Featured

Chcesz poczuć prawdziwe Włochy? Zamieszkaj na prowincji!

by 16 maja

To już rok, odkąd opuściliśmy Genuę i zamieszkaliśmy w uroczym miasteczku, gdzie liczba mieszkańców nie przekracza czterech tysięcy i prawie wszyscy się znają, a nieznajome twarze są od razu wyłapywane przez miejscowych. Przez dwanaście miesięcy wiele się u nas zmieniło, można powiedzieć, iż wsiąknęliśmy w nowe miejsce i jako tako zostaliśmy zaakceptowani. Ludzie są bardziej otwarci, niż w Genui, więc nic dziwnego, że tak dobrze się tutaj czuję. Nie wiem, czy jest to nasz dom na kilkanaście (bądź kilkadziesiąt) przyszłych lat, lecz póki tu będę, nie mam zamiaru narzekać. Oczywiście siedzi we mnie myśl, by wrócić do dużego miasta, ponieważ brakuje mi czasem miejskiego zgiełku i sklepów, o które w mojej mieścinie trudno.

Bressana Bottarone, bo tak się nazywa nasze miasteczko, to taka fajna włoska dziura. Składa się z jednej długiej ulicy, która ciągnie się na kilka kilometrów i ma niezliczoną ilość rozgałęzień, choć życie toczy się właśnie na ulicy Depretis. Rynek główny jest nieduży i mieści się na nim Urząd Miejski, obok usytuowany jest kościół i szkoła podstawowa Gai. Naprzeciwko znajduje się najważniejsze miejsce według mieszkańców, czyli bar, gdzie codziennie rano spotykają się stali bywalcy, by wypić szybko kawę i wymienić kilka słów. Obok jest kiosk i punkt Lotto, a potem nie ma już nic, znaczy są pozostałości po sklepach, które zostały zamknięte. To smutne, że ulica Depretis ma tyle pustych punktów i tylko jej centralna część jako tako się trzyma. Wszystko inne zostało zdominowane przez galerie handlowe, a jest ich coraz więcej, jednak nie ma w nich ani krzty włoskiej duszy i odrobiny magii

Bressana może się poszczycić niejednym placem zabaw, co akurat bardzo doceniam. Nasz ulubiony położony jest kilka kroków od domu i jeśli jest fajna pogoda, często do niego wpadamy. Dzieci szaleją, zaś matki, o ile za nimi nie biegają, odpoczywają na ławeczkach i oddają się rozmowom. Ileż osób poznałam dzięki chodzeniu na plac zabaw, ile narodowości jest w Bressanie, mieszka tu pół Europy i duża reprezentacja reszty świata, a jedyną Polką na horyzoncie jestem ja. W sumie spodziewałam się tego, ale miałam nadzieję, że końcu porozmawiam z kimś na żywo po polsku i poznam jakąś rodaczkę. Niestety, na razie muszę obejść się smakiem i szlifować język włoski, co nie zawsze mi się udaje.

Bressana Bottarone nie ma, rzecz jasna, jednego baru, bo to byłby skandal, lecz trochę ich tutaj jest i co ciekawe, ciągle otwiera się nowe. Nie mam pojęcia, jak tyle knajpek znajdujących się blisko siebie jest w stanie się utrzymać, niemniej napawa optymizmem fakt, że chociaż one nie martwią się o przyszłość. Znając zamiłowanie Włochów do rozmów i ogarniania rzeczywistości w barach, nie ma się co dziwić, że je tak licznie odwiedzają. Od rana, niezależnie od pogody, widać klientów siedzących zewnątrz i plotkujących nie wiadomo o czym. Ich twarze, do niedawna anonimowe, są już przeze mnie dobrze znane. Dziadek jednej z dziewczynek z klasy Gai, ojciec innego chłopca, ekscentryczny właściciel apteki, który przed otwarciem idzie wypić szybką kawę, czy miejscowy fryzjer, od lat będący na emeryturze. Swoją drogą fryzjerów jest również kilku i wygląda na to, że żadnemu z nich nie grozi bankructwo.

Jest i Bed&Breakfest, takie jakieś niemrawe i kryjące się za drzewami, mamy też prywatne przedszkole, do którego dwa miesiące uczęszczała Gaja. Na samym końcu ulicy Depretis znajduje się jedyna miasteczkowa restauracja, jest też klub Harleyowców i można odjechać w siną dal. Bressana Bottarone to swoista sypialnia, a mieszkańcy pracują w okolicznych miastach, takich jak Pavia, która leży 20 minut dalej, czy Mediolan, oddalony o godzinę. Czasem chciałabym się przenieść do Milano, nie zaprzeczam, ale na szczęście szybko mi przechodzi, bo ta włoska, niepowtarzalna prowincja była tym, czego potrzebowałam. Nieważne, że wielki świat do Bressany nigdy nie zawita, nieważne, że nawet pies z kulawą nogą tu nie zagląda, gdyż liczy się atmosfera, a ta jest włoska aż do szpiku kości. I ciągle się coś buduje, wiecznie są jakieś przeboje, a najnowszy to ten, iż obecne władze chcą sprywatyzować miejscowy cmentarz. W związku z tym dom aktualnej pani burmistrz jest oblegany, zaś Gaja nazywa go domem, który straszy. Faktycznie, może i tak być, w końcu duchy nie lubią, gdy się je niepokoi. Posłuchaj mojej rady, a nie pożałujesz- włoska prowincja jest tym, czego Ci trzeba!

Włochów portret (nie)oczywisty

by 15 kwietnia

Prawie każdemu narodowi przypisuje się jakieś cechy. Francuzi są wyniośli, Anglicy sztywni, Niemcy uporządkowani, a Włosi, no właśnie, można ich określić różnorodnie. Wiadomo, że to maminsynki, playboye od siedmiu boleści i lenie do kwadratu, najlepiej do nich zaś pasuje słowo „Makaroniarz”, w którym tkwi wszystko- ich stosunek do życia, umiłowanej odmiany pasty i pogody ducha. Ale czy Włosi naprawdę tacy są? Czy to, że większość uważa ich za luzaków i pustaków nie jest dla nich krzywdzące? Jak najbardziej, bo charakteru Włochów nie da się opisać jednym wyrazem. Są wielowymiarowi i skomplikowani, co nie zmienia faktu, iż wyżej wymienione cechy też ich dotyczą.

Włosi są głośni, co manifestują wszędzie. Są kłótliwi, co widać szczególnie na ulicach, gdy prowadzą samochód i zdarzają im się polemiki z innymi kierowcami. Są zaczepni i skorzy do dyskusji, ale są także całkiem sympatyczni. Potrafią być do rany przyłóż i służą pomocą, nie są rasistami, chociaż ostatnio wiecznie im się to zarzuca. Są dobrymi pracownikami i nie migają się od obowiązków, a sjesta to styl ich bycia, niemający nic wspólnego z włoską niechęcią do zakasania rękawów. Są systematyczni i można na nich polegać, aczkolwiek bywają i męczący, zwłaszcza gdy rozmawiają o polityce i piłce nożnej. Wtedy to lecą iskry i dochodzi do spięć, jako że futbol powoduje u nich przypływ adrenaliny, a ukochana drużyna bywa ważniejsza od wybranki. Wiadomo jak to jest- kobietę można zmienić, za to klub ma się tylko jeden. I jest on świętością.

Słynny temperament Włochów to nie wymysły, niemniej należy podkreślić, że nie każdy z nich jest następnym wcieleniem Casanovy. Włosi uwielbiają grę słowną i piękne kobiety, lecz pogłoski o ich zdradach są głęboko przesadzone. Znakomita część Włochów lata sobie z kwiatka na kwiatek, ale druga ich część tego nie potrzebuje i nie ma problemów z wiernością. To naród miłosny, z czym trzeba się zgodzić, gdyż na Półwyspie Apenińskim nietrudno o namiętne porywy serca. Wiedzą o tym, że ich uwodzicielskie spojrzenia porywają niejedną cudzoziemkę i często to wykorzystują. Nie ogranicza ich wiek i nie przejmują się tym, że czasy ich świetności już dawno minęły. Starsi mężczyźni w Italii nie dołują się z powodu mijających lat i próbują podrywać młodsze kobiety. Nie zawsze im się to udaje, lecz ważniejsze jest to, iż nie wypadli jeszcze z pola gry i nadal mogą siebie uważać za prawdziwych maczo. I mimo że życie wśród Włochów przynosi wiele zaskoczeń, to niezaprzeczalnie można powiedzieć, iż to wspaniały naród. I absolutnie wyjątkowy.



zdjęcie- SenzaFiltro

Italia na skraju (umysłowej) zagłady

by 03 kwietnia

We Włoszech ujawniła się nowa tendencja, która zbiera coraz szersze żniwo i ludzie masowo zostają zwolennikami pewnej (delikatnie mówiąc) śmiesznej teorii. Nic, że została ona obalona już bardzo dawno temu, albowiem według jej popleczników ziemia jest płaska, a wszystko to, co serwuje nam NASA to stek bzdur. Nauka robi nas w konia, zdjęcia z kosmosu to fotomontaż, zaś prawda objawiona jest jedna. Nasza planeta jest płaska i chociaż nie ma na to dowodów, to tak jest i biada temu, kto wyśmiewa rewolucyjne hasła "płaskoziemców". Są oni przekonani o wiarygodności swoich przekonań do tego stopnia, że zaczynają urządzać kongresy, na których mają zamiar przekonywać wszem wobec, iż mają rację. I chociaż wiedzą, że jej nie mają, to jednak ją mają, bo kiedy człowiek się uprze, że wie więcej od odkrywców i naukowców, to nie ma z nim co polemizować. Nauka wszak może się mylić, a to, co podpowiada serce, ma naprawdę głębokie podwaliny. Nie wiadomo tylko, gdzie kopać, by odkryć przyczynę powstania kolejnej bzdury, która (co zabawne i przerażające zarazem) we Włoszech zaczęła żyć własnym życiem.

I tak, grupka "płaskoziemców" zablokowała na ponad godzinę pociąg na trasie Mediolan - Genua, ponieważ nie miała żadnej ochoty płacić za bilet kolejowy. Bohaterowie afery przedstawili się jako "ambasadorzy zewnętrznej jurysdykcji planetarnej" (cokolwiek to określenie by nie znaczyło) i zdesperowany kontroler w żaden, choćby najbardziej przyziemny sposób, nie zdołał wymusić na nich zapłaty za przejazd. W zdarzeniu musieli interweniować karabinierzy i płaskoziemcy będą mieli teraz sprawę w sądzie, ale podejrzewam, że poglądów raczej nie zmienią, co więcej, będą ich bronić z tą samą zaciętością, z jaką nie chcieli płacić za bilet. Historia ta wydaje się być zabawna, lecz taka nie jest, bo przez głupotę kilku osób wielu pasażerów nie dojechało na czas do pracy. Gdyby chodziło o coś poważnego, można by przejść nad tym do porządku dziennego, niemniej robienie bałaganu z powodu teorii o płaskiej ziemi to za dużo nawet na Włochy. Dzisiaj sojuszników tej idei jest jeszcze niewielu, ale znając życie i Włochów, jutro mogą urosnąć w siłę. I zacząć mącić ludziom w głowach, zbierać pieniądze, organizować akcje i zjazdy, co zresztą już planują. Niebawem "płaskoziemcy" mają się spotkać w Palermo i debatować nad tym, czy prawda w końcu wyjdzie na jaw, chcą też udać się wycieczkowcem na Antarktydę i dopłynąć do brzegów ziemi. Aż strach się bać.

Wbrew wszelkiej logice płaskoziemcy naprawdę wierzą, że ziemia jest płaska i są święcie przekonani, iż Galileusz i inni badacze to wysłannicy diabła, a nie prawdziwi odkrywcy. Biedna ta nasza planeta, płaska niczym deska, ten brutalny fakt tuszują wszyscy, od nauczycieli począwszy, a na naukowcach skończywszy. Na szczęście grupa ludzi poszła po rozum do głowy i skontastowała, że coś tu jest nie tak. Członków nowej teorii przybywa i nie zdziwi mnie, jeśli za chwilę jej przywódcy założą partię i będą chcieli wejść do polityki, by głosić na mównicy o szkodliwości nowożytnej nauki. Na razie płaskoziemcy ograniczają się do małych afer i dzięki poglądom chcą się migać od tak przyziemnej rzeczy, jak płacenie za przejazd, ale co będzie w przyszłości, tego nie wie nikt. Może pójdą o krok dalej i wymyślą kolejną koncepcję, o choćby taką, że Włochy są jednak szersze niż dłuższe, bo to, co widzimy na mapach, to wielka ściema. Mogą też napisać traktat o gwiazdach i tym, iż niebo zostało namalowane, a słońce i księżyc to gigantyczne lampy, wyprodukowane przez znaną firmę oświetleniową. I kiedy to piszę, to ogarnia mnie smutek, gdyż wydaje się, że mamy wszystko i jesteśmy tacy do przodu, a nauka stoi przed nami otworem. Zabawna (wydawałoby się) historyjka o płaskoziemcach to wszakże gorzka opowieść, bo pokazuje, że ignorantów, którzy mają za nic naukę i wybitnych uczonych, nie brakuje. Oni wiedzą lepiej, mimo że nie posiadają merytorycznej wiedzy, ot, taki nasz współczesny świat w pigułce.



zdjęcie- ilturista.info

O krok od zamachu, o włos od tragedii

by 22 marca

Przedwczoraj, 20-go marca, we Włoszech doszło do dramatycznych wydarzeń. Niedaleko Mediolanu, w San Donato Milanese, karabinierzy zatrzymali autobus, którego kierowca postanowił urządzić jatkę, a mianowicie wysadzić pojazd w powietrze i zgładzić 51 uczniów gimnazjum oraz ich trzech opiekunów. Mężczyzna, z pochodzenia Senegalczyk, od 15-tu lat przebywający w Italii i posiadający włoskie obywatelstwo, chciał w ten sposób pomścić ofiary, które w ostatnich latach pochłonęło morze, kiedy próbowały przedostać się do Włoch. Kierowca miał zamiar dojechać autobusem na lotnisko Linate i tam dokonać aktu terrorystecznego, ale na szczęście nie udało mu się to, ponieważ do akcji wkroczyli karabinierzy. Udaremnili plany Senegalczyka i zapobiegli niewyobrażalnej tragedii.

Mężczyzna w ogóle nie powinien prowadzić autobusu, gdyż w przeszłości był karany za jazdę po pijanemu, a dodatkowo za molestowanie seksualne na nieletniej osobie i dziwne jest, że nikt się tym odpowiednio nie zajął. Jego zamysł to nie była spontaniczna decyzja, a misternie ułożona akcja, jako że wziął ze sobą karnister z benzyną, miał też pistolet i (podobno) nóż. Sterroryzował młodych pasażerów, związał ich, oblał benzyną i zabrał komórki, krzycząc, że z autobusu nikt nie wyjdzie żywy. Nie zauważył, iż jeden z uczniów zdołał ukryć telefon, a potem zadzwonił do ojca, zaś ten zaalarmował policję. Karabinierzy przyjechali na czas i nikomu nie stała się krzywda, tylko kilkanaście uczniów zostało przewiezionych do szpitala na obserwację, ale to pestka w porównaniu z tym, co mogło się wydarzyć. To naprawdę cud, że skończyło się na strachu. 

To, co mnie w tej sprawie przeraża to fakt, iż niedoszły zamachowiec to mieszkający od kilkunastu lat we Włoszech i wydawałoby się, całkowicie zintegrowany człowiek. Nie sprawował się co prawda jak przykładny obywatel, niemniej nie wykazywał żadnych objaw zradykalizowania się i nie był podejrzewany o terroryzm. Tymczasem chciał spalić żywcem dzieci, niewinne istoty, które nie mają nic wspólnego z polityką i sprawami dorosłych. Zemsta za imigrantów martwych na morzu to żadne wytłumaczenie, zwłaszcza że to nie rząd włoski jest odpowiedzialny za śmiertelne ofiary. To przemytnicy ładujący ludzi na pontony i łajby są winni temu, co dzieje się u wybrzeży libijskich i to oni mają na sumieniu kilkanaście tysięcy dusz, choć szczerze wątpię, czy posiadają jakiekolwiek uczucia, oprócz miłości do pieniędzy. Odkąd zmienił się we Włoszech rząd, liczba ofiar drastycznie spadła dzięki temu, że ukrócono proceder nielegalnej imigracji. Kiedy premierem był lewicowy Paolo Gentiloni, w morzu utonęło ponad dwa tysiące ludzi (za jego poprzedników jeszcze więcej), natomiast od czasów Giuseppe Conte mamy o jedno zero mniej. Oznacza to tyle, iż zamknięcie włoskich portów to była słuszna decyzja wbrew temu, co uważają przeciwnicy obecnego rządu. Zamachowiec chyba nie widział najnowszych danych, stąd zdecydował zamanifestować swoją wściekłość.

Najgorsze jest to, że facet już zdążył dorobić sobie obrońców w postaci niektórych polityków z lewicy czy intelektualistów z bożej łaski, że się tak brzydko wyrażę, bo krew mnie zalewa, gdy słyszę, co plotą. Jak można twierdzić, iż gość był szaleńcem, skoro to nie był spontaniczny zamiar, a misternie utkany plan? Za kilka dni pewnie usłyszymy, że mężczyzna miał problemy psychiczne, więc praktycznie nie będzie mógł być sądzony. Dobija mnie poprawność polityczna i to, że broni się terrorystę, który dobrze wiedział, co robi. Wkurza mnie to, że mówi się o nim jako o Włochu, choć wcale Włochem nie jest, tylko Senegalczykiem posiadającym włoskie obywatelstwo. Wreszcie, martwi mnie to, że żaden z usprawiedliwiających czyn mężczyzny ani przez chwilę nie pomyślał o dzieciach, których trzymał jako zakładników. Przeżyły traumę, zostały uwięzione w autobusie i śmierć stanęła im na drodze, lecz dla zwolenników imigracji bez granic ważniejsze jest udowodnić, że to oni mają rację. Słuchać nie mogę, że winę za to, co się wydarzyło, jak zwykle ponosi Salvini, ponieważ sieje on nienawiść i teraz są tego rezultaty. A może stało się tak, bowiem ostatnio za bardzo w Italii mówi się o rasiźmie i powrocie faszyzmu? Lewica organizuje antyfaszystowskie manifestacje i mąci ludziom w głowach, gdyż rozbudzony włoski rasizm to mrzonka. Owszem, zdarzają się akty nietolerancji, ale wcale one nie przybrały na sile, a Włosi dobrze traktują imigrantów. Jako "obca" we Włoszech mogę potwierdzić, że nikt nigdy nie dał mi do zrozumienia, iż jestem tu niechciana. Wciskanie wszędzie rasistowskiego argumentu doprowadza mnie do rozpaczy.

Jeszcze do niedawna byłam przekonana, że Italia, pomimo wszystko, jest krajem bezpiecznym, lecz po tym, co się wydarzyło, jestem zmuszona zmienić zdanie. Oussenynou Sy, bo tak się nazywa przestępca, jest dowodem na to, iż licho niestety nie śpi, a zło może zaatakować wszędzie i to w niewinne dzieci. Senegalczyk jest również przykładem tego, że nie każdy obcokrajowiec ma ochotę się zintegrować, nawet jeśli żyje we Włoszech kilkanaście lat i posiada obywatelstwo. Facet planował skrzywdzić dzieci, był przepełniony nienawiścią i niemożliwe jest, że niektórzy mu współczują. Jedna z polityków lewicy w wywiadzie telewizyjnym powiedziała, że biorąc pod uwagę to, co dzieje się na morzu, jego gest jest całkowicie zrozumiały, a to już niewiele do usprawiedliwienia postępku terrorysty. Gdyby w autobusie znajdowało się jej syn czy córka, tak samo by śpiewała? Włochy przestały być bezpieczne nie tylko dlatego, że szlachetna idea integracji nie zawsze przynosi owoce, lecz także dlatego, iż akt dokonany przez kierowcę autobusu nie został potępiony przez wszystkich polityków, bez względu na przekonania. Skoro znaleźli się ludzie próbujący znaleźć wytłumaczenie dla faceta mającego zamiar wysadzić w powietrze dzieci, to oznacza dla mnie mniej więcej tyle, iż należy zacząć się bać. Nie potencjalnych terrorystów (bo tych się boimy z zasady), ale osób, którym poprawność polityczna przysłoniła rozum i nie widzą tego, że ich hasła, tak piękne w teorii, w praktyce już nie są tak łatwe do przerobienia. Włoski świat w obliczu podobnych tragedii powinien stać za sobą murem, a nie te mury tworzyć. Każde słowo obrony wobec senegalskiego obywatela Włoch jest zaproszeniem do podobnych zdarzeń. Wczoraj byliśmy o krok od tragedii, jutro możemy nie mieć tego szczęścia.


zdjęcie- Il Post

Al Bano w oparach (ukraińskiego) absurdu

by 14 marca

Jaka piosenka kojarzy się z Włochami? To pytanie, na które większość odpowiada: "La felicita", bo chyba żaden włoski utwór nie zrobił takiej kariery, jak nieśmiertelny klasyk w wykonaniu Al Bano i Rominy Power. Nie ma też osoby, której kawałek ten by się nie podobał, ponieważ to wyśpiewane "szczęście" jest kwintesencją wszystkiego, co włoskie i ma w sobie tyle radości, że wzbudziłoby uśmiech na twarzy największego marudy. Tymczasem ostatnio ten uśmiech u samego Al Bano zamienił się w grymas, gdyż został on uznany przez władze Ukrainy za zagrożenie i nie jest to żart, ani fake news, a ponura prawda. Poczciwy Al Bano, jeden z najbardziej znanych i lubianych ambasadorów włoskiej piosenki, ma teraz na głowie ukraiński bunt, bo ktoś go uznał za terrorystę. I tylko dlatego, że jest zwolennikiem Putina. 

Nie mnie oceniać uwielbienie włoskiego piosenkarza dla rosyjskiego prezydenta i nie mnie go nawracać, zwłaszcza że Al Bano ma w sumie podstawy, by lubić Putina. Niedawno zagrał w Rosji kilka koncertów i zarobił na nich krocie, więc na pewno wspomina rosyjską przygodę niezwykle miło. Prezydent Putin jest dla niego wyrazistym i zdecydowanym politykiem, który nie daje sobie w kaszę dmuchać i być może z tego powodu odczuwa do niego sympatię, ale na Boga, to jeszcze nie powód, aby wpisywać go na czarną listą i oczerniać jego wizerunek. Pogląd, iż Al Bano jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa Ukrainy, jest tak samo szalony jak ten, iż ziemia jest płaska. Al Bano, ten dobroduszny piosenkarz z włoskiej prowincji, nie wzbudza żadnego ryzyka i nie jest groźny nawet dla swojego kota (o ile go ma). Cały świat przytoczył stanowisko Ukrainy, reputacja piosenkarza została nadszarpnięta, a on sam żąda przeprosin. I słusznie, bo nie szuka się zagrożeń tam, gdzie ich nie ma i nie robi się z porządnego człowieka przestępcy.

Italia, co było do przewidzenia, zatrzęsła się ze śmiechu po ukraińskich rewelacjach. Internet pęka od memów z Al Bano i uważa go teraz za szefa wszystkich szefów, potężniejszego od samego Trumpa. Piosenkarz od lat nie schodzi z pierwszych stron gazet, choć co ciekawe, bardziej od jego artystycznych dokonań, mówi się o życiu prywatnym Al Bano. Była żona Romina Power i była partnerka Loredana Lecciso są łakomymi kąskami dla włoskich mediów i co rusz, czy to jedna, czy druga (zwłaszcza ta druga), pojawiają się w telewizji i odpowiadają na pytania, jak to właściwie jest w klanie Carrisi. Al Bano ma tego dość i jak twierdzi- nie znosi być celebrytą, nie przeszkadza mu to jednak być gościem w różnych show i rozprawiać na tematy miłosne. Biorąc pod uwagę zawirowania z kobietami, rewelacje z Ukrainy to pestka, bo mieć przy sobie dwie niewiasty to naprawdę sporo. Jowialny Al Bano ma więc ciężki orzech do zgryzienia i zamiast zostawić go w spokoju, dokłada mu się nowych kłopotów. Władze Ukrainy powinny przeprosić piosenkarza i zaprosić go na serię koncertów, a może wtedy nadchodzący kryzys zostanie zażegnany. Ikon się nie tyka, tylko je hołubi, zaś póki co, życzyłabym wszystkim "terrorysty", jakim jest Al Bano. Gdyby zagrożenie stanowiły tylko takie osoby, jak on, świat byłby piękniejszy i moglibyśmy śpiewać "Felicita" na okrągło.



zdjęcie- Il Tempo
Obsługiwane przez usługę Blogger.