Featured

Kończ już, Vespa, wstydu oszczędź

by 24 września



Miłośnicy Włoch na pewno kojarzą nazwisko Bruno Vespy. Od lat prowadzi on program "Porta a Porta" i jest gwarantem niewątpliwej kultury oraz klasy dziennikarskiej, jakiej nie mają jego krewcy koledzy po fachu. Nie spodziewałam się nigdy po Vespie żadnego skandalu, ani tym bardziej braku wrażliwości, tymczasem po ostatnich wydarzeniach byłam zmuszona zmienić opinię o panu redaktorze. Vespa przeprowadził bowiem wywiad z ofiarą przemocy, Lucią Panigalli i ta rozmowa odbiła się szerokiem echem we włoskich mediach. Dziennikarz nie okazał zrozumienia dla kobiety, która cudem uniknęła śmierci i potraktował ją w sposób więcej niż karygodny. Ten sam Vespa, mający szacunek do odbiorców, nie stanął na wysokości zadania i zachował się jak dupek. Jak można powiedzieć maltretowanej kobiecie, że niech się cieszy, że żyje, bo inne ofiary przemocy nie miały takiego szczęścia? To, że udało jej się umknąć śmierci, nie umniejsza jej cierpienia, zwłaszcza że życie signory Panigalli nadal jest zagrożone. Każde wyjście z domu musi zgłaszać służbom, gdyż jej oprawca jest na wolności i nie zawaha się ponownie zaatakować. Dla Vespy nie było to jasne, ponieważ z cynicznym uśmieszkiem na ustach stwierdził, że gdyby eks partner miał ją zabić, to by już dawno to zrobił. I za te właśnie słowa w moim odczuciu pan redaktor powinien wylecieć z telewizji na zbity (za przeproszeniem) pysk. 

W Italii przemoc wobec kobiet nie ustaje, a statystyki są zatrważające. Telewizja publiczna, która ma wpływ na odbiorców, ma dawać przykład innym mediom i traktować temat kobiet - ofiar z pietyzmem i dużą dozą delikatności. Vespa zaś, ten dziennikarz starej daty, zachował się odwrotnie- jego pytania były cyniczne, nonszalanckie i chwilami okrutne. Szyderczy uśmiech, który nie schodził mu z twarzy, był wyrazem pogardy i braku zrozumienia dla bohaterki wywiadu. W pewnym momencie wydawało mi nawet, że Vespa nie chce jej słuchać, zresztą każde jej słowo wyjaśnienia spływało po nim jak po kaczce. Dla niego było ważne udowodnić, że nic takiego się nie stało, a obita twarz to nie jest wielka tragedia, bo rany się zagoiły. Miałam wrażenie, że redaktor w końcu wyniesie na ołtarze mężczyznę, który tylko przez przypadek nie został mordercą. Jego ofiara cudem wywinęła się śmierci, co Vespa zupełnie zignorował. Poniżył Lucię Panigalli, podszedł do niej w sposób lekceważący i nie miał za grosz litości. Sugerował również, iż mężczyzna, który ją skatował, zrobił to, ponieważ był zakochany i uważam to za bardzo niebezpieczne stwierdzenie, bo nigdy, ale to nigdy nie należy wiązać przemocy z miłością. Przez takie opinie kobiety nie odchodzą od oprawców, gdyż wydaje się im, że bicie dostaje się z uczuciem w pakiecie. Mężczyźni tacy jak Vespa, mający na widzów ogromny wpływ, nie powinni zapominać, że ich psim obowiązkiem jest sprzeciwiać się agresji, a nie jej przyklaskiwać. Nie sztuką jest usiąść obok kobiety, który przeszła piekło i jej to wypomnieć- sztuką jest sprawić, by poczuła, że dozna jeszcze prawdziwego uczucia. Vespa nie tylko tego nie zrobił, a wręcz ją upokorzył i było to naprawdę wstrętne.  

Minął tydzień od przeprowadzenia wywiadu, a dziennikarz milczy jak zaklęty. Nie przeprosił, choć wszyscy tego oczekują, a jedyne, na co się zdobył, to obrona swojej osoby. Telewizja Rai też nie wydała oficjalnego oświadczenia, a ja mam niepokój, że sprawa rozejdzie się po kościach. Vespa pracuje w publicznej od lat i jest traktowany jak święta krowa, która może wszystko, a i tak nic się nie stanie. Dla mnie jego piękna kariera legła w gruzach i niewątpliwe zasługi redaktora odeszły w zapomnienie. Przedtem kojarzyłam go jako osobę u dużej kulturze osobistej, dzisiaj widzę tylko ten cyniczny uśmiech. Vespa użądlił ostro, ale nie spodziewał się, że to ukłucie obróci się przeciw niemu. I tak sobie myślę, że nawet gdyby cud się wydarzył i pan redaktor przeprosił, to nie wystarczy, aby zmazać plamę na nieskazitelnym dotąd wizerunku. Z szacunku dla kobiety, z którą przeprowadził wywiad, z szacunku dla każdej ofiary przemocy, Bruno Vespa powinien podać się do dymisji. Miejsce mężczyzn, którzy drwią z tak doświadczonych przez życie kobiet, jak Lucia Panigalli, na pewno nie jest na wizji. Nie chcę, żeby włoską telewizję publiczną reprezentował ktoś taki jak Vespa. Nie obchodzą mnie jego dawne zasługi, ponieważ już zawsze będzie mi się kojarzył z tym nikczemnym wywiadem. A jeśli zostanie, na co się niestety zanosi, to mogę zrobić jedno- zbojktować jego program. Nie obejrzę więcej Bruno Vespy w telewizji.


zdjęcie- Lettera Donna

Jaka jest włoska szkoła?

by 04 września

W Polsce skończyły się wakacje i uczniowie wrócili do szkół, natomiast ich włoscy koledzy nadal mają labę. Do rozpoczęcia roku szkolnego został ponad tydzień i jeśli zliczyć czas wolny, to wychodzi na to, że moja starsza córka miała aż trzy miesiące odpoczynku. Osobiście uważam, że to za dużo, ale włoska oświata rządzi się własnymi prawami i mało kogo obchodzi moje oburzenie. Już za niedługo Gaja zaczyna drugą klasę (kiedy to zleciało), zaś Sara idzie do przedszkola i jej pierwsze dni poza domem na pewno będą dla mnie nieco stresujące. Tymczasem pierwszy rok Gai w szkole pozwolił mi skonfrontować włoską szkołę z polską i z tego powodu chciałabym się skupić na różnicach w sposobie nauczania i nie tylko. 

We Włoszech do szkoły idzie się w wieku sześciu lat i podstawówka obejmuje pięć klas, później zaś są trzy lata gimnazjum. W pierwszej klasie dzieci piszą klasówki oraz dostają oceny, a ich skala wynosi od jednego do dziesięciu i oczywiście najwyższa liczba jest tą najlepszą. Graniczną oceną jest szóstka i wystarczy ona, aby przejść do następnej klasy, nikt się jednak nią nie chwali, bo to zdecydowanie przeciętna nota. Dzieci piszą w zeszytach A4, mimo że są one niezbyt wygodne i mają zadania domowe, ale tylko dwa razy w tygodniu, gdy kończą szkołę o dwunastej. Mundurki są wymagane, acz nieobowiązkowe i trzeba przyznać, że w ubiegłym roku szkolnym mieliśmy z tego powodu trochę problemów. Gaja się buntowała i wzorem koleżanek nie chciała nosić mundurka, więc poszliśmy na kompromis i pozwoliliśmy jej czasem go zdjąć. Z moich obserwacji wynika, że chłopcy akceptują mundurki i nie mają problemów z ich zakładaniem, natomiast dziewczynki jakoś za nimi nie przepadają (przynajmniej te z klasy mojej córki). 

We włoskich szkołach, co bardzo mi się podoba, nie ma sklepików oferujących śmieciowe jedzenie i dzieci do szkoły przynoszą drugie śniadanie (tzw. merenda), natomiast jest wybór, jeśli chodzi o obiady. Można je jeść w szkolnej stołówce lub zabrać dziecko do domu i przywieźć z powrotem do szkoły po obiedzie. Od września miała wejść w życie ustawa, pozwalająca dzieciom przynosić obiady do szkoły, ale nic z tego nie wyszło. Podejrzewam, że firmy dostarczające pokarm są tym zachwycone, jakkolwiek mniej niektórzy rodzice, którzy mieli w planach trochę zaoszczędzić. Włoska szkoła to bowiem studnia bez dna i za wszystko trzeba w niej płacić, a dzieci należy zaopatrzyć nie tylko w potrzebne materiały, ale i np. papier toaletowy, gdyż szkoła nie gwarantuje materiałów higienicznych. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale tak było i w Genui, gdzie Gaja chodziła do przedszkola, więc myślę, że szkoły bez środków higieny to nie jest pojedynczy przypadek. 

Bycie nauczycielem w Italii to też nie taka wyjątkowa sprawa. Wielu z nich jest zatrudnionych na czas określony, a ich byt jest niepewny, więc co roku zmieniają szkoły, aby tylko móc pracować. Wygląda na to, że taki los spotka nauczycielki Gai, do których moja córka już się przyzwyczaiła i które uwielbia, lecz niestety podziękowano im za współpracę. W drugiej klasie przyjdą nowe panie, na pewno tak samo sympatyczne jak poprzedniczki, ale nie jestem z tego powodu zachwycona, bo uważam, że dzieciom potrzebna jest ciągłość, zwłaszcza na początku ich szkolnej ścieżki. We włoskich szkołach brakuje nauczycieli, co więcej, sytuacja jest niemal krytyczna i nie mam pojęcia, jak Ministerstwo Oświaty zamierza rozwiązać ten palący problem. Do mojego męża, który kilka lat temu dorabiał sobie, pracując kilka godzin w szkole, wciąż ktoś dzwoni, by zaproponować pracę, lecz on nie chce o tym słyszeć. Uczenie krąbrnych nastolatków kosztowało go sporo stresu i woli się trzymać od szkoły z daleka. 

Szkoła we Włoszech nie odpuszcza nawet w wakacje, być może dlatego, że tak długo trwają. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że trzeba będzie kupić książkę z ćwiczeniami, które Gaja przez okres ferii ma wypełnić. Nigdy nie spotkałam się z czymś podobnym, ale po chwilowym szoku to doceniłam, bo przecież przez trzy miesiące wolnego dzieci wiele zapominają. Książka pozwoliła Gai nie wyjść z prawy, bowiem codziennie rozwiązywała ćwiczenia i nie przyniosło jej to żadnej szkody. Skończyła przed dwoma tygodniami i już nie może się doczekać pójścia do szkoły, aby spotkać koleżanki i kolegów z klasy. Książki z odrobionymi zadaniami nie musi przynosić ze sobą, jako że jej zakup nie był obowiązkowy, a mile widziany. Wystarczy, że rodzice widzieli zaangażowanie dziecka i zachęcili je do rozwiązania wszystkich ćwiczeń. Nie wszyscy jednak to robią, gdyż włoscy rodzice w pewnych kwestiach nie różnią się od polskich i pozwalają dzieciom na zbyt wiele rzeczy, lecz to już temat na zupełnie inną historię. Jeszcze chwila i witaj włoska szkoło!


zdjęcie- Ravenna24ore

Jak wicepremier zaplątał się we własne sidła, czyli ciąg dalszy politycznych zawirowań we Włoszech

by 23 sierpnia

Ci, którzy interesują się polityką zagraniczną na pewno wiedzą, iż we Włoszech nastąpił kryzys i rząd nie przetrwał. Krótko mówiąc chodzi o to, że koalicjanci, czyli Lega Nord (Liga Północna) i Movimento 5 Stelle (Ruch Pięciu Gwiazd) nie chcieli już ze sobą współpracować, a dokładniej to wicepremier Salvini nie miał już na to więcej ochoty. Można stwierdzić, że było to do przewidzenia, bo te dwie partie są różne jak ogień i woda, ale przecież nie takie rzeczy w polityce widzieliśmy i nie w takie bajki wierzyliśmy. Ja przez jakiś czas byłam optymistką, choć nigdy nie należałam do zwolenników Ruchu Pięciu Gwiazd, a i postulaty Ligi Północnej w większości są dla mnie obce. Chciałam jednak wierzyć, gdyż wydawało mi się, że po katastrofalnych działaniach lewicy w ostatnich latach gorzej być nie może. I faktycznie, nie było, lecz nigdy, odkąd mieszkam we Włoszech, nie zauważyłam takiej rozbieżności i nienawiści pomiędzy zwolennikami lewicy a prawicy. Nigdy też chyba społeczeństwo nie było tak bardzo podzielone.

Nie lubię poprawności politycznej, więc obiecałam sobie, że nie będę owijać w bawełnę i postaram się pisać jak jest naprawdę. Zaczynałam publikować teksty o Italii  w momencie, gdy jeszcze rządziła lewica, widziałam katastrofalne skutki decyzji rządzących i myślałam sobie, że muszę coś z tym zrobić. To nie było tak, że nienawidziłam lewicy, to włoska lewica spowodowała, że się od niej odwróciłam. Kiedy przyjechałam do Włoch, czyli osiem lat temu, ogromne wrażenie wywarł na mnie młody i (wydawało mi się) zdolny polityk, jakim był Matteo Renzi. Gdy został premierem, kibicowałam mu, cieszyłam się z jego nominacji i byłam przekonana, że dzięki niemu Italia się odrodzi. Tak się nie stało, zaś poczynania lewicy i samego Renziego zmusiły mnie do obserwacji i zmiany przekonań. Skoro niby jest tak dobrze, dlaczego jest aż tak źle- zapytywałam siebie? Włoska lewica myślała wiecznie o innych, a niestety zapomniała o społeczeństwie, ich własnych wyborcach. Należy pomagać, i owszem, lecz Partia Demokratyczna robiła to nieudolnie, bo miała za nic problemy zwykłych Włochów. Zaprosiła za to do Italii rekordową liczbę imigrantów, wydała miliardy euro na ich utrzymanie (wzbogaciło się dzięki temu wiele spółek), a rodakami przestała sobie zawracać głowę. Nie ukrywam, że właśnie te poczynania lewicy uznałam za skandaliczne. Naród najwyraźniej był tego samego zdania, ponieważ wybory parlamentarne pokazały, jak mocno lewa strona podpadła Włochom. I właśnie wtedy, gdy Matteo Renzi odchodził w niesławie, coraz większą popularnością zaczął się cieszyć inny Matteo, ten bardziej nieokrzesany - Salvini. Ten sam, który dzisiaj chce przyśpieszonych wyborów.

Przyznać publicznie, że lubi się Salviniego lub popiera niektóre jego idee, wiąże się z niemałym ryzykiem, wiem to po sobie. Zostanie do człowieka przypięta łatka rasisty czy niepostępowego idioty i jakoś trzeba z tym żyć. U mnie było tak, że kiedy widziałam w telewizji lidera Legi Nord, przełączałam kanał, ponieważ facet działał mi na nerwy. Wydawało mi się, że chce wykopać z Włoch i mnie, więc nienawidziłam go całym sercem. Postanowiłam jednak dać mu szansę i wysłuchać, co ma do powiedzenia, a jego tezy, ku mojemu zdziwieniu, nie wydały mi się aż tak kontrowersyjne. Salvini chciał zrobić porządek ze zjawiskiem nielegalnej imigracji i nie miał nic do obcokrajowców przebywających we Włoszech legalnie. Niemniej, jego polityka "zamkniętych portów" spowodowała, że przez dużą część społeczeństwa odbierany jest jako wcielenie diabła. Z jednej strony bije rekordy popularności, zaś z drugiej ma przeciw sobie lewą stronę, która nie podpisze się pod żadnym z jego postulatów. Co ciekawe, lewica oskarżająca go o sianie nienawiści, sama jest równie brutalna i codziennie możemy poczytać o tym, jaki to Salvini jest "politycznym bandytą", albo o tym, jak pewna pani adwokat będąc w Lizbonie, zakupiła laleczkę voodoo, do której dolepiła twarz Salviniego i miała zamiar ją zakuwać, czym nieopatrznie pochwaliła się w mediach społecznościowych. I właśnie dlatego za mniejszego hipokrytę uważam Salviniego, przynajmniej nie ukrywa swoich celów. Nie oznacza to, że mu ufam, bynajmniej, po ostatnich jego akcjach dotyczących obalenia rządu jestem na niego wściekła. Wraz z Di Maio obiecywał, że będą razem rządzić pięć lat, tymczasem minął rok i już odbył się głośny, polityczny rozwód, a sam Salvini strzelił sobie samobója i został z niczym na placu boju.

Kilka dni temu premier Włoch Giuseppe Conte podał się do dymisji, co w moim przekonaniu jest dużym błędem. Mimo że, tak jak wspomniałam, z Ruchem Pięciu Gwiazd zupełnie nie jest mi po drodze, to jednak miałam premiera Conte za właściwego człowieka na właściwym stanowisku. Matteo Salvini był przekonany, iż jakoś dogada się z koalicjantem i to on zostanie premierem, ale "grillini" go przechytrzyli. Salvini został na lodzie, jako że ani nie będzie samodzielnie rządził, ani też nie zapowiada się na to, by odbyły się przedwczesne wybory. Trwają bowiem rozmowy na linii Ruch Pięciu Gwiazd - Partia Demokrytczna i wiele wskazuje na to, że będziemy mieć we Włoszech sojusz, którego jeszcze do niedawna nikt nie brał pod uwagę. Radykalna partia, jaką jest Ruch Pięciu Gwiazd, układa się z liberałami i z tego na pewno, moim zdaniem, nic dobrego nie wyjdzie. W ogóle to, że RPG zaprasza na rozmowy partię, która przegrała ostatnie wybory, jest według mnie nie do przyjęcia, bo oznacza to, że grillinom tak naprawdę nie chodzi o dobro społeczeństwa, a o zachowanie stołków. Wicepremier Di Maio zawsze wyrażał się negatywnie na temat PD, a tu proszę, zaprasza ją do obrad i proponuje współpracę. I znowu w Italii będziemy mieć rząd nie wybrany przez Włochów, tylko zrodzący się z desperacji, gdyż za taki uważam sojusz Ruchu z lewicą. Lider Partii Demokratycznej. Nicola Zingaretti (brat słynnego aktora, odgrywającego rolę komisarza Montalbano), już zażądał zniesienia dekretów Salviniego i przedstawił listę punktów, jaką mają spełnić grillini, by razem sprawnie rządzić. To się nie uda, to małżeństwo w moim odczuciu nie ma żadnych szans na przetrwanie. I nie dlatego, że nie kocham lewicy, ale z tego powodu, że ten pakt jest zbyt egzotyczny nawet jak na włoskie warunki. Pomyśleć, że wszystko to wina Salviniego, którego miłość własna popchnęła do rozpoczęcia kryzysu. Były już Minister Spraw Wewnętrznych miał silną pozycję w społeczeństwie i nic nie zapowiadało, że tak szybko pożegna się ze stanowiskiem. Jego przeciwnicy są w siódmym niebie, ponieważ wyszło na to, że wcale nie musieli się go pozbywać, jako że sam im w tym pomógł. Podkreślam jeszcze raz, że to było jego najgłupsze polityczne posunięcie. Niepohamowana ambicja często przynosi niespodziewane rezultaty, a takim jest właśnie sojusz Ruchu Pięciu Gwiazd z Partią Demokratyczną, którego ojcem, chcąc nie chcąc, jest właśnie Matteo Salvini. Coś Ty, chłopie, najlepszego narobił...


zdjęcie- La Repubblica ("faccie toste" Di Maio i Salvini)



Nie ma zmiłuj, czyli włoska rodzina w praktyce

by 25 lipca


Włoskie rodziny są głośne, liczne i przede wszystkim są nieokiełznane, do takich wniosków doszłam po naszej wizycie na Sardynii, choć w sumie wiedziałam o tym wcześniej. Po dwóch latach zapomniałam jednak, jak bardzo włoska rodzina potrafi być hałaśliwa, jak jest jej dużo i jak nie da się jej ogarnąć. Do tej pory nie potrafię ochłonąć i cały czas mam w głowie widok familii mojego męża, skupionej na tym, co Włosi lubią najbardziej, czyli biesiadowaniu. Z jednej strony żałuję, że mieszkamy daleko i widujemy się sporadycznie, z drugiej zaś zdaję sobie sprawę, że tak jest lepiej. Nie wiem, czy byłabym zadowolona z tego, że każdy moja bolączka omawiana jest przez wszystkich członków (a raczej członkiń) rodziny, a mój dom w okamgnieniu staje się kurnikiem. Tak jest u teściowej i przez dwa tygodnie mi to nie przeszkadza, niemniej na co dzień, nie ukrywam tego, nie miałabym siły na takie szaleństwo. Wolę degustować włoską rodzinę, niż brać ją pełnymi  garściami. 

Rodzina mojego męża rządzi się własnymi prawami. Gdy coś się dzieje, a przeważnie dzieje się sporo, nie ma zmiłuj i dom ugina się pod ciężarem ciotek, dalszych i bliższych kuzynek i często osób w ogóle niespokrewnionych, ale kogo to obchodzi. Tak się złożyło, że podczas naszej wizyty teściowa miała pewien problem, którym podzieliła się telefonicznie z siostrą, a ta za pięć minut już była u niej. Po kwadransie przyszła następna siostra, wyraźnie nadąsana, że o kłopocie dowiedziała się jako druga i tak do oporu. Nie minęła godzina i dom obległo stado zagniewanych krewnych, mających pretensje o to, że teściowa coś przed nimi ukrywa. Mogła po kolei obdzwonić wszystkich, a nie wybierać tylko jedną siostrę, bo to jest niesprawiedliwe. Wraz z mężem w tej sytuacji zrobiliśmy to, co wydawało się najbardziej słuszne- wyszliśmy na spacer i wróciliśmy późno, choć nic nam to nie dało. Kuchnia teściowej nadal wrzała jak w ulu i rozprawiano w niej na tematy nader niezrozumiałe, dlatego ulotniliśmy się znowu, tym razem na górę, do naszego pokoju. Co było powodem tego spontanicznego zjazdu i czy udało się rozwiązać ów tajemniczy dylemat, tego nie wiemy. Teściowa niby nam wytłumaczyła, ale zrobiła to tak nieskładnie, że nic nie skapowaliśmy. 

Odwiedziliśmy najbliższych krewnych (na tych dalszych i życia by nam nie starczyło) i za każdym razem dziwiłam się, jak Włochom niewiele potrzeba do szczęścia. Większość członków rodziny męża ma duże domy, które w zasadzie służą do dekoracji, bo życie rodzinne odbywa się wyłącznie w kuchni. W niej jest wszystko- telewizor, biurko i kanapa (latem jest wykorzystywana jako sypialnia), więc po co goście mają siedzieć w salonie? Są one co prawda pięknie umeblowane, czyściutkie i bezbarwne, gdyż trzeba o nie dbać, lecz gdyby ich nie było, nikt by się tym nie przejął. Te reprezentacyjne, sardyńskie pokoje, są dla mnie dowodem tego, że nieważne są pomieszczenia, ich wielkość i splendor, skoro oknem na świat jest kuchnia. A szefem we włoskich rodzinach są kobiety i nic nie dzieje się bez wytrawnego spojrzenia włoskich pań domu. Mężczyźni natomiast, zwłaszcza emeryci, przesiadają na ławeczkach, uprawiają ogrody i produkują wino, a do ich żon należy rola organizatorek dni. Jeszcze do niedawna na Sardynii kobiety traktowano gorzej od mężczyzn, czego przykładem jest sytuacja z rodziny teściowej. Jej ojciec miał ogromny dom, który podzielił na cztery części i podarował go w spadku synom. Córkom nie przypadło w udziale nic, jako że według starych zwyczajów, o ich byt mieli się postarać mężowie.

To, co niezmiennie mnie dziwi, kiedy wybieram się w odwiedziny do włoskiej rodziny, to wysyp krewnych, o których przedtem nie miałam pojęcia. Tym razem również dane mi było poznać nowe osoby i jestem przekonana, że będzie tak za każdym razem, gdy pojawię się na Sardynii. Pielęgnowanie więzów we włoskich rodzinach to fajna sprawa, tam i kuzyni trzeciego stopnia, a nawet siódme wody po kisielu uważani są za bliskich członków i zaprasza się ich na wszystkie możliwe imprezy. Dlatego też często wpadaliśmy na różne nieznane ciotki i wujków, którzy wiedzieli o nas sporo i zachowywali się tak, jakbyśmy znali się od lat. Z tego powodu zdarzały nam się śmieszne sytuacje, jak np. ta, gdy na ulicy spotkaliśmy jakąś kobietę, która wymachiwała do nas rękami i uśmiechała się z daleka. Przystanęliśmy i okazało się, że jest to kuzynka teścia, ale mąż na śmierć zapomniał, jak to z nią jest. Próbował więc ratować się, kurtuazyjnie pytając o dzieci, na co kuzynka odpowiedziała, że ich nie ma i jeszcze bardziej wprawiła nas w zakłopotanie. Sama plotła bez ładu i składu, a my, chociaż chcieliśmy się wymigać z tej miłej konserwacji, musieliśmy wysłuchiwać kazania na temat koligacji rodzinnych i trudnego żywota zitelli (czyli starej panny po włosku). Kiedy już się pożegnaliśmy i wydawało się, że jesteśmy bezpieczni, za zakrętem spotkaliśmy kolejną osobę z rodziny i znowu zalała nas ona niepotrzebnymi wiadomościami. Wróciliśmy do domu, a tam czekało na nas pięć ciotek, których szczebiot słyszeliśmy z daleka, więc o świętym spokoju mogliśmy tylko pomarzyć. Taka jest właśnie włoska rodzina, a nieustające szaleństwo świadczy o jej niepowtarzalności. Jak dobrze, że czeka mnie rok spokoju.

Dokąd zmierzasz, pani kapitan?

by 27 czerwca


Obiecałam sobie, że wakacje to będzie dla mnie czas bez politycznych wpisów, bo mam serdecznie dosyć tłumaczenia wszem wobec, że nie jestem wielbłądem. Mam szacunek do wszystkich kultur i ras, natomiast nie mam tego szacunku do osób, które nie przestrzegają prawa i mają za nic włoskie przepisy. Oglądam właśnie relację z Lampedusy, gdzie do wybrzeży, mimo blokady portowej, usiłuje przedostać się okręt Sea Watch z nielegalnymi imigrantami na pokładzie i już wiem, że muszę się wyłamać z mojego wakacyjnego postanowienia. Muszę to zrobić, ponieważ demonstracja pani kapitan statku- Caroli Rackete jest dla mnie dobitnym dowodem na to, że tutaj nie chodzi o ratunek biednych ludzi, lecz o ich przemyt na tereny włoskie i o zabiegi polityczne. Dlaczego tak sądzę?

Statek Sea Watch stoi na włoskich wodach od prawie dwóch tygodni i znajduje się na nim czterdziestu dwóch mężczyzn (kobiety i dzieci od razu zostały objęte ochroną). Skoro tak bardzo zależy pani Rackete na ratowaniu życia imigrantów, to dlaczego nie przypłynęła z nimi do najbliższego portu, czyli w Tunezji? Dlaczego nie zahaczyła o Maltę, przecież była po drodze? I dlaczego tkwi aż dwa tygodnie na włoskich wodach, jeśli przez ten czas mogła swobodnie dopłynąć do Holandii, z której pochodzi prom? Włosi zamknęli swoje porty, więc mogła śmiało zawitać na wody hiszpańskie, francuskie, czy portugalskie, w końcu są rzut beretem. Dlaczego uparła się na Italię, pomimo tego, że nawet Trybunał w Strasburgu przyznał Włochom rację? Gdyby chodziło o ratowanie życia, już dawno zawitałaby z imigrantami gdziekolwiek. A tu chodzi tylko o politykę.

Odkąd mieszkam we Włoszech i obserwuję zjawisko nielegalnej imigracji, zastanawia mnie, jak bardzo lekceważy się Włochów i włoskie prawo. Gdyby Sea Watch przypłynął do wybrzeży Ameryki Północnej lub Australii i nie zostałby wpuszczony, nikt by nie krzyczał, bowiem przepisy tam są święte i należy ich przestrzegać. Europa siedzi cicho i poucza Włochy, podczas gdy inne kraje mogłyby przygarnąć zbuntowany okręt, a zwłaszcza jego "matka"- Holandia. Jak to możliwe, że łamanie prawa jest uznawane za bohaterstwo, a sama pani kapitan została symbolem współczesnej heroiny? Dlaczego się uparła, by wedrzeć się na włoskie wody? Podkreślam raz jeszcze- gdyby zależało jej na ratowaniu życia, odstawiłaby imigrantów do najbliższego bezpiecznego portu. Nie zrobiła tego, tak samo jak nie przyszło jej do głowy, że może będzie lepiej przypłynąć do Holandii, niż tkwić prawie dwa tygodnie u morskich granic Włoch. To nie włoski rząd naraził zdrowie ludzi przetrzymywanych na statku, to pani kapitan podjęła taką decyzję. Ten upór na Italię jest bardzo podejrzany.

Włoska lewica, co było do przewidzenia, nie tylko wyraża poparcie dla kapitan Rackete, ale też udała się do Lampedusy, by ją wesprzeć i dodać otuchy. Lewicowe media otwarcie jej kibicują, a przedstawiciele radical chic popierają jej działania, ponieważ gdy walczy się o ludzkie życie, można przełamywać wszelkie bariery. Pani kapitan przyznała, że ratowanie imigrantów jest jej moralnym obowiązkiem, ale nie oznacza to, że z tego powodu stoi ponad prawem. Mogła dotrzeć do innych portów i znaleźć alternatywne rozwiązanie, ale wolała stoczyć walkę z włoskim rządem, którą zresztą zapewne wygra, bo przez lewą część społeczeństwa została okrzyknięta bohaterką. Gdyby wdarła się na tereny (dajmy na to) Stanów Zjednoczonych, w najlepszym razie zostałaby aresztowana, a okręt by zatopiono. We Włoszech zaś może robić, co chce, bo każdy akt samowolki uznawany jest tutaj za bohaterstwo. Dlatego dzisiaj w gazetach królują hasła typu "Kapitanko, moja kapitanko", a Carola Rackete stała się symbolem kobiety walczącej, gdyż przeprowadziła imigrantów przez niehumanitarne włoskie barykady. Misja została wypełniona...


zdjęcie- il Tempo

Obsługiwane przez usługę Blogger.