Featured

Ten dziwny, włoski rok

by 03 stycznia









To był dziwny, włoski rok. Rok pełen sprzeczności, oczekiwań i niespełnionych marzeń, a jednocześnie piękny rok, który przyniósł ze sobą wiele dobrego.

To był dziwny, włoski rok, bo choć Włosi nie dostali się na Mundial, to najczęściej wyszukiwanym słowem w necie był "mundial" właśnie.

To był dziwny, włoski rok, bo pomimo tego, że w Italii nie ma rodziny królewskiej, to we Włoszech odbył się Royal Wedding. Tak media nazwały ślub Chiary Ferragni i Fedeza, gdyż to prawdziwa książęca para, tyle że rodem z Instagrama (razem posiadają ponad 20 milionów followersów). Miłość w czasach wirtualnej zarazy kwitnie.

To był dziwny, włoski rok, bo orędowniczka akcji #metoo- Asia Argento, została oskarżona o gwałt na  nieletnim. Wierzymy Asi, która zaprzeczyła rewelacjom Jimmiego Benneta, lecz nie możemy oprzeć się wrażeniu, że aktorka nieco się w życiu pogubiła.

To był dziwny, włoski rok, bo sytuacja polityczna w kraju zmieniła się diametralnie. Wybory wygrała prawica i pół Europy zaczęło się martwić tym, iż Włosi strzelili sobie samobójczego gola i zaraz w Italii rozpocznie się rewolucja. Trochę zawrzało, niemniej włoskie podwaliny pozostały nienaruszone i nawet zgrzyty na linii Włochy - Unia Europejska nie spowodowały zapowiadanego trzęsienia ziemi.

To był dziwny, włoski rok, bo druga jego część upłynęła pod znakiem dramatycznych wydarzeń z Genui. Zawalił się fragment wiaduktu Morandi, życie straciły 43 osoby, z czym do tej pory trudno się pogodzić, zwłaszcza że tragedii można było uniknąć. Tego dnia, 14 sierpnia, wszyscy przez trochę byliśmy Genueńczykami.

To był dziwny, włoski rok, bo natura w okrutny sposób dała o sobie znać. Powodzie, trzęsienia ziemi, pożary i nawałnice, a na koniec uaktywnienie się wulkanu Etna. Nierówną walkę z siłami przyrody musiało stoczyć wiele pięknych włoskich miast, jako moje ulubione, magiczne Portofino.

To był dziwny, włoski rok, bo szeregi Serie A zasilił sam Cristiano Ronaldo, a w Italii rozpoczęła się dyskusja na temat tego, czy płacenie ponad stu milionów euro za jednego zawodnika to nie jest aby przesada. Jest i to gruba, co nie zmienia faktu, że w Turynie zapanowała Ronaldomania, zaś kibice Juve nie mają wątpliwości, jaka drużyna w tym sezonie sięgnie po mistrzostwo Włoch (to już zaczyna być naprawdę nudne).

To był dziwny, włoski rok, bo po kilkunastu latach znowu połączył siły słynny filmowy duet Boldi - De Sica i fani aktorów (do których nie zalicza się mój mąż), jak również filmów spod znaku Cinepattone (czyli lekkich komedii w sam raz na świąteczny czas) od miesiąca szturmują kina w całej Italii.

To był dziwny, włoski rok. Rok, który w naszym życiu przyniósł niezwykłą zmianę, jaką była przeprowadzka. Duże miasto zamieniliśmy na prawie wieś i nie żałujemy, choć czasem brakuje mi niepowtarzalnego smaku foccaci, gdyż tutejsza jej do pięt nie sięga. Ale cicho sza.

To był dziwny, włoski rok. Rok, w którym udało mi się zrzucić ponad 15 kilogramów i poczułam się jak nowonarodzona. Po raz pierwszy, odkąd mieszkam w Italii, moja waga drastycznie zeszła w dół, a ja zrozumiałam, że konsekewncja i żelazny upór mogą przynieść wspaniałe rezultaty. I jeśli w 2019 uda mi się utrzymać wagę, to nic więcej do szczęścia nie będzie potrzebne.


Włochy i wszystko (nie)jasne

by 20 grudnia



Ostatnie 12 miesięcy były dosyć płodne, jeśli chodzi o słowa kluczowe, które pojawiały się w statystykach bloga bardzo często i niezwykle mnie śmieszyły. Kiedyś nawet nie miałam pojęcia o tym, że takie rzeczy istnieją, bo na początku mojego blogowania pies z kulawą nogą do mnie nie zaglądał, w związku z tym żadnych haseł długo tutaj nie było. Minęło jednak ładnych kilka lat, blog jako tako się skrystalizował i ciekawi Italii zaczęli zasypywać mnie różnymi stwierdzeniami. Niektóre z nich mnie zszokowały, inne przeraziły, większa część zaś wprawiła w dobry humor, więc po raz kolejny zdecydowałam, że warto będzie się z nimi podzielić. Na poważne sprawy znowu przyjdzie pora i to zapewne niedługo, tego jestem niestety pewna, tymczasem zapraszam do zapoznania się z prawdziwymi perełkami internetu. 

Włoch jest ojciec i matka- w dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe.

Włochy lubię nie przepadam- to lubisz, czy nie przepadasz? W sumie masz trochę racji, bo i ja mam podobny dylemat. 

Włoska karma dla psów wraca- i biedne psy muszą się z tym pogodzić, że karma wraca. Jedzą jednak dalej.

Italia podszewka buta końcówka na mapie a ch.. mnie to obchodzi- w takim razie po co pytasz? Ta końcówka jest bardzo piękna.

Obnosi się tym, że mąż Włoch- to chyba nie o mnie, ja tam się nie obnoszę. Moje sąsiadki też mają mężów Włochów, więc czym się tu szczycić?

Włoch zjadł ten makaron i- żyje dalej, ba, dalej je makaron, ten to ma dobrze.

Prowincja italiańska kupię- obawiam się, że nie będzie cię stać.

Blog włoski do bani- wydało się...

Italia zima pogoda 40 stopni- chciałbyś... Na północy w zimie jest zimno, nawet we Włoszech.

Kim był Fedez zanim poznał Chiarę- raperem, który sam wybierał sobie ubrania. Dzisiaj ubiera go żona, lecz i tak nie widać różnicy.

Jak będzie żul po włosku- i tu mnie masz, nie mam zielonego pojęcia. Może spolszcz i napisz "żulo", brzmi fajnie i tak po włosku.

Zjem cie włochu- strach się bać.

Seksowny italiano- o matko, znowu? Co roku to samo. Istnieją, wystarczy się rozejrzeć.

Polityka mafia w tle- na jedno wychodzi, dwa powiązane ze sobą światy.

Włochy na mapie- są, a co.

Italia na piechotę- dobry pomysł na nazwę bloga, gorszy na realizację.

Włoch sam się umył- nie od dziś wiadomo, że Włoch potrafi.

I to by było na tyle. Fajnych haseł było więcej, ale wybrałam tylko niektóre, chociaż ciężko było się zdecydować. Mam nadzieję, że i przyszły rok przyniesie ze sobą moc wspaniałych słów, inspiracji i chęci do publikowania, bo z tym bywa u mnie różnie. Italia jest niepowtarzalna, zaskakująca i nieprzewidywalna, więc jestem pewna, że tematów mi nie zabraknie. Włoskie życie niewiele ma ostatnio wspólnego z tym dolce vita znanym z filmów, ale co tam. I tak jest niezłe, mimo że czasami wszystko tutaj doprowadza mnie do rozpaczy. Nie przejmuję się jednak, ponieważ wiem, że jutro mi przejdzie. Do napisania!


zdjęcie- pixabay

I co dalej?

by 13 grudnia

Rok powoli dobiega końca i najwyższa pora zrobić podsumowanie, które w sumie nie jest mi do niczego potrzebne, ale szkopuł w tym, że lubię analizować. Za niedługo minie 6 lat, odkąd prowadzę bloga i ciągle się zastanawiam, czy nie przyszła pora, aby zejść z tej wirtualnej sceny i dać sobie spokój z pisaniem. Nie publikuję dużo, bo ściśle określony temat, jakim jest Italia, nie zawsze daje mi powody do publikacji nowego tekstu. Oczywiście miłośnicy Włoch mogą się ze mną nie zgodzić i stwierdzić, że to najbardziej inspirujący kraj na świecie, niemniej nie w moim przypadku. Nie piszę, jak wiecie o podróżach i gotowaniu, nie opiewam piękna Belpaese, a zakres spraw, wokół których się poruszam, jest mocno ograniczony. Uważam też, że lepiej milczeć, niż publikować bzdury, zatem blog z tego powodu często obrasta kurzem i odradza się wtedy, gdy naprawdę mam coś do powiedzenia. Z perspektywy marketingowej to dosyć słabo i statystyki nigdy nie będą moją mocną stroną, ale co tam. Trzymam się swojej linii i mam misję pokazania Włoch bez spektakularnego, krajobrazowego filtra.

Blogowanie o Italii daje mi, wbrew pozorom, wiele satysfakcji, gdyż nie ukrywam, że uwielbiam się przyglądać rodakom mojego męża. A ci zaskakują mnie za każdym razem, jako że obcowanie z nimi przypomina trochę jazdę na kruchym lodzie (albo jak kto woli dzikim rumaku). Niby wydaje mi się, że ich znam, lecz po czasie dochodzę do wniosku, że to nieprawda, bo znowu mnie zaskoczyli. Od ponad pół roku poznaję Włochów na nowo, ponieważ każdy region to odsłona innego charakteru i odkąd przeprowadziłam się do Lombardii, moje obserwacje przybrały nieoczekiwany obrót. Genueńczycy byli zamknięci i nieufni, zaś mieszkańcy niziny padańskiej są bardziej otwarci i jest mi z nimi po drodze. Odnalazłam siebie w małym miasteczku i mimo że czasem tęsknię za wielkomiejskim gwarem, to nie wróciłabym do Genui za żadne skarby świata. Tu jest cicho, spokojnie i nawet bywa nudno, ale nie narzekam. Pielęgnuję ten kolejny rozdział w życiu i jestem szczęśliwa, że przestałam biegać, a wreszcie mogę spacerować. Oraz kontemplować rzeczywistość, która nie jest jakaś niezwykła, lecz zdecydowanie przyjemniejsza, więc w to mi graj. W końcu czuję się częścią wspólnoty, a nie tylko przyjezdną. 

Włochy były mi przeznaczone. Od dziecka kochałam ten kraj i marzyłam o nim, aż w końcu tu zamieszkałam. Jestem pewna, że to nie był przypadek i tak chciał los. Ojczyznę mam jedną, co ciągle będę podkreślać, zaś Italia w moim sercu ma szczególne miejsce. Psioczę na Włochy, zdarza się, że je nienawidzę i mam ochotę pakować walizki, lecz szybko mi przechodzi. Nie wiem, czy potrafiłabym znowu mieszkać w Polsce, gdyż jak już kiedyś wspominałam, tutaj odcięłam się od toksycznych ludzi i zaczęłam być sobą. Nigdy nie dogoniny Włochów, jeśli chodzi o filozofię życia, nigdy nie będziemy tak uśmiechnięci jak oni. Piję ten ich optymizm, delektuję się nim i cały czas uczę się tego, jak małe radości mogą urosnąć do rangi wielkich. Rzadko opiewam na blogu zalety mieszkańców Italii, ale wierzcie mi, warto brać z nich przykład. Nawet jeśli wszystko im się zawali, potrafią wziąć się w garść i wyjść z beznadziejnej sytuacji. Odkąd przebywam w Belpaese, przestałam się dołować i widzieć wszystko w czarnych barwach. Italia jest pełna odcieni i każdy włoski poranek jest wyjątkowy. 

Dlaczego więc na blogu poruszam w większości trudne sprawy? Odpowiedź jest prosta- spełniam swoje pragnienie bycia dziennikarką. Zawsze chciałam pisać, zawodowo mi się to nie udało, toteż jako tako dopełniam się na blogu. Nie mam z tego wymiernych korzyści, natomiast są inne, które bardzo mnie satysfakcjonują. Cieszę się, kiedy dostaję podziękowania za opisywanie włoskiej rzeczywistości, czasem się wkurzam, gdy ktoś wyzywa mnie od "nietolerancyjnych wariatek", ale długo się tym nie przejmuję. Publikowanie w sieci i przedstawianie osobistych poglądów wiąże się z ryzykiem, o czym dobrze wiedziałam, decydując się na taki charakter strony. Zdecydowałam jednak, że nie będę się bać i konsekwentnie realizuję to, co postanowiłam. I marzy mi się konkurencja, jakkolwiek dziwnie to brzmi, ale byłoby fajnie, gdyby na horyzoncie pojawił się blog o podobnym charakterze do mojego. Miałabym w końcu możliwość podyskutowania na temat Włoch i problemów, z jakimi się zmagają. Kto wie, może w nadchodzącym roku ktoś spełni to moje ciche urojenie? Tymczasem brnę do przodu i nie mam zamiaru przestać publikować. Po sześciu latach uodporniłam się na kryzysy, hejty i inne negatywne sprawy związane z blogowaniem. Nie planuję podbić świata, nie zamierzam pokazać, że i ja potrafię, nie przewiduję startować wyścigu o bycie kimś, ponieważ wiem, iż nie muszę niczego udowadniać. Ważne, że nadal piszę i idę dalej.

Kiedy niebo płacze

by 25 listopada

Mam dość. Jestem bezradna, wtrząśnięta, zasmucona, ale przede wszystkim jest mi wstyd. Wstyd za tych wszystkich mężczyzn, którzy pozbawiają życia kobiety, wstyd za to, że cywilizowany kraj, jakim jest Italia, nie może sobie poradzić z problemem kobietobójstwa (femminicidia). Wstyd za bezradność odpowiednich służb, do których zgłaszają się kobiety, lecz nie otrzymują należytej pomocy, a ich desperackie próby ucieczki od domowych tyranów kończą się śmiercią. W tym roku aż 106 kobiet zostało zamordowanych i nie jest to zapewne ostateczna liczba. Czy to cholernie przykre i niepokojące zjawisko, jakim jest kobietobójstwo kiedykolwiek się skończy? Statystyki pokazują, że nie, gdyż w porównaniu do ubiegłego roku niewiele się zmieniło. I nie wygląda na to, by miało się polepszyć, ponieważ włoskie prawo nie stoi po stronie kobiet, a dowodem są wyroki na te bestie w ludzkiej skórze. Obudź się wreszcie, Italio, i zrób coś, bo femminicidio to najczarniejsza plama na Twoim pogodnym obliczu. 

Potępiam sędziów, którzy w sposób haniebny aplikują prawo. Potępiam to, że kara dożywocia w przypadku kobietobójstwa jest stosowana marginalnie. Potępiam przypadki morderców przebywających w aresztach domowych, mimo że ich miejsce jest za kratkami. Potępiam lekceważące podchodzenie do sprawy oraz redukcję i tak niskich wyroków (w ostatecznym rozrachunku zamienia się na je na kilka nędznych lat). Nie mogę pogodzić się z tym, z jaką łatwością rozgrzesza się tych diabłów, nie potrafię zrozumieć tego, jak można im w ogóle dać drugą szansę. Zabite kobiety żadnej nadziei nie mają, a ofiarami są nie tylko one, ale przede wszystkim dzieci, które zostają sierotami, bo w jednej chwili tracą oboje rodziców. Jak żyć ze świadomością, że ojciec pozbawił życia matki? Jak dziecko ma zrozumieć to, czego nie potrafi pojąć dorosły człowiek? I wreszcie jak zapobiec temu, co się dzieje? Nie wystarczą apele, nie pomogą marsze w imieniu ofiar, a rozwiązanie jest tylko jedno- trzeba zmienić prawo. Mężczyzna dokonujący morderstwa na kobiecie nie powinien mieć możliwości wyjścia z więzienia. Ma aż za bardzo, a rezultaty lekkich orzeczeń sądu często przybierają krwawy obrót. Faceci wiedzą, że mogą odebrać życie żonon, ponieważ  posiedzą kilka lat, a potem wyjdą i dostaną kolejną szansę. 

Gdy myślę o kobietobójstwie, widzę twarze nieszczęśliwych kobiet, które nie miały szansy ułożyć sobie życia. Widzę twarze zakłamanych mężczyzn, wmawiających światu, że zabili w imię miłości, co jest wierutną bzdurą. Widzę twarze matek, rozgrzeszających zbrodnie synów i matek opłakujących przedwczesne odejście córek. Widzę mordercę idącego za trumną żony i wylewającego krokodyle łzy. Widzę twarz Sary, 22-letniej dziewczyny, spalonej żywcem przez byłego chłopaka. Widzę jej rówieśniczkę, której zabójca oddał ponad sto ciosów nożem. Słyszę głos matki, przekonującej, iż jej syn nie jest potworem i kolejnej kobiety, oddychającej z ulgą, kiedy jej jedynak zakończył toksyczny związek ("mój syn się uwolnił"- skomentowała brutalne morderstwo, dokonane przez niepełnoletniego potomka). I w końcu, widzę zabójcę kobiety, trenera osobistego, idącego w asyście policji, z tą fałszywą skruchą wypisaną na twarzy i zapytuję siebie- gdzie on ma kajdanki? A potem się dowiaduję, że nikt mu ich nie założył, bowiem obowiązuje go tymczasowy areszt domowy i do rozpoczęcia procesu może spać spokojnie. I zastanawiam się, czy to wszystko jest normalne? Czy w kraju, gdzie zabójstwa kobiet są na porządku dziennym, a rola mężczyzny- pana władcy nadal dobrze funkcjonuje możliwe jest, by coś się zmieniło? Nie pomogą spoty telewizyjne i rozpaczliwe nawoływania o pomoc, to mężczyźni muszą przyjąć do wiadomości, że kobiety nie są ich własnością i nie mogą decydować o ich przyszłości. Dzisiaj obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Walki z Przemocą wobec Kobiet. Dzień, który w Italii ma głęboko zakorzenioną tradycję. Dzień, w którym wyjątkowo jest mi wstyd za włoskich mężczyzn. 


zdjęcie- Vita.it (czerwone buty, symbolizujące ofiary kobietobósjtwa).

Czy we Włoszech jest bezpiecznie? (aktualizacja)

by 23 listopada

Kiedy wczoraj zastanawiałam się nad tym, czy po raz kolejny poruszyć temat bezpieczeństwa we Włoszech, przeczytałam w internecie wiadomość, która przesądziła sprawę. Otóż włoskie Służby Specjalne aresztowały 20-letniego Egipcjanina, tak zwanego Samotnego Wilka (Lupo Solitario) z Isis, gdyż planował on atak terrorystyczny na terenie Italii, a dokładniej w Mediolanie. Mieszkam niedaleko i przyznam, że przez chwilę odczułam lekki niepokój. Włochy są względnie bezpieczne, to fakt, niemniej jak widać na przytoczonym przykładzie, licho nie śpi. Na szczęście czuwają odpowiednie straże i działają w sposób błyskawiczny. Obywatel Egiptu został aresztowany, jego dwaj kolesie wraz z nim przygotowujący akcję również i wszyscy zostaną wydaleni z Belpaese. I bardzo dobrze, bo potencjalni terroryści to niebezpieczni ludzie, a ich miejsce jest w więzieniu w ich własnym kraju. Co jednak z tym bezpieczeństwem? 

W ubiegłym artykule wyraziłam przekonanie, iż spokój we Włoszech ma wiele wspólnego ze zjawiskiem nielegalnej imigracji. Jak wiemy, biznes związany z przemytem ludzi nowy rząd solidnie ukrócił, aczkolwiek problem pozostał. Chodzi mi o to, że nie wszyscy, którzy przypłynęli w ostatnich latach do Italii to aniołki i są na to niestety dowody. Nie jestem rasistką ani nie bronię nikomu potrzebującemu dostępu do Włoch, lecz zwyczajnie nie chcę tutaj przestępców. Nie mam nic przeciwko zwykłym imigrantom, mającym za sobą bolesne doświadczenia, ale nie mogę zaakceptować kryminalistów, bezczelnie kryjących się pod przykrywką uchodźców. Ostatnie miesiące pokazały, że takich osób jest wiele i zwłaszcza kobiety nie mogą czuć się do końca bezpieczne. Przykładem jest to, co przydarzyło się 16-letniej Włoszce, Desiree, która została wielokrotnie zgwałcona, a później zamordowana przez kilku Senegalczyków. Najpierw podali biednej dziewczynie narkotyki, a potem gwałcili ją na przemian przez kilkanaście godzin. Kiedy nastolatka była już w stanie agonalnym, postanowili ją wykończyć, gdyż jak stwierdził jeden z nich- "lepiej ona martwa, niż my w więzieniu". Jak zaplanowali, tak zrobili.

Podkreślam raz jeszcze, nie wrzucam każdego imigranta do jednego worka, ale kiedy dzieją się takie rzeczy i negatywnymi bohaterami są osoby, które pojawiły się w Italii w ostatnich latach, budzi się we mnie złość. Lewicowi premierzy, odpowiedzialni za inwazję imigracyjną, ciągle przekonywali, iż pomagają ofiarom wojny i przypływają tutaj osoby nastawione pokojowo, a okazało się, że nie jest to do końca prawdą. Skąd zresztą politycy mieli to wiedzieć, skoro na statkach znajdowali się wyłącznie ludzie bez dokumentów? Według mnie było to bardzo pochopne podejście do sprawy, ponieważ trzeba wiedzieć, kogo się wpuszcza do domu. Historia Desiree udowadnia, że należy być czujnym i zamykać drzwi zwyrodnialcom. Dotknął mnie los tej biednej dziewczyny, natomiast wzburzyło mnie to, co wydarzyło się po jej śmierci. Znaleźli się bowiem odważni przedstawiciele lewicy, moi ulubieni radical chic, którzy zaczęli wywlekać brudy z jej przeszłości. Desiree pochodziła z patologicznej rodziny, jej matka urodziła ją, gdy miała 15 lat, a ojciec handlował narkotykami, zatem nic dziwnego, że spotkał ją taki koniec. Od kiedy to dzieci odpowiadają za błędy rodziców? Obrzydziło mnie, że nie padły słowa potępienia w kierunku zabójców Desiree, zaś na jej rodzinę wylano wiadro pomyj. Poprawność polityczna doprowadziła do tego, że nie uszanowano ofiary morderców z Senegalu.

Nie czuję się bezpiecznie, gdy czytam, że obywatel Maroko zgwałcił na plaży staruszkę albo gdy słyszę o kolejnych włamaniach do domów Włochów. Kilka miesięcy temu opinią publiczną wstrząsnął zuchwały i nad wyraz brutalny atak na włoskie małżeństwo, które zostało sterryzowane przez szajkę złodziejów. Byli oni na tyle bezwzględni, że obcięli kobiecie ucho i tym samym udowodnili, że są w stanie nawet zabić, żeby tylko uzyskać dostęp do kasy. Kiedy o tym przeczytałam, od razu byłam pewna, że przestępcami są obcokrajowcy i bynajmniej nie miałam na myśli imigrantów z Afryki. We włamaniach do włoskich domów przodują niestety przybysze z Europy Wschodniej, a parę emerytów zaatakowali młodzi Rumuni, za dnia pracujący fizycznie, zaś nocą dorabiający sobie w okrutny sposób. Odcięcie ucha starszej kobiety wywołało w Italii burzę i społeczeństwo domagało się od władz szybkiej reakcji. Tak też się stało i miejmy nadzieję, że o takich przypadkach nie będziemy już więcej słyszeć.

Tymczasem włoskie prawo ostatnio zaskakuje. Niby ma karać przestępców, a jednak nawet na ciężkie przewinienie znajdzie się usprawiedliwienie. Niedawno we Włoszech głośno było o sprawie handlarza narkotyków rodem z Tunezji, który został uniewinniony, jako że sąd stwierdził, iż z czegoś musiał się utrzymywać. Gdy się o tym dowiedziałam, uzmysłowiłam sobie, że taki wyrok to zaproszenie do kolejnych przestępstw. Jeśli sprzedawanie narkotyków można uznać za zgodne z prawem tylko dlatego, że trzeba jakoś żyć, to po co w ogóle je zakazywać? Ten sam argument sąd użył w procesie czternastu przemytników ludzi, którzy również zostali uniewinnieni. Przemycali, gdyż nie mieli innego źródła dochodu. Czyli mogę iść jutro obrobić bank i nic mi się nie stanie? Bezpieczeństwo w Italii dzięki skandalicznym wyrokom włoskiego sądu zostało nieco nadszarpnięte i nie podoba mi się, że taki handlarz może teraz stać pod szkołą i nic mu nie będzie, bo to jest jego praca. Tak, mogę wylewać żale, ale ci ludzie muszą przecież zarabiać na życie. I nieważne, że robią to w sposób niezgodny z prawem, to akurat dla sądu nieistotny szczegół.

Pomimo wszystko uważam, że Włochy są bezpiecznym krajem. Nie ma paranoi na ulicach, życie toczy się własnym rytmem i nikt nie ma pretensji do zwykłych, uczciwie pracujących tutaj imigrantów. Ataków terrorystycznych w Italii nie było i ufam, że ryzyko pojawienia się na terenie Włoch Samotnych Wilków jest minimalne. Szczerze przyznam, że bardziej obawiam się tych, którzy kroczą tu przestepczą ścieżką, tak samo jak obawiam się ludzi prawa, ułaskawiających bez (wydawałoby się) szczególnego zastanowienia. Mieszkam na prowincji, moje miasteczko liczy trochę ponad 3 tysiące osób i bezpieczeństwo tutaj w żadnym wypadku nie jest zagrożone. Duże miasta oddychają jednak inaczej, niemniej nie sądzę, by w Mediolanie po aresztowaniu terrorysty z Egiptu nastała zbiorowa panika. Trzeba wszakże być czujnym i mieć się na baczności, zwłaszcza wtedy, gdy tak łatwo otwiera się bramy wiodące do pięknej Italii. Zamknąć je bowiem jest o wiele trudniej.
Obsługiwane przez usługę Blogger.