Featured

Nie ma zmiłuj, czyli włoska rodzina w praktyce

by 25 lipca


Włoskie rodziny są głośne, liczne i przede wszystkim są nieokiełznane, do takich wniosków doszłam po naszej wizycie na Sardynii, choć w sumie wiedziałam o tym wcześniej. Po dwóch latach zapomniałam jednak, jak bardzo włoska rodzina potrafi być hałaśliwa, jak jest jej dużo i jak nie da się jej ogarnąć. Do tej pory nie potrafię ochłonąć i cały czas mam w głowie widok familii mojego męża, skupionej na tym, co Włosi lubią najbardziej, czyli biesiadowaniu. Z jednej strony żałuję, że mieszkamy daleko i widujemy się sporadycznie, z drugiej zaś zdaję sobie sprawę, że tak jest lepiej. Nie wiem, czy byłabym zadowolona z tego, że każdy moja bolączka omawiana jest przez wszystkich członków (a raczej członkiń) rodziny, a mój dom w okamgnieniu staje się kurnikiem. Tak jest u teściowej i przez dwa tygodnie mi to nie przeszkadza, niemniej na co dzień, nie ukrywam tego, nie miałabym siły na takie szaleństwo. Wolę degustować włoską rodzinę, niż brać ją pełnymi  garściami. 

Rodzina mojego męża rządzi się własnymi prawami. Gdy coś się dzieje, a przeważnie dzieje się sporo, nie ma zmiłuj i dom ugina się pod ciężarem ciotek, dalszych i bliższych kuzynek i często osób w ogóle niespokrewnionych, ale kogo to obchodzi. Tak się złożyło, że podczas naszej wizyty teściowa miała pewien problem, którym podzieliła się telefonicznie z siostrą, a ta za pięć minut już była u niej. Po kwadransie przyszła następna siostra, wyraźnie nadąsana, że o kłopocie dowiedziała się jako druga i tak do oporu. Nie minęła godzina i dom obległo stado zagniewanych krewnych, mających pretensje o to, że teściowa coś przed nimi ukrywa. Mogła po kolei obdzwonić wszystkich, a nie wybierać tylko jedną siostrę, bo to jest niesprawiedliwe. Wraz z mężem w tej sytuacji zrobiliśmy to, co wydawało się najbardziej słuszne- wyszliśmy na spacer i wróciliśmy późno, choć nic nam to nie dało. Kuchnia teściowej nadal wrzała jak w ulu i rozprawiano w niej na tematy nader niezrozumiałe, dlatego ulotniliśmy się znowu, tym razem na górę, do naszego pokoju. Co było powodem tego spontanicznego zjazdu i czy udało się rozwiązać ów tajemniczy dylemat, tego nie wiemy. Teściowa niby nam wytłumaczyła, ale zrobiła to tak nieskładnie, że nic nie skapowaliśmy. 

Odwiedziliśmy najbliższych krewnych (na tych dalszych i życia by nam nie starczyło) i za każdym razem dziwiłam się, jak Włochom niewiele potrzeba do szczęścia. Większość członków rodziny męża ma duże domy, które w zasadzie służą do dekoracji, bo życie rodzinne odbywa się wyłącznie w kuchni. W niej jest wszystko- telewizor, biurko i kanapa (latem jest wykorzystywana jako sypialnia), więc po co goście mają siedzieć w salonie? Są one co prawda pięknie umeblowane, czyściutkie i bezbarwne, gdyż trzeba o nie dbać, lecz gdyby ich nie było, nikt by się tym nie przejął. Te reprezentacyjne, sardyńskie pokoje, są dla mnie dowodem tego, że nieważne są pomieszczenia, ich wielkość i splendor, skoro oknem na świat jest kuchnia. A szefem we włoskich rodzinach są kobiety i nic nie dzieje się bez wytrawnego spojrzenia włoskich pań domu. Mężczyźni natomiast, zwłaszcza emeryci, przesiadają na ławeczkach, uprawiają ogrody i produkują wino, a do ich żon należy rola organizatorek dni. Jeszcze do niedawna na Sardynii kobiety traktowano gorzej od mężczyzn, czego przykładem jest sytuacja z rodziny teściowej. Jej ojciec miał ogromny dom, który podzielił na cztery części i podarował go w spadku synom. Córkom nie przypadło w udziale nic, jako że według starych zwyczajów, o ich byt mieli się postarać mężowie.

To, co niezmiennie mnie dziwi, kiedy wybieram się w odwiedziny do włoskiej rodziny, to wysyp krewnych, o których przedtem nie miałam pojęcia. Tym razem również dane mi było poznać nowe osoby i jestem przekonana, że będzie tak za każdym razem, gdy pojawię się na Sardynii. Pielęgnowanie więzów we włoskich rodzinach to fajna sprawa, tam i kuzyni trzeciego stopnia, a nawet siódme wody po kisielu uważani są za bliskich członków i zaprasza się ich na wszystkie możliwe imprezy. Dlatego też często wpadaliśmy na różne nieznane ciotki i wujków, którzy wiedzieli o nas sporo i zachowywali się tak, jakbyśmy znali się od lat. Z tego powodu zdarzały nam się śmieszne sytuacje, jak np. ta, gdy na ulicy spotkaliśmy jakąś kobietę, która wymachiwała do nas rękami i uśmiechała się z daleka. Przystanęliśmy i okazało się, że jest to kuzynka teścia, ale mąż na śmierć zapomniał, jak to z nią jest. Próbował więc ratować się, kurtuazyjnie pytając o dzieci, na co kuzynka odpowiedziała, że ich nie ma i jeszcze bardziej wprawiła nas w zakłopotanie. Sama plotła bez ładu i składu, a my, chociaż chcieliśmy się wymigać z tej miłej konserwacji, musieliśmy wysłuchiwać kazania na temat koligacji rodzinnych i trudnego żywota zitelli (czyli starej panny po włosku). Kiedy już się pożegnaliśmy i wydawało się, że jesteśmy bezpieczni, za zakrętem spotkaliśmy kolejną osobę z rodziny i znowu zalała nas ona niepotrzebnymi wiadomościami. Wróciliśmy do domu, a tam czekało na nas pięć ciotek, których szczebiot słyszeliśmy z daleka, więc o świętym spokoju mogliśmy tylko pomarzyć. Taka jest właśnie włoska rodzina, a nieustające szaleństwo świadczy o jej niepowtarzalności. Jak dobrze, że czeka mnie rok spokoju.

Dokąd zmierzasz, pani kapitan?

by 27 czerwca


Obiecałam sobie, że wakacje to będzie dla mnie czas bez politycznych wpisów, bo mam serdecznie dosyć tłumaczenia wszem wobec, że nie jestem wielbłądem. Mam szacunek do wszystkich kultur i ras, natomiast nie mam tego szacunku do osób, które nie przestrzegają prawa i mają za nic włoskie przepisy. Oglądam właśnie relację z Lampedusy, gdzie do wybrzeży, mimo blokady portowej, usiłuje przedostać się okręt Sea Watch z nielegalnymi imigrantami na pokładzie i już wiem, że muszę się wyłamać z mojego wakacyjnego postanowienia. Muszę to zrobić, ponieważ demonstracja pani kapitan statku- Caroli Rackete jest dla mnie dobitnym dowodem na to, że tutaj nie chodzi o ratunek biednych ludzi, lecz o ich przemyt na tereny włoskie i o zabiegi polityczne. Dlaczego tak sądzę?

Statek Sea Watch stoi na włoskich wodach od prawie dwóch tygodni i znajduje się na nim czterdziestu dwóch mężczyzn (kobiety i dzieci od razu zostały objęte ochroną). Skoro tak bardzo zależy pani Rackete na ratowaniu życia imigrantów, to dlaczego nie przypłynęła z nimi do najbliższego portu, czyli w Tunezji? Dlaczego nie zahaczyła o Maltę, przecież była po drodze? I dlaczego tkwi aż dwa tygodnie na włoskich wodach, jeśli przez ten czas mogła swobodnie dopłynąć do Holandii, z której pochodzi prom? Włosi zamknęli swoje porty, więc mogła śmiało zawitać na wody hiszpańskie, francuskie, czy portugalskie, w końcu są rzut beretem. Dlaczego uparła się na Italię, pomimo tego, że nawet Trybunał w Strasburgu przyznał Włochom rację? Gdyby chodziło o ratowanie życia, już dawno zawitałaby z imigrantami gdziekolwiek. A tu chodzi tylko o politykę.

Odkąd mieszkam we Włoszech i obserwuję zjawisko nielegalnej imigracji, zastanawia mnie, jak bardzo lekceważy się Włochów i włoskie prawo. Gdyby Sea Watch przypłynął do wybrzeży Ameryki Północnej lub Australii i nie zostałby wpuszczony, nikt by nie krzyczał, bowiem przepisy tam są święte i należy ich przestrzegać. Europa siedzi cicho i poucza Włochy, podczas gdy inne kraje mogłyby przygarnąć zbuntowany okręt, a zwłaszcza jego "matka"- Holandia. Jak to możliwe, że łamanie prawa jest uznawane za bohaterstwo, a sama pani kapitan została symbolem współczesnej heroiny? Dlaczego się uparła, by wedrzeć się na włoskie wody? Podkreślam raz jeszcze- gdyby zależało jej na ratowaniu życia, odstawiłaby imigrantów do najbliższego bezpiecznego portu. Nie zrobiła tego, tak samo jak nie przyszło jej do głowy, że może będzie lepiej przypłynąć do Holandii, niż tkwić prawie dwa tygodnie u morskich granic Włoch. To nie włoski rząd naraził zdrowie ludzi przetrzymywanych na statku, to pani kapitan podjęła taką decyzję. Ten upór na Italię jest bardzo podejrzany.

Włoska lewica, co było do przewidzenia, nie tylko wyraża poparcie dla kapitan Rackete, ale też udała się do Lampedusy, by ją wesprzeć i dodać otuchy. Lewicowe media otwarcie jej kibicują, a przedstawiciele radical chic popierają jej działania, ponieważ gdy walczy się o ludzkie życie, można przełamywać wszelkie bariery. Pani kapitan przyznała, że ratowanie imigrantów jest jej moralnym obowiązkiem, ale nie oznacza to, że z tego powodu stoi ponad prawem. Mogła dotrzeć do innych portów i znaleźć alternatywne rozwiązanie, ale wolała stoczyć walkę z włoskim rządem, którą zresztą zapewne wygra, bo przez lewą część społeczeństwa została okrzyknięta bohaterką. Gdyby wdarła się na tereny (dajmy na to) Stanów Zjednoczonych, w najlepszym razie zostałaby aresztowana, a okręt by zatopiono. We Włoszech zaś może robić, co chce, bo każdy akt samowolki uznawany jest tutaj za bohaterstwo. Dlatego dzisiaj w gazetach królują hasła typu "Kapitanko, moja kapitanko", a Carola Rackete stała się symbolem kobiety walczącej, gdyż przeprowadziła imigrantów przez niehumanitarne włoskie barykady. Misja została wypełniona...


zdjęcie- il Tempo

Traktat o nieposłusznych włoskich rodzicach

by 11 czerwca

We Włoszech zaczęły się już wakacje i w związku z tym od kilku dni zastanawiam się, jak to jest z włoską młodzieżą. Czytam w gazetach informacje o tym, że uczniowie jednej ze szkół postanowili uczcić koniec roku szkolnego wyrzucając z okna ławkę, jeszcze inni tak się upili, że dwóch z nich walczy o życie, a niefortunny skok ucznia do wody skończył się jego śmiercią. Wydaje się, że włoscy nastolatkowie nie mają zahamowań i nie słuchają nikogo, bo ważniejsze jest dla nich popisać się wyczynem i pokazać na YouTube, jak bardzo potrafią być cool. Oczywiście ta opinia nie dotyczy wszystkich uczniów i bynajmniej nie uważam, że młodzi Włosi są zepsuci do cna. Problem jednak istnieje i należy mu się przyjrzeć, by zrozumieć, dlaczego dzisiejsi uczniowie są praktycznie bezkarni. Nie trzeba też być geniuszem, żeby dojść do wniosku, iż winę za złe sprawowanie nastolatków z Italii ponoszą w dużej mierze ich rodzice. Niestety.

Za moich czasów (nie lubię takich porównań, ale niekiedy muszę je zastosować) rodzice i nauczyciele grali do tej samej bramki. Gdy wychowaczyni klasy na wywiadówce zwróciła rodzicowi uwagę, że dziecko się nieodpowiednio zachowuje, nie było zmiłuj i kara nie ominęła krąbrnego ucznia. Kiedy nauczycielka powiedziała, że ktoś się źle uczy, żaden z rodziców nie próbował usprawiedliwiać dziecka, a przyjął z pokorą opinię wychowawcy. Dzisiaj natomiast nie jest tak kolorowo, ponieważ dla rodziców we Włoszech naganne postępowanie ich potomków to przesada i zdarzają się przypadki, gdy używają pięści, by pokazać nauczycielom, że stoją murem za dziećmi. Ostatnio wiele mówi się o tym, że zawód nauczyciela w Italii stracił na prestiżu, zaś oni sami nie mają wśród uczniów szacunku. To akurat logiczne, gdyż nastolatkowie wiedzą, że rodzice ich wybronią z każdej sytuacji, więc po co poważać wychowawcę? Rodzice są odpowiedzialni za to, jak zmieniło się podejście dzieci do szkoły i jak bardzo czują się one bezkarne. Jeśli matka z ojcem są w stanie podnieść ręce na nauczyciela (a było takich czynów wiele) to czego tu się bać? 

Nie ma dzieci idealnych, więc to nic takiego, że uczeń może zbłądzić, zbuntować się, a nawet przestać się uczyć. Nie należy jednak z tego powodu grozić pięściami nauczycielowi lub się na niego rzucać, tylko przyjąć krytykę do wiadomości. Wiem z autopsji, że niełatwo jest uwierzyć w niewinność własnego dziecka, niemniej dla jego dobra warto otworzyć oczy. Przeczytałam niedawno artykuł, z którym wyjątkowo się zgadzam, a przedstawiał on współczesne dzieci jako książęta i rodziców ogarniętych wyrzutami sumienia, bo spędzających całe dni w pracy. Z tego powodu pozwalają im na wszystko i bronią przed każdym (w ich mniemaniu) atakiem. To pozwala uczniom mieć lekceważący stosunek do dorosłych i dzięki temu czują się panami sytuacji. Oliwy do ognia dodaje fakt, iż dzieci w Italii zwracają się do dorosłych po imieniu, ponieważ taki tutaj panuje zwyczaj. I właśnie dlatego traktują nauczycieli jako równych sobie. Skoro mówią do belfrów na "ty", oznacza to, że traktują ich jak kolegów. Nie ma potrzebnej między nimi bariery, stąd nie ma należytego szacunku.

Sprawa z mówieniem sobie na "ty", ogólnie rzecz biorąc jako matce, zaczęła odbijać mi się czkawką. Zmieniłam podejście do zagadnienia i uczę moje dzieci, że do dorosłych maj zwracać się "pan/pani". Nie obchodzi mnie, jak wołają mnie koleżanki córek, ale im samym nie pozwalam mówić starszym osobom po imieniu. I bardzo mnie wkurza, kiedy niektóre panie, słysząc to okropne słowo "signora", natychmiast protestują i każą Gai przestać tak się zwracać, ponieważ czują się stare. Ręce opadają mi podwójnie, zwłaszcza że to argument tak durny, że nie wiem, jak go skomentować. Poza tym to ja jestem od ustalania reguł moim dzieciom, zatem ta przeklęta "pani" powinna być zaakceptowana. I nie chcę wyjść na sztywniarę, której się w głowie od bon ton poprzewracało, lecz widząc to, co wyprawia młodzież i jak nie szanuje starszych, wolę dmuchać na zimne. Podsumowując zatem, włoska szkoła ma ciężki orzech do zgryzienia, natomiast praca nauczyciela stała się zwyczajnie niewdzięczna. Współcześni nastolatkowie mają zwolenników w postaci ich ojców i matek, nauczycieli zaś traktują jak zło konieczne. Jeśli tak dalej pójdzie, rodzice będą musieli wrócić do szkoły i siedzieć w klasach z dziećmi, aby przekonać się, jak naprawdę zachowują się ich niewinne pociechy. Może wtedy coś do nich dojdzie.


zdjęcie- Oggi Scuola

Pratigate, czyli jak włoski szołbiznes sięgnął dna

by 27 maja


W ostatnich tygodniach włoskim szołbiznesem wstrząsnęła afera, która jest tak absurdalna, iż nie wypada mi się jej nie przyjrzeć. Jak to jest z celebrytami, wiadomo nie od dzisiaj- wszyscy nimi gardzą, oficjalnie nikt się nimi nie interesuje, choć nie wiedzieć czemu ich instagramy czy inne social media, pękają w szwach. Kogokolwiek bym nie spytała, ten ich nie śledzi i w ogóle ich nie zna, jako że to wstyd czytać o jakichś gwiazdkach ze spalonego teatru. Ze mną jest zaś tak, że nie jestem specjalną fanką celebryckiego światka, niemniej wiem kto jest kim i zdarza mi się czasem zerknąć na Pudelka lub jego włoskie odpowiedniki. Obserwując to, co się dzieje u znanych osób, doszłam do wniosku, że polscy celebryci muszą się jeszcze wiele nauczyć od tych rodem z Italii, bo ci to dopiero wiedzą, co zrobić, by było o nich głośno. Skandal, który wraz ze swymi agentkami wywołała showgirl Pamela Prati nie schodzi z pierwszych stron gazet i jest na ustach wszystkich, nawet tych, których życie znanych osób w ogóle nie interesuje.

Natura nie znosi próżni, a włoski szołbiznes jest bezlitosny. Młode celebrytki usuwają w cień te starsze, mające za sobą długoletnie kariery. Co więc mają zrobić zapomniane showgirl, aby nadal było o nich głośno i telewizja zapraszała je na wywiady? Ano najlepiej kombinować i kłamać, żeby tylko nie wypaść z obiegu. Pamela Prati, celebrytka z długoletnim stażem, wstrząsnęła opinią publiczną, kiedy wyszło na jaw, że jej planowany (i szumnie zapowiadany w mediach) ślub się nie odbędzie, ponieważ jej narzeczony, niejaki Mark Caltagirone, nie istnieje. Został wymyślony po to, by pomóc Prati wrócić na telewizyjne salony, co poniekąd się jej udało. Zapraszano ją do popularnych programów rozrywkowych, gdzie opowiadała o wielkiej miłości do Marka, podjęciu decyzji o adopcji dwójki dzieci i w końcu zmianie stanu cywilnego. Media połknęły przynętę, a historia wielkiego uczucia Pameli i Marka budziła coraz większe zainteresowanie. Wkrótce jednak legło ono w gruzach, gdyż tu i ówdzie pojawiły się głosy, iż z małżeństwa nici, bo nie ma żadnego Marka Caltagirone. I rozpętało się piekło.

Czujne portale wykryły, iż Pamela Prati w różnych wywiadach zmieniała wersje wydarzeń, a poza tym zaczęto zastanawiać się, jak to jest możliwe, że Mark Caltagirone praktycznie pozostał anonimowy. Nikt go nie widział, nigdzie nie opublikowane jego zdjęć, a z narzeczoną nie pokazywał się publicznie. Prati tłumaczyła wszem wobec, iż Caltagirone ceni sobie prywatność i nie chce być na świeczniku, do tego mieszka za granicą i bywa w Italii gościem. Agentka celebrytki, Eliana Michelazzo, również zarzekała się (i to na grób swojego ojca), że Mark to nie jest wymysł, tylko facet z krwi i kości, zaś osoby zarzucające im kłamstwo to zwyczajni krętacze. Pamela Prati po raz kolejny odbyła tournee po telewizji, lecz tym razem nie mówiła o uczuciach, a ze łzami w oczach przekonywała, że Mark żyje i ma się dobrze. W końcu odechciało jej się mówić, bo i tak nikt jej nie wierzył, zrobiła więc to, co w tej sytuacji wydawało się najbardziej słuszne- nabrała wody w usta. Nie odpowiadała na pytania, opuszczała studia telewizyjne, a jej zachowanie było co najmniej dziwne. Nadal jednak trzymała się wersji, że nie wymyśliła narzeczonego, ponieważ nie miała powodu, aby to robić. Bańka jednak pękła, a Pratigate zataczała coraz szersze kręgi.

Presja ze strony mediów i internautów, którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać spowodowała, iż agentka Prati- Michelazzo, zdecydowała się wreszcie przyznać. W poruszającym (i w mojej opinii) mało wiarygodnym wywiadzie potwierdziła, iż Mark Caltagirone nie istnieje, a ona sama również padła ofiarą spisku ze strony drugiej agentki Prati- Pameli Perricciolo. Perricciolo, nazywana Donną Pamelą, odgrywa bardzo ważną rolę w telewizyjnej "aferze stulecia", niemniej pozostaje w ukryciu i nie udziela się publicznie. Okazało się, że pomysł na narzeczonego - widmo to dla agentek nie pierwszyzna, bowiem Michelazzo przez 10 lat była żoną męża, którego nigdy nie spotkała. Jak to możliwe? Otóż piękna Eliana została zmanipulowana (jak sama stwierdziła) przez donnę Pamelę, a Simone Coppi, czyli wirtualny mąż agentki, to fikcyjna postać. Oczywiście telewidzowie nie uwierzyli agentce, ponieważ istnienie wirtualnego męża to zbyt wiele nawet dla przyzwyczajonych do przekrętów Włochów. Narzeczony, którego nie ma, ślub, który się nie odbył i mąż z dziesięcioletnim stażem, którego nie widziało się na oczy- to brzmi jak scenariusz kiepskiej telenoweli. Najważniejsze jednak było to, iż wydobyto z agentki potwierdzenie o tym, że Caltagirone to chwyt marketingowy, a nie prawdziwy mężczyzna. W tej sytuacji media powinny więcej nie zapraszać Prati i jej (byłej już) wspólniczki, ale wygląda na to, o Pratiful tak szybko nie zapomnimy.

Wykryto bowiem, że dwie agentki były przez lata parą, a nieistniejący Simone Coppi potrzebny im był do rozwinięcia biznesu. Agencja kobiet działała podobno jak sekta i niektórzy zwerbowani przez nie celebryci przyznali, iż byli manipulowani. Michelazzo zaczęła oskarżać  Perricciolo i podała ją  do sądu, natomiast Palema Prati po raz kolejny udzieliła wywiadu i tym razem przyznała, że faktycznie, nie ma żadnego Marka Caltagirone, lecz wierzyła w jego istnienie i miała go poznać w dzień ślubu. Powstaje pytanie- czy można być aż tak bardzo zakochanym, aby dać się uwieść przez internet i zgodzić się zostać żoną człowieka, którego nie widziało się na oczy? Osobiście  w to wątpię i dla mnie Pratigate jest odbiciem tego, jak bardzo sława i pieniądze mieszają ludziom w głowach. Nie mam pojęcia, co będzie musiała zrobić Pamela Prati, żeby wybaczono jej wyczyny, jej agentki są spalone, a kariera showgirl zawisła na włosku. Kobiety okazały się oszustkami i przerzucanie wzajemnie winy nie ma sensu, gdyż w ten sposób miłe pane jeszcze bardziej się pogrążają. Sprawa niestety nie zejdzie z pierwszych stron gazet, ponieważ Włosi lubują się w aferach, a ta z Prati jest ewenementem na skalę światową. Internauci pragną, aby Netflix zrobił serial o Marku Caltagirone i całej Pratigate, zaś memy z bohaterami skandalu od kilku tygodni królują w necie. Nie wiem, czy takiej sławy pragnęła Pamela Prati, niemniej jedno jest pewne- już nikt o niej nie zapomni. I tylko ja, pisząc teraz o tym, zastanawiam się, jak to naprawdę ze mną jest. Jestem, a może mnie nie ma, a życie we Włoszech, mój mąż i córeczki są wymysłem mojej bujnej wyobraźni? Dziękuję Ci, Pamelo Prati!



zdjęcie- DiLei (od lewej- Pamela Perricciolo, Pamela Prati, Eliana Michelazzo)

Chcesz poczuć prawdziwe Włochy? Zamieszkaj na prowincji!

by 16 maja

To już rok, odkąd opuściliśmy Genuę i zamieszkaliśmy w uroczym miasteczku, gdzie liczba mieszkańców nie przekracza czterech tysięcy i prawie wszyscy się znają, a nieznajome twarze są od razu wyłapywane przez miejscowych. Przez dwanaście miesięcy wiele się u nas zmieniło, można powiedzieć, iż wsiąknęliśmy w nowe miejsce i jako tako zostaliśmy zaakceptowani. Ludzie są bardziej otwarci, niż w Genui, więc nic dziwnego, że tak dobrze się tutaj czuję. Nie wiem, czy jest to nasz dom na kilkanaście (bądź kilkadziesiąt) przyszłych lat, lecz póki tu będę, nie mam zamiaru narzekać. Oczywiście siedzi we mnie myśl, by wrócić do dużego miasta, ponieważ brakuje mi czasem miejskiego zgiełku i sklepów, o które w mojej mieścinie trudno.

Bressana Bottarone, bo tak się nazywa nasze miasteczko, to taka fajna włoska dziura. Składa się z jednej długiej ulicy, która ciągnie się na kilka kilometrów i ma niezliczoną ilość rozgałęzień, choć życie toczy się właśnie na ulicy Depretis. Rynek główny jest nieduży i mieści się na nim Urząd Miejski, obok usytuowany jest kościół i szkoła podstawowa Gai. Naprzeciwko znajduje się najważniejsze miejsce według mieszkańców, czyli bar, gdzie codziennie rano spotykają się stali bywalcy, by wypić szybko kawę i wymienić kilka słów. Obok jest kiosk i punkt Lotto, a potem nie ma już nic, znaczy są pozostałości po sklepach, które zostały zamknięte. To smutne, że ulica Depretis ma tyle pustych punktów i tylko jej centralna część jako tako się trzyma. Wszystko inne zostało zdominowane przez galerie handlowe, a jest ich coraz więcej, jednak nie ma w nich ani krzty włoskiej duszy i odrobiny magii

Bressana może się poszczycić niejednym placem zabaw, co akurat bardzo doceniam. Nasz ulubiony położony jest kilka kroków od domu i jeśli jest fajna pogoda, często do niego wpadamy. Dzieci szaleją, zaś matki, o ile za nimi nie biegają, odpoczywają na ławeczkach i oddają się rozmowom. Ileż osób poznałam dzięki chodzeniu na plac zabaw, ile narodowości jest w Bressanie, mieszka tu pół Europy i duża reprezentacja reszty świata, a jedyną Polką na horyzoncie jestem ja. W sumie spodziewałam się tego, ale miałam nadzieję, że końcu porozmawiam z kimś na żywo po polsku i poznam jakąś rodaczkę. Niestety, na razie muszę obejść się smakiem i szlifować język włoski, co nie zawsze mi się udaje.

Bressana Bottarone nie ma, rzecz jasna, jednego baru, bo to byłby skandal, lecz trochę ich tutaj jest i co ciekawe, ciągle otwiera się nowe. Nie mam pojęcia, jak tyle knajpek znajdujących się blisko siebie jest w stanie się utrzymać, niemniej napawa optymizmem fakt, że chociaż one nie martwią się o przyszłość. Znając zamiłowanie Włochów do rozmów i ogarniania rzeczywistości w barach, nie ma się co dziwić, że je tak licznie odwiedzają. Od rana, niezależnie od pogody, widać klientów siedzących zewnątrz i plotkujących nie wiadomo o czym. Ich twarze, do niedawna anonimowe, są już przeze mnie dobrze znane. Dziadek jednej z dziewczynek z klasy Gai, ojciec innego chłopca, ekscentryczny właściciel apteki, który przed otwarciem idzie wypić szybką kawę, czy miejscowy fryzjer, od lat będący na emeryturze. Swoją drogą fryzjerów jest również kilku i wygląda na to, że żadnemu z nich nie grozi bankructwo.

Jest i Bed&Breakfest, takie jakieś niemrawe i kryjące się za drzewami, mamy też prywatne przedszkole, do którego dwa miesiące uczęszczała Gaja. Na samym końcu ulicy Depretis znajduje się jedyna miasteczkowa restauracja, jest też klub Harleyowców i można odjechać w siną dal. Bressana Bottarone to swoista sypialnia, a mieszkańcy pracują w okolicznych miastach, takich jak Pavia, która leży 20 minut dalej, czy Mediolan, oddalony o godzinę. Czasem chciałabym się przenieść do Milano, nie zaprzeczam, ale na szczęście szybko mi przechodzi, bo ta włoska, niepowtarzalna prowincja była tym, czego potrzebowałam. Nieważne, że wielki świat do Bressany nigdy nie zawita, nieważne, że nawet pies z kulawą nogą tu nie zagląda, gdyż liczy się atmosfera, a ta jest włoska aż do szpiku kości. I ciągle się coś buduje, wiecznie są jakieś przeboje, a najnowszy to ten, iż obecne władze chcą sprywatyzować miejscowy cmentarz. W związku z tym dom aktualnej pani burmistrz jest oblegany, zaś Gaja nazywa go domem, który straszy. Faktycznie, może i tak być, w końcu duchy nie lubią, gdy się je niepokoi. Posłuchaj mojej rady, a nie pożałujesz- włoska prowincja jest tym, czego Ci trzeba!

Obsługiwane przez usługę Blogger.