Featured

O "Pinokiu" i jego różnych odcieniach

by 23 grudnia

Kilka dni temu odbyła się w Italii premiera nowego filmu Matteo Garrone, czyli reżysera, którego bardzo cenię. Garrone podjął się trudnego zadania, jako że dotknął świętości, a mianowicie wyreżyserował "Pinokia". Dla mnie książka jest najbardziej genialną włoską powieścią, a odkąd mieszkam w Italii, moje więzy z Pinokiem dodatkowo się wzmocniły. Nie wiem, jak Carlo Collodi to zrobił, ale sportretował Włochów tak przenikliwie i ponadczasowo, że książka do dzisiaj jest aktualna. Autor miał zmysł obserwacji i niewątpliwy talent, a jego pajacyk od pokoleń budzi wśród Włochów emocje. Widziałam kilka wersji Pinokia i jak do tej pory najbardziej porwała mnie ta z 1972 roku, z wielkim Nino Manfredim w roli Geppetta. Tym razem ojca pajacyka zagrał równie słynny i nie mniej utalentowany Roberto Beningi. Ten sam Benigni, który tak koncertowo spieprzył poprzedni film o Pinokiu (z 2002 roku), przynajmniej moim zdaniem. 

Benigni, jak zapewnie pamiętacie, nie mógł się oprzeć pokusie i wcielił się w postać Pinokia, co według mnie było decyzją dosyć absurdalną. Winnym wszystkiemu był ponoć Federico Fellini, bo za każdym razem, gdy spotykał aktora, nazywał go właśnie Pinokiem, tak w wywiadach tłumaczył Benigni. Jako wielbicielka powieści nie byłam zachwycona tym pomysłem i moje obawy potwierdziły się w momencie, gdy obejrzałam film. Możesz nazywać się Benigni, zdobyć Oscara i być uznawany za wybitnego artystę, ale na Boga, nie możesz zagrać dziecka, choćby i namaścił cię Federico Fellini. Wersja z Benignim w roli głównej była dla mnie nie do przyjęcia i od pierwszych chwil nie pokochałam jego Pinokia. Był dla mnie za krzykliwy i za chaotyczny, lecz co najważniejsze, był dorosłym mężczyzną i nawet talent aktorski Beningiego w niczym tu nie pomógł. To była tak nieudana adaptacja, że przez jakiś czas czułam wielki żal do aktora. Miał taki sceniariusz i taki potencjał, a film wypadł przeciętnie, co w dużej mierze było winą hybionej decyzji dotyczącej roli głównej. 

Minęło kilkanaście lat, Roberto Benigni powrócił jako Geppetto i w moich oczach całkowicie się zrehabilitował za grzech nieudanego Pinokia. Wystarczyło, bym obejrzała zapowiedź filmu oraz Benignego w wersji ojca pajacyka i ogarnęło mnie coś w rodzaju wzruszenia. To nie ten komediowy Benigni, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, to zdecydowanie inny, refleksyjny aktor. Jestem przekonana, że to jego życiowa rola, coś w rodzaju artystycznego spadku, choć oczywiście Benigni na emeryturę się nie wybiera. Przyzwyczaił widzów jednak do zupełnie innych ról, tymczasem jako Geppetto jest po prostu ujmujący. Zagrać rolę po Nino Manfredim i to zagrać ją dobrze to wyzwanie nawet dla takiego artysty jakim jest Roberto Benigni. Kilka chwil wystarczyło jednak, by przeszły mnie ciarki i już wiem, że film zobaczę właśnie dla Benignego - Geppetta. Ojciec pajacyka to moja ukochana postać z powieści, więc nic dziwnego, że tak mocno ją odbieram. Nigdy też nie lubiłam Pinokia za to, że tak źle traktował swojego tatę. 

Matteo Garrone na pewno zrobił dobry film, to nie ulega wątpliwości. Zaangażowanie takiego artysty jak Benigni było przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. A co z samym Pinokiem, zapytacie? Otóż tu mamy problem, gdyż nie będzie w filmie pajacyka z drewna, a chłopiec, którego twarz pomalowano w taki sposób, aby przypominało drewno. Z tego powodu mam już w domu antyfana nowego Pinokia, ponieważ mój mąż uważa, że przy takich możliwościach technologicznych, jakie mamy dzisiaj, psim obowiązkiem Garrone było stworzyć drewnianego pajaca. Nie będzie go jednak i przez to mój mąż, który również ceni dokonania reżysera, nie ma najmniejszej ochoty na obejrzenie filmu. Czeka bowiem na wierną odsłonę książki i ku jego uciesze, może się doczeka, jako że Netflix w 2020 roku zapowiedział premierę serialu o Pinokiu, a wyreżyseruje go absolutnie ulubiony reżyser męża, czyli Guglielmo Del Toro. Przewiduję, że we Włoszech nastąpi taki szał, jak u nas z netflitowskim Wiedźminem, albo jeszcze większy. Na miejscu Del Toro nie spałabym wszakże spokojnie, bo Włosi mu nie wybaczą, jeśli wypaczy Pinokia. Buon Natale cari!


zdjęcie- Rolling Stone

Znowu

by 25 listopada

Znowu zabójca kobiety wyszedł z więzienia. Po trzech latach odsiadki sąd postanowił zwrócić mu wolność. Skuteczna praca adwokatów, którzy znaleźli kilka kruczków na jego obronę spowodowała, że sędzia nie miał wyjścia i dał mordercy szansę. W więzieniu człowiek zachowywał się więcej niż przyzwoicie, więc trzeba było go za to nagrodzić. Trzy lata odsiadki to niemało, a zabójstwo w amoku może zdarzyć się każdemu. Wyjdzie, zrozumie swój błąd i zacznie toczyć przykładny żywot, jak na porządnego obywatela przystało. Jest jeszcze młody i nie warto, aby marnował się za kratkami. Znowu włoskie prawo nie uszanowało ofiary femminicidia (kobietobójstwa) i po raz kolejny mężczyzna, który zamordował żonę,  cieszy się wolnością. A przemoc wobec kobiet w Italii nie ustaje.

Znowu jakieś dziecko płacze nad grobem matki. Nie ma jej, odeszła dwa miesiące temu, a dorośli powiedzieli, że teraz można ją odwiedzać tylko na cmentarzu. To jednak nie to samo, bo nie da się do niej przytulić, porozmawiać czy na nią popatrzeć. Zamiast tego chłopczyk spogląda na zimny głaz i łzy spływają mu ciurkiem po twarzy. Jest tam napisane, że "żyła lat 30 i zginęła tragicznie". Jak tragicznie, tego nikt nie miał odwagi mu wytłumaczyć. Jak powiedzieć sześcioletniemu malcowi, że jego ojciec zabił matkę, ponieważ ta chciała odejść? Chłopcu już nigdy mama nie powie "dobranoc" i nie utuli go do snu. Zamiast tego tuli się do misia i patrzy obojętnym wzrokiem na sufit. Nie ma już jego mamusi, już nie zaśpiewa mu piosenki i nie zabierze go na plac zabaw. Nie ma też taty, bo poszedł daleko i zostawił go z dziadkami. Znowu dziecko we Włoszech zostało pośrednią ofiarą kobietobójstwa. Wraz z odejściem matki na dobre skończyło się dzieciństwo.

Znowu gazety piszą o kolejnym zabójstwie kobiety, 95-tym w tym roku. Młoda kobieta padła ofiarą kochanka, który zabił ją z zimną krwią, ponieważ miała zamiar o ich relacji powiedzieć żonie mężczyzny. Ten, nie chcąc do tego dopuścić, wziął nóż i kilkoma (bądź więcej) ciosami zakończył niewygodny związek. "Co robisz, jestem z tobą w ciąży, myśl o dziecku"- krzyczała, gdy kochanek zaświecił jej nożem przed oczami, lecz to nie pomogło. Zamordował nie tylko ją, ale i tlące się w niej nowe życie, po czym jak gdyby nigdy nic poszedł do fryzjera. I gdy wiadomość o śmierci dziewczyny rozeszła się po mediach, niektóre wpisy pokazały, jak bardzo mężczyźni we Włoszech nie dorośli do swojej roli. Znowu odpowiedzialność za brutalny mord, według wielu komentatorów, ponosi właśnie zabita kobieta. Nie musiała się wiązać z żonatym, inaczej by żyła, tak właśnie rozumowała znaczna część internautów, co dowodzi, niestety, że wiele wody w rzece musi jeszcze upłynąć, aby zjawisko kobietobójstwa zaczęło maleć. Nie można winić ofiary za to, co się stało, nikt nie zasługuje na taką śmierć.

Znowu dzisiaj dodamy nakładkę do naszych zdjęć profilowych, być może poczytamy jakiś artykuł czy statystyki i zamyślimy się nad tym, dlaczego tyle kobiet umiera. Może u kogoś obudzi się sumienie i nie podniesie już ręki na swoją dziewczynę. Może ktoś zrozumie, że nie tędy droga i przemocą nie zmusi się do miłości. Może wreszcie niejeden mężczyzna się zawstydzi i przestanie używać pięści, a zacznie używać serca. Dziś jest 25- listopad i obchodzimy Międzynarodowy Dzień Walki Z Przemocą Wobec Kobiet. Większość zamordowanych w tym roku kobiet straciło życie, bo kochały. Ich mordercami prawie zawsze okazywały się najbliższe osoby- narzeczeni, mężowie czy nawet przyjaciele. Mija kolejny rok i nic w Italii się nie zmienia. Mężczyźni nie przestają i kobiety nadal giną z ich rąk, przeważnie w sposób więcej niż brutalny. Często zdarza się tak, że za zabójstwo do rozpoczęcia procesu dostają areszt domowy, a potem idą do więzienia na mniej niż 10 lat. Przypadki dożywocia za kobietobójstwa są minimalne. Znowu 25-ty listopad przybrał barwę krwi. Walka z przemocą wobec kobiet powinna we Włoszech odbywać się każdego dnia. Trzeba krzyczeć tak głośno i często, aby o ofiarach femminicidia usłyszał świat.  Ja, jak co roku, pisząc o zjawisku kobietobójstwa, oddaję w ten sposób hołd jego ofiarom. I wołam - basta, basta, basta...


zdjęcie (czerwone szpilki, symbol femminicidia)- Settegiorni

O włoskim winie i braku tolerancji

by 11 listopada

Nieodłącznym składnikiem włoskiego dolce vita oprócz makaronu i pizzy jest wino. Włosi piją je obowiązkowo do obiadu, często sami produkują i nie wyobrażają sobie istnienia bez kieliszka czerwonego (czy białego) wina. Jest ono wyborne, o czym wiedzą wszyscy, więc jeśli ktoś odmówi wypicia, jest odbierany (delikatnie mówiąc) jako dziwak. Tak jest właśnie ze mną i z moim mężem i przez to właśnie nie umiemy dojść do porozumienia z włoską częścią naszej rodziny. Nie pijemy wina i dla nich to jest mocno podejrzane, ponieważ jak zdrowy na umyśle człowiek może się obyć bez tego drogocennego trunku? Kiedy byliśmy na Sardynii, co chwila ktoś nam proponował wypicie i gdy odmawialiśmy, musieliśmy się srogo z tego tłumaczyć. Tak srogo, że zaczęło mnie to wkurzać. Nie piję bowiem nie tylko wina, w ogóle nie piję alkoholu. Od ponad ośmiu lat nie miałam w ustach ani kropli i jest to moja indywidualna decyzja, którą ogół mógłby uszanować. Nie piję bowiem ze względów ideologicznych i nie zanosi się na to, abym miała zmienić zdanie.

Gdy jeszcze mieszkałam w kraju, również nie byłam wielką amatorką picia, od czasu do czasu zdarzyło mi się wyjść na piwo z koleżankami, ale nigdy nie wypiłam więcej niż dwa kufle piwa, po których zresztą kręciło mi się w głowie. Trochę bardziej szalałam, gdy byłam małolatą, lecz to tak zamierzchłe czasy, że nie ma co o nich wspominać. W młodości robi się dużo głupich rzeczy i popełnia się wiele błędów, ale wtedy jeszcze wiek nas usprawiedliwia. W każdym razie gdy już ostatecznie się wyszalałam, doszłam do wniosku, że picie nie jest dla mnie. Kiedy przeprowadziłam się do Włoch i zaszłam w ciążę, obiecałam sobie, że więcej nie tknę alkoholu. Dla mnie samej i dla dobra moich dzieci postanowiłam zostać abstynentką. Nie mam z tym żadnych problemów, bo nigdy nie miałam specjalnego pociągu do picia. Tak się składa, że mąż podziela moje poglądy i również nie pije, choć abstynentem do końca nie jest, ponieważ gdy jesteśmy w Polsce, to zdarza mu się wypić piwo i bynajmniej nie robię mu z tego powodu wyrzutów. Wina nie pije, jako że za nim nie przepada i niechęć ta jest solą w oku jego ojca i innych krewnych, którzy nie rozumieją, jak to można być Włochem i nie mieć szacunku dla własnych korzeni.

Odmawianie lampki wina, czy to w rodzinie, czy to u znajomych, za każdym razem kwituje się tak samo, czyli pytaniem "ale jak to"? Z tego powodu męża i mnie uznaje się za cudaków, nie potrafiących dobrze się w życiu bawić. To, że nie pijemy, na bank oznacza, że jesteśmy nudni jak flaki z olejem i zwyczajni z nas sztywniacy. Nie jesteśmy nawiedzieni, bo ani nam w głowie "nawracać" ludzi i jeśli ktoś do nas zawita, a pije wino, to znajdzie je na stole. Nikogo też nie przekonujemy, aby nie pił i nikogo nie oceniamy przez pryzmat kieliszka, ponieważ jest nam zupełnie obojętne, co kto lubi. Tymczasem z nami jest coś nie tak i nie podoba mi się to podejście, tak samo jak nie akceptuję zwrotu, że lampka wina to nic takiego i dla grzeczności mogłabym ją wypić. Dlaczego w takim razie nikt nie jest grzeczny dla mnie i nie rozumie tego, że jestem abstynentką? Nie piję i odmówiłabym nawet królowej Elżbiecie, gdybym jakimś cudem zaprosiłaby mnie na kolację. We Włoszech ta moja niechęć do picia jest odbierana jako świętokradztwo, chociaż to moja prywatna sprawa. Zawsze zastanawia mnie, czemu nikt nie spyta osoby palącej, dlaczego się truje, albo uzależnionej od alkoholu, czemu się nie leczy. Na mnie natomiast, choć nic złego nie robię, patrzy się czasem jak na idiotkę. A przecież rozwiązaniem na wszystko jest tolerancja. Nie obchodzi mnie, czy jesz mięso, palisz jak smok, pijesz wino na śniadanie, czy jesteś uzależniony od słodyczy. Szanujmy nie swoje wybory


Być jak Chiara Ferragni, pisać jak Giulia De Lellis

by 24 października

Kto z nas nie chciałby odnieść sukcesu na miarę Chiary Ferragni? Tego nazwiska nie trzeba nikomu przedstawiać, a zwłaszcza użytkownikom Instagramu, dla których słynna blogerka jest wyrocznią. Myślę jednak, że słowo "blogerka" nie pasuje już do Chiary, zaś bardziej odpowiednim będzie "bizneswoman", ponieważ influencerka rodem z Italii dzięki sile social media stała się współczesną ikoną i to nie tylko dla nastolatek. Ferragni jako jedna z pierwszych pojęła, co można osiągnąć dzięki internetowi i jej, wydawałoby się, zabawa w robienie selfie, przekształciła się w poważny interes. Dziś Chiara Ferragni to już nie tylko nazwisko, to marka, która przyciąga reklamodawców z całego świata, a samą influencerkę plasuje na szczycie najbardziej wpływowych kobiet świata. Czapki z głów.

Piszę o Ferragni nie bez powodu. Kilka dni temu media w Italii zelektryzowała wiadomość, iż jeden z włoskich uniwersytetów planuje kurs dla influencerów, po którym będzie można uzyskać tytuł magistra. Wygląda na to, że władze uczelni postanowili pójść z duchem czasu i dać młodym ludziom to, co najbardziej ich interesuje. Z jednej strony to dobrze, jako że kształcenie się to ważna sprawa, z drugiej natomiast zadaję sobie pytanie, czy taki kurs dla ma sens? Przecież popularność w social media w dużej mierze zależy od zrządzenia losu i nutki szczęścia. Wystarczy, że aspirant do bycia popularnym instagramerem pojawi się np. w telewizji, zadziała w jakiś sposób i wytyczy sobie drogę. Tak było w przypadku Giulii De Lellis, która przecierała szlaki we włoskiej tv, a dzisiaj jest jedną z czołowych influencerek i jej kariera rozwija się w błyskawicznym tempie. Dość powiedzieć, że Giulia niedawno opublikowała książkę, która pobiła wszelkie rekordy sprzedaży we Włoszech i zostawiła w tyle takich autorów jak Stephen King. Jak więc widać, siła social media nie zna granic. Nie mam bowiem wątpliwości, iż to im Giulia De Lellis zawdzięcza pozycję na rynku wydawniczym.

To zresztą nic nowego, że influencerzy piszą książki, to również jest wytwór naszych czasów i internetowi zawdzięczamy pojawienie się wielu nowych, obiecujących autorów. Oczywiście nie dotyczy to panny De Lellis, ponieważ ona tylko firmuje książkę swoim nazwiskiem. Nie przyłożyła do niej ani słówka, a wynajęła do opisania swojego barwnego życia uczuciowego jedną z blogerek i zarobiła na tym kupę kasy. Tak wielka jest potęga internetu, że może zrobić pisarkę z dziewczyny nie mającej za grosz talentu w materii. Kto by się tym przejmował, a już najmniej sama de Lellis, która nawet nie kryje tego, że z książkami jest jej nie po drodze. To, że powieść zdmuchnęła z szeregu inne to nie przypadek, to wpływ Giulii na młodych odbiorców spodował, że "napisała" bestseller. Czy tego chcemy czy nie, musimy przyjąć do wiadomości, iż z influencerami trzeba się liczyć i nie można ich lekceważyć. Ba, jestem skłonna stwierdzić, że należy brać z nich przykład, jeśli chce się wybić na krętej mapie internetu. Przeciwnicy Ferragni i spółki uważają, że influencer to synonim osoby nie posiadającej żadnego talentu, a robiącej karierę dzięki Instagramowi. Być może i tak jest, ale niech rzuci kamieniem ten, kto nie chciałby się z nimi zamienić. 

Od pewnego czasu obserwuję, że w Italii zapanowała istna mania Instagramu. Każdy młody człowiek chce być influencerem, osiągnięcia osób opisuje się od przedstawienia liczby ich obserwatorów, co osobiście trochę mi się nie podoba. Bohaterowie Instagramu stali się idolami i to o nich najwięcej się mówi, bo wzbudzają prawdziwe emocje. Niedawny Festiwal Filmowy w Wenecji okazał się kolejnym triumfem dla Chiary Ferragni, która promowała na nim film dokumentalny na temat swojego życia (zjechany przez krytyków). I mimo że nie zdobył on żadnej nagrody, to Włosi szturmowo udali się na niego do kina, a Ferragni była najbardziej obleganą gwiazdą festiwalu. Dokument o Chiarze wyprzedził najnowszą produkcję Tarantino, a influencerka fotografowała się z największymi gwiazdami Hollywood, choć na zdjęciach to ona lśniła najbardziej. Dziewczyna, za której powodzenie jeszcze dekadę temu nikt nie dał złamanego grosza, znaczy dzisiaj dla swojego pokolenia więcej niż wybitni aktorzy. Jej kariera jest doprawdy czymś niewyobrażalnym, nic więc dziwnego, że stała się przykładem dla wielu młodych Włochów. 

Choć Instagram lubi pięknych ludzi, to są wyjątki od reguły i można zdobyć obserwatorów nie tylko dzięki urodzie. Tak stało się w przypadku Benedetty Rossi, która od lat z powodzeniem prowadzi blog kulinarny "Fatto in casa da Benedetta" ("Zrobione w domu przez Benedettę"). Benedetta najpierw podbiła Facebook, gdzie powoli dobiega do pięciu milionów fanów, później dostała program w telewizji, a jej Instagram zaczął pękać w szwach. Ma prawie dwa miliony obserwatorów i to jest naprawdę spore osiągnięcie, biorąc pod uwagę fakt, że Benedetta, podobnie jak Ferragni, pojawiła się znikąd. Włosi śledzą jej przepisy, oglądają ją w telewizji i podziwiają, chociaż i ona nie jest wolna od krytyki. Im większy sukces, tym hejterzy są aktywniejsi i to chyba jedyny minus bycia kimś w internecie. Z wymienionych blogerek to ona jest mi najbardziej bliska, bowiem to taka kobieta z sąsiedztwa. Nie odkrywa ciała jak De Lellis, nie epatuje bogactwem, jak Ferragni, a pokazuje siebie jaką jest, bez zbędnych filtrów. Nie ma urody miss ani figury modelki, a jej silny akcent jest często wyśmiewany przez antagonistów. To jednak nieważne, gdyż Benedetta Rossi daje nadzieję zwykłym kobietom, że jeśli się czegoś naprawdę chce, to można osiągnąć wszystko. Z pomocą Instagramu rzecz jasna.

zdjęcie- Funweek

Kończ już, Vespa, wstydu oszczędź

by 24 września



Miłośnicy Włoch na pewno kojarzą nazwisko Bruno Vespy. Od lat prowadzi on program "Porta a Porta" i jest gwarantem niewątpliwej kultury oraz klasy dziennikarskiej, jakiej nie mają jego krewcy koledzy po fachu. Nie spodziewałam się nigdy po Vespie żadnego skandalu, ani tym bardziej braku wrażliwości, tymczasem po ostatnich wydarzeniach byłam zmuszona zmienić opinię o panu redaktorze. Vespa przeprowadził bowiem wywiad z ofiarą przemocy, Lucią Panigalli i ta rozmowa odbiła się szerokiem echem we włoskich mediach. Dziennikarz nie okazał zrozumienia dla kobiety, która cudem uniknęła śmierci i potraktował ją w sposób więcej niż karygodny. Ten sam Vespa, mający szacunek do odbiorców, nie stanął na wysokości zadania i zachował się jak dupek. Jak można powiedzieć maltretowanej kobiecie, że niech się cieszy, że żyje, bo inne ofiary przemocy nie miały takiego szczęścia? To, że udało jej się umknąć śmierci, nie umniejsza jej cierpienia, zwłaszcza że życie signory Panigalli nadal jest zagrożone. Każde wyjście z domu musi zgłaszać służbom, gdyż jej oprawca jest na wolności i nie zawaha się ponownie zaatakować. Dla Vespy nie było to jasne, ponieważ z cynicznym uśmieszkiem na ustach stwierdził, że gdyby eks partner miał ją zabić, to by już dawno to zrobił. I za te właśnie słowa w moim odczuciu pan redaktor powinien wylecieć z telewizji na zbity (za przeproszeniem) pysk. 

W Italii przemoc wobec kobiet nie ustaje, a statystyki są zatrważające. Telewizja publiczna, która ma wpływ na odbiorców, ma dawać przykład innym mediom i traktować temat kobiet - ofiar z pietyzmem i dużą dozą delikatności. Vespa zaś, ten dziennikarz starej daty, zachował się odwrotnie- jego pytania były cyniczne, nonszalanckie i chwilami okrutne. Szyderczy uśmiech, który nie schodził mu z twarzy, był wyrazem pogardy i braku zrozumienia dla bohaterki wywiadu. W pewnym momencie wydawało mi nawet, że Vespa nie chce jej słuchać, zresztą każde jej słowo wyjaśnienia spływało po nim jak po kaczce. Dla niego było ważne udowodnić, że nic takiego się nie stało, a obita twarz to nie jest wielka tragedia, bo rany się zagoiły. Miałam wrażenie, że redaktor w końcu wyniesie na ołtarze mężczyznę, który tylko przez przypadek nie został mordercą. Jego ofiara cudem wywinęła się śmierci, co Vespa zupełnie zignorował. Poniżył Lucię Panigalli, podszedł do niej w sposób lekceważący i nie miał za grosz litości. Sugerował również, iż mężczyzna, który ją skatował, zrobił to, ponieważ był zakochany i uważam to za bardzo niebezpieczne stwierdzenie, bo nigdy, ale to nigdy nie należy wiązać przemocy z miłością. Przez takie opinie kobiety nie odchodzą od oprawców, gdyż wydaje się im, że bicie dostaje się z uczuciem w pakiecie. Mężczyźni tacy jak Vespa, mający na widzów ogromny wpływ, nie powinni zapominać, że ich psim obowiązkiem jest sprzeciwiać się agresji, a nie jej przyklaskiwać. Nie sztuką jest usiąść obok kobiety, który przeszła piekło i jej to wypomnieć- sztuką jest sprawić, by poczuła, że dozna jeszcze prawdziwego uczucia. Vespa nie tylko tego nie zrobił, a wręcz ją upokorzył i było to naprawdę wstrętne.  

Minął tydzień od przeprowadzenia wywiadu, a dziennikarz milczy jak zaklęty. Nie przeprosił, choć wszyscy tego oczekują, a jedyne, na co się zdobył, to obrona swojej osoby. Telewizja Rai też nie wydała oficjalnego oświadczenia, a ja mam niepokój, że sprawa rozejdzie się po kościach. Vespa pracuje w publicznej od lat i jest traktowany jak święta krowa, która może wszystko, a i tak nic się nie stanie. Dla mnie jego piękna kariera legła w gruzach i niewątpliwe zasługi redaktora odeszły w zapomnienie. Przedtem kojarzyłam go jako osobę u dużej kulturze osobistej, dzisiaj widzę tylko ten cyniczny uśmiech. Vespa użądlił ostro, ale nie spodziewał się, że to ukłucie obróci się przeciw niemu. I tak sobie myślę, że nawet gdyby cud się wydarzył i pan redaktor przeprosił, to nie wystarczy, aby zmazać plamę na nieskazitelnym dotąd wizerunku. Z szacunku dla kobiety, z którą przeprowadził wywiad, z szacunku dla każdej ofiary przemocy, Bruno Vespa powinien podać się do dymisji. Miejsce mężczyzn, którzy drwią z tak doświadczonych przez życie kobiet, jak Lucia Panigalli, na pewno nie jest na wizji. Nie chcę, żeby włoską telewizję publiczną reprezentował ktoś taki jak Vespa. Nie obchodzą mnie jego dawne zasługi, ponieważ już zawsze będzie mi się kojarzył z tym nikczemnym wywiadem. A jeśli zostanie, na co się niestety zanosi, to mogę zrobić jedno- zbojktować jego program. Nie obejrzę więcej Bruno Vespy w telewizji.


zdjęcie- Lettera Donna
Obsługiwane przez usługę Blogger.