mieć młode laski, to dlaczego kobiety mają być gorsze? Taki Berlusconi wziął sobie za partnerkę dziewczynę, która mogłaby być jego wnuczką, wszak dzieli ich prawie 50 lat, lecz nikt z tego powodu go nie osądza. Wręcz przeciwnie, postawa byłego premiera imponuje zwykłym Włochom i wielu z nich stawia go za przykład prawdziwego mężczyzny. Kobiety zaś idą śladem kilku celebrytek i doceniają wpływ młodego ciała na ich wygląd i samopoczucie. Nie generalizuję oczywiście, ta sprawa nie dotyczy wszystkich emerytów, niemniej jest coraz więcej podobnych związków i nikt nie mówi po kątach, że starszym paniom odbiło.

I starość może być przyjemna. To kolejny etap naszej tułaczki, który lepiej przejść z uśmiechem na ustach, a nie patrzeć w metrykę i zastanawiać się, czy w tym wieku nadal coś wypada. Jakże milej spędzać czas na zabawie, zamiast dyskutować o śmierci bądź o chorobach. Włoscy emeryci biorą życie pełnymi garściami, gdyż jutro mogą nie mieć już tej szansy. Ich dzień nie kręci się tylko wokół kościoła i spraw religijnych, ale także doczesnych, bo te są naprawdę piękne. Z tego powodu czas nie przecieka im przez palce, a w ich rozmowach przebrzmiewa optymizm, który wyraża słynne włoskie dolce vita. I na ławeczce przed domem można się rozluźnić, poznać następną miłość lub wygrać ze starością. Włosi potrafią zaszaleć i nie dać się strzykającym stawom, zaś mieszkanie nie jest dla nich celą bez wyjścia. Nie mają recepty na wieczną młodość i nie zawsze jest u nich kolorowo, jednak wolą skupić się na pozytywnych aspektach istnienia. Włoscy seniorzy nie wynaleźli eliksiru młodości, lecz niewątpliwie starzeją się wolniej, bo sami tak zdecydowali i za to im chwała. 

Ta cholerna nostalgia

by 08:48


Czasem pęka mi serce. Czasem brakuje oddechu. Czasem mam obolałą duszę. Czasem moje oczy wypełnia pustka. To "czasem" dzieje się tylko czasem, ale gdy przychodzi, rozpadam się na części. Ogarnia mnie tęsknota za krajem, ta cholerna nostalgia, która powoduje rozbrat z moim własnym "ja", z emigracyjnym życiem i szczęściem, jakie daje mi moja rodzina. Tęsknota wdziera się we mnie od niechcenia, pojawia się nieproszona i nie ma siły, by ją ujarzmić. Nie da się jej powstrzymać, nie można jej odsunąć lub o niej zapomnieć. To parszywa kompanka mojej emigracyjnej ścieżki i nawet nie próbuję z nią walczyć, bo to jest walka z góry skazana na sromotną porażkę. 

Nie tęsknię codziennie, lecz kiedy to się zdarza, umieram. Mam ochotę wyć i błagam, aby jakaś siła wyższa przeniosła mnie do kraju. Tak stało się niedawno, gdy wyjechaliśmy z promu wiodącego na Sardynię i autostradą zmierzaliśmy do domu teściów. Podziwiałam niepowtarzalny klimat wyspy, aż tu nagle przyszła ona, ta cholerna nostalgia. Ponownie zaczęłam rozglądać się wkoło i wszystko wydało mi się takie pospolite, zaś fascynacja Sardynią pękła niczym bańka mydlana. Zamarzył mi się śląski krajobraz, kopalniane szyby i familoki, a uczucie, które temu towarzyszyło, było ciężkie do zniesienia. Nie potrafię ująć w słowach tego, co czułam, gdy tęsknota wpiła się w mą duszę. Nie mogłam zapanować nad sobą i krzyczałam w myślach- chwilo, nie trwaj, bo znowu mnie rozerwiesz na kawałki. Nie wiem czy wyniosła się po paru godzinach, minutach, czy sekundach, ponieważ w takich momentach nie jestem niczego świadoma.

Ile razy słyszałam, że nie powinnam się przejmować, gdyż mieszkanie we Włoszech to swego rodzaju przywilej. Mam morze z praktycznie każdej strony, obcuję na co dzień z pięknem Italii, jem prawdziwą pizzę i rozkoszuję się wspaniałym włoskim krajobrazem. Zostawiłam kraj, w którym dzieje się coraz gorzej, po kiego więc wylewam smutki, zamiast się po prostu cieszyć? Na ogół tak się dzieje i jestem radosna jak szczygiełek, ale co jakiś czas głośno puka do mych drzwi ona, ta cholerna nostalgia. Emigrant zabiera ją ze sobą w walizce i na obczyźnie towarzyszy mu już do końca, jak groźny cień czający się w pobliżu. Nikt i nic nie załata dziury, którą wypala tęsknota. Człowiek musi się z nią uporać sam, a kiedy odzywa się w nim miłość do ojczyzny, najlepiej zostawić go w spokoju. Bo z emigracją nieodłącznie wiąże się samotność i nawet najbliższa osoba nie pomoże rozedrzeć tęsknoty na strzępy.

Czasem mam ochotę wrócić. Czasem przeklinam bez oporu. Czasem jestem wściekła, a czasem nerwowa. To "czasem" występuje wówczas, gdy po raz kolejny zastawia na mnie sidła ona, ta cholerna nostalgia. Nie mam wpływu na to, kiedy mnie odwiedza, ani z jaką częstotliwością to robi i nie mogę jej dać kopniaka, chociaż bardzo bym chciała. Na szczęście jest w moim domu rzadkim gościem, lecz skutki jej wizyty tkwią we mnie długo. Na co dzień nie mam wątpliwości, więc nie chcę robić szopki z mojego statusu emigrantki, a opowieść o tęsknocie jest dla mnie formą terapii. Dźwigam z uśmiechem mój mały krzyż i tylko chwilami jest on dla mnie ciężarem. Nie cierpię za miliony, nie płaczę po nocach i ani przez moment nie żałowałam swej decyzji o wyjeździe. Tęsknota jest jednak tak skonstruowana, że i szczęśliwemu człowiekowi może nieźle dokopać. Kiedy więc następnym razem powiesz mi "ale ci dobrze", zastanów się dwa razy, zanim się odezwiesz. 

Włoski lek na całe zło

by 08:42
Wakacje mają to do siebie, że upływają stanowczo za szybko. Ledwo człowiek zacznie urlop, a już musi się pakować i zastanawia się, jakim cudem to koniec. Moje sardyńskie impresje wprawiły mnie w zachwyt, ale odczuwam i znaczny niedosyt. Dwa tygodnie z hukiem to bowiem za mało, aby rozsmakować się w wyspie i wchłonąć jej magiczną atmosferę. To niestety też za dużo, by móc ot tak po prostu wrócić do szarej rzeczywistości. Na kontynencie życie toczy się swoim torem, zaś Sardynia to piękna przerwa od normalności. 

Nie o sobie jednak będę pisać, tylko o tym, czym zaskoczyli mnie Włosi, a było tego sporo, zwłaszcza w zakresie kuchennym. Kiedy przyjeżdża się do włoskiej rodziny, to nie ma mowy o diecie, spokoju i ciszy, lecz trzeba jeść do upadłego, inaczej można narazić się na gniew starszego pokolenia. Bo czy się tego chce czy nie, włoskie życie toczy się przy stole w kuchni i biada temu, kto tego nie będzie przestrzegał. Pisałam o tym w poprzednim wpisie, ale wówczas wakacje były dopiero przede mną i dzisiaj jestem bogatsza o nowe doświadczenia. 

Po raz kolejny odkryłam, jak dla Włochów ważny jest makaron. Bez makaronowej konsumpcji obiad u szacownej włoskiej rodziny nie ma racji bytu. Jest on dobry na wszystko, zatem nie ma innej opcji, jak go wcinać i to garściami. Mój teść twierdzi, że makaron to antidotum na każdą bolączkę i poleca go nie tylko z powodów kulinarnych. Boli cię głowa? Zjedz makaron! Masz wzdęcia? Zjedz makaron! Nie chce ci się żyć? Zjedz makaron! Nie potrafisz schudnąć? Zjedz makaron! Wkurza cię otoczenie? Zjedz makaron! Dla niektórych Włochów makaron ma większe znaczenie od seksu, jako że je się go codziennie, a z seksem wiadomo, różnie to bywa. Natomiast kłótnie dotyczące prawidłowego przygotowania ubóstwianego makaronu wstrząsają niejedną włoską jadalnią.

W domu teściowej króluje rozgotowany makaron, gdyż teść uwielbia makaronową papkę, czego nie mogą mu wybaczyć familijni zwolennicy al dente. Mój mąż z kolei lubi pół na pół, jeszcze inny członek rodziny przepada za ugotowanym co do minuty i tak do znudzenia. Teściowa dwoiła się i troiła, by każdemu dogodzić, ale to było niemożliwe, bo zastrzeżenia co do miękkości makaronu spływały do niej na potęgę. Mimo tego obiad znikał z talerzy błyskawicznie, a po nim ponownie nastąpiła dyskusja o tym, po jakim czasie makaron jest najpyszniejszy. Kiedy radośnie wypaliłam, że dodaję do zupy pomidorowej świderki, spojrzano na mnie jak na wariatkę. No jak można tak bezcześcić święty makaron? Jedna z ciotek omało nie dostała palpitacji i od teraz uważa Polaków za barbarzyński naród. Makaron w zupie, no to się do tabloidów nadaje!

Goście we włoskich domach czasem mogą doprowadzić do szału. Notorycznie się spóźniali, a u teściowej panuje zwyczaj, że obiad zaczyna się jeść wtedy, kiedy rodzina będzie w komplecie. Zasiadaliśmy więc do stołu o drugiej i czekaliśmy na biesiadników nawet do czwartej, zaś żołądki grały nam kiszki marsza z głodu. Potrawy - z makaronem na czele - wystygły, ale nikt się tym nie przejmował i umilał sobie czas pogaduszkami. Teściowie prowadzą dom otwarty i oprócz członków rodziny na obiad załapali się sąsiedzi i znajomi (mąż uważa, że przypadkowi przechodnie również się wprosili), a taki melanż ciężko jest ujarzmić. Wyróżniałam się spośród nich kolorem skóry, ponieważ jest ona wyraźnie bielsza od włoskiej opalenizny i każdy się mnie pytał, dlaczego jestem taka blada. Musisz jeść więcej makaronu - stwierdził z miną znawcy teść- a wtedy twoja skóra będzie miała złotą powłokę. Rozważę tę opcję, lecz jeszcze nie dzisiaj, bo po siedemnastu dniach makaronowej wyżerki trzęsie mnie na samą myśl o spaghetti al dente. To były naprawdę niezapomniane chwile.


Kilka kadrów z Sardynii:










Obsługiwane przez usługę Blogger.