Featured

Włochy? Nie teraz, dziękuję!

by 09 marca

Od mojego poprzedniego wpisu na temat koronawirusa minął ponad miesiąc, a sytuacja w Belpaese diametralnie się zmieniła. Kiedy pisałam tamtą notkę, byłam pewna, że wszystko potrwa tydzień, góra dwa, a tu masz ci los, pomyliłam się na całego. Jest o wiele gorzej, niż było, Italia jest drugim krajem na świecie z największą liczbą zarażonych i nie zanosi się na to, by ten stan wyjątkowy miał się szybko zakończyć. Koronawirus rozszerza się w bardzo szybkim tempie i chorych przybywa, zaś włoskie szpitale są przepełnione. Ofiar w Italii mamy kilkaset i są to przeważnie osoby starsze, co nie znaczy, że tylko one mają się bać. Epidemiolodzy, politycy, a nawet ludzie kultury apelują o to, żeby nie wychodzić z domu, bo tylko tak możemy ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa, niemniej Włosi mają to gdzieś. Mówi się, że tyle o nas wiemy, ile nas sprawdzono i jeśli chodzi o włoski naród, po raz kolejny potwierdza się teza, że dla niego reguły, niestety, nie istnieją. Zamiast słuchać mądrzejszych, Włosi robią co im się podoba, jakby nie było problemu. A skutki tego mogą być opłakane.

Siedzenie w domu nie jest łatwe, zwłaszcza gdy pogoda dopisuje, ale skoro się o to nawołuje, to powinniśmy się do tego dostosować. Jeżeli nie musimy, to nie wychodźmy, tak będzie lepiej dla nas wszystkich. Tymczasem Włosi olali ten zakaz i szaleją na stokach, jeżdżą na wycieczki, a internet co rusz oblegają zdjęcia z ich wojaży. Boccadasse, jedna z najsłynniejszych dzielnic Genui była w weekend przepełniona i wygląda na to, że do nikogo chyba nie doszło, iż jesteśmy na skraju prawdziwej epidemii. Sama chętnie bym się wybrała na jakiś wypad, lecz tego nie zrobię, ponieważ uważam, że należy być odpowiedzialnym zbiorowo. Dlatego też ze zdumieniem czytam o ludziach, którzy uciekli z zamkniętego miasta (Codogno) i pojechali sobie na narty do Trentino. Jak tak można? Przecież to zamknięcie to nie jest zabawa ani chęć uprzykrzenia Włochom życia, tylko jak najbardziej rozsądna dyrektywa. Para z Codogno poczuła się źle na nartach i udała się na pogotowie, gdzie okazało się, że jest zarażona koronawirusem. W takich wypadkach trzeba by zastosować wysokie kary pieniężne, bo może wtedy ludzie pójdą wreszcie po rozum do głowy i zaczną widzieć więcej, niż czubek własnego nosa.

Mój wpis jest takim wyrazem desperacji, gdyż jako osoba, która mieszka we Włoszech i dodatkowo jako blogerka, mam obowiązek nie tyle pisać, jak jest w Italii, a przestrzegać Was przed przyjazdem tutaj. Od miesiąca śledzę różne fora czy inne blogi i muszę przyznać, że czasami jestem zniesmaczona tym, w jaki sposób informuje się o sytuacji we Włoszech. Ludzie się śmieją, że szerzy się panikę, prawią o spiskach rządowych, broni biologicznej i o tym, że siedzenie w domu źle wpływa na psychikę, czy że te wszystkie płaczące wpisy to bzury, po czym namawiają na przyjazd do Włoch, co w moim przekonaniu jest skandaliczne. Uważam, że "włoscy" blogerzy muszą zacząć grać do tej samej bramki i zamiast pisać: "sam odwołuję podróż do Italii, ale wy róbcie co chcecie", powinni wszyscy jak jeden mąż odradzać przyjazd tutaj. Absolutnie omijajcie Włochy i poczekajcie na lepsze czasy, a poza tym nie bagatelizujcie koronawirusa i nie ważcie się porównywać go do grypy. Jeśli jako społeczeństwo się nie zmobilizujemy, nie ma mowy o tym, by wirus się uspokoił, a wręcz przeciwnie- zostanie z nami do lata (lub dłużej). Z pozoru łatwa rzecz, jaką jest nie wychodzenie z domu stała się dla Włochów czymś w rodzaju więzienia. Za jakie grzechy- pytają i otwierają drzwi, by uciec od tej przeklętej monotonii. Prędzej czy później koszmar się skończy, po co więc męczyć się w czterech ścianach? Wszak żyje się tylko raz, a tą przesadzoną zarazę o nazwie koronawirus i tak pokonamy. Oby ten wieczny optymizm tym razem na dobre ich nie załatwił.


zdjęcie- Globalist (Boccadasse wczoraj, widać wyraźnie, jak "ważne" są dla Włochów zasady)



Włochy, koronawirus i coraz większy strach

by 02 lutego









Kilka dni temu na fanpejdżu bloga napisałam o tym, jak pani z Chin, która co tydzień przyjeżdża na targ do mojego miasteczka, skarżyła się na to, że po ujawnieniu informacji o koronawirusie klienci przestali u niej kupować. Trochę byłam tym zaskoczona, ponieważ kobieta mieszka w Italii 20 lat, a do Chin nie jeździ, nie ma więc mowy, by mogła zarażać. Nieco mnie też to rozśmieszyło, jako że nie wyobrażam sobie, by wirus mógł dotrzeć do tej mojej mieściny, tak odległej od wielkiego świata i tak bardzo prowincjonalnej. Potem pomyślałam sobie jednak, że nie ma z czego się śmiać, ponieważ ludzie o niczym ostatnio nie mówią, jak o koronawirusie, zaś media zasypują nas informacjami, które w większości powodują strach, nic zatem dziwnego, że sprawa ta odbiła się rykoszetem na mieszkających we Włoszech Chińczykach. A kiedy ujawniono, że w Italii pojawił się koronawirus i ogłoszono stan wyjątkowy, panika osiągnęła apogeum, co niestety było do przewidzenia. Przy okazji tych wydarzeń po raz kolejny używa się argumentu, który nie ma nic wspólnego z zaistniałą sytuacją, czyli mówi się o Włochach jako rasistach, gdyż zaczęli omijać Chińczyków szerokim łukiem. A to chyba nie tak.

Wszystko przez to, że to media właśnie tą panikę zasiały. Codziennie bombardują nas setkami artykułów na temat wirusa z Chin, a co drugi z nich jest niekompetentny. Tabloidowe tytuły również nie pomagają uspokoić Włochów, bowiem część czyta tylko nagłówki i wyciąga z nich błędne wnioski. Nie zrozumcie mnie źle- informacje na temat wirusa powinny się pojawiać, i owszem, niemniej należy je dawkować racjonalnie. Byłam świadkiem sytuacji, gdy troje starszych panów rozmawiało o tym w barze, a źródłem ich wiedzy zostało regionalne wydanie gazety, z okładki której straszył napis- "Koronawirus - przygotujmy się na najgorsze". Panowie faktycznie wydawali się przestraszeni i naradzali się, jak uniknąć tego wirusa, a jednym z pomysłów było właśnie unikanie Chińczyków. Fakt, iż w Rzymie zanotowano dwa przypadki turystów zarażonych koronawirusem dodał tylko oliwy do ognia, ponieważ stolica Włoch niby leży daleko, ale lepiej dmuchać na zimne. Chińscy turyści podróżowali i do Florencji, więc nie ma się co dziwić na przesadzone działania Włochów. Mają oni zresztą silny instynkt samozachowawczy, stąd właśnie ich zachowania względem Chińczyków. Chinatown w Mediolanie podobno świeci pustkami, choć znane osoby namawiają do tego, by skończyć z tym ostracyzmem. Wielu Chińczyków mówi wprost, że jak tak dalej pójdzie, będą musieli pozamykać interesy. To bardzo przykre.

Problem leży w tym, że Włosi tak naprawdę mało wiedzą na temat chińskiego wirusa. Mają jakieś pojęcie, lecz nie są do końca doinformowani i to jest właśnie przyczyną ich histerii. Należałoby coś z tym zrobić, wypuścić ulotki o tym, jak objawia się koronawirus i w jaki sposób zmniejszyć ryzyko zarażenia, a nie czytać nie zawsze fachowe artykuły w necie. Według przeciętnego Włocha wirusem można się zarazić mijając Chińczyka na ulicy i to jest skutek reakcji na przybyszów z Azji. Osobiście nie podoba mi się mieszanie do tego polityków, ponieważ uważam, że to nie czas na ich brudne gierki. Lewa strona krzyczy o wspomnianym przeze mnie rasiźmie i nawołuje o tolerancję, prawa natomiast zastanawia się, dlaczego kwarantannie zostało poddanych 6 tysięcy turystów z wycieczkowca, a nielegalnych imigrantów wpuszcza się do Włoch bez żadnych badań. A czy podobne rozważania mają teraz sens? W moim odczuciu nie, gdyż nie przybliżają nas do niczego, a tylko pogłębiają różnice między Włochami. Jestem też więcej niż pewna, że gdyby przyszło zapytać jakiegoś polityka o objawy koronawirusa, na pewno nie udzieliłby poprawnej odpowiedzi. Mnie zaś wielokrotnie pytano o to, czy Włochy teraz to dobry pomysł na turystyczny wypad, jako że różne wieści docierają do Polski. Widzicie, ja tu mieszkam i nie zamierzam uciekać do kraju. Bądźmy czujni, ale nie panikujmy, bo nic dobrego nam to nie przyniesie


zdjęcie- Globalist

Kombinuj jak Włoch, czyli po zasiłek marsz

by 28 stycznia


"Włochy, ależ ci zazdroszczę, wy naprawdę macie tutaj klawe życie" - powiedziała do mnie ostatnio koleżanka, z którą rozmawiałam przez telefon. Nie zdziwiły mnie jej słowa, ponieważ osoby nie przebywające na stałe w Italii mają utopijną wizję o tym kraju. Nie ma tu biedy, nieszczęśliwych ludzi, zaś wszyscy są uśmiechnięci, bo włoski klimat i kawa przegonią każdy problem. A to nie tak, o czym przekonuję od lat. Kocham Włochy, ale nie patrzę na nie przez różowe okulary właśnie dlatego, że tu mieszkam. Czasem żałuję, że tu przyjechałam i sama sobie zmąciłam tą wizję kraju idealnego. Z drugiej strony wolę tą szorstką i często brzydką Italię, gdyż jest mi jeszcze bardziej bliska. To dziwny efekt, przyznaję, lecz chyba normalny dla emigranta. Nawet Włochy mogą spowszechnieć, zwłaszcza jeśli obcuje się z nimi na co dzień.

Kiedy rozmawiałam z koleżanką na temat Włoch, zastanawiałam się, co by powiedziała, gdyby wiedziała, że Włosi lubują się w kombinowaniu. Oczywiście od razu uprzedzam, że nie mam na myśli wszystkich Włochów, lecz przekrój społeczeństwa, który uczciwym rodakom psuje opinię. Włosi niestety lubią kombinować, choć chyba gorsze jest to, że potrafią to robić, zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawia się wizja łatwych pieniędzy. Niecały rok temu rząd wprowadził zasiłki dla najuboższych i bezrobotnych, z czego wielu sprytnych Włochów skrzętnie skorzystało. Pamiętam jak dziś komentarz mojego męża na wprowadzenie reddito di cittadinanza (tak po włosku ta pomoc się nazywa): "Tylko nie to, bo teraz się dopiero zacznie. Włosi zaczną kręcić i kombinować, aby tylko dostać ten zasiłek. Nam państwo nic nie powinno dawać, gdyż na to nie zasługujemy". Wygląda na to, że mój mąż dobrze zna swoich rodaków, bowiem o mataczeniu Włochów pod względem rządowych zasiłków wiele już czytałam. I za każdym razem zastanawiam się, jakim cudem te ich machlojki  przechodzą bezkarnie. 

To, że ktoś pracuje na czarno i pobiera zasiłek, specjalnie mnie nie dziwi, a takich przypadków jest bardzo dużo. Nie dziwi mnie również to, że niektórym Włochom nie chce się pracować, jako że za te kilkaset euro miesięcznie męczyć się nie będą, a tyle samo (a czasem i trochę więcej) dostaną za nic. Co mnie natomiast niepomiernie zaskakuje to fakt, iż na ten zasiłek łaszczą się ludzie majętni, którym żadna pomoc od państwa nie jest potrzebna. I tak, papiery po reddito di cittadinanza wypełnił już właściciel hotelu wartego 700 tysięcy euro, czego rzecz jasna, nie umieścił w dokumentach, czytałam również o człowieku posiadającym aż 78 (!) samochodów, czy rozbijających się nowiuteńkim Ferrari i mieszkających w wypasionych willach "zasiłkowiczów". I to jest właśnie to, o czym mówił mi mąż, że jeśli Włoch poczuje darmową kasę, to zrobi wszystko, aby ją dostać. I nieważne jest to, że pieniędzy mu nie brakuje, bo jeśli one są do wzięcia, to trzeba to zrobić. Coś się zatai, czegoś nie uwzględni i może się uda. Fakt, że takie zagrania są nieuczciwe i bardzo niemoralne, raczej nikogo nie obchodzi. Państwo daje zasiłki, więc zgłaszają się po nie ci, którzy w ogóle ich nie potrzebują. I jak tu nie przyznać racji mojemu mężowi?

Reddito di cittadinanza wywołało w Italii podobne kontrowersje co nasze "500 +". Są Włosi, którzy tak jak mój mąż uważają, że Włosi nie powinni niczego dostawać, inni twierdzą, że państwo jest za biedne na rozdawanie publicznych pieniędzy, jeszcze inni sądzą, że lepiej iść do pracy, a nie czekać na mannę z nieba. Moim zdaniem każda z tych opinii ma sens, chociaż osobiście jestem zdania, że osobom o trudnej sytuacji życiowej należy się pomoc ze strony państwa. Mam tu na myśli przede wszystkim ludzi, którzy nie mają zajęcia, a zostało im kilka lat do emerytury, więc taki zasiłek jest dla nich niezbędny, czy ludzi młodych, często po studiach, a bez większych perspektyw na pracę. Sytuacja w Italii nie jest kolorowa, to nie te same Włochy co 20 lat temu, a o pracę i godne zarobki większość sobie może tutaj pomarzyć. Dlatego myślę, że ten zasiłek, reddito di cittadinanza to niejaki obowiązek wobec Włochów, niemniej działania cwaniaków mieszkających w willach i mających dobrą sytuację materialną są czymś obrzydliwym. Ale tacy są niestety Włosi, jak mawia mój mąż, a to, że nie potrafią  oprzeć się pokusie i nie kombinować jest w pewnym stopniu wytłumaczalne. Zatajają różne sprawy, bo wiedzą, że nie ma kontroli, a poza tym istnieje korupcja, co jeszcze bardziej pomaga w omijaniu przepisów. Ostatnio dowiedziałam się o tym, że jakaś znajoma teściowej wybudowała dom bez żadnych pozwoleń i nic sobie z tego nie robi. Pozwolenia kosztują, trzeba na nie długo czekać, a przecież i tak nikt nie przyjdzie nic sprawdzić. To prawda i właśnie dlatego Włosi kombinują i nadal będą to robić. Nic zatem dziwnego, że rządowy zasiłek okazał się mekką dla nieuczciwych obywateli.


zdjęcie- QuiFinanza


O "Pinokiu" i jego różnych odcieniach

by 23 grudnia

Kilka dni temu odbyła się w Italii premiera nowego filmu Matteo Garrone, czyli reżysera, którego bardzo cenię. Garrone podjął się trudnego zadania, jako że dotknął świętości, a mianowicie wyreżyserował "Pinokia". Dla mnie książka jest najbardziej genialną włoską powieścią, a odkąd mieszkam w Italii, moje więzy z Pinokiem dodatkowo się wzmocniły. Nie wiem, jak Carlo Collodi to zrobił, ale sportretował Włochów tak przenikliwie i ponadczasowo, że książka do dzisiaj jest aktualna. Autor miał zmysł obserwacji i niewątpliwy talent, a jego pajacyk od pokoleń budzi wśród Włochów emocje. Widziałam kilka wersji Pinokia i jak do tej pory najbardziej porwała mnie ta z 1972 roku, z wielkim Nino Manfredim w roli Geppetta. Tym razem ojca pajacyka zagrał równie słynny i nie mniej utalentowany Roberto Beningi. Ten sam Benigni, który tak koncertowo spieprzył poprzedni film o Pinokiu (z 2002 roku), przynajmniej moim zdaniem. 

Benigni, jak zapewnie pamiętacie, nie mógł się oprzeć pokusie i wcielił się w postać Pinokia, co według mnie było decyzją dosyć absurdalną. Winnym wszystkiemu był ponoć Federico Fellini, bo za każdym razem, gdy spotykał aktora, nazywał go właśnie Pinokiem, tak w wywiadach tłumaczył Benigni. Jako wielbicielka powieści nie byłam zachwycona tym pomysłem i moje obawy potwierdziły się w momencie, gdy obejrzałam film. Możesz nazywać się Benigni, zdobyć Oscara i być uznawany za wybitnego artystę, ale na Boga, nie możesz zagrać dziecka, choćby i namaścił cię Federico Fellini. Wersja z Benignim w roli głównej była dla mnie nie do przyjęcia i od pierwszych chwil nie pokochałam jego Pinokia. Był dla mnie za krzykliwy i za chaotyczny, lecz co najważniejsze, był dorosłym mężczyzną i nawet talent aktorski Beningiego w niczym tu nie pomógł. To była tak nieudana adaptacja, że przez jakiś czas czułam wielki żal do aktora. Miał taki sceniariusz i taki potencjał, a film wypadł przeciętnie, co w dużej mierze było winą hybionej decyzji dotyczącej roli głównej. 

Minęło kilkanaście lat, Roberto Benigni powrócił jako Geppetto i w moich oczach całkowicie się zrehabilitował za grzech nieudanego Pinokia. Wystarczyło, bym obejrzała zapowiedź filmu oraz Benignego w wersji ojca pajacyka i ogarnęło mnie coś w rodzaju wzruszenia. To nie ten komediowy Benigni, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, to zdecydowanie inny, refleksyjny aktor. Jestem przekonana, że to jego życiowa rola, coś w rodzaju artystycznego spadku, choć oczywiście Benigni na emeryturę się nie wybiera. Przyzwyczaił widzów jednak do zupełnie innych ról, tymczasem jako Geppetto jest po prostu ujmujący. Zagrać rolę po Nino Manfredim i to zagrać ją dobrze to wyzwanie nawet dla takiego artysty jakim jest Roberto Benigni. Kilka chwil wystarczyło jednak, by przeszły mnie ciarki i już wiem, że film zobaczę właśnie dla Benignego - Geppetta. Ojciec pajacyka to moja ukochana postać z powieści, więc nic dziwnego, że tak mocno ją odbieram. Nigdy też nie lubiłam Pinokia za to, że tak źle traktował swojego tatę. 

Matteo Garrone na pewno zrobił dobry film, to nie ulega wątpliwości. Zaangażowanie takiego artysty jak Benigni było przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. A co z samym Pinokiem, zapytacie? Otóż tu mamy problem, gdyż nie będzie w filmie pajacyka z drewna, a chłopiec, którego twarz pomalowano w taki sposób, aby przypominało drewno. Z tego powodu mam już w domu antyfana nowego Pinokia, ponieważ mój mąż uważa, że przy takich możliwościach technologicznych, jakie mamy dzisiaj, psim obowiązkiem Garrone było stworzyć drewnianego pajaca. Nie będzie go jednak i przez to mój mąż, który również ceni dokonania reżysera, nie ma najmniejszej ochoty na obejrzenie filmu. Czeka bowiem na wierną odsłonę książki i ku jego uciesze, może się doczeka, jako że Netflix w 2020 roku zapowiedział premierę serialu o Pinokiu, a wyreżyseruje go absolutnie ulubiony reżyser męża, czyli Guglielmo Del Toro. Przewiduję, że we Włoszech nastąpi taki szał, jak u nas z netflitowskim Wiedźminem, albo jeszcze większy. Na miejscu Del Toro nie spałabym wszakże spokojnie, bo Włosi mu nie wybaczą, jeśli wypaczy Pinokia. Buon Natale cari!


zdjęcie- Rolling Stone

Znowu

by 25 listopada

Znowu zabójca kobiety wyszedł z więzienia. Po trzech latach odsiadki sąd postanowił zwrócić mu wolność. Skuteczna praca adwokatów, którzy znaleźli kilka kruczków na jego obronę spowodowała, że sędzia nie miał wyjścia i dał mordercy szansę. W więzieniu człowiek zachowywał się więcej niż przyzwoicie, więc trzeba było go za to nagrodzić. Trzy lata odsiadki to niemało, a zabójstwo w amoku może zdarzyć się każdemu. Wyjdzie, zrozumie swój błąd i zacznie toczyć przykładny żywot, jak na porządnego obywatela przystało. Jest jeszcze młody i nie warto, aby marnował się za kratkami. Znowu włoskie prawo nie uszanowało ofiary femminicidia (kobietobójstwa) i po raz kolejny mężczyzna, który zamordował żonę,  cieszy się wolnością. A przemoc wobec kobiet w Italii nie ustaje.

Znowu jakieś dziecko płacze nad grobem matki. Nie ma jej, odeszła dwa miesiące temu, a dorośli powiedzieli, że teraz można ją odwiedzać tylko na cmentarzu. To jednak nie to samo, bo nie da się do niej przytulić, porozmawiać czy na nią popatrzeć. Zamiast tego chłopczyk spogląda na zimny głaz i łzy spływają mu ciurkiem po twarzy. Jest tam napisane, że "żyła lat 30 i zginęła tragicznie". Jak tragicznie, tego nikt nie miał odwagi mu wytłumaczyć. Jak powiedzieć sześcioletniemu malcowi, że jego ojciec zabił matkę, ponieważ ta chciała odejść? Chłopcu już nigdy mama nie powie "dobranoc" i nie utuli go do snu. Zamiast tego tuli się do misia i patrzy obojętnym wzrokiem na sufit. Nie ma już jego mamusi, już nie zaśpiewa mu piosenki i nie zabierze go na plac zabaw. Nie ma też taty, bo poszedł daleko i zostawił go z dziadkami. Znowu dziecko we Włoszech zostało pośrednią ofiarą kobietobójstwa. Wraz z odejściem matki na dobre skończyło się dzieciństwo.

Znowu gazety piszą o kolejnym zabójstwie kobiety, 95-tym w tym roku. Młoda kobieta padła ofiarą kochanka, który zabił ją z zimną krwią, ponieważ miała zamiar o ich relacji powiedzieć żonie mężczyzny. Ten, nie chcąc do tego dopuścić, wziął nóż i kilkoma (bądź więcej) ciosami zakończył niewygodny związek. "Co robisz, jestem z tobą w ciąży, myśl o dziecku"- krzyczała, gdy kochanek zaświecił jej nożem przed oczami, lecz to nie pomogło. Zamordował nie tylko ją, ale i tlące się w niej nowe życie, po czym jak gdyby nigdy nic poszedł do fryzjera. I gdy wiadomość o śmierci dziewczyny rozeszła się po mediach, niektóre wpisy pokazały, jak bardzo mężczyźni we Włoszech nie dorośli do swojej roli. Znowu odpowiedzialność za brutalny mord, według wielu komentatorów, ponosi właśnie zabita kobieta. Nie musiała się wiązać z żonatym, inaczej by żyła, tak właśnie rozumowała znaczna część internautów, co dowodzi, niestety, że wiele wody w rzece musi jeszcze upłynąć, aby zjawisko kobietobójstwa zaczęło maleć. Nie można winić ofiary za to, co się stało, nikt nie zasługuje na taką śmierć.

Znowu dzisiaj dodamy nakładkę do naszych zdjęć profilowych, być może poczytamy jakiś artykuł czy statystyki i zamyślimy się nad tym, dlaczego tyle kobiet umiera. Może u kogoś obudzi się sumienie i nie podniesie już ręki na swoją dziewczynę. Może ktoś zrozumie, że nie tędy droga i przemocą nie zmusi się do miłości. Może wreszcie niejeden mężczyzna się zawstydzi i przestanie używać pięści, a zacznie używać serca. Dziś jest 25- listopad i obchodzimy Międzynarodowy Dzień Walki Z Przemocą Wobec Kobiet. Większość zamordowanych w tym roku kobiet straciło życie, bo kochały. Ich mordercami prawie zawsze okazywały się najbliższe osoby- narzeczeni, mężowie czy nawet przyjaciele. Mija kolejny rok i nic w Italii się nie zmienia. Mężczyźni nie przestają i kobiety nadal giną z ich rąk, przeważnie w sposób więcej niż brutalny. Często zdarza się tak, że za zabójstwo do rozpoczęcia procesu dostają areszt domowy, a potem idą do więzienia na mniej niż 10 lat. Przypadki dożywocia za kobietobójstwa są minimalne. Znowu 25-ty listopad przybrał barwę krwi. Walka z przemocą wobec kobiet powinna we Włoszech odbywać się każdego dnia. Trzeba krzyczeć tak głośno i często, aby o ofiarach femminicidia usłyszał świat.  Ja, jak co roku, pisząc o zjawisku kobietobójstwa, oddaję w ten sposób hołd jego ofiarom. I wołam - basta, basta, basta...


zdjęcie (czerwone szpilki, symbol femminicidia)- Settegiorni
Obsługiwane przez usługę Blogger.