Featured

Włoska rodzina w natarciu

by 08:20

Mówi się, że wychodząc za Włocha dostaje się w spadku całą jego rodzinę i nie wypada mi się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Rodzina mojego męża jest bardzo liczna i nawet kuzyni piątego stopnia zaliczani są do najbliższych członków zacnej sardyńskiej familii. Na początku trudno mi było się połapać kto jest kim, ponieważ mąż ma pięciu kuzynów, którzy nazywają się Salvatore, a imię to dostali na cześć dziadka ze strony mamy, zaś stronę żeńską reprezentuje imię Rosa po niezapomnianej babci męża. Gdy jesteśmy na Sardynii i bierzemy udział w zjazdach rodzinnych, wszyscy ci "Salvatore" wiecznie mi się mylą, ale najśmieszniejsze jest to, że do każdego z nich zwraca się inaczej: Tore, Sal, Al, Salvo i Sale, co po włosku oznacza "sól". Na moje nieśmiałe pytanie, dlaczego nie mogli dostać innego imienia (albo chociaż "Salvatore" na drugie) starsi krewni wytłumaczyli mi, że tradycja to dla nich rzecz święta. To fakt, jako że mój mąż też nosi imię po swoim dziadku, a jego siostra po babci (ze strony ojca), natomiast nasze dzieci nie dostąpiły tego zaszczytu i wybraliśmy neutralne imiona. Na szczęście teściowa nie miała nic przeciwko temu.

Przed nami wakacje na Sardynii i znowu spotkam się z sympatyczną rodziną męża. Niesamowite jest to, że zawsze, gdy tam jestem, poznaję dotąd nieznanego kuzyna/wujka/szwagra/cioteczną babcię ze strony matki etc. Pojawiają się znikąd i szybko wtapiają się w resztę rodziny, a teściowa tłumaczy mi zawiłe familijne koligacje, aczkolwiek nigdy nic nie kapuję. Zastanawiając się, kogo odkryję tym razem, przygotowałam listę na temat włoskich krewnych, czyli rzeczy, do których trzeba się przyzwyczaić, wchodząc do włoskiej rodziny (a w moim przypadku sardyńskiej, bowiem uściślenie kierunku jest dla Włochów niezwykle istotne), inaczej będzie kiepsko:

1. Niekończące się przywitania i całuski

Włosi lubują się w czułościach, więc buziaki i uściski na powitanie to dla nich zupełnie normalna sprawa. A kiedy przyjeżdża się w strony rodzinne po dwóch latach nieobecności, trzeba uzbroić się w naprawdę duże pokłady cierpliwości, ponieważ zwłaszcza starszym przedstawicielom rodziny zdarzają się niekontrolowane napady serdeczności. Oczywiście nie ma w tym nic złego, niemniej zaczyna być męczące, gdy zdarza się codziennie i przez kilkanaście dni pobytu człowiek czuje, że nic nie robi, tylko się obściskuje. Ledwo z łóżka wyjdzie, już musi przytulić wniebowziętą teściową i tak w koło Macieju, aż do samego końca. Jakie jest na to lekarstwo? Nie ma, należy się przyzwyczaić, ewentualnie mieć nadzieję, że jakimś cudem pojawi się nam na twarzy opryszczka. Wtedy przestaną, chociaż jakby się tak zastanowić, to niekoniecznie.

2. Kilkugodzinne posiłki

Kiedy je się obiady i kolacje w towarzystwie Włochów to nie ma zmiłuj, ponieważ oni nie jedzą, a się delektują, co jest subtelną różnicą. Włoska kolacja nie składa się z chleba i kiełbasy, jak to jest na polskich stołach, tylko z kilku ciepłych posiłków (od wyboru do koloru) i różnych regionalnych pyszności, które lepiej spróbować, żeby nie obrazić gospodarzy. Przy włoskim stole oprócz jedzenia najważniejsza jest dobra atmosfera i nie patrzy się jedynie do talerza, ale zajmuje się też rozmową, a właściwie to przede wszystkim się nią zajmuje. Kolacje u mojej teściowej zaczynają się po ósmej wieczorem, a kończą grubo po północy. Nie można się szybko z nich wymigać i swoje przystoi odsiedzieć, zresztą to sama przyjemność, gdyż konwersacje z Włochami bywają inspirujące. Dobrze pamiętam jedną z nich, gdy zajadałam się pizzą, a korpulentna ciotka męża zaczęła opowiadać mi mrożącą krew w żyłach historię o jakiejś dalekiej krewnej, która przeszła już 25 operacji i jest chodzącym "przypadkiem medycznym". "A jakby tego było mało" - szepnęła konspiracyjnie cioteczka- "za niedługo będzie miała kolejną operację. Ponownie otworzą jej brzuch i biedna zapewnie zobaczy swoje wnętrzności. Flaki na wierzch jej wyjdą, ot co". Kolacje na Sardynii to niepowtarzalna sprawa.

3. Rozmowy w dialekcie

Każdy region w Italii wyróżnia nie tylko piękno krajobrazu czy lokalne potrawy, ale również dialekt. Włosi nie wstydzą się rozmawiać gwarą, co więcej, uważają ją za bogactwo kulturowe i chwała im za to. Mieszkając w Italii, doszłam do małej wprawy i jestem w stanie rozróżnić po akcencie, skąd dany Włoch pochodzi (z mową jest rzecz jasna gorzej, rozpoznaję jedynie dialekt sardyński i neapolitański). Moim ulubionym akcentem jest ten z okolic Bresci, jako że do złudzenia przypomina mi śląski, bardzo lubię też toskański i charakterystyczną wymowę litery "c". Dialekt sardyński (sardo) tymczasem jest dla mnie za szybki, bo kiedy teściowa zaczyna w nim mówić, to strzela słowami z prędkością błyskawicy. Sardo ma w sobie naleciałości greckie i gdy przysłuchuję się sardyńskim dialogom, to wydaje mi się, że słyszę obcy język, a nie włoski. Na Sardynii wśród starszego pokolenia dialekt jest niezastąpiony i mało kto "przechodzi" na włoski w mojej obecności. Nie jest to wynikiem niewychowania, po prostu ciężko po kilkudziesięciu latach przestawić się na język ojczysty. Teściowa wiecznie upomina męża, by przy mnie nie ważył się mówić po sardyńsku, albowiem wyjdzie na niewychowanego buca, lecz sama o tym zapomina i posługuje się dialektem od rana do wieczora. To według mnie wielki przywilej, ponieważ czasami lepiej nie wiedzieć, co tak naprawdę teściowa ma do powiedzenia.

Przed nami dwa tygodnie sardyńskich wakacji. Na pewno dużo będzie się działo i wiele przeżyjemy, ale o tym opowiem już po przyjeździe. Włoska rodzina szykuje się do naszej wizyty i niektórzy jej członkowie, z teściową na czele przypominają wulkan, który lada chwila wybuchnie. Nie byliśmy na Sardynii prawie dwa lata i w tym czasie sporo się wydarzyło, w wiosce zatrzęsło się od skandali, więc bez wątpienia dowiemy się, że facet z drugiego końca miasteczka ma romans z żoną rzeźnika, a sąsiadka z naprzeciwka przestała uczęszczać na msze święte. Te i inne atrakcje zapewni nam jedyna w swoim rodzaju rodzina męża, którą uwielbiam i darzę prawdziwą stymą. Jestem jednak świadoma, że gdybym miała wszystkich w pobliżu, najpewniej bym oszalała. Być zaś jej częścią to dla mnie powód do radości i dumy!

zdjęcie- Pinterest

Jak to jest pisać "niewygodnego" bloga?

by 09:00


Minęło ponad pół roku, odkąd na blogu zajęłam się tematyką włoską i zmieniłam nazwę strony. Te sześć miesięcy pozwoliło mi powrócić do korzeni, czyli znowu czerpać przyjemność z pisania, a poza tym dało mi możliwość odkrywania blogosfery na nowo (w tym przypadku blogów o tematyce ściśle związanej z Italią). Opublikowałam kilkanaście wpisów, z których jestem bardzo zadowolona, lecz szczerość z nich płynąca niekoniecznie spodobała się wszystkim zwolennikom Italii, zaglądających w moje skromne progi. Nie jest łatwo pisać o Włoszech bez "ochów", "achów" i słodkiego zachwytu, ponieważ można narazić się na nieprzyjemne komentarze i mocne zarzuty. Nie żałuję jednak, bo założyłam sobie, że pokażę Włochy, jakie są naprawdę i konsekwentnie ten projekt realizuję. Italia bez lukru, ściemy i namaszczenia to moje hasło przewodnie i trzymam się go, nawet jeśli nie każdemu odpowiada taka strategia blogowa. 

Mój blog nie jest skierowany do sympatyków Italii, którzy kochają ten kraj miłością absolutną i jest on dla nich rajem na ziemi. Turystycznie Włochy właśnie takie są, zresztą sama przed zamieszkaniem tutaj byłam wielką italofilką i jestem nią nadal, z tą małą różnicą, że na pewne sprawy otworzyły mi się oczy. Piszę więc o problemach, z jakimi boryka się państwo włoskie, opowiadam o tym, jak mi się tu żyje, ale nie uciekam też od lżejszych tematów. Zaplanowałam, że odbiorcami moich wpisów będą osoby mieszkające we Włoszech i te, które chciałyby się czegoś dowiedzieć o najpiękniejszym kraju na świecie. Italia "od kuchni" to taki mój (nazwijmy to) reportaż, mający na celu pokazanie czytelnikom, że da się z niej wycisnąć coś więcej, niż tylko niezapomniane widoki. Jestem świadkiem włoskiej historii, więc korzystam z przywileju, jaki zrodziła moja emigracja. Rozumiem, że taka postawa może mieć i przeciwników, niemniej nie mam zamiaru przestać. Wręcz przeciwnie, dopiero się rozkręcam.

Jest jednak kwestia, która mnie boli. Nigdy nie byłam rasistką i nie oceniam ludzi przez pryzmat koloru skóry czy wyznania, a dostałam parę wiadomości o tym, że powinnam się wstydzić za ksenofobiczne poglądy. Domyślam się, że słowa te zawdzięczam wpisom o nielegalnej imigracji i moim żelaznym sprzeciwie dotyczącym przyjmowania gości z Afryki. Problem jest złożony, lecz żeby zrozumieć zjawisko imigracji i je pogłębić, trzeba zamieszkać we Włoszech. Bo to nie jest tak, że ja tu siedzę i bronię dostępu innym, zwłaszcza o wiele bardziej potrzebującym ode mnie. Mam serce na swoim miejscu, ale to, co się dzieje we włoskich portach, przybrało dosyć niebezpieczny wymiar i z tego powodu nie uśmiecha mi się włoska polityka imigracyjna. Z polskiej perspektywy łatwo rzucać oskarżeniami i się oburzać, szczególnie gdy dobrze zna się Italię, ponieważ się tu kiedyś studiowało. Przyjmuję do wiadomości, że ktoś mieszkał przez rok na stancji u jowialnej Włoszki, jadał u niej pyszne obiady i czuł się jak w niebie (zatem nie uznaje tego, o czym piszę), lecz to nie jest ta sama Italia, co jeszcze kilka lat temu. Dlatego nie są dla mnie wymierne głosy osób, które nadal mają romantyczną wizję Włoch i kontestują nie tyle moje zdanie, co zdanie Włochów. Ażeby poznać nastroje społeczeństwa, trzeba wsiąknąć w kraj dzisiaj, teraz, jak najszybciej.

Nie mam wyłączności na słuszność, ani nie jestem ekspertką we włoskiej dziedzinie. Bacznie obserwuję Włochy, widzę przemiany, jakie dokonały się w kraju, pewne rzeczy mnie wkurzają, inne śmieszą, niektóre zaś drażnią do tego stopnia, że nie mam wyjścia i muszę je opisać. Kocham Italię i wszystko, co włoskie, jednak moja miłość nie jest ślepa. Dojrzewam wraz z moją emigracją i chociaż dolce vita to dla mnie taki trochę pusty slogan, to nie wyobrażam sobie żyć poza Włochami. Tęsknię za Polską, jak tylko można tęsknić na obczyźnie, ale jakaś cząstka mnie stała się nieodłącznie włoska. Gdybym miała wrócić do kraju, zapewne skakałabym z radości, jakkolwiek wiem, że brakowałoby mi włoskiego stylu życia. Na razie nigdzie się nie wybieram, więc w dalszym ciągu będę Was męczyć autentycznymi wpisami. Grzecznie ostrzegam, że nie są one przeznaczone dla maniaków, zakochanych we Włoszech bez pamięci. Na szczęście włoska blogosfera wspaniale się rozwija i każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Ja jestem tylko jej drobną częścią.

zdjęcie-My Social Web

Chaos na włoskim pokładzie obywatelskim

by 06:50
Często mam wrażenie, że Italia to taki wielki kocioł, z którego paruje, bulgocze, by za chwilę zawrzało i wybuchło z iście włoską fantazją. Póki kocioł tylko gotuje, nic się nie dzieje i Włosi się nie burzą, lecz gdy uniesie się ogień, zaczyna być gorąco, a atmosfera robi się bardzo nerwowa. Któż może skutecznie podnosić ciśnienie Włochom, jak nie znienawidzeni przez nich politycy? Tym razem kocioł niemal eksplodował, a stało się tak za sprawą nowego prawa, które rząd stara się przegłosować, lecz nie spotkało się ono z uznaniem społeczeństwa. Chodzi o przyznawanie obywatelstwa osobom urodzononym w Italii, ale nie mających rodziców Włochów. Do tej pory otrzymywało się je po ukończeniu 18-go roku życia, zaś nowe prawo (ius soli - prawo ziemi) daje taką możliwość natychmiast po urodzeniu. I to się Włochom nie podoba (ponad 50% jest przeciwna), ponieważ większość uważa, że na włoskie obywatelstwo trzeba sobie zasłużyć. 

Włoska klasa średnia powoli zanika. Ludzie są coraz ubożsi, a przepaść między bogatymi i biednymi ciągle się pogłębia. Przedstawiciele elity (tzw. radical chic) są entuzjastami wprowadzenia ius soli, a ponadto nawołują do przyjmowania imigrantów, bowiem według nich są oni rozwiązaniem na dwa kluczowe problemy Włoch- niski przyrost społeczny i kryzys ekonomiczny. Nowe zasoby ludzke sprawią, że w Italii w końcu będą się rodzić dzieci, poza tym ich przybycie spowoduje, że Włosi dostaną w przyszłości swoje emerytury. Co prawda żaden ekspert nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jakim cudem nielegalni imigranci mogą zapewnić Włochom emerytury, natomiast na sugestie zainwestowania w politykę prorodzinną posłowie reagują nerwowym śmiechem. Z tego powodu ius soli przyczyniło się do pogorszenia już i tak niewesołych nastrojów społecznych. Znowu dba się tylko o przyjezdnych- krzyczą zmęczeni życiem Włosi. Gdyby partia rządząca poświęciła swym rodakom choć trochę uwagi, być może ich nastawienie do prawa ziemi nie byłoby tak negatywne. Tolerancyjne gadki radical chic dodają tylko oliwy do ognia, jako że decyzje rządu w nich nie uderzają.

Mam za sobą setki rozmów z Włochami, którzy mają dość sytuacji w kraju i podkreślają, że to nie jest ta sama Italia, co kiedyś. Widzę desperację ludzi, brak perspektyw i trudności wynikające z coraz wyższej stopy życiowej, za to prawie nie zauważam radości. Słynny optymizm Włochów powoli z nich wyparowuje, a kłopoty związane z bezrobociem i oczekiwaniem na zasłużoną emeryturę zdają się być kroplą, która przelała czarę goryczy. Sprawa ius soli nie spędza Włochom snu z powiek, niemniej jednak nie są zadowoleni z tego, by rozdawać obywatelstwo jak świeże bułeczki. Być Włochem nie znaczy urodzić się w Italii, ale się nim czuć, wyznawać wartości, jakie niesie ze sobą włoska konstytucja i przynależeć do społeczeństwa. Lepiej więc będzie, gdy urodzony we Włoszech cudzoziemiec poczeka do lat 18-tu i sam zdecyduje, czy zależy mu na obywatelstwie. Tak uważają zwykli Włosi, których można spotkać w sklepie mięsnym czy w barze, a nie uprzywilejowana część narodu, pouczająca rodaków z ekranów telewizora.

We Włoszech, wbrew pozorom, nie ma klimatu rasizmu. Nikt nie powie- nie chcę cię tu, bo jesteś czarny, żółty, nie jesteś Włochem, więc nie możesz tu mieszkać. Włosi szanują przybyszów zewsząd i znakomicie z nimi współżyją, a to, że mają po dziurki w nosie zjawiska nielegalnej imigracji, bynajmniej nie wynika z niechęci do innych nacji. Prawo ziemi nie jest bezpośrednio powiązane z imigrantami, lecz ich dotyczy, stąd właśnie sprzeciw wobec przyznania obywatelstwa urodzonym w Italii, a nie mającym włoskich rodziców. Zwolennicy ius soli wytaczają ciężkie boje i oskarżają Włochów o nieczułość wobec dzieci, jednak temat jest o wiele bardziej złożony. Łatwo powiedzieć, gorzej zrozumieć nastawienie narodu do zagadnienia tożsamości, zwłaszcza gdy na wszystko patrzy się z okna willi na strzeżonym osiedlu.

Włoski kocioł znowu wrze. Przyglądam się temu, co się dzieje, staram się zrozumieć obawy Włochów i mam cały czas nadzieję, że szczęście powróci na Półwysep Apeniński. Wiele razy powtarzałam, iż nie jestem ekspertką od Italii, ale mieszkanie tutaj daje mi ten przywilej, że potrafię wyczuć, co gryzie Włochów i jaki jest ich stan ducha. Mam włoskiego męża, jestem częścią jego wielkiej rodziny, żyję między Włochami, słucham tego, o czym mówią, a ich bolączki traktuję osobiście. Włosi mają duże serca i potrafią się dzielić, więc nie są przeciwni prawu ziemi z ksenofobicznych powodów, jak sugerują niektórzy. Nikt w ostatnich latach nie zrobił tyle dla imigrantów, ile Włosi, zatem nikt nie ma prawa zarzucać im rasistowskich poglądów. Nie wystarczy urodzić się w Italii, żeby mieć włoskie serce, to trzeba poczuć. Ius soli tego niestety nie gwarantuje.





zdjęcie- AteneoWeb

Opanuj się, turysto!

by 08:52

Sezon urlopowy właśnie się zaczął i cóż może być piękniejszego dla turysty, niż gorący śródziemnomorski klimat? Włoskie miasta w okresie letnim przepełnione są zwiedzającymi ze wszystkich stron świata, a kolejki do muzeów czy zabytków bardzo się wydłużają. Italia oddycha turystami, traktuje ich przyjaźnie, otwiera im drzwi do niezapomnianych wrażeń i jest wdzięczna gościom za okazane zainteresowanie. Jednakowoż nie każdy podróżnik zasługuje na Włochy, ponieważ nie szanuje miejsca wypoczynku i wzorem bohaterów KacVegas zachowuje się tak, jakby puściły mu wszelkie więzy. Nie pamięta o tym, że na urlopie też obowiązują zasady, do których trzeba się dostosować i pewne złe nawyki trącą obciachem. Na wpół żartobliwie, a na wpół poważnie, przedstawiam kiepskie przyzwyczajenia turystów:

1. Nie sprzątanie po sobie na plażach.

Fajnie jest spędzić pół dnia na plaży, wypoczywając, kąpiąc się w morzu i opalając się, ale trzeba pamiętać o tym, żeby posprzątać po sobie, kiedy już tę plażę opuścimy. Nie zostawiajmy opakowań po jedzeniu, puszek po piwie, niedopałków papierosów lub (o zgrozo) pustych butelek, bo o wypadek nietrudno (niejeden już nadział stopę na szkło). Ktoś musi za nas to zrobić, zatem nie traktujmy plaży jak wysypiska na śmieci. Do dobrego tonu należy ogarnięcie bałaganu i nie dodawanie pracy ludziom, którzy i tak mają dużo do roboty. Niedawno oglądałam wywiad z właścicielem jednego z barów przy sycylijskiej plaży i mówił on, że jest zniesmaczony postępowaniem wyluzowanych turystów. Odcinek plaży należący do niego jest pełen odpadków, toalety zaś są w stanie katastroficznym i chociaż są ostrzeżenia informujące o konsekwencjach, to ludzie sobie z nich nic nie robią. Jestem turystą, więc mogę, bo za to płacę- tak argumentują brak manier urlopowicze. Nieprawda. Pozbieranie kilku papierków nic nie kosztuje, a dobra reputacja jest tego warta.

2. Cycki na wierzchu, czyli brak odpowiedniego stroju.

Umówmy się- lato w Italii jest gorące i im mniej ubrań, tym lepiej, lecz są adresy, gdzie lepiej nie wchodzić w spódniczce mini czy krótkich spodenkach. Mam na myśli oczywiście kościoły i muzea, do których nie wypada się stroić jak na dyskotekę. Nie trzeba zakrywać się od stóp do głów, niemniej wypadałoby nie mieć dekoltów do pasa, bądź (w przypadku mężczyzn) nie pokazywać się bez koszulek. Ochrona pilnująca wejść do zabytków ma prawo nie wpuścić do środka źle ubranych turystów i nie ma się co z tego powodu zżymać. Jest zresztą na to recepta, ponieważ uliczni sprzedawcy mają w swoich ofertach chusty i można się nimi w razie potrzeby zakryć (raz zakupione będą nam służyć przez całe wakacje). Podobne zakazy widoczne są nie tylko w dużych miastach i słynnych budowlach, takich jak Bazylika św. Piotra w Rzymie. W kościółkach na prowincjach również zwraca się na to uwagę. I bardzo dobrze, bo miejsca kultu to nie targowisko.

3. Bezczeszczenie dzieł sztuki, kąpiele w fontannach.

Parę miesięcy temu we Włoszech było głośno o turyście, który wyrył monetą imię żony i córki w murach samego Koloseum. Innym razem jedna z odwiedzających wyniosła z rzymskiego kolocha kawałki zabytku, z kolei obywatelka Rumunii zniszczyła cenne kandelabre, znajdujące się w Pantheonie. I wszystko to zrobili dorośli ludzie, mający przecież pojęcie o tym, że nie dewastuje się bezcennych dzieł sztuki. Zapłacili co prawda wysokie kary, nie są one jednak współmierne do niepowetowanych strat, jakie odniosło miasto. Popularne są także kąpiele w fontannach, za które co prawda można nieźle beknąć, lecz nie odstrasza to co odważniejszych (znaczy głupszych) turystów. Za wskoczenie do fontanny Trevi należy się mandat w wysokości kilku tysięcy euro i moim zdaniem to o jedno zero za mało. Kilkanaście tysięcy może odstraszyłoby potencjalnych śmiałków. A tak w ogóle to kąpiel w fontannie z nikogo nie czyni bohatera- chcesz się popisać, wskocz do wody pełnej krokodyli, wtedy zobaczymy, jaki z ciebie gieroj.

Włosi uwielbiają turystów i są w stanie wiele im wybaczyć, co nie oznacza, że mogą wszystko. Pamiętajmy, że dostosowanie się do reguł jest wyrazem szacunku dla gospodarzy, a pozostawienie po sobie dobrej opinii powinno być żelazną regułą dla każdego podróżnika. Bo łatwo ją stracić, gorzej zaś odzyskać, zwłaszcza że Włosi bywają pamiętliwi.

Czy we Włoszech jest bezpiecznie?

by 09:23


Mieszkam w Italii kilka dobrych lat, ale dopiero od niedawna dostaję pytania na temat tutejszego bezpieczeństwa. Ludzie zastanawiają się, jak przebywa się w kraju narażonym na terroryzm i dlaczego ataków jeszcze nie było. Na szczęście wciąż nikt nie uderzył na Włochy i mam nadzieję, że ten stan będzie trwał nadal, bo nie wiem, jak poradziłabym sobie z poatakową psychozą strachu. Ostatnie wydarzenia z Turynu pokazały, że nawet fałszywy alarm może wywołać panikę i wzbudzić trwogę w kilkunastotysięcznym tłumie. Nie jest jednak prawdą, iż Włosi żyją w lęku i boją się wychodzić z domu, a na widok podejrzanych typków uciekają w popłochu. 

Italia jest względnie bezpieczna za sprawą (i tu możecie się zdziwić) nielegalnej imigracji. Dopóki do Włoch będą przypływać tzw. uchodźcy, dopóty mieszkańcy kraju mogą spać spokojnie, gdyż terroryści nie są głupi. Włochy są dla nich mostem prowadzącym wprost do Europy, a na statkach oprócz uchodźców znajdują się również zamachowcy, co zresztą już udowodniono (Anis Amri, morderca z Berlina, w taki sposób dostał się na kontynent). Co stanie się w momencie, gdy państwo włoskie zablokuje drogę morską i przestanie przyjmować imigrantów? Na razie nic, jako że Włosi nie mają zamiaru kończyć z tym dochodowym procederem. Rzecz bowiem nie rozchodzi się o to, aby pomagać biednym ofiarom systemu, lecz o niebotyczne zyski, płynące do kieszeni przemytników i spółek zarabiających krocie na imigracji. Wierzcie lub nie, ale kasa, która kręci się na tym biznesie, jest tak duża, iż cwaniacy czerpiący na nim profity zrobią wszystko, żeby nie wypaść z interesu, co wiąże się z kontynuacją inwazji imigracyjnej na teren Półwyspu Apenińskiego. Rząd zaś robi naród w konia.

To nie jest tak, że nie da się zablokować statków przypływających do Włoch, choć według polityków jest to niemożliwe. W każdym wystąpieniu telewizyjnym posłowie partii rządzącej przekonują społeczeństwo, iż nie można odsyłać promów z imigrantami, ponieważ logistycznie jest to nie do ogarnięcia. Tymczasem kilkanaście dni temu stał się cud w Taorminie i na czas G7 droga morska została zablokowana i żaden statek nie został wpuszczony do sycylijskiego portu. Wynika więc z tego, że rządowi taka sytuacja jest zwyczajnie na rękę, co więcej, włoskie okrętowce same płyną do wybrzeży Libii, by zabrać stamtąd imigrantów (brylują w tym organizacje pozarządowe, pełniące role taksówek morskich). Udowodnił to znany yutuber Luca Donadel, który przeprowadził małe śledztwo i dzięki niemu wyszły na jaw ciemne włoskie sprawki. Natomiast niedawno w Kalabrii aresztowano siedemdziesiąt osób, mających związek z przemytową mafią, w tym (uwaga, uwaga) proboszcza jednej z parafii, który wspierając duchowo imigrantów wzbogacił się o - bagatela - trzy i pół miliona euro. 

Wróćmy jednak do podstawowej kwestii, czyli bezpieczeństwa. Nielegalna imigracja ma z tym wiele wspólnego, bo tak jak wspomniałam, terroryści dostają się do Europy także drogą morską i nie ma co zaprzeczać faktom. Poza tym bezpieczeństwo to również inne aspekty, które są coraz bardziej widoczne na włoskich ulicach. W ubiegłym roku do Włoch przypłynęło 185 tysięcy osób, z czego tylko pięciu tysiącom z nich przyznano status uchodźcy, a 123 tysiącom go odmówiono (to oficjalne dane). Co się stało z pozostałymi 50-cioma tysiącami imigrantów? Najpewniej rozpłynęli się w powietrzu. We Włoszech jest tak, że kiedy imigrant ubiega się o azyl, obowiązuje go proces ochronny i czas oczekiwania spędza w hotelach lub centrach imigracyjnych, oczywiście na koszt państwa. Gdy odmawia mu się azylu, musi pożegnać się z wygodami i wrócić do swojego kraju, jako że nie ma podstaw do tego, by przebywał na włoskiej ziemi. Problem jednak w tym, że państwo nie wydala nielegalnych imigrantów, a system deportacyjny woła o pomstę do nieba. Osoba, której odmówiono azylu dostaje papierek, gdzie napisane jest, iż nie może zostać we Włoszech i musi jak najszybciej stąd wyjechać. Większość niszczy urzędowe pismo i wyrzuca je do kosza na śmieci, po czym wiedzie trudny żywot nielegalnego imigranta. Często z tego powodu wkracza na drogę przestępczą, ponieważ nie ma innego wyjścia. I nie jest to dobre ani dla Włoch, ani dla tych ludzi, którzy nie znajdują tego, czego pragnęli, bo Italia nie okazała się tym wymarzonym Eldorado.

Na początku wpisu wyraziłam przekonanie, że kraj jest narażony na terroryzm i chciałabym uściślić tą opinię na podstawie niektórych przykładów. Niedawno włoskie służby specjalne zatrzymały trzech obywateli Kosova, planujących wysadzić słynny wenecki most Rialto, wydalono też z kraju kilku Marokańczyków i Tunezyjczyków, wzbudzających objawy niebezpiecznego zradykalizowania się. Niestety nie udało się powstrzymać terrorysty z Londynu- Youssefa Zaghba, który posiadał włoski paszport, z racji tego, iż miał matkę Włoszkę. Nie wiem, czy będzie więcej podobnych zdarzeń (mam nadzieję, że nie), ale z pełną świadomością mogę stwierdzić, że póki co czuję się we Włoszech bezpiecznie. I oby ten stan trwał. 


Obsługiwane przez usługę Blogger.