Featured

Traktat o nieposłusznych włoskich rodzicach

by 11 czerwca

We Włoszech zaczęły się już wakacje i w związku z tym od kilku dni zastanawiam się, jak to jest z włoską młodzieżą. Czytam w gazetach informacje o tym, że uczniowie jednej ze szkół postanowili uczcić koniec roku szkolnego wyrzucając z okna ławkę, jeszcze inni tak się upili, że dwóch z nich walczy o życie, a niefortunny skok ucznia do wody skończył się jego śmiercią. Wydaje się, że włoscy nastolatkowie nie mają zahamowań i nie słuchają nikogo, bo ważniejsze jest dla nich popisać się wyczynem i pokazać na YouTube, jak bardzo potrafią być cool. Oczywiście ta opinia nie dotyczy wszystkich uczniów i bynajmniej nie uważam, że młodzi Włosi są zepsuci do cna. Problem jednak istnieje i należy mu się przyjrzeć, by zrozumieć, dlaczego dzisiejsi uczniowie są praktycznie bezkarni. Nie trzeba też być geniuszem, żeby dojść do wniosku, iż winę za złe sprawowanie nastolatków z Italii ponoszą w dużej mierze ich rodzice. Niestety.

Za moich czasów (nie lubię takich porównań, ale niekiedy muszę je zastosować) rodzice i nauczyciele grali do tej samej bramki. Gdy wychowaczyni klasy na wywiadówce zwróciła rodzicowi uwagę, że dziecko się nieodpowiednio zachowuje, nie było zmiłuj i kara nie ominęła krąbrnego ucznia. Kiedy nauczycielka powiedziała, że ktoś się źle uczy, żaden z rodziców nie próbował usprawiedliwiać dziecka, a przyjął z pokorą opinię wychowawcy. Dzisiaj natomiast nie jest tak kolorowo, ponieważ dla rodziców we Włoszech naganne postępowanie ich potomków to przesada i zdarzają się przypadki, gdy używają pięści, by pokazać nauczycielom, że stoją murem za dziećmi. Ostatnio wiele mówi się o tym, że zawód nauczyciela w Italii stracił na prestiżu, zaś oni sami nie mają wśród uczniów szacunku. To akurat logiczne, gdyż nastolatkowie wiedzą, że rodzice ich wybronią z każdej sytuacji, więc po co poważać wychowawcę? Rodzice są odpowiedzialni za to, jak zmieniło się podejście dzieci do szkoły i jak bardzo czują się one bezkarne. Jeśli matka z ojcem są w stanie podnieść ręce na nauczyciela (a było takich czynów wiele) to czego tu się bać? 

Nie ma dzieci idealnych, więc to nic takiego, że uczeń może zbłądzić, zbuntować się, a nawet przestać się uczyć. Nie należy jednak z tego powodu grozić pięściami nauczycielowi lub się na niego rzucać, tylko przyjąć krytykę do wiadomości. Wiem z autopsji, że niełatwo jest uwierzyć w niewinność własnego dziecka, niemniej dla jego dobra warto otworzyć oczy. Przeczytałam niedawno artykuł, z którym wyjątkowo się zgadzam, a przedstawiał on współczesne dzieci jako książęta i rodziców ogarniętych wyrzutami sumienia, bo spędzających całe dni w pracy. Z tego powodu pozwalają im na wszystko i bronią przed każdym (w ich mniemaniu) atakiem. To pozwala uczniom mieć lekceważący stosunek do dorosłych i dzięki temu czują się panami sytuacji. Oliwy do ognia dodaje fakt, iż dzieci w Italii zwracają się do dorosłych po imieniu, ponieważ taki tutaj panuje zwyczaj. I właśnie dlatego traktują nauczycieli jako równych sobie. Skoro mówią do belfrów na "ty", oznacza to, że traktują ich jak kolegów. Nie ma potrzebnej między nimi bariery, stąd nie ma należytego szacunku.

Sprawa z mówieniem sobie na "ty", ogólnie rzecz biorąc jako matce, zaczęła odbijać mi się czkawką. Zmieniłam podejście do zagadnienia i uczę moje dzieci, że do dorosłych maj zwracać się "pan/pani". Nie obchodzi mnie, jak wołają mnie koleżanki córek, ale im samym nie pozwalam mówić starszym osobom po imieniu. I bardzo mnie wkurza, kiedy niektóre panie, słysząc to okropne słowo "signora", natychmiast protestują i każą Gai przestać tak się zwracać, ponieważ czują się stare. Ręce opadają mi podwójnie, zwłaszcza że to argument tak durny, że nie wiem, jak go skomentować. Poza tym to ja jestem od ustalania reguł moim dzieciom, zatem ta przeklęta "pani" powinna być zaakceptowana. I nie chcę wyjść na sztywniarę, której się w głowie od bon ton poprzewracało, lecz widząc to, co wyprawia młodzież i jak nie szanuje starszych, wolę dmuchać na zimne. Podsumowując zatem, włoska szkoła ma ciężki orzech do zgryzienia, natomiast praca nauczyciela stała się zwyczajnie niewdzięczna. Współcześni nastolatkowie mają zwolenników w postaci ich ojców i matek, nauczycieli zaś traktują jak zło konieczne. Jeśli tak dalej pójdzie, rodzice będą musieli wrócić do szkoły i siedzieć w klasach z dziećmi, aby przekonać się, jak naprawdę zachowują się ich niewinne pociechy. Może wtedy coś do nich dojdzie.


zdjęcie- Oggi Scuola

Pratigate, czyli jak włoski szołbiznes sięgnął dna

by 27 maja


W ostatnich tygodniach włoskim szołbiznesem wstrząsnęła afera, która jest tak absurdalna, iż nie wypada mi się jej nie przyjrzeć. Jak to jest z celebrytami, wiadomo nie od dzisiaj- wszyscy nimi gardzą, oficjalnie nikt się nimi nie interesuje, choć nie wiedzieć czemu ich instagramy czy inne social media, pękają w szwach. Kogokolwiek bym nie spytała, ten ich nie śledzi i w ogóle ich nie zna, jako że to wstyd czytać o jakichś gwiazdkach ze spalonego teatru. Ze mną jest zaś tak, że nie jestem specjalną fanką celebryckiego światka, niemniej wiem kto jest kim i zdarza mi się czasem zerknąć na Pudelka lub jego włoskie odpowiedniki. Obserwując to, co się dzieje u znanych osób, doszłam do wniosku, że polscy celebryci muszą się jeszcze wiele nauczyć od tych rodem z Italii, bo ci to dopiero wiedzą, co zrobić, by było o nich głośno. Skandal, który wraz ze swymi agentkami wywołała showgirl Pamela Prati nie schodzi z pierwszych stron gazet i jest na ustach wszystkich, nawet tych, których życie znanych osób w ogóle nie interesuje.

Natura nie znosi próżni, a włoski szołbiznes jest bezlitosny. Młode celebrytki usuwają w cień te starsze, mające za sobą długoletnie kariery. Co więc mają zrobić zapomniane showgirl, aby nadal było o nich głośno i telewizja zapraszała je na wywiady? Ano najlepiej kombinować i kłamać, żeby tylko nie wypaść z obiegu. Pamela Prati, celebrytka z długoletnim stażem, wstrząsnęła opinią publiczną, kiedy wyszło na jaw, że jej planowany (i szumnie zapowiadany w mediach) ślub się nie odbędzie, ponieważ jej narzeczony, niejaki Mark Caltagirone, nie istnieje. Został wymyślony po to, by pomóc Prati wrócić na telewizyjne salony, co poniekąd się jej udało. Zapraszano ją do popularnych programów rozrywkowych, gdzie opowiadała o wielkiej miłości do Marka, podjęciu decyzji o adopcji dwójki dzieci i w końcu zmianie stanu cywilnego. Media połknęły przynętę, a historia wielkiego uczucia Pameli i Marka budziła coraz większe zainteresowanie. Wkrótce jednak legło ono w gruzach, gdyż tu i ówdzie pojawiły się głosy, iż z małżeństwa nici, bo nie ma żadnego Marka Caltagirone. I rozpętało się piekło.

Czujne portale wykryły, iż Pamela Prati w różnych wywiadach zmieniała wersje wydarzeń, a poza tym zaczęto zastanawiać się, jak to jest możliwe, że Mark Caltagirone praktycznie pozostał anonimowy. Nikt go nie widział, nigdzie nie opublikowane jego zdjęć, a z narzeczoną nie pokazywał się publicznie. Prati tłumaczyła wszem wobec, iż Caltagirone ceni sobie prywatność i nie chce być na świeczniku, do tego mieszka za granicą i bywa w Italii gościem. Agentka celebrytki, Eliana Michelazzo, również zarzekała się (i to na grób swojego ojca), że Mark to nie jest wymysł, tylko facet z krwi i kości, zaś osoby zarzucające im kłamstwo to zwyczajni krętacze. Pamela Prati po raz kolejny odbyła tournee po telewizji, lecz tym razem nie mówiła o uczuciach, a ze łzami w oczach przekonywała, że Mark żyje i ma się dobrze. W końcu odechciało jej się mówić, bo i tak nikt jej nie wierzył, zrobiła więc to, co w tej sytuacji wydawało się najbardziej słuszne- nabrała wody w usta. Nie odpowiadała na pytania, opuszczała studia telewizyjne, a jej zachowanie było co najmniej dziwne. Nadal jednak trzymała się wersji, że nie wymyśliła narzeczonego, ponieważ nie miała powodu, aby to robić. Bańka jednak pękła, a Pratigate zataczała coraz szersze kręgi.

Presja ze strony mediów i internautów, którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać spowodowała, iż agentka Prati- Michelazzo, zdecydowała się wreszcie przyznać. W poruszającym (i w mojej opinii) mało wiarygodnym wywiadzie potwierdziła, iż Mark Caltagirone nie istnieje, a ona sama również padła ofiarą spisku ze strony drugiej agentki Prati- Pameli Perricciolo. Perricciolo, nazywana Donną Pamelą, odgrywa bardzo ważną rolę w telewizyjnej "aferze stulecia", niemniej pozostaje w ukryciu i nie udziela się publicznie. Okazało się, że pomysł na narzeczonego - widmo to dla agentek nie pierwszyzna, bowiem Michelazzo przez 10 lat była żoną męża, którego nigdy nie spotkała. Jak to możliwe? Otóż piękna Eliana została zmanipulowana (jak sama stwierdziła) przez donnę Pamelę, a Simone Coppi, czyli wirtualny mąż agentki, to fikcyjna postać. Oczywiście telewidzowie nie uwierzyli agentce, ponieważ istnienie wirtualnego męża to zbyt wiele nawet dla przyzwyczajonych do przekrętów Włochów. Narzeczony, którego nie ma, ślub, który się nie odbył i mąż z dziesięcioletnim stażem, którego nie widziało się na oczy- to brzmi jak scenariusz kiepskiej telenoweli. Najważniejsze jednak było to, iż wydobyto z agentki potwierdzenie o tym, że Caltagirone to chwyt marketingowy, a nie prawdziwy mężczyzna. W tej sytuacji media powinny więcej nie zapraszać Prati i jej (byłej już) wspólniczki, ale wygląda na to, o Pratiful tak szybko nie zapomnimy.

Wykryto bowiem, że dwie agentki były przez lata parą, a nieistniejący Simone Coppi potrzebny im był do rozwinięcia biznesu. Agencja kobiet działała podobno jak sekta i niektórzy zwerbowani przez nie celebryci przyznali, iż byli manipulowani. Michelazzo zaczęła oskarżać  Perricciolo i podała ją  do sądu, natomiast Palema Prati po raz kolejny udzieliła wywiadu i tym razem przyznała, że faktycznie, nie ma żadnego Marka Caltagirone, lecz wierzyła w jego istnienie i miała go poznać w dzień ślubu. Powstaje pytanie- czy można być aż tak bardzo zakochanym, aby dać się uwieść przez internet i zgodzić się zostać żoną człowieka, którego nie widziało się na oczy? Osobiście  w to wątpię i dla mnie Pratigate jest odbiciem tego, jak bardzo sława i pieniądze mieszają ludziom w głowach. Nie mam pojęcia, co będzie musiała zrobić Pamela Prati, żeby wybaczono jej wyczyny, jej agentki są spalone, a kariera showgirl zawisła na włosku. Kobiety okazały się oszustkami i przerzucanie wzajemnie winy nie ma sensu, gdyż w ten sposób miłe pane jeszcze bardziej się pogrążają. Sprawa niestety nie zejdzie z pierwszych stron gazet, ponieważ Włosi lubują się w aferach, a ta z Prati jest ewenementem na skalę światową. Internauci pragną, aby Netflix zrobił serial o Marku Caltagirone i całej Pratigate, zaś memy z bohaterami skandalu od kilku tygodni królują w necie. Nie wiem, czy takiej sławy pragnęła Pamela Prati, niemniej jedno jest pewne- już nikt o niej nie zapomni. I tylko ja, pisząc teraz o tym, zastanawiam się, jak to naprawdę ze mną jest. Jestem, a może mnie nie ma, a życie we Włoszech, mój mąż i córeczki są wymysłem mojej bujnej wyobraźni? Dziękuję Ci, Pamelo Prati!



zdjęcie- DiLei (od lewej- Pamela Perricciolo, Pamela Prati, Eliana Michelazzo)

Chcesz poczuć prawdziwe Włochy? Zamieszkaj na prowincji!

by 16 maja

To już rok, odkąd opuściliśmy Genuę i zamieszkaliśmy w uroczym miasteczku, gdzie liczba mieszkańców nie przekracza czterech tysięcy i prawie wszyscy się znają, a nieznajome twarze są od razu wyłapywane przez miejscowych. Przez dwanaście miesięcy wiele się u nas zmieniło, można powiedzieć, iż wsiąknęliśmy w nowe miejsce i jako tako zostaliśmy zaakceptowani. Ludzie są bardziej otwarci, niż w Genui, więc nic dziwnego, że tak dobrze się tutaj czuję. Nie wiem, czy jest to nasz dom na kilkanaście (bądź kilkadziesiąt) przyszłych lat, lecz póki tu będę, nie mam zamiaru narzekać. Oczywiście siedzi we mnie myśl, by wrócić do dużego miasta, ponieważ brakuje mi czasem miejskiego zgiełku i sklepów, o które w mojej mieścinie trudno.

Bressana Bottarone, bo tak się nazywa nasze miasteczko, to taka fajna włoska dziura. Składa się z jednej długiej ulicy, która ciągnie się na kilka kilometrów i ma niezliczoną ilość rozgałęzień, choć życie toczy się właśnie na ulicy Depretis. Rynek główny jest nieduży i mieści się na nim Urząd Miejski, obok usytuowany jest kościół i szkoła podstawowa Gai. Naprzeciwko znajduje się najważniejsze miejsce według mieszkańców, czyli bar, gdzie codziennie rano spotykają się stali bywalcy, by wypić szybko kawę i wymienić kilka słów. Obok jest kiosk i punkt Lotto, a potem nie ma już nic, znaczy są pozostałości po sklepach, które zostały zamknięte. To smutne, że ulica Depretis ma tyle pustych punktów i tylko jej centralna część jako tako się trzyma. Wszystko inne zostało zdominowane przez galerie handlowe, a jest ich coraz więcej, jednak nie ma w nich ani krzty włoskiej duszy i odrobiny magii

Bressana może się poszczycić niejednym placem zabaw, co akurat bardzo doceniam. Nasz ulubiony położony jest kilka kroków od domu i jeśli jest fajna pogoda, często do niego wpadamy. Dzieci szaleją, zaś matki, o ile za nimi nie biegają, odpoczywają na ławeczkach i oddają się rozmowom. Ileż osób poznałam dzięki chodzeniu na plac zabaw, ile narodowości jest w Bressanie, mieszka tu pół Europy i duża reprezentacja reszty świata, a jedyną Polką na horyzoncie jestem ja. W sumie spodziewałam się tego, ale miałam nadzieję, że końcu porozmawiam z kimś na żywo po polsku i poznam jakąś rodaczkę. Niestety, na razie muszę obejść się smakiem i szlifować język włoski, co nie zawsze mi się udaje.

Bressana Bottarone nie ma, rzecz jasna, jednego baru, bo to byłby skandal, lecz trochę ich tutaj jest i co ciekawe, ciągle otwiera się nowe. Nie mam pojęcia, jak tyle knajpek znajdujących się blisko siebie jest w stanie się utrzymać, niemniej napawa optymizmem fakt, że chociaż one nie martwią się o przyszłość. Znając zamiłowanie Włochów do rozmów i ogarniania rzeczywistości w barach, nie ma się co dziwić, że je tak licznie odwiedzają. Od rana, niezależnie od pogody, widać klientów siedzących zewnątrz i plotkujących nie wiadomo o czym. Ich twarze, do niedawna anonimowe, są już przeze mnie dobrze znane. Dziadek jednej z dziewczynek z klasy Gai, ojciec innego chłopca, ekscentryczny właściciel apteki, który przed otwarciem idzie wypić szybką kawę, czy miejscowy fryzjer, od lat będący na emeryturze. Swoją drogą fryzjerów jest również kilku i wygląda na to, że żadnemu z nich nie grozi bankructwo.

Jest i Bed&Breakfest, takie jakieś niemrawe i kryjące się za drzewami, mamy też prywatne przedszkole, do którego dwa miesiące uczęszczała Gaja. Na samym końcu ulicy Depretis znajduje się jedyna miasteczkowa restauracja, jest też klub Harleyowców i można odjechać w siną dal. Bressana Bottarone to swoista sypialnia, a mieszkańcy pracują w okolicznych miastach, takich jak Pavia, która leży 20 minut dalej, czy Mediolan, oddalony o godzinę. Czasem chciałabym się przenieść do Milano, nie zaprzeczam, ale na szczęście szybko mi przechodzi, bo ta włoska, niepowtarzalna prowincja była tym, czego potrzebowałam. Nieważne, że wielki świat do Bressany nigdy nie zawita, nieważne, że nawet pies z kulawą nogą tu nie zagląda, gdyż liczy się atmosfera, a ta jest włoska aż do szpiku kości. I ciągle się coś buduje, wiecznie są jakieś przeboje, a najnowszy to ten, iż obecne władze chcą sprywatyzować miejscowy cmentarz. W związku z tym dom aktualnej pani burmistrz jest oblegany, zaś Gaja nazywa go domem, który straszy. Faktycznie, może i tak być, w końcu duchy nie lubią, gdy się je niepokoi. Posłuchaj mojej rady, a nie pożałujesz- włoska prowincja jest tym, czego Ci trzeba!

Włochów portret (nie)oczywisty

by 15 kwietnia

Prawie każdemu narodowi przypisuje się jakieś cechy. Francuzi są wyniośli, Anglicy sztywni, Niemcy uporządkowani, a Włosi, no właśnie, można ich określić różnorodnie. Wiadomo, że to maminsynki, playboye od siedmiu boleści i lenie do kwadratu, najlepiej do nich zaś pasuje słowo „Makaroniarz”, w którym tkwi wszystko- ich stosunek do życia, umiłowanej odmiany pasty i pogody ducha. Ale czy Włosi naprawdę tacy są? Czy to, że większość uważa ich za luzaków i pustaków nie jest dla nich krzywdzące? Jak najbardziej, bo charakteru Włochów nie da się opisać jednym wyrazem. Są wielowymiarowi i skomplikowani, co nie zmienia faktu, iż wyżej wymienione cechy też ich dotyczą.

Włosi są głośni, co manifestują wszędzie. Są kłótliwi, co widać szczególnie na ulicach, gdy prowadzą samochód i zdarzają im się polemiki z innymi kierowcami. Są zaczepni i skorzy do dyskusji, ale są także całkiem sympatyczni. Potrafią być do rany przyłóż i służą pomocą, nie są rasistami, chociaż ostatnio wiecznie im się to zarzuca. Są dobrymi pracownikami i nie migają się od obowiązków, a sjesta to styl ich bycia, niemający nic wspólnego z włoską niechęcią do zakasania rękawów. Są systematyczni i można na nich polegać, aczkolwiek bywają i męczący, zwłaszcza gdy rozmawiają o polityce i piłce nożnej. Wtedy to lecą iskry i dochodzi do spięć, jako że futbol powoduje u nich przypływ adrenaliny, a ukochana drużyna bywa ważniejsza od wybranki. Wiadomo jak to jest- kobietę można zmienić, za to klub ma się tylko jeden. I jest on świętością.

Słynny temperament Włochów to nie wymysły, niemniej należy podkreślić, że nie każdy z nich jest następnym wcieleniem Casanovy. Włosi uwielbiają grę słowną i piękne kobiety, lecz pogłoski o ich zdradach są głęboko przesadzone. Znakomita część Włochów lata sobie z kwiatka na kwiatek, ale druga ich część tego nie potrzebuje i nie ma problemów z wiernością. To naród miłosny, z czym trzeba się zgodzić, gdyż na Półwyspie Apenińskim nietrudno o namiętne porywy serca. Wiedzą o tym, że ich uwodzicielskie spojrzenia porywają niejedną cudzoziemkę i często to wykorzystują. Nie ogranicza ich wiek i nie przejmują się tym, że czasy ich świetności już dawno minęły. Starsi mężczyźni w Italii nie dołują się z powodu mijających lat i próbują podrywać młodsze kobiety. Nie zawsze im się to udaje, lecz ważniejsze jest to, iż nie wypadli jeszcze z pola gry i nadal mogą siebie uważać za prawdziwych maczo. I mimo że życie wśród Włochów przynosi wiele zaskoczeń, to niezaprzeczalnie można powiedzieć, iż to wspaniały naród. I absolutnie wyjątkowy.



zdjęcie- SenzaFiltro

Italia na skraju (umysłowej) zagłady

by 03 kwietnia

We Włoszech ujawniła się nowa tendencja, która zbiera coraz szersze żniwo i ludzie masowo zostają zwolennikami pewnej (delikatnie mówiąc) śmiesznej teorii. Nic, że została ona obalona już bardzo dawno temu, albowiem według jej popleczników ziemia jest płaska, a wszystko to, co serwuje nam NASA to stek bzdur. Nauka robi nas w konia, zdjęcia z kosmosu to fotomontaż, zaś prawda objawiona jest jedna. Nasza planeta jest płaska i chociaż nie ma na to dowodów, to tak jest i biada temu, kto wyśmiewa rewolucyjne hasła "płaskoziemców". Są oni przekonani o wiarygodności swoich przekonań do tego stopnia, że zaczynają urządzać kongresy, na których mają zamiar przekonywać wszem wobec, iż mają rację. I chociaż wiedzą, że jej nie mają, to jednak ją mają, bo kiedy człowiek się uprze, że wie więcej od odkrywców i naukowców, to nie ma z nim co polemizować. Nauka wszak może się mylić, a to, co podpowiada serce, ma naprawdę głębokie podwaliny. Nie wiadomo tylko, gdzie kopać, by odkryć przyczynę powstania kolejnej bzdury, która (co zabawne i przerażające zarazem) we Włoszech zaczęła żyć własnym życiem.

I tak, grupka "płaskoziemców" zablokowała na ponad godzinę pociąg na trasie Mediolan - Genua, ponieważ nie miała żadnej ochoty płacić za bilet kolejowy. Bohaterowie afery przedstawili się jako "ambasadorzy zewnętrznej jurysdykcji planetarnej" (cokolwiek to określenie by nie znaczyło) i zdesperowany kontroler w żaden, choćby najbardziej przyziemny sposób, nie zdołał wymusić na nich zapłaty za przejazd. W zdarzeniu musieli interweniować karabinierzy i płaskoziemcy będą mieli teraz sprawę w sądzie, ale podejrzewam, że poglądów raczej nie zmienią, co więcej, będą ich bronić z tą samą zaciętością, z jaką nie chcieli płacić za bilet. Historia ta wydaje się być zabawna, lecz taka nie jest, bo przez głupotę kilku osób wielu pasażerów nie dojechało na czas do pracy. Gdyby chodziło o coś poważnego, można by przejść nad tym do porządku dziennego, niemniej robienie bałaganu z powodu teorii o płaskiej ziemi to za dużo nawet na Włochy. Dzisiaj sojuszników tej idei jest jeszcze niewielu, ale znając życie i Włochów, jutro mogą urosnąć w siłę. I zacząć mącić ludziom w głowach, zbierać pieniądze, organizować akcje i zjazdy, co zresztą już planują. Niebawem "płaskoziemcy" mają się spotkać w Palermo i debatować nad tym, czy prawda w końcu wyjdzie na jaw, chcą też udać się wycieczkowcem na Antarktydę i dopłynąć do brzegów ziemi. Aż strach się bać.

Wbrew wszelkiej logice płaskoziemcy naprawdę wierzą, że ziemia jest płaska i są święcie przekonani, iż Galileusz i inni badacze to wysłannicy diabła, a nie prawdziwi odkrywcy. Biedna ta nasza planeta, płaska niczym deska, ten brutalny fakt tuszują wszyscy, od nauczycieli począwszy, a na naukowcach skończywszy. Na szczęście grupa ludzi poszła po rozum do głowy i skontastowała, że coś tu jest nie tak. Członków nowej teorii przybywa i nie zdziwi mnie, jeśli za chwilę jej przywódcy założą partię i będą chcieli wejść do polityki, by głosić na mównicy o szkodliwości nowożytnej nauki. Na razie płaskoziemcy ograniczają się do małych afer i dzięki poglądom chcą się migać od tak przyziemnej rzeczy, jak płacenie za przejazd, ale co będzie w przyszłości, tego nie wie nikt. Może pójdą o krok dalej i wymyślą kolejną koncepcję, o choćby taką, że Włochy są jednak szersze niż dłuższe, bo to, co widzimy na mapach, to wielka ściema. Mogą też napisać traktat o gwiazdach i tym, iż niebo zostało namalowane, a słońce i księżyc to gigantyczne lampy, wyprodukowane przez znaną firmę oświetleniową. I kiedy to piszę, to ogarnia mnie smutek, gdyż wydaje się, że mamy wszystko i jesteśmy tacy do przodu, a nauka stoi przed nami otworem. Zabawna (wydawałoby się) historyjka o płaskoziemcach to wszakże gorzka opowieść, bo pokazuje, że ignorantów, którzy mają za nic naukę i wybitnych uczonych, nie brakuje. Oni wiedzą lepiej, mimo że nie posiadają merytorycznej wiedzy, ot, taki nasz współczesny świat w pigułce.



zdjęcie- ilturista.info

Obsługiwane przez usługę Blogger.