Featured

Ten zły minister, czyli dziwny przypadek pewnego Matteo

by 20 lipca

Odkąd we Włoszech mamy nowy rząd, a Ministrem Spraw Wewnętrznych został kontrowersyjny polityk Matteo Salvini, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że za chwilę w Italii wybuchnie rewolucja, zaś Salvini zostanie ogłoszony diabłem wcielonym i spalony na stosie. Ataki skierowane w jego stronę są mocno przesadzone, a wszystko przez to, że jest on konsekwentny w swych działaniach i trzyma się linii, którą obrał na długo przed wyborami, czyli rozprawienie się z nielegalną imigracją i tym samym zamknięcie włoskich portów, co nie jest na rękę organizacjom pozarządowym, a zwłaszcza opozycji, używającej w stosunku do wicepremiera określeń haniebnych, takich jak- morderca, następca Hitlera, bestia etc. 

Coś mi tu nie gra. Facet chce zrobić porządek w kraju, jeździ po Włoszech wzdłuż i wszerz, a jego wsparcie wśród narodu ciągle wzrasta. Obiecuje ład, zamierza skończyć z haniebnym procederem niekontrolowanej imigracji, więc dla politycznych antagonistów to właśnie on jest odpowiedzialny za utonięcia imigrantów i bałagan u wybrzeży libijskich. A to jest już śmiechu warte, ponieważ za "panowania" poprzedników w wodach zginęło kilkanaście tysięcy ludzi i nikt nie wyzywał rządzących od zabójców. Można się nie zgadzać z Salvinim, można go nie szanować ani nie lubić, lecz żeby mieć go za mordercę, trzeba mieć nierówno pod sufitem. To nie jego wina, tylko mafii przemytowej i organizacji pozarządowych, które robią za taksówki morskie i dziwnym trafem ich droga zawsze wiedzie do Włoch, chociaż reprezentują inne kraje. Kiedy w końcu została zamknięta, odezwały się hordy oburzonych głosów, a Salvini został uznany wręcz za Antychrysta. Podkreślam, nie trzeba popierać poglądów ministra, ale reakcje wobec jego działań są nieprawdopodobne.

I tak, magazyn muzyczny Rolling Stone Italia wsławił się ostatnio tęczową okładką o wymownych słowach: "Noi non stiamo con Salvini" ("Nie trzymamy z Salvinim"), gdzie zebrał podpisy ludzi kultury i sztuki niezadowolonych z decyzji polityka. Ten sam miesięcznik ponad rok temu wypuścił okładkę z byłym premierem Matteo Renzim, wobec którego był nadzwyczaj łagodny, bo pod jego zdjęciem umieścił tytuł "The Young Pop", co oczywiście spotkało się, nie wiedzieć czemu, z powszechnym uznaniem. Młody lewicowy premier o swobodnych poglądach to nie to samo co prawicowy rasista, nienawidzący ludzi, nieprawdaż? Rolling Stone Italia jakoś nie uwzględnił tego, że Renzi nie jest lubiany przez rodaków, a jego polityka przyniosła dużo boleści, lecz to nie wystarczyło, aby zbierać podpisy i odciąć się od niego. Salvini natomiast ma ogromne poparcie społeczeństwa, które zresztą ciągle rośnie. Jak to wytłumaczyć, skoro to szakal i człowiek bez skrupułów? Czy naprawdę Włosi stali się nacjonalistami? Przy następnych wyborach trzeba będzie "podać im narkotyki, żeby nie głosowali na Salviniego", jak wyraził się niejaki Gilberto Corbellini.

Czym podpadł Salvini elicie wywodzącej się z lewicy? Jak wspominałam, przede wszystkim tym, że wstrzymał napływ nielegalnych imigrantów do Włoch i zablokował drogę morską. Zaczęło się od promu Aquarius, który przycumował w hiszpańskiej Valencji (już wiadomo, że większość imigrantów nie otrzyma statusu uchodźcy) i gdy przedtem nie wpuszczono go do włoskich portów, w Italii wybuchło trzęsienie ziemi, a konsekwencją decyzji ministra była właśnie słynna okładka Rolling Stone. Salvini stał się wrogiem publicznym całej lewicy, zaś w atakach na jego osobę bryluje nie kto inny, jak Roberto Saviano, którego cenię jako pisarza, lecz nie jako komentatora bieżących wydarzeń. Wierzyć mi się nie chce, że walczący z mafią Saviano popiera imigracyjny biznes i nie widzi oczywistości, zatem tego, że na ludziach przypływających do Włoch wzbogaca się (i to ogromnie) mafia. Pisarz ma obsesję na punkcie Salviniego, nazwał go Ministrem Złego Zycia i mordercą, gdyż obwinia go o śmierć tysięcy uchodźców. W moim odczuciu jest nieobiektywny, patetyczny i wykorzystuje tragedię imigrantów do ataków personalnych. Co ciekawe, odzywa się jedynie wtedy, kiedy włoskie porty zostają zamknięte. Na temat Francji, Hiszpanii, Malty i innych państw milczy jak zamknięty. A propos Malty, niedawno nie wpuszczono tam (po raz enty) statku organizacji pozarządowej, zatrzymano jego kapitana i odebrano mu paszport, ale jakoś nikt nie wyzywa Maltańczyków od morderców i nazistów.

Inną sprawą, która poruszyła serca przeciwników Salviniego, był jego nieziemski pomysł, by zrobić Spis Powszechny Ludności Romskiej, ponieważ nie wiadomo, ile jej tak naprawdę jest we Włoszech. Tu się dopiero zaczęło szaleństwo i oponenci ministra ze łzami w oczach krzyczeli, że to jest niehumanitarne, wysoce nieetyczne i ogólnie ma podłoże rasistowskie. Pal sześć, że wszyscy jak jeden mąż jesteśmy spisani, gdy idziemy wyrabiać paszport biorą nasze linie papilarne, ale nic to, bo tak trzeba. Spis Ludności Romskiej został tymczasem potraktowany jako przejaw ksenofobii, na co zwyczajnie brak jest słów. To jest tak rasistowskie, że bardziej już być nie może.

Salvini robi swoje. Nie ma za sobą telewizji publicznej, jako że we Włoszech jest ona zdominowana przez lewicę (czyli nie jest tak jak u nas), a lewicowa prasa, taka jak Corriere Della Sera czy La Republblica nawet nie ukrywa tego, że go nie lubi, lecz Salvini ma to gdzieś. Dla niego liczy się głos ludu, który wyraźnie go popiera. Jego hasło przewodnie to "Prima gli Italiani" ("Najpierw Włosi") i być może dlatego stoi on kością w gardle wielu ludziom. Nie jest jednak tak, że nienawidzi on obcokrajowców, bo wobec tych przebywających legalnie na terenie Italii nie ma nic przeciwko. Problemem Salviniego są nielegalni imigranci, jako że nie wszyscy z nich uciekli tutaj z krajów objętych konfliktem, a poza tym Włochy nie stać na ich utrzymanie. Do tej pory w bieżącym roku przypłynęło do Włoch najwięcej "uchodźców" z Tunezji. Czy w tym kraju jest wojna?

Podsumowając, nie taki Salvini straszny, jak go malują i nie taki głupi, jak go przedstawiają. Opozycja (do której nadal nie dochodzi, że Salvini został wybrany w demokratycznych wyborach) zbiera podpisy pod wotum nieufności dla ministra, krytyka spada na niego nieustannie, a między nim a Saviano ciśnienie podniosło się do tego stopnia, że zaczęły lecieć pozwy. To było do przewidzenia i ciekawi mnie, do czego zaprowadzi wzajemna niechęć obu panów. Jednakowoż, aby nie było tak kolorowo w stosunku do ministra, potrafi on podnieść ciśnienie nawet tak spokojnej osobie jak ja, ponieważ wtrąca się do innych resortów i chce znieść obowiązek szczepień, które według niego są szkodliwe. Na szczęście nowa Minister Zdrowia, pani Grillo, która jest z zawodu lekarzem, ma w tej kwestii inne zdanie.


zdjęcie- Primaonline

Nieznośna lekkość (włoskich) butów

by 10 lipca


Dawno temu, gdy mieszkałam jeszcze w Polsce, trzymałam się zasady, której trzyma się również znakomita część Polaków, jeżeli nie wszyscy. Otóż po powrocie do domu zawsze zdejmowałam buty i zakładałam papucie, bo tak było najwygodniej, poza tym moja mama nie pozwoliłaby mi chodzić w buciorach po jej lśniącej podłodze. Minęło trochę czasu, kilka rzeczy w moim życiu się zmieniło i wylądowałam we Włoszech, gdzie od razu przeżyłam wielki szok kulturowy. Okazało się, że Włosi nie używają w domach kapci i buty są dla nich obuwiem niezastąpionym Co kraj to obyczaj, pomyślałam, ale na swoich włościach nie zamierzałam tego praktykować. 

Nie dopasowałam się do tych dziwnych reguł i po wejściu do mieszkania zdejmowałam buty, lecz mój mąż nie miał najmniejszej ochoty przejść na kapciową stronę mocy, gdyż bez butów, jak się wyraził, miał się bardzo źle. Nie nalegałam i pozwoliłam na to biedaczkowi, w końcu to ja byłam gościem w obcym kraju, więc nie mogłam zmieniać stylu życia Włochów. Bywało, że krew mnie zalewała, ponieważ w domu pojawił się gość (np. jakiś fachowiec) i zostawiał mi na podłodze mokre ślady, bo akurat padało. Wtedy przeklinałam pod nosem, wkurzałam się na cały włoski świat i na ich luzackie podejście do wszystkiego, zwłaszcza mojego sprzątania. My, Polacy, jesteśmy dobrze wychowani, snułam w głowie rozważania. Zdejmujemy buty, dbamy o czystość u innych, zaś włoska swoboda obyczajów  jest zwyczajnym przegięciem. 

Kiedy pojechałam poznać moich przyszłych teściów, pierwsze co zrobiłam w ich szanownych progach, to było zdjęcie butów, jakżeby inaczej. Szybko jednak wsunęłam je na powrót, bowiem teściowa wraz z teściem zaczęli mnie przekonywać, że mam się nie krępować i chodzić w butach choćby do toalety. Dobrze się stało, że ich posłuchałam, gdyż w przypływie stresu (czego ubierając się, nie zauważyłam), włożyłam, o zgrozo, dziurawe skarpetki, wobec tego postanowiłam nie wychylać się przed szereg i dostosować do miłych gospodarzy. Odwiedzałam także wszystkich krewnych męża i pozostawanie w butach w końcu wydało mi się dosyć sensowne. Oszczędziłam dużo czasu i jak szybko weszłam do jakiegoś domu, mogłam z niego szybko wyjść, żeby polecieć do następnej ciotki. Sardyńska rodzina zrobiła na mnie pozytywne wrażenie i z ulgą mogłam stwierdzić, że pierwsze koty, pardon- buty, za płoty.

Jakiś czas później przyjechali do nas teściowie i co było do przewidzenia, w ogóle nie zdejmowali obuwia. Nasze małe mieszkanko różniło się od wielkiej chaty teściów, zatem brudna podłoga po raz kolejny okazała się moją zmorą. Poprosiłam męża, aby przekonał teściów do chodzenia w skarpetkach, ale jak grochem o ścianę. Teść zdjął buty na pół dnia i rzekomo się bez nich przeziębił, więc dałam sobie spokój. Przeczekałam "butowy" tydzień i obiecałam mężowi poprawę, czyli zaakceptowanie faktu, iż Włosi po domach w butach chodzą. Któregoś dnia stał się cud - mąż wreszcie zaczął chodzić w kapciach i to bez jakiejkolwiek perswazji z mojej strony. Ja natomiast spostrzegłam, że paradowanie po mieszkaniu w butach już mnie nie razi i nie narzekam więcej na brudne ślady. Rano zakładam papucie, lecz gdy wracam do domu z zakupów czy spaceru, nie zdejmuję butów i nie rozstaję się z nimi aż do wieczora. Cóż, z kim się zadajesz, takim się stajesz, a włoski styl bycia jest tego naprawdę wart.



zdjęcie- iovivoaroma.org

Jedyne takie włoskie wakacje

by 04 lipca

Cóż może być piękniejszego od urlopu we Włoszech? Cudowne plaże, wyśmienite jedzenie, wspaniałe widoki i niepowtarzalna włoska atmosfera od lat przyciągają turystów z całego świata. Mieszkając tutaj, nie czuję się, wbrew pozorom, jak na wiecznych wakacjach, ale trzeba przyznać, że bywają momenty, gdy ogarnia mnie słynne dolce vita i cieszę się, że tory losu sprowadziły mnie do Włoch. W moim przekonaniu Italia to wyjątkowy kraj i chociaż raz w życiu trzebą ją odwiedzić, inaczej wiele się straci. A kto przyjedzie tu po raz pierwszy, na pewno kiedyś wróci, o tym jestem przekonana. Włochy uzależniają i ciężko jest się wyleczyć z italofilii, zwłaszcza że to bardzo przyjemny i nieszkodliwy nałóg.

Nie napiszę ci, gdzie masz jechać, bo to zupełnie niepotrzebne, sam znajdziesz sobie drogę. Każdy włoski region ma coś do zaoferowania i wszędzie będziesz czuł się wybornie. Nie mogę stwierdzić, że Liguria jest najurokliwszą częścią Italii, ponieważ cały Półwysep Apeniński jest zachwycający. Gdziekolwiek nie pojedziesz, będzie zjawiskowo i po powrocie do domu odczujesz niedosyt, gdyż tak właśnie działają Włochy. Nie dam ci spisu najlepszych restauracji, jako że w każdym zakątku kraju znajdziesz miejsca, w których nie tylko najesz się do syta, ale i zrozumiesz, czym jest szczęście. Mogę jednak dać ci kilka wskazówek, co robić na włoskich wakacjach, o czym nie zapominać i czego się nie obawiać. 

Przede wszystkim wczuj się we włoski klimat. Poświęć rano pół godziny i udaj się do pobliskiego baru, by przekonać się, jaka tam panuje atmosfera. Wypij cappuccino, zjedz rogalika i zobacz jak Włosi podchodzą do życia. Wsłuchaj się w gwar i we włoskie rozmowy, nawet jeśli nie znasz języka. Chłoń niezwykły nastrój panujący w kawiarniach i nigdzie się nie śpiesz, bo to takie niewłoskie. Nie zapominaj o sieście, czyli południowym odpoczynku, wszak musisz mieć siły na późniejsze zwiedzanie i nocne przygody. Dostosuj się do cudownych włoskich zwyczajów, a wtedy jeszcze bardziej wsiąkniesz w Italię.

Pamiętaj o tym, aby do Włoch zabrać parę rzeczy, bez których ani rusz. Okulary przeciwsłoneczne to podstawa (tak, to banalne o tym wspominać, lecz z własnego doświadczenia wiem, że brak okularów to utrapienie we Włoszech), tak samo jak chusta, gdyż można się nią przykryć wchodząc do miejsc wymagających odpowiedniego stroju. A że większość czasu być może spędzisz na plaży, to koniecznie weź ze sobą krem z filtrem, bowiem o oparzenia nietrudno. Najważniejsze zaś składniki, w które musisz się uzbroić podczas włoskich wakacji to dobry humor, uśmiech na twarzy oraz swoboda. Wrzuć na luz i nie spinaj się na próżno, przecież urlop to nie czas na nerwy i stres.

Nie przejmuj się, iż nie dogadasz się z Włochami, ponieważ nie mówią po angielsku. To nie do końca prawda, gdyż posługują się językiem Szekspira coraz sprawniej, szczególnie młodzi ludzie, a i bez tego jakoś się dogadacie. Włosi rozmawiają rękami, więc są w stanie porozumieć się z każdym turystą i robią to w sposób nadzwyczaj uroczy. Jeśli mimo to masz obawy, weź ze sobą kieszonkowy słownik, tak na wszelki wypadek. Zdarza się, że lubiący żarty Włosi sprzedają turystom słowa niezbyt parlamentarne i mają wielki ubaw, gdy ci je powtarzają. To jednak nic strasznego i w tym wypadku przydaje się luz, o którym wcześniej wspominałam.

Nie lękaj się ulicznych sprzedawców, jako że są oni niegroźni. Niektórzy bywają natrętni, ale po zdecydowanym sprzeciwie zwiedzającego dają sobie spokój z oferowaniem produktów. Na plaży również się ich spodziewaj, lecz i tu nie masz się co irytować. Coś zaproponują i pójdą dalej, być może kupisz od nich jakiś drobiazg. To nielegalne i jeśli zostaniesz na tym przyłapany, dostaniesz soczysty mandat, jednak na plażach jest mało kontroli. Nie nakłaniam cię do sponsorowania nielegalnych interesów, jest mi po prostu żal mi ludzi, którzy chodzą przez cały dzień obładowani po pachy w wysokim upale i tak przez całe lato. Przyzwyczaisz się do widoku plażowych sprzedawców i prędzej czy później przestaną cię wkurzać.

Jeżeli masz okazję, zbaczaj z turystycznych szlaków i odwiedzaj prowincjonalne miasteczka, które są kwintesencją Italii. Popatrz na staruszków odpoczywających na ławeczkach, na gustownie ubrane kobiety w "pewnym wieku", pójdź na włoski targ, gdzie zobaczysz warzywa i owoce ułożone w sposób fantazyjny i ta normalna włoska rzeczywistość wyda ci się niezwykła. Smakuj Włochy, przeglądaj się w nich, kontempluj je, naciesz się nimi, przechowaj w wspomnieniach. I zakochaj się w Italii do szaleństwa, o co zresztą nietrudno, bo to kraj, gdzie hasło "miłość od pierwszego wejrzenia" naprawdę się sprawdza. 

Ratunku, Włosi mają nowy rząd!

by 12 czerwca

I stało się. Prawie trzy miesiące po wyborach Włosi mają wreszcie nowy rząd, który jeszcze na dobre nie zaczął rządzić, a już wylała się na niego fala krytyki. Bo to populiści, ignoranci, eurosceptycy, a nawet (o zgrozo) rasiści, mający na celu skłócić ze sobą wszystko i wszystkich. Durny naród nie wie, co zrobił, głosując na oszołomów z Ruchu Pięciu Gwiazd do spółki z Ligą Północną, gdyż jasne jest, że konsekwencje ich polityki będą okrutne i jeszcze odbiją się ludziom czkawką. Moim zdaniem niekoniecznie.

Zacznę od tego, że Partia Demokratyczna przegrała wybory na własne życzenie. Po klęsce referendum dotyczącego zmiany konstytucji w 2016 roku aktualnie rządzący politycy nie odrobili lekcji i zamiast ogłosić przedwczesne wybory parlamentarne, dokonali roszad w składzie rządu, chcąc w ten sposób uratować stołki. Premier Matteo Renzi co prawda podał się do dymisji, ale jego ministrowie pozostali, przechodząc z jednego resortu do drugiego, jak np. katastrofalny Minister Spraw Wewnętrznych Angelino Alfano, który po porażce referendum awansował na stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych, co było decyzją nie tyle kurozialną, co absurdalną. Partia Demokratyczna nie zrozumiała, że ludu należy słuchać, więc ten pokazał jej czerwoną kartkę. Postępująca bieda oraz wysokie bezrobocie dodały wręcz oliwy do ognia i demokraci musieli pogodzić się z tym, że wybory skończyły się dla nich niepowodzeniem.

Po wygranej Ruchu Pięciu Gwiazd pewna była tylko jedna rzecz, a mianowicie ta, że ich koalicjantem zostanie Liga Północna, bo ta partia uplasowała się na drugim miejscu. Oszczędzę Wam tyrady na temat tego, jak przebiegały rozmowy między ugrupowaniami, czym wsławił się prezydent Mattarella i jak blisko było ku temu, by nowy rząd w ogóle nie powstał. Zagraniczne (w tym i nasze) media rozpisywały się o kryzysie politycznym we Włoszech, przepowiadały czarne scenariusze z wyjściem Italii ze strefy euro na czele i przedstawiały Włochy jako kraj dążący do rychłego upadku. Tymczasem nowy rząd się skrystalizował, jego premierem został nieznany prawie nikomu Giuseppe Conte, zaś liderzy obu ugrupowań zadowolili się posadami wiceszefów rządu i ministerstwami Pracy (Luigi di Maio) i Spraw Wewnętrznych (Matteo Salvini). Nie obyło się i bez kontrowersyjnych decyzji, ponieważ odpowiedzialne stanowisko Ministra do spraw Rodziny i Osób Niepełnosprawnych dostało się niejakiemu Lorenzo Fontanie, który od razu spotkał się z dużą (i jak najbardziej słuszną) krytyką, gdyż stwierdził dosadnie, iż dla niego istnieje tylko tradycyjny model rodziny, a tych "tęczowych" w ogóle nie poważa. Obywatel Fontana może i być homofobem, natomiast minister Fontana nie powinien sobie na takie słowa pozwolić. Tęczowe rodziny istnieją i spychanie ich na margines jest niedopuszczalne. 

Pozwólcie, że skupię się na dwóch największych problemach dzisiejszych Włoch, a co za tym idzie, wymienionych już przeze mnie nowych ministrów- Di Maio i Salviniego, jako że to w nich pokładane są największe nadzieje. Czy Minister Pracy Luigi di Maio da radę zrobić coś z galopującym bezrobociem i wzbudzić optymizm w młodych ludziach? Czeka go trudne zadanie i nie mam pojęcia, jakie jest jego remedium na uzdrowienie sytuacji w państwie. Di Maio ma dopiero 31 lat, nie posiada kierunkowego wykształcenia, nic zatem dziwnego, że wiele osób patrzy sceptycznie na jego kandydaturę, a sam Ruch Pięciu Gwiazd postrzegany jest jako partia ignorantów. Na ostrą opinię pod jego kątem pozwolił sobie Silvio Berlusconi, który z właściwym sobie przytupem powiedział, że "politycy tej partii nie nadawaliby się nawet na czyszczenie toalet w jego spółkach". Pożyjemy zobaczymy, niemniej z pewną taką satysfakcją muszę zaznaczyć, iż mój mąż po raz pierwszy zgadza się z boskim Silvio (a zarzekał się, że tak nigdy się nie stanie). Prędzej czy późnej dowiemy się, czy za panowania Luigiego Pierwszego Pięknego rynek pracy drgnął, a wtedy zasłuży on, o ile nie na pomniki, to niewątpliwie na wyrazy wdzięczności.

Na koniec zostawiłam wisienkę na torcie i najpopularniejszego obecnie polityka we Włoszech- Matteo Salviniego. Tak się złożyło, że wczoraj decyzją nowego Ministra Spraw Wewnętrznych nie wpuszczono do włoskich portów promu Aquarius z nielegalnymi imigrantami na pokładzie, a w Italii rozpętało się piekło. Salvini już w trakcie kampanii wyborczej zapowiadał, że gdy dojdzie do władzy, zrobi wszystko, żeby skończyć z imigracyjnym biznesem i zablokuje drogą morską, kiedy będzie taka potrzeba. Osobiście chce mi się śmiać z tego, iż przed Włochami promu nie chciały przyjąć Francja, Hiszpania i Malta, a w Italii nikt nie miał o to pretensji i nie wyzywał przedstawicieli tych krajów od morderców i rasistów. Dopiero rozporządzenie Salviniego spowodowało zmasowaną reakcję ze strony opozycji. Za kadencji poprzedniego rządu do Italii przypłynęło 600 tysięcy nielegalnych imigrantów (potwierdziła to w niedawnym wywiadzie była szefowa Izby Deputowanych Laura Boldrini) i żadne państwo nie pomogło Włochom uporać się z tym problemem. Po dojściu do władzy przez prawicę inne kraje wreszcie zauważyły, jak wiele zrobiła Italia i nawet kanclerz Niemiec przyznała, że Włosi zostali sami na imigracyjnym placu boju. Szkoda, że wcześniej nikt nie kwapił się do tego, aby razem rozwiązać tą sytuację. Wraz z prawicowym rządem przestano wreszcie lekceważyć włoskie wołania o pomoc w sprawie imigrantów.

Nowy rząd to rząd wybrany przez społeczeństwo, które wyraźnie poszło w prawą stronę, jednak nie znaczy to, że Włosi stali się nacjonalistami. Wybrali kogo wybrali, bo poprzedni rządzący zawiedli ich zaufanie na każdej linii. Nie jestem huraoptymistką i nie uważam, że teraz Italia wyjdzie z kryzysu i wszyscy będziemy żyć jak u Pana Boga za piecem, niemniej nie skreślam na samym początku nowego rządu, nie mając okazji przekonać się, jak jego przedstawiciele sterują państwem. Niech pokażą, co potrafią (albo i nie), niech spełnią przyrzeczenia wyborcze takie jak ukrócenie przywilejów polityków, niech spowodują wzrost gospodarczy, a wtedy lud będzie im wdzięczny. Podkreślam raz jeszcze, iż nie jestem entuzjastką tego rządu, ale psioczenie, że teraz to zacznie się we Włoszech kryzys, jest według mnie mało poważne. Gdyby było dobrze, lewica nie przegrałaby ostatnich wyborów. Może więc nie była tak światłą partią, jak próbuje się ją przedstawiać? Naród nie jest w ciemię bity, więc wyciągnął właściwe wnioski i zrobi to samo, jeśli obecny rząd będzie leciał w kulki. Ale to już jest temat na osobną dyskusję.



zdjęcie- La Voce di New York

Nowy początek na włoskiej prowincji

by 08 czerwca
To było prawie miesiąc temu, kiedy zapakowaliśmy resztę naszego skromnego dobytku do auta i wczesnym rankiem opuściliśmy Genuę. Spojrzałam ostatni raz na zamknięte okna w opuszczonym przez nas mieszkaniu, na kota, którego nazywałam "mały tygrysek" i wreszcie na schody, ciesząc się w duchu, że nie będę musiała więcej po nich wchodzić. Spoglądałam na naszą dziwną kamienicę, przedszkole Gai, znajdujące się obok i zastanawiałam się, jak to będzie na lombardzkiej prowincji. Zostawiłam za sobą siedem pięknych, ale też trudnych lat i z entuzjazmem przyjmowałam zmiany, na które tak długo czekałam. Wsiadłam do auta, pomachałam ręką na pożegnanie i udałam się może nie w siną dal, za to do miejsca, gdzie prawdopodobnie będziemy mieszkać kilka ładnych lat, albo i dłużej.

Pierwsze dwa dni spędziliśmy nie w nowym domu, a w miasteczku o wdzięcznej nazwie Certosa di Pavia, gdzie znajduje się słynny klasztor, który miałam zamiar zwiedzić, ale mi się to nie udało, jako że wypad z dziećmi do takiego miejsca to nie jest dobry pomysł. W klasztorze panuje absolutna cisza i oczywiście się nie biega, tylko kroczy w skupieniu, a nie było szans na to, aby moja pięciolatka zachowywała się w nim poprawnie. Zrezygnowałam więc z odwiedzin i poszłam z dziećmi na plac zabaw, co okazało się o wiele sensowniejszym rozwiązaniem. W Certosa di Pavia zatrzymaliśmy się na dwa krótkie dni, po czym wróciliśmy do domu z nadzieją, iż dostawca energii włączył nam prąd. Niestety, nie spełniły się nasze oczekiwania i musieliśmy się uzbroić w dużą cierpliwość, bo prądu jak nie było, tak nie było, a ja zaczęłam żałować, że w ogóle tu przyjechałam. W Genui może i wkurzały mnie schody, ale o podstawowe wygody typu prąd, nie musiałam się martwić.

Koniec końców, wytrzymaliśmy bez prądu przez cały długi tydzień. Łatwo nie było, niemniej odnalazłam i pozytywne aspekty tego nieszczęścia- przez siedem dni nie gotowałam, ponieważ kuchenkę mamy nie na gaz, lecz na prąd właśnie, więc obijaliśmy się po pobliskich restauracjach. Znaleźliśmy bardzo miłe miejsce, blisko pracy mojego męża, gdzie fundują naprawdę smaczne i niedrogie jedzenie. Risotto, które tam jadłam, było tak pyszne, że do tej pory leci mi ślinka, gdy o nim pomyślę. Dawno żadna restauracja mnie tak nie urzekła i niewątpliwie do niej powrócę w niedalekiej przyszłości. Wracając jednak do sedna sprawy, czyli mieszkania bez prądu, to kiedy nareszcie go włączono, jako tako powróciliśmy do rzeczywistości. Pojawił się hydraulik i rozprawił się z kuchnią, wobec tego przestałam biegać z naczyniami do łazienki i odetchnęłam z ulgą. Poznaliśmy sąsiadów, Gaja poszła do nowego przedszkola, a ja zaczęłam powoli odkrywać miasteczko i upajać się tym, że wreszcie mogę wozić Sarę w wózku, a nie nosić na plecach.

Nasze nowe cztere kąty jeszcze nie są w pełni umeblowane, jako że mąż ma czas tylko w weekendy składać meble w pokoju dziewczynek. Większość lampek znajduje się w pudełkach, przedpokój jest pełen kartonów, z których wypakowałam już nasze rzeczy. Nie mamy również rolet do wszystkich okien i czuję się nieco podglądana, mimo że mało osób tu przechodzi. Regały na książki nadal nie są zamontowane i wielu rzeczy brakuje, ale to nic, bo wszystko przyjdzie z czasem. Mamy gdzie siedzieć i spać, choć trzeba przyznać, że nie sypiam zbyt dobrze. Dopóki pokój dzieci nie będzie gotowy, muszę spać z Sarą, która tak się kręci, że przez pół nocy przenoszę ją na jej stronę. Spanie z dziećmi jest może fajne, lecz pod warunkiem, że one się nie ruszają. Moja Sara wiercipięctwo wyssała wraz z mlekiem matki, więc pretensje mogę mieć sama do siebie. Ogólnie mieszka mi się tu wspaniale i mam wrażenie, że jestem na wakacjach, a najlepsze jest to, że mamy ogródek, zaś i Gaja z Sarą mogą się w nim wyszaleć do woli. Nie posiadam co prawda umiejętności ogrodniczych, ale człowiek uczy się całe życie, zatem jest nadzieja, że dam radę ujarzmić kosiarkę. Start tutaj był nieudany (to był raczej falstart) ze względu na problemy z prądem, natomiast dzisiaj czuję się tu jak ryba w wodzie, albo lepiej pączek w maśle, biorąc pod uwagę moje gabaryty. Nic więc dziwnego, że nie brakuje mi Genui.








Obsługiwane przez usługę Blogger.