Featured

Interesy na Szczycie i tajemnicza śmierć słynnego mafioso

by 02 listopada

Był ciepły, jesienny wieczór i Matka na Szczycie wraz z dwiema przyjaciółkami- Gosią Jurrasik oraz Katarzyną Przebieg siedziały w barwnym górskim salonie gospodyni i pijąc grzane wino, dyskutowały na temat nowego projektu, który miały zamiar wcielić w życie. Dziewczyny postanowiły otworzyć bar w stylu włoskim, gdzie będzie można wypić cappuccino, zjeść pyszne rogaliki i posłuchać przebojów rodem z Italii na dobry początek dnia. Po długich namysłach zdecydowały, że knajpka będzie się nazywać Il Padrino, jako że to Ojciec Chrzestny włoskiego podziemia- Don Koralone zainspirował je do podjęcia decyzji. Matka na Szczycie co prawda miała jeszcze do niego wonty za ostatnią akcję, ale zdecydowała nie chować urazy, tylko iść do przodu i wykorzystać doświadczenie zdobyte w potyczkach ze słynnym mafioso. Owocny biznesplan dziewczyn przerwał niespodziewany rumor, bo ktoś właśnie zaczął się dobijać do drzwi.

-Kogo tu nosi o tej porze?- wkurzyła się Gosia Jurrasik- porządne kobiety nie przyjmują wizyt po godzinie dziewiątej!

Matka na Szczycie poszła otworzyć i po chwili wróciła w towarzystwie dwóch policjantów i jakiegoś człeczyny o niezbyt ujmującej powierzchowności, który taszczył ze sobą duży pakunek. Mężczyzna chrząknął, ukłonił się naszym bohaterkom i powiedział coś, co sprawiło, że spokojny Szczyt zatrząsł się od wrażeń:

-Nazywam się adwokat Parassita i chciałem panie poinformować, że wasz przyjaciel, Don Koralone, nie żyje.

Na moment zapadła cisza, którą przerwała Gosia Jurrasik:

-Nie, Matka na Szczycie jest niewinna, ma alibabki! W dzień śmierci była ze mną, jestem świadkiem, więc nie oskarżycie jej ani nie aresztujecie, nie pozwolę wam na to!

I stanęła między zdumioną Katarzyną, a człowiekiem "od złych wiadomości". Ten jednak nie przejął się zbytnio wrzaskami eks asystentki Donatelli Wwersalce i spokojnie kontynuował:

-Ależ nikogo nie chcemy aresztować, Don Koralone zmarł w sposób naturalny i nikt nie oskarża szanownej pani Katarzyny o morderstwo. Jestem tutaj, ponieważ niedawno został otworzony testament mojego pryncypała i okazało się, że została pani jego jedyną spadkobierczynią. Proszę, oto pani spuścizna.

I podał oniemiałej Matce na Szczycie pakunek. Po jego otworzeniu okazało się, że był to zwykły obraz, który przedstawiał Dona Koralone takiego, jakim go dziewczyny znały. Gdy Gosia Jurrasik zobaczyła cyniczny uśmieszek mafioso, wkurzyła się jeszcze bardziej:

-Chcesz mi powiedzieć, że taki ważniak jak Koralone zostawił tylko to nędzne dzieło? A gdzie jego miliony, wille, jachty?

-Wszystko to zostało skonfiskowane przez skarb państwa, bo pan Koralone nie działał do końca legalnie. Obraz ten to nieliczna rzecz, która nie jest nic warta, oprócz oczywiście sentymentu, a z godnych zaufania źródeł wiem, że darzyły panie mojego szefa głębokim szacunkiem. Chciał więc, abyście o nim nie zapomniały i jego ostatnim życzeniem było to, aby obraz z jego podobizną wisiał w waszym nowo otwartym barze.

Dziewczyny spojrzały na siebie i przełknęły śliny. Jak to możliwe, że Koralone wiedział o ich planach? Czyżby na Szczycie jego ludzie zainstalowali pluskwy? Albo ich komórki są na podsłuchu, a one same są śledzone? O matko, w co żeśmy się wpakowały, pomyślała Katarzyna Przebieg i przeklnęła w duchu dzień, gdy Koralone pojawił się na ich drodze.

-W takim razie przyjmuję dar- powiedziała Matka na Szczycie- i żegnam panów. Nie proponuję kawy, gdyż na pewno macie wiele spraw do załatwienia.

Gdy mężczyźni wyszli, przyjaciółki zaczęły się zastanawiać, jak to możliwe, że Koralone zawsze wie wszystko i nawet śmierć mu w niczym nie przeszkadza?

-Musimy się przyzwyczaić do tego, że facet nie zostawi nas w spokoju- westchnęła Kasia Przebieg- dlatego uważam, że lepiej będzie powiesić ten obraz w barze, bo inaczej znowu może spotkać nas coś złego.

-Popieram- powiedziała Matka na Szczycie i choć Gosia Jurrasik była przeciw, gdyż nie uśmiechała jej się wizja umarlaka w przytulnej włoskiej knajpce, to nie miała wyjścia jak to zaakceptować, bowiem została przegłosowana. Nie pozostawało nic innego, jak dopełnić formalności, latać po urzędach, zdobywać pozwolenia itepe, ale okazało się, że wszystko zostało już załatwione i nasze bohaterki otwarły bar Il Padrino w iście błyskawicznym tempie. Nie trzeba dodawać, że z miejsca stał się on kultowy i przyciągał miłośników Italii z całego kraju.

Wyglądało na to, że portret Dona Koralone przynosił szczęście knajpce. Nie tylko ustawiały się do niego pielgrzymki podejrzanych gości, lecz przynosił on także niemałe profity. Typki, którzy przychodzili oglądać najsłynniejszego mafioso namalowanego przez Salvadora Dali (takie plotki rozpuściła Gosia Jurrasik, mimo że na pierwszy rzut oka widać było, iż to kicz, a nie dzieło wielkiego mistrza. Gosia jednak słusznie rozumowała, że fani Koralone, w większości przestępcy, raczej nie znają się na sztuce), przypinali do obrazu, jako wyrazy szacunku, banknoty, którymi dziewczyny sprawiedliwie się dzieliły.

-Chociaż raz Don Koralone nam się do czegoś przysłużył- uśmiechnęła się Matka na Szczycie- w końcu wyszłyśmy na nasze, bo do tej pory z jego powodu miałam tylko długi.

Dobra passa trwała nieprzerwanie mimo różnych przeszkód. Konkurencja, która nie mogła znieść tego, że lokal trzech przyjaciółek pozamiatał całą resztę, zaczęła rozpuszczać plotki, iż bar jest nawiedzony, a sama Gosia Jurrasik korzysta z usług egzorcysty. Kasia Przebieg musiała zmierzyć się z bolesną przeszłością, gdy wyszła na jaw jej misja w Watykanie (a złośliwcy dodawali, że zrobiono jej tam pranie mózgu), natomiast o Matce na Szczycie mówiono, że poślubiła potajemnie Don Koralone i teraz jest wielką szychą. Oczywiście Katarzyna Targosz nic sobie z tego nie robiła i powtarzała wszem wobec, że niech sobie ją obgadują, ponieważ sumienie ma czyste i może chodzić z podniesioną głową. A to, iż ubyło jej kilku klientów, w ogóle ją nie poruszyło, jako że portet mafiosa z Neapolu cieszył się nadal bardzo dużym powodzeniem, a nawiedzeni fani Koralone oprócz datków pieniężnych zaczęli zapalać w barze świeczki, na co Gosia Jurrasik przyznała, że czuje się tu jak w kościele.

W każdym razie nie było źle i do dziewczyn co rusz zgłaszali się a to reklamodawcy, a to reporterzy, żeby zrozumieć przyczynę powodzenia prowincjonalnej knajpki. Miłej bo miłej, i owszem, ale takich przecież jest w okolicy na pęczki.

-No cóż- odpowiadała skromnie Gosia Jurrasik- wystarczy na nas popatrzeć i macie odpowiedź na wasze rozterki. Charyzma, klasa, uroda i wyjątkowa błyskotliwość od lat przyciągają mężczyzn, więc skoro mogą oglądać nas teraz godzinami w knajpce, to nie ma się co dziwić, że Il Padrino z miejsca uzyskał ogromną popularność. Dodatkowo mają nam przyznać gwiazdkę Pisklę, chociaż nic nie gotujemy. Ale co urok to urok.

Tymczasem na horyzoncie pojawiły się pierwsze kłopoty. Pewnego dnia, gdy dziewczyny weszły rano do baru, zobaczyły, że portret Dona Koralone znikł. Matka na Szczycie na początku zbagatelizowała sprawę i przekonywała koleżanki, że nadal będzie tak samo. Po kilku dniach doszło do niej, że się myliła, jako że profity knajpki zmniejszyły się o ponad połowę. Klientów nie przybywało, a pielgrzymki przestępców już nie pojawiały się w progach Il Padrino, aby złożyć uszanowanie Ojcu Chrzestnemu mafii. Dziewczyny robiły dobrą minę do złej gry, lecz w końcu doszło do nich, że muszą coś zrobić, inaczej trzeba będzie zwijać interes. Zdesperowana Kasia Przebieg zaproponowała, by stworzyć tu klub go-go, w końcu,  jak się wyraziła - mamy jeszcze niezły przebieg - ale pomysł nie spotkał się z uznaniem współwłaścicielek baru. Gosia Jurrasik po raz kolejny pomstowała na Dona Koralone, w jej odczuciu sprawcy całego zamieszania i zastanawiała się, czemu nawet w grobie nie daje im spokoju. Po wielu dyskusjach, płaczach i małych kłótniach bar Il Padrino został przejściowo zamknięty, a naszym bohaterkom nie pozostało nic innego, jak wrócić do poprzedniego stanu i myśleć nad nowym pomysłem na wspólny biznes.

-A wiecie- przypomniało się Matce na Szczycie- w piwnicy mam pyszną nalewkę, pomoże nam rozruszać szare komórki. Pójdę po nią.

-Siedź- powiedziała Gosia- ja pobiegnę, a ty się odstresuj.

Jak powiedziała, tak zrobiła. Minęły może dwie minuty, a dwie Kasie usłyszały głośny wrzask i przerażona Gosia Jurrasik wróciła do pokoju.

-Duch, duch, widziałam ducha- krzyczała jak oszalała- to on, jego duch tam jest!

Chcąc nie chcąc Kasia Przebieg i Matka na Szczycie zeszły do piwnicy (Gosia Jurrasik szła między nimi) i kiedy zobaczyły, że obok worków z ziemniakami ktoś zrobił sobie legowisko, stanęły jak wryte. Po chwili z ciemności wynurzyła się dobrze im znana postać Dona Koralone, który nie wyglądał ani na trupa, ani tym bardziej na ducha.

-Musiałem sfingować własną śmierć- powiedział do dziewczyn- i tylko tutaj mogłem się ukryć. Wasz bar odwiedzali nie tylko goście, ale przede wszystkim moi goryle, którym zadaniem było mnie chronić i usuwać z drogi wszelkie niedogodności. Ktoś jednak nie potrafił trzymać języka za zębami i poinformował władze, aby prześwietlili knajpę. Nie chciałem, by przez portret doszli do moich powiązań z paniami, dlatego kazałem moim ludziom go zabrać i oddaliłem trop ode mnie. Gdyby się ktoś dowiedział, że przebywam w pani domu, miałaby pani duże kłopoty, dlatego też, aby się z nich wylizać, musicie mi pomóc dostać się do Włoch. Nieważne jak to zrobicie, ale wiedzcie, że to ja rozdaję karty. Jak zwykle.

Czy ten cholerny mafioso nigdy się od nas nie odczepi, pomyślała umęczona Matka na Szczycie. Koniec roku zapowiadał się tak spokojnie, a wygląda na to, że znowu będziemy bujać się po Italii. Mam dość!

Czy Matka na Szczycie i jej przyjaciółki pomogą Donowi Koralone?
Czy bar Il Padrino zostanie ponownie otwarty?
Co się takiego stało, że Don Koralone musiał zaplanować własną śmierć?

Ja tego nie wiem i nie mam pojęcia, czy się kiedyś dowiemy. O to musicie zapytać dzisiejszą solenizantkę, Matkę na Szczycie, bo to już taka blogowa tradycja, że w dzień jej urodzin publikuję opowiadanie z nią w roli głównej. Wszystkiego dobrego Kasiu, Ty wiesz!


Poprzednie opowiadania- 1 2 3

zdjęcie- iCappuccino

Włoskie drogi, francuskie łącza

by 25 października

Nikt nie lubi być upominany ani pouczany, taka to już nasza ludzka przypadłość i nieważne, jaki kraj reprezentujemy. Stop, zatrzymaj się, kobito, i pomyśl trochę, bo nie wiesz, o czym piszesz. Zganiłam samą siebie, gdyż doszło do mnie, iż to nie tak z tym krajem pochodzenia. Włochom jest obojętne, kto im podskakuje, ponieważ zawsze mają rację, a nawet jeśli jej nie mają, to nie zepsuje im to humoru. Istnieją jednak wyjątki od reguły i w przypadku fantazyjnych mieszkańców Półwyspu Apenińskiego tym wyjątkiem jest Francja. Niech tylko Francuzi spróbują się wymądrzać na temat Włochów, albo co gorsza, ich pouczać, wtedy Włosi są w stanie rozpętać piekło.

I właśnie to piekło otwarło się kilka dni temu, kiedy wyszło na jaw, że Francuzi podrzucają Włochom imigrantów (w tym nieletnich), których nie chcą u siebie. Odwożą ich nocą na włoską granicę, po czym zostawiają w lesie i tyle ich widziano (francuskich żandarmierów, nie imigrantów). I jest to proceder nie tylko haniebny, ale też niezgodny z prawem, o czym na pewno wiedzą przedstawiciele francuskiej władzy. Nie jest to żaden wymysł Włochów i oskarżenia w stronę ich "ulubionych" sąsiadów nie są wyssaną z palca bzdurą, bowiem nielegalne praktyki Francuzów zostały udokumentowane i można w sieci zobaczyć, jak podwożą imigrantów do granicy włoskiej  i zostawiają ich na pastwę losu. Francuzi co prawda próbowali się bronić, ale wyszło im to dosyć niezręcznie, gdyż argument, że zgubili drogę nikogo jakoś nie przekonał, zwłaszcza że tą drogę przebyli wiele razy.

Jaka jest sytuacja związana z problemem nielegalnej imigracji, o tym we Włoszech wiedzą wszyscy. Polemiki z tym związane nie ustają, a przeciwnicy i zwolennicy imigrantów prześcigają się w argumentach. W starciu z Francuzami Włochom nie przypadło do gustu nie tyle to przemycanie ludzi (nazwijmy rzeczy po imieniu), co ich uprzednie zachowanie, kiedy to potępiali wszem wobec włoską politykę i nie wahali się użyć mocnych słów po zamknięciu włoskich portów dla promu Aquarius. Pół świata wyzwało Włochów od rasistów, francuski prezydent nie ustawał w krytyce działań włoskiego rządu, zaś jego minister odważył się nawet nazwać włoskie poczyniania wymiotnymi. Tymczasem okazało się, że francuscy prominenci również są na bakier z imigrantami i pod zasłoną nocy zaczęli zawozić ich do Italii. Prezydent Macron ośmielił się ich pouczać, co jeszcze bardziej zdenerwowało Włochów i wojna dyplomatyczna między państwami znowu wisi na włosku. To nic nowego, niemniej tym razem Francuzi nadepnęli na odcisk włoskiego buta wyjątkowo boleśnie i zobaczymy, jak sprawa się rozstrzygnie. Jedno jest pewne- nie taki anioł święty, jak go przedstawiają, ale o tym Włosi wiedzą od (prawie) zarania dziejów.


zdjęcie- eunews.it

(Nie)włoskie rozważania na czterdzieste urodziny

by 17 października

Przekroczyłam czterdziestkę i moje życie nie legło w gruzach. Oczywiście liczba ta zrobiła na mnie wrażenie, nie powiem, niemniej zdałam sobie sprawę z tego, że nic po urodzinach się nie zmieniło. Ani nie przybyło mi zmarszczek, ani nie poczułam się stara i dalej nikt mi nie daje tylu lat, więc czym tu się martwić? Może tylko tym, że my, kobiety, kiedy latka lecą, nie mamy taryfy ulgowej, tak jak to jest w przypadku mężczyzn. Ile razy słyszeliście (albo same mówiliśce) o tym, że facetom wiek dodaje uroku, a dla kobiet jest mniej łaskawy? Ja tysiące, zresztą ostatnio powtarzałam to jak mantra mężowi, który (choć tak nie uważa) przyznał mi rację, gdyż większość jego kolegów z pracy ma podobne zdanie. Mężczyzna po czterdziestce jest nadal bardzo interesujący, zaś kobieta, no cóż, jest już trochę zużyta. Taki dylemat dopadł i mnie jeszcze na długo przed urodzinami, zatem nie chciałam nawet myśleć o tym, co będzie w październiku. Tymczasem październik nadszedł, minęło 40 lat, odkąd pojawiłam się na świecie... i nic! Jestem, cieszę się tym, co mam i nic nie legło w gruzach z powodu tej okropnej czterdziestki. 

Mieszkam we Włoszech, gdzie dobitnie widać, iż piękno nie liczy się w latach. Wiek nas nie ogranicza i nie musimy z niczego rezygnować czy wstydzić się tego, że nie jesteśmy młodzikami. Jedna z rzeczy, która najbardziej podoba mi się w Italii to ta, że nie muszę się przejmować tym, co ludzie powiedzą, a w kraju słyszałam to na każdym kroku. "Ona jest jeszcze starą panną, o matko, co ludzie powiedzą! Gorzej, nie ma narzeczonego, co ludzie powiedzą! A może wiecie, jest ten teges, co ludzie powiedzą! A widzicie jak się ubrała dzisiaj, tak nie wypada, co ludzie powiedzą!" Nie znosiłam tego i gdy w końcu przestałam być w ten sposób oceniania, odetchnęłam z ulgą i bez tej niepoważnej cenzury pod tytułem "Co powiedzą ludzie" jest mi naprawdę dobrze. We Włoszech nikogo nie obchodzi, jak się ubieram, czy się maluję, czy nie i jaki jest mój stan cywilny. Nie mówię, że ludzie tutaj są idealni, gdyż plotkarze wszędzie się znajdą, ale wchodzą z buciorami w czyjeś życie mniej, a stwierdzenia, że "tak nie wypada" nie słyszałam od żadnego Włocha. Im zawsze wypada, albowiem życie jest tylko jedno i trzeba z niego korzystać pełnymi garściami. Przejmować się zaś konwenansami nie leży w ich naturze. 

Kiedy przebywałam w Polsce, byłam dosyć sztywna, dopiero tutaj wyluzowałam. Zrozumiałam, co jest ważne i pierdoły, które mnie kiedyś pochłaniały, odłożyłam głęboko do szuflady. To paradoksalne, ale dzięki pobycie w Italii stałam się sobą, jako że przedtem zawsze grałam jakąś rolę. Włochy pozwoliły mi zedrzeć z siebie tą grzeczną maskę i wreszcie pojęłam, że nie da się każdego zadowolić, że na mojej drodze zawsze będą przeszkody, lecz czy sobie z nimi poradzę, zależy ode mnie i tylko ode mnie. Nie obwiniam już świata i jestem (jako tako) opanowana, choć naturalnie czasem mnie nosi i mam dni "na nie", ale kto ich nie ma. Włoski optymizm ma zbawienny wpływ na moją lubiącą się pogrążać w depresji duszę i potrafię znaleźć antidotum na bolączki, które czasami mnie nękają. Wystarczy wyjść z domu, rozejrzeć się wokół i wszystko wydaje się prostsze. Za krajem tęsknię i go gloryfikuję, natomiast w Italii odzyskałam spokój i przyzwyczaiłam się do siebie. A czterdziestka to kolejny etap podróży, który mnie w niczym nie ogranicza. Kto wie, może moje życie właśnie zaczyna się rozkręcać na dobre?


zdjęcie- Olalla

O włoskim serze, co zwie się kobietą

by 05 października

Lubię odwiedzać włoskie targi, a im one są większe, tym dla mnie lepiej. Mam jednak tego pecha, że w moim miasteczku nie ma stałego bazaru, jak w Genui (gdzie jest ich od gromu) i tylko raz w tygodniu przyjeżdżają tu handlarze, aby wciskać klientom swoje wyroby. Kilka straganów, trochę ubrań, sprzętu gospodarstwa domowego, torebek, jedzenia i kwiatów, a wszystko to pośród ryków rozochoconych sprzedawców, mających głosy jak dzwony i nieustających w poszukiwaniu nowych klientów. Podoba mi się ta wyjątkowo włoska atmosfera, którą chłonę co czwartek, niejednokrotnie śmiejąc się z wyobraźni szanownych subiektów targowych. Niestety, od pewnego czasu zaczęłam omijać szerokim łukiem niektóre budy, ponieważ uświadomiłam sobie, że panowie sprzedający oddają się niewinnej (z pozoru) zabawie, czyli ocenianiu kobiet przechodzących obok nich. Nie ominęli i mnie, co rzecz jasna nie uszło im płazem, bo przestałam u nich kupować.

Gdy po raz pierwszy pojawiłam się na targu, nie było jeszcze wielu klientów (w sumie to nigdy ich nie ma), więc bez trudu wyłapałam okrzyk jednego z sprzedawców. Facet wrzeszczał zupełnie bez sensu: "O, jaki ten ser jest dobry, mniam, mniam", a na jego zawołanie wyszło z ukrycia dwóch innych handlarzy. Zrobiło mi się wtedy dziwnie, ale się nie przejęłam, wróciłam do domu i zapomniałam o sprawie. Po tygodniu znowu poszłam odwiedzić bazarek i jakież było moje zdziwinie, kiedy ten sam sprzedawca na mój widok po raz drugi zapodał kawałek o dobrym serze. Coś tu jest nie tak- pomyślałam zakłopotana- i postanowiłam dowiedzieć się, co kryje się za tym śmiesznym szyfrem. Oliwy do ognia dodał fakt, iż trzej sprzedający przyglądali mi się bez skrępowania, a ja poczułam się mocno onieśmielona. Pochodziłam kilka minut po targu i powzięłam mocne postanowienie, iż następnym razem dowiem się, o co chodzi, jakem Polka na włoskiej ziemi, a ci bezczelni "targowicze" przekonają się, z kim zadarli. 

Tydzień później ponownie odwiedziłam targowisko, jednak nie przeszłam koło "serowego" straganu, a zatrzymałam się przy stoisku z ciuchami położonym bliżej. Pod pretekstem oglądania ubrań obserwowałam sprzedawców i szybko pojęłam, jak zabawiają się mili panowie. Okazało się, że ten cały "ser" to hasło, którym posługują się handlarze dwóch stojących naprzeciw siebie stoisk. Gdy przechodzi jakaś kobieta, a jeden z facetów zwróci na nią uwagę, woła swoich kolegów, używając serowego kodu, aby i oni pooglądali sobie ofiarę. Jeśli pani jest w ich guście, to krzyczą, że ser jest dobry, jeśli natomiast nie za bardzo im się podoba, to pada zdanie o śmierdzącym serze. Kiedy klientka ma nadwagę, to wtedy ser jest tłusty, a gdy jest wiekowa, to ser nie nadaje się już do spożycia. Panów te określenia bardzo śmieszą, mnie zaś wyprowadziły z równowagi, bowiem pachną mi seksizmem i klasyfikacją. Obu handlowcom daleko jest do Adonisów, mają mięśnie piwne i nie powalają urodą, lecz nikt ich nie ocenia ani nie porównuje do kiełbas. Być może te ich, pożal się Boże, serowe metafory od siedmiu boleści tak źle by na mnie nie podziałały, gdyby nie szły za nimi lubieżne spojrzenia, których wręcz nie znoszę. A skoro już zachciało im się oceniać, mogli to robić dyskretnie, a nie głośno, zwłaszcza że i głupi by się w końcu domyślił, o co w tym wszystkim biega. Porównanie kobiet do serów to błędne koło, szczególnie dla osoby, która ich nie znosi. Ser zaś okraszony epitetami dodatkowo wzmaga moją niechęć. Słynna włoska fantazja tym razem nie zadziałała.


O Italii, która (ponoć) rasizmem stoi

by 21 września


Kilka dni temu po odprowadzeniu Gai do szkoły wstąpiłam do pobliskiego baru na poranne cappuccino, które wypiłam w towarzystwie innej mamy, mojej sąsiadki, z pochodzenia Rosjanki. Siedziałyśmy i rozmawiałyśmy o różnych sprawach, gdy nieoczekiwanie przysiadł się do nas jeden z klientów baru, energiczny starszy pan o miłej powierzchowności.

-Przepraszam, że tak zagaduję- powiedział- ale nasze miasteczko jest małe, ja jestem stary i znam tu wszystkich, a panie, zdaje się, są nowe, albo rzadko bywają w barach. W każdym razie nie jesteście Włoszkami, to widać na pierwszy rzut oka.

Odpowiedziałyśmy, że nie, a sympatyczny pan na wiadomość, że pochodzimy ze środkowo - wschodniej części Europy rozjaśnił się i spytał, jak nam się mieszka w Italii.

-Na pewno wyrwałyście się z biedy, jak większość ciężko pracujących tutaj cudzoziemiek- powiedział ze współczuciem, na co zaprotestowałyśmy i odpowiedziałyśmy, że przyczyny naszego zamieszkania we Włoszech były trochę inne.

-Bardzo mi przykro- staruszek wyraźnie się zawstydził- nie chciałem pań urazić, mam nadzieję, że się nie pogniewałyście i nie wzięłyście mnie za ignoranta, albo- nie daj Boże- rasistę.

-Ależ skąd- zaprotestowałyśmy- dlaczego mamy pana uważać za rasistę? Zadał pan pytanie i nie było w nim niczego o podłożu rasistowskim, proszę się nie przejmować.

-Bo widzą panie- wyjaśnił nam starszy Włoch- ostatnio wszędzie się czyta o tym, że do Włoch powrócił rasizm i coraz więcej moich rodaków pozwala sobie na słowa nienawiści. Nie chcę być tak odbierany i dlatego się wytłumaczyłem.

-A czy uważa pan, że to prawda?- spytałam go- czy Włosi naprawdę stali się rasistami?

-Nie- oznajmił zdecydowanym tonem- problem jest przesadzony, a epizody, które się zdarzają, nie są głosem całego narodu.

Zamyśliłam się nad opinią pana z baru i zaczęłam się zastanawiać, jak to jest z tym rasizmem w Italii. Ostatnio faktycznie ciągle trąbi się o tym, że do Włoch powrócił rasizm i przyjezdni nie są już tutaj mile widziani. Czy aby na pewno tak jest? Po głębokich rozważaniach doszłam do wniosku, że nie i przyznaję rację naszemu rozmówcy. Incydenty o zabarwieniu nacjonalistycznym występują, i owszem, lecz tak nie dzieje się od dzisiaj. Za kadencji poprzedniego (lewicowego) rządu również zdarzały się ataki na tle rasistowskim, lecz nikt ich nie wyolbrzymiał, a Włochy nie miały przeciw sobie europejskich (i światowych) struktur. Krótko mówiąc, opinie o rasistowskim klimacie w Italii są mocno przesadzone.

Jakiś czas temu głośno było o przypadku włoskiej lekkoatletki pochodzenia nigeryjskiego, Daisy Osakue, która została obrzucona jajkami tuż przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy w Berlinie. Wszystkie media poświęciły temu wypadkowi wiele uwagi, wszędzie czytało się lamenty o tym, jaki to wstyd, że Włosi nie akceptują sportsmenki (reprezentującej Italię) o ciemnym kolorze skóry. Napaść na zawodniczkę potępiły najważniejsze dzienniki, na pierwszych stronach gazet widzieliśmy twarz poszkodowanej i długie artykuły, że był to atak o podłożu rasistowskim, zaś winę za to ponosi nowy prawicowy rząd, a szczególnie nawołujący do nienawiści minister Salvini. Guzik prawda.

Sprawa z rasizmem się rypła, gdy wydało się, o co poszło. Oprócz Daisy Osakue ofiarami zostało jeszcze trzech Włochów, lecz nikt im nie poświęcił ani linijki w necie, natomiast agresorami okazała się trójka małolatów, którzy obrzucali ludzi jajami dla... jaj. Kiedy na światło dzienne wyszło, że ojcem jednego z nastolatków jest działacz Partii Demokratycznej, nie było już mowy o żadnym rasiźmie, lecz o bezdennej głupocie smarkaczów. Daisy Osakue została poszkodowana przez przypadek, a nie dlatego, że jest czarnoskóra. Media jednak tego nie sprostowały i niesmak poszedł w świat, bo o wypadku lekkoatletki było głośno w całej Europie. Rasizm w Italii przybrał kształt jaj, a tak naprawdę była to durna zabawa bezmyślnych nastolatków. Zrobiono z tego wydarzenie na skalę narodową i ukazano Italię jako naród nie akceptujący czarnoskórych sportowców we włoskich barwach, co jest wierutną bzdurą. Popatrzcie na Balotelliego- jeśli jest w formie, to Włosi daliby się za niego pokroić.

Według niektórych do Włoch powrócił rasizm wraz z prawicowym rządem, gdyż walczy on z nielegalną imigracją, a tym samym pokazuje, że obcokrajowcy nie mają tutaj wstępu. To również jest bardzo uproszczone, jako że zdecydowany sprzeciw włoskiego rządu wobec zjawiska niekontrolowanej imigracji nie może być odbierany jako pochwała rasizmu. Do Stanów Zjednoczonych, do Australii czy do wielu innych krajów nie mają prawa wejść osoby bez dokumentów i każdy się na to zgadza, a gdy Włosi chcą z tym zrobić porządek, wytyka im się brak tolerancji. Dla mnie jest to nie tyle przegięcie, co egoizm ze strony instytucji takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych, która tak się zmarwtiła eskalacją rasizmu we Italii, że aż wysłała tu inspektorów na kontrolę. I to jest niefajne, że taki kraj jak Włochy, gdzie splatają się różne kultury i ludzie od wieków żyją ze sobą w zgodzie, jest oskarżany o szerzenie rasizmu i nienawiść wobec imigrantów.

W Italii, tak jak w Polsce lub Anglii, przypadki rasizmu występują, niemniej pokazywanie Włoch jako państwa zamkniętego, zaściankowego i nietolerancyjnego jest ogromną niesprawiedliwością. Od momentu przejęcia władzy przez prawicę nie wydarzyło się nic takiego, by obcokrajowcy mieszkający tutaj zaczęli się bać i stąd uciekać. Epizody rasistowskie się zdarzają, to nieuniknione, ale ich skala nie wzrosła do niepokojących rozmiarów. Mam wrażenie, że ktoś na siłę chce przypiąć Włochom brzydką łatkę i zrobić z nich nacjonalistów. Nastroje społeczne nie są najgorsze i naród wcale nie odwrócił się od przyjezdnych. Nie rozumiem więc, jak można ogłaszać Włochów rasistami, zwłaszcza że ich podejście nie odbiega od innych eurepejskich krajów i nie jest ewenementem na skalę światową. Odkąd tu mieszkam, nie spotkałam się z żadnymi rasistowskimi zachowaniami i nikt nie dał mi do zrozumienia, że mnie tu nie chce. Powtarzam zatem po raz kolejny i będę powtarzać do upadłego- Włochy nie są bastionem rasizmu i nie trzeba "oenzetowskich" inspektorów, by to udowodnić. Wystarczy pójść do baru.


zdjęcie-SputnikItalia

Obsługiwane przez usługę Blogger.