Ktokolwiek widział, ktokolwiek zjadł

by 28 lutego
  Jak dobrze, że "tłusty czwartek" już minął! Wczoraj co prawda pączkami się nie obżerałam, bo włoskim kreplom daleko do naszych, ale za to uszczupliłam do minimum zapasy Malagi, Tik Taków i Kasztanków, a po Michałkach w naszym domu ślad zaginął. No cóż, słaba persona ze mnie, a dzisiaj ogarnęły mnie wszelkiego rodzaju skrupuły i wyrzuty sumienia. Obiecałam sobie też, że słodyczy już nie ruszę, co będzie dosyć łatwe, bo prawie wszystkie zjadłam. Luty upłynął mi na zamartwianiu się i desperacji, ale sama sobie jestem winna. Oby marzec pozwolił mi wrócić do równowagi.

  Gaja jest ostatnio bardzo rozbrykana. Odkąd odkryła, że może się podnosić, zaczęła to robić regularnie, ku uciesze rodziców. Wychodzi jej to coraz sprawniej, choć nie jest jeszcze w stanie stać na nóżkach bez trzymania się czegoś. Naśladuje mnie i męża w każdy możliwy sposób, szczypie nas w szyję (nie jest to przyjemne uczucie) i uwielbia rozsypywać ziemniaki na podłogę. Najbardziej rozśmiesza mnie, gdy przykłada do ucha obojętnie jaki przedmiot (głównie klamerkę albo klocki) i udaje, że rozmawia przez telefon. Jej imitacja mamy i tatusia jest doskonała, a ja już dopatruję się w niej zdolności aktorskich i innych talentów. Nie mam wobec mojej córeczki wygórowanych ambicji i marzę tylko o tym, żeby była szczęśliwa. Naturalnie cieszyłabym się, gdyby wybrała zawód lekarki lub nauczycielki, ale jeśli będzie chciała zostać fryzjerką czy kosmetyczką, nie będę jej od tego odwodzić. Natomiast mąż, który jest wielkim pasjonatem i znawcą dinozaurów, widzi Gaję jako paleontologa. Jego pragnienie jest nierealne, bo na włoskiej ziemi nikt jeszcze nie odkrył szczątków T-Rexa, a na studia w USA raczej nigdy nie będzie nas stać.

  Drugą alternatywną opcją, którą zaplanował sobie mąż, jest ta, by zrobić z Gai dentystkę. Pan P. twierdzi, że mała ma do tego dryg, bo lubi zaglądać nam w zęby. Uważa również, że dobrze by było mieć w rodzinie stomatologa, ponieważ zaoszczędzimy na leczeniu. Ja sądzę, że za 30 lat to i tak nie będzie konieczne,gdyż zostaniemy dumnymi posiadaczami sztucznych szczęk, ale mój mąż wie swoje. To życiowy optymista (jak to Włoch) i jest przekonany, że do końca życia będzie piękny i w formie. Dla mnie zawsze:).

  Czekamy na Oscary! Jestem wielką fanką kina i tego typu gal, więc nigdy nie przepuszczam okazji, by zobaczyć największe gwiazdy dużego ekranu. W tym roku trzymam kciuki za Leonardo Di Caprio, mimo że nie jest moim ulubionym aktorem, ale Oscar mu się po prostu należy i to od dobrych kilkunastu lat. Włosi zaś są tak pewni zwycięstwa ich kandydata (filmu "Wielkie piękno"), że już w poniedziałek jeden z kanałów telewizyjnych pokaże właśnie ten film (liczą na rekord oglądalności). Mam nadzieję, że się nie rozczarują, bo też kibicuję tej produkcji.

  A tymczasem na ziemię przywrócił mnie dziś i to nawet brutalnie, rachunek za gaz, który dostaliśmy. Kiedy zobaczyłam kwotę, myślałam, że padnę, a na usta zaczęły mi się cisnąć najgorsze przekleństwa. 170 euro, kto za to zapłaci? Chyba pomyślę o tym jutro. Niezapomnianego Oscarowego (i nie tylko) weekendu Wam życzę!

Danse macabre

by 26 lutego
  I znowu burza przeszła nad miastem, zostawiając za sobą ślady w postaci nadłamanych drzew i niekończącej się ilości kropel deszczu, które od rana tańczą w rytm melodii- kap, kap, kap... Szkoda, że jestem kiepską tancerką i nie po drodze mi z brzydką pogodą. Co innego mój mąż, który na ulewę czekał od ponad tygodnia, bo kupił sobie kalosze i umierał z pragnienia, by je przetestować. Dziś wreszcie nadszedł ten moment i mąż, pękając z dumy, wyszedł do pracy w filcowych gumowcach, które za nic nie przypominają tych stylowych Huntera. Wyglądał jak Kot w butach, a gdy założył do tego swój płaszcz przeciwdeszczowy a la Batman, popłakałam się ze śmiechu. Zapomniał biedak, że Genua to nie Gotham City, a mu daleko do bohaterów z komiksów. Mam tylko nadzieję, że nie będzie szukał po drodze Jokera i wróci do domu bez żadnej kontuzji:).

  To już postanowione i oficjalne- jutro, czyli w tłusty czwartek, po raz ostatni zjem coś słodkiego, a potem zaczynam ośmiotysięczną z kolei dietę. Jestem wściekła na siebie, ponieważ już tak dobrze mi szło, ale przeziębienie osłabiło mnie do tego stopnia, że musiałam sięgnąć po czekoladę. Mąż kpi ze mnie i twierdzi, że w odchudzaniu jestem niekonsekwentna, a ja niestety muszę przyznać mu rację. Nie mam pojęcia, co mną kieruje, kiedy się obżeram (czego minutę później bardzo żałuję), to chyba diabeł szepcze mi do ucha bym zgrzeszyła i jadła. O efekcie jo-jo mogłabym napisać książkę, bo wraca do mnie uparcie i rozrasta się z chirurgiczną precyzją o dobrych parę kilogramów. Odchudzanie to dla mnie temat rzeka i marudzę o tym przy każdej nadarzającej się okazji, dlatego proszę Was o odrobinę cierpliwości i zrozumienia dla nieidealnej mamy!

  Wczoraj wpadłam na nowy pomysł, aby zapisać się na kurs tańca, ale mąż nie chce o tym słyszeć. Wstydzi się i tyle, znam go. Oboje nie umiemy tańczyć i robimy to tylko wtedy, gdy musimy. Wyginamy się koślawo i poruszamy się jak sparaliżowani. Raz miałam okazję widzieć video z nagraniem jakiejś imprezy rodzinnej, na której "tańczyliśmy" i na samo wspomnienie tej kompromitacji oblewam się rumieńcem wstydu. Gaja ma naprawdę staroświeckich i śmiesznych rodziców. Ona sama, gdy słyszy swoje ukochane piosenki z bajek, porusza się z gracją, a ja zastanawiam się po kim to odziedziczyła. Bynajmniej nie po nas, to nie ulega wątpliwości. Wymyśliłam kurs tańca jako alternatywę dla siłowni, ale raczej nic z tego nie będzie. Nie mamy z kim zostawić naszej Kluseczki, a ja nie jestem jeszcze gotowa na to, by się z nią rozstać nawet na godzinę.

  Siódma wieczorem to najpiękniejsza chwila w ciągu dnia.Właśnie wtedy wraca mąż, a Gaja, widząc go w drzwiach, raczkuje szybko w stronę tatusia i krzyczy "Papum". Tym razem mam obawy, czy też tak będzie, bo mąż w prochowcu i gumiakach to nie jest przyjemny widok. Oby Gaja się nie przestraszyła!

Wyginamy śmiało ciało

by 24 lutego
  Mój mąż oszalał! Ni z tego, ni z owego zapragnął nagle poprawić swą sylwetkę i wczorajszy dzień spędził prężąc się przy lustrze niczym największy narcyz. Zamarzyła mu się piękna muskulatura i postanowił zapisać się na siłownię, nie pytając mnie przy tym o zdanie. A jest ono jednoznaczne- po moim trupie! Nie pozwolę mu na wychodne w weekendy z tej prostej przyczyny, że jest gościem w domu. W ciągu tygodnia spędzam czas sama z Gają, co akceptuję z trudem, ale rozumiem, że mąż ma taką pracę (przeklęty uniwersytet, nie ma z niego żadnego pożytku).

  Jeśli mężuś chce ćwiczyć, możemy robić to razem. Jego gabinet (czyli pokój z biurkiem, jestem egzaltowana), otoczony jest różnymi przyrządami- od hantlów począwszy, a na mini bieżni skończywszy, tak więc mamy duże pole do popisu. Myślę, że wpływ na decyzję męża miał film akcji, który niedawno razem oglądaliśmy. Vin Diesel (ulubiony aktor Pana P.), to nie jest ideał godny naśladowania, jest napakowany, ale nic poza tym. Mąż zresztą podoba mi się taki, jaki jest i nie wyobrażam go sobie jako typowego mięśniaka. Weekend upłynął więc nam na polemikach, bo gdy mój luby na coś się uprze, trudno mu wybić cokolwiek z głowy. A moje argumenty nie docierały do niego wcale i odbijał je jak piłka, gdy próbowałam wbić mu do łepetyny, że nie ma czasu na wysiłek fizyczny. Karnetu na siłownię co prawda jeszcze nie zakupił, ale sądzę, że za niedługo to zrobi. Mamy dokładnie odwrotne kompleksy- ja czuję się za gruba, mąż za chudy, a razem wyglądamy jak Flip i Flap:). Grunt to poczucie humoru i ironia, a tych cech mi nie brakuje!

  Tymczasem nasza ukochana jaśnie panienka dała w weekend niezły popis, raczkując i podnosząc się coraz sprawniej, co nie obyło się bez kontuzji. Nabiła sobie wielkiego guza na czole, który dzisiaj przybrał kolor ciemnego fioletu. Nie spuszczamy Gai z oczu i jesteśmy zawsze blisko córeczki, a mimo to przydarzają się jej wypadki. Wiem, że się od nich nie uchroni, ale serce kraje mi się zawsze, gdy mała płacze wniebogłosy. Wyrzucam potem sobie, że nie jestem zbyt uważna i jako matka muszę się jeszcze dużo nauczyć.

  W miniony piątek otrzymaliśmy paczkę, którą przysłała nam teściowa (ostatnio nasi rodzice szaleją z tymi prezentami). Posłała nam między innymi najpyszniejsze i najsłodsze pomarańcze ze swego ogródka, których jestem wielką amatorką i zjadłam już prawie wszystkie. Teściowie zapowiedzieli się do nas na wiosnę, więc w domu znów będzie wesoło. Muszę zacząć kupować mąkę, bo założę się, że babcia Gai po raz kolejny będzie piekła chleb. Taka teściowa to skarb!

  Mamy wreszcie nowych sąsiadów, ale nie jestem do nich za bardzo przekonana. Nie odpowiadają na ukłony, patrzą na nas z góry, krótko mówiąc są niesympatyczni. Ten brak wychowania jest tutaj nagminny, bo rzadko kto mówi nam "dzień dobry". Zastanawiam się dlaczego tak się dzieje, przecież jesteśmy przemili. Przypomina mi się też piosenka mojej ulubionej wokalistki i nucę ją sobie mimowolnie, gdy widzę niektórych snobów z okolicy: "I chociaż mamy dwie nogi, ręce, ludzie nie mówią nam dzień dobry"... Taki los!

Zacznij od siebie

by 21 lutego
  Jestem idealistką. Chciałabym żyć w świecie wolnym od terroryzmu i nietolerancji, ale zapominam czasami, jak okrutną bestią potrafi być człowiek. Z przerażeniem oglądam rzeź na Ukrainie i nie bez lęku zastanawiam się, dokąd zmierzamy? Prędzej czy później sami się wykończymy, bo zbyt dużo mocy dostaliśmy w ręce. I zamiast wykorzystać ją w słusznej sprawie, wiecznie wojujemy. To my, ludzie, jesteśmy najgroźniejszą odmianą drapieżników na tym padole. Nie mam też wątpliwości, że jeśli się nie opamiętamy, czeka nas marny los. Nie chcę, żeby Gaja wychowywała się w tak pełnym zła świecie, ale jakie mam wyjście? Nie przeniesiemy się przecież na inną planetę, choć gdyby było to możliwe, skorzystałabym z okazji. Jedyna nadzieja w tym, że może wreszcie dotrze do nas, iż przemoc to nie jest rozsądne wyjście.

  Wczorajszy dzień spędziliśmy dosyć intensywnie, ponieważ mieliśmy zaklepaną wizytę u pediatry. Pani doktor przyjęła nas z półtoragodzinnym opóźnieniem, tłumacząc się tym, że szaleje grypa. Byliśmy ostatni na liście, więc kiedy przyszła na nas kolej, na niebie pojawiły się już gwiazdy. Pediatra zbadała Gaję błyskawicznie, a ja odniosłam wrażenie, że chciała się nas pozbyć jak najszybciej. Miałam w głowie tysiące pytań, które chciałam jej zadać, a musiałam się ograniczyć tylko do dwóch. Lekarka stwierdziła, że Gaja jest nadal szczuplutka (też mi nowość) i była wielce zdziwiona tym, że jeszcze nie chodzi. Zna naszą córeczkę od urodzenia i wie, że przez siedem miesięcy była zablokowana, więc zakoczyła mnie trochę jej reakcja. Wiadomo, że musi minąć trochę czasu, żeby Gaja nadrobiła zaległości. Po przyjściu do domu mała zaczęła się podnosić, jakby chciała pokazać, że zrozumiała słowa pani doktor. Myślę, że nadszedł czas na zmianę pediatry, bo nie lubię, gdy traktuje się nas lekceważąco. Wiem, że jest epidemia grypy, ale jej skutków nie może ponosić moja córeczka.

  Dziś Gaja po raz pierwszy jadła jajko na miękko, a miny jakie przy tym robiła, były bezcenne. Nie sądzę, by jej smakowało, ale będziemy próbować. Jesteśmy zmuszeni zmienić dietę, bo mała musi przybrać na wadze. To, że jest chudziutka, nie spędza mi snu z powiek, ale faktem jest, że trochę się niepokoję. Taka to już ze mnie jest przewrażliwiona mamuśka.

  Odkąd pojawiła się Gaja, moje życie zmieniło się na lepsze i dlatego postanowiłam się dzielić moim szczęściem z Wami. Pisanie bloga to fajna sprawa, bo pozwala mi utrwalić chwile, które i tak ulotnią się z mej pamięci. Sama bardzo lubię czytać inne blogi, a niektóre z nich są dla mnie inspiracją. Nie potrafię jednak wytłumaczyć sobie, dlaczego zjawisko hejtingu, tak powszechne w internecie, jest obecne również wśród blogujących mam? Tworzymy fajną sieć- zwariowanych na punkcie naszych dzieci babek i powinnyśmy się wspierać. Komentuję, ale staram się ubierać myśli w sposób delikatny i sympatyczny, bo nie chcę nikogo urazić. Każda mama bowiem jest wyjątkowa, a każde dziecko najpiękniejsze. Chcesz zmienić świat- zacznij od siebie- nie hejtuj! Dziękuję za uwagę:).
 

Niemodna żona, roztargniony mąż

by 19 lutego
  Są takie dni, kiedy ogarniają mnie wątpliwości i zastanawiam się nad sensem życia lub też jego brakiem (jak kto woli). Siedzę w domu już zdecydowanie za długo i chyba dlatego miewam chwile pesymizmu i zadumy. Jak zapewnie zdążyliście zauważyć, jestem szczęśliwą żoną i matką, więc teoretycznie nie mam powodów do narzekań. I tak właśnie jest, a te dwie role pozwalają mi czuć się kobietą spełnioną. Niemniej jednak, mimo tej oazy spokoju, która mnie otacza, czasem zadaję sobie pytanie: czy wszystko, na co mnie stać to wychowywanie dziecka i gotowanie? Obawiam się, że tak.

  Sięgam pamięcią wstecz i dochodzę do wniosku, że nie powiodło mi się za bardzo pod względem zawodowym, a moje CV pozostawia wiele do życzenia. Coś tam potrafię, ale za mało, by przebić się między młodych gniewnych i wyjść przed ich szereg. Nie jestem przebojowa, nie umiem walczyć o swoje i brakuje mi tupetu, który jest niezbędny do osiągnięcia sukcesu. Jestem nieśmiała, a ta cecha w stosunkach międzyludzkich nie pomaga. Patrzę na inne matki, które z powodzeniem realizują się nie tylko na gruncie prywatnym, są zadbane i nieskazitelne. Nie ukrywam, że jest we mnie nutka zazdrości, bo chodzę przeważnie w dresach, nie mam czasu na fryzjera czy kosmetyczkę i nie wiem, co to makijaż.

  Mąż, który jest odbiorcą i świadkiem moich zgryzot, powtarza mi, że mam się niczym nie przejmować, bo dla niego będę zawsze najpiękniejsza. Uważa też, że zrobiłam dużo, rezygnując z pracy, by być z nim. Moja praca i tak była funta kłaków warta, więc nie sądzę, żeby to było aż takie poświęcenie. To, że zostałam w domu z Gają, jest rzeczą naturalną. I jestem spokojna, tylko dni jakoś przeciekają mi przez palce. Są bowiem jednakowe, a scenariusz mojego życia stał się okrutnie przewidywalny. Czy nie czeka mnie już nic? A może jestem złą matką, mając takie myśli?

  Nie chcę jednak kończyć smutno, więc opowiem Wam o kolejnym wspaniałym zakupie, którego dokonał mój niezawodny mąż. Nabył dla Gai zapas smoczków, ponieważ mała je ciągle gryzie i niszczy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie banalny szczegół- na każdym ze smoczków jest narysowany samochodzik. Mężowi księżniczki się nie podobały, ale zapomniał chyba, że smoczki nie są dla niego, tylko dla naszego dziecka, które jest płci źeńskiej. Wysłać go do sklepu to naprawdę wielkie ryzyko, bo nigdy nie wiem, z czym wróci. Tok rozumowania mojego ukochanego jest po prostu porażający!

Córeczko, już nie chcę, żebyś była chłopcem

by 17 lutego
  Jesień tej zimy nie chce ustąpić. Przez ostatnie dni znów lało i wiało, a o śniegu mogę nadal tylko pomarzyć, bo jest tutaj zjawiskiem nadprzyrodzonym. Zamiast spędzić niedzielę w otoczeniu przyrody, musieliśmy zadowolić się zielonym dywanem, który stał się dla nas namiastką trawy. Gaja bawiła się na nim w najlepsze, rozrzucając klocki gdzie popadnie, a mój roztargniony mąż wiecznie się o nie potykał i bez przerwy lądował na podłodze. Nasza córeczka, widząc tatusia na ziemi, miała z tego niezły ubaw i nie pozwoliła mu wstać i odpocząć. Już w sobotę przykleiła się do niego i przez cały dzień "rozmawiała" z nim, gestykulując rączkami, co było naprawdę urocze. Nie widziała tatusia okrągły tydzień, więc musiała mu "opowiedzieć" o wszystkich psotach, które urządzała. A że nagromadziło się ich sporo, mąż słuchał zaciekawiony i co chwilę wybuchał śmiechem. Więź łącząca Gaję z tatusiem jest niezwykła, a ja jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa!

  Dziś wszystko wróciło do normy i znowu jesteśmy same. Poniedziałki bywają smutne, bo to dopiero początek naszej tygodniowej rozłąki. Sądziłam, że tylko ja odczuwam brak męża, ale przyglądając się podczas weekendu reakcji Gai, zrozumiałam, że ona też tęskni za tatusiem. Niedawno skończyła 14 miesięcy i coraz więcej rzeczy do niej dociera. Jest mądrą dziewczynką, a ja nie mogę się doczekać chwili, kiedy mała zacznie ze mną rozmawiać. Wyobrażam sobie, że będzie mi zadawać setki pytań i na pewno nie na wszystkie znajdę odpowiedź. Na razie przygotowuję się do konwersacji z córeczką prowadząc przydługie i nudne monologi. Potrafię tak gadać godzinami, a Gaja słucha mnie cierpliwie, za co jestem jej wdzięczna.

  Jak ten czas szybko leci! Jeszcze niedawno nosiłam małą pod sercem i zastanawiałam się jaka będzie ta moja córeczka. Pamiętam, że byłam pełna obaw, ponieważ marzyłam o synu i nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę urodzić dziewczynkę. A wszystkiemu winne były pogmatwane relacje, które łączyły mnie kiedyś z moją mamą. Myślałam, że nie poradzę sobie z wychowaniem dziewczynki i nie będę jej w stanie kochać tak bardzo, jak mogłabym kochać chłopca. Pojawienie się Gai oczywiście zweryfikowało wszystkie moje durne poglądy i zrozumiałam, że płeć nie ma żadnego znaczenia. Kocham moją córeczkę ponad życie i nie zamieniłabym jej na tuzin chłopaków. Postaram się też nie popełniać błędów wychowawczych, których stałam się udziałem. Wiem, że łatwo się mówi, ale będę próbować ze wszystkich sił. I choć jestem na początku macierzyńskiej drogi, to już jestem pewna, że zmierzam w dobrym kierunku. Od pierwszych chwil spędzonych z córeczką powtarzam jej bowiem, jak bardzo ją kocham. Mam nadzieję, że miłości w życiu jej nie zabraknie, bo w końcu to ona jest najważniejsza. Kiedy jest się kochanym, wszystko staje się możliwe!

Miłość w czasach (wirtualnej) zarazy

by 13 lutego
  Wielkimi krokami zbliżają się Walentynki. Mój stosunek do tego "święta" jest raczej obojętny, choć kiedy byłam jeszcze samotna, Dzień Zakochanych wzbudzał we mnie smutek i przygnębienie. Widok par obściskujących się na każdym kroku i ostentacyjnie okazujących sobie uczucia przyprawiał mnie o mdłości, a dzień 14 lutego w tamtych czasach najchętniej wykreśliłabym z kalendarza.

  Dziś nie jest już tak źle, bo nie jestem sama, a Walentynki są dla mnie dniem takim jak inne. Nie umieram z miłości bardziej niż zazwyczaj i tak samo jak zawsze kocham mojego męża. Co roku w dowód pamięci ukochany daje mi jakiś drobiazg (przeważnie czerwoną różę) i na tym kończy się nasz romantyzm. Mąż jutro nie zwolni się z pracy, bo przecież szef nie da mu urlopu tylko dlatego, że są Walentynki. Nie pójdziemy też na randkę, a ja nie ubiorę się w małą czarną i wysokie szpilki, ale to nic. Zostaniemy w domu z Gają i będziemy się bawić i wygłupiać. Cóż więcej do szczęścia jest mi potrzebne?

  Jesteśmy razem i jak to w życiu bywa, raz jest lepiej, raz gorzej. Motyle w brzuchu już dawno wyfrunęły, co naturalne, a najważniejsze jest to, że się kochamy i szanujemy. Poznaliśmy się banalnie, tak jak miliony ludzi teraz, bo przez internet. Dostałam maila z reklamą jakiegoś portalu randkowego, który miałam olać, ale tak bardzo mi się chciało gadać po włosku, że postanowiłam się zalogować, by z kimś poklikać. Napisał do mnie miły i przystojny Włoch (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to mój przyszły mąż), no i tak rozmawiamy do dzisiaj. Czasem żartuję sobie, że internet został wymyślony właśnie po to, abyśmy mogli się spotkać:)!

  Przez parę lat funkcjonowaliśmy jako para dosyć niekonwencjonalnie, ponieważ widywaliśmy się rzadko, a wirtualny świat stał się dla nas rzeczywistością. Na dłuższą metę było to męczące, więc pewnego pięknego dnia spakowałam walizki i wyjechałam. Większość osób na wiadomość o mojej decyzji pukała się w czoło i wróżyła mi rychły powrót, ale nie przejmowałam się tymi "głosami rozsądku". Zostałam we Włoszech i wraz z mężem przechytrzyliśmy malkontentów:). Za niedługo będziemy obchodzić drugą rocznicę ślubu, mamy śliczną córeczkę i na pewno na tym nie poprzestaniemy. W przededniu Dnia Zakochanych, życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna tyle miłości, ile ja mam na co dzień!
 
 

Pan Niania

by 12 lutego
  Przykleiła się do mnie grypa jak rzep do psiego ogona. Już prawie tydzień wlecze się za mną i nie chce ustąpić. Wyglądam gorzej niż się czuję, a czuję się naprawdę źle. Najbardziej pożądanym towarem stały się dla mnie husteczki higieniczne, których zużyłam już chyba tony. To cud, że Gaja się jeszcze ode mnie nie zaraziła. Nie mogę jej przytulać, mimo że bardzo bym chciała i trochę mi z tego powodu smutno. Zdrowie mojej Kluseczki jest jednak najważniejsze, a gdy wyzdrowieję (co w końcu musi nastąpić), nadrobię braki w ściskaniu małej.

  Wczoraj spędziłam cały dzień w łóżku, ponieważ miałam gorączkę, wobec czego mąż został w domu, by zająć się Gają. Mojemu ukochanemu wydaje się, że opieka nad dzieckiem to bułka z masłem, tymczasem przekonał się na własnej skórze, jak się pomylił. Zapanować nad Gają to nie jest łatwa sprawa, bo trzeba mieć oczy naokoło głowy. Córeczka jest energiczną, ciekawą świata dziewczynką, która chce wejść w każdy kąt, a siedzenie w kojcu to dla niej niemalże kara. Mąż zaplanował sobie, że Gaja będzie grzecznie się bawić, a on posprząta i wszyscy będziemy zadowoleni. O święta naiwności! Już przy pierwszym podejściu zostawienia Gai w kojcu mieliśmy próbę jej wokalnych możliwości. Zaczęła krzyczeć i płakać, więc mąż musiał odstawić gary i zająć się córką. Jego metoda wychowawcza nie przypadła mi do gustu, bo pozwolił Gai raczkować po domu i szaleć, co przyniosło konsekwencje w postaci guza na czole.

  Po paru intensywnych godzinach, mężowi udało się wreszcie ujarzmić Gaję. Przed uspaniem małej próbował ją przebrać, a ja miałam z tego powodu niezły ubaw. Gaja uciekała za każdym razem, gdy tatuś chciał jej założyć pieluchę i dopiero po kilku podejściach udała się mu ta sztuka. Roczna dziewczynka to nie to samo co kilkumiesięczne i grzeczne niemowlę. Mąż wyszedł z wprawy, ale nie mam mu tego za złe. Jest wspaniałym i kochającym ojcem, a Gaja go wprost uwielbia. Pracuje na dwóch etatach, by zapewnić nam godne życie, więc nic dziwnego, że rzadko bawi się w nianię.

  Gdy Gaja zasnęła, zostałam zaproszona na obiad. Zupa pomidorowa przygotowana przez Włocha robi wielkie wrażenie! L. ugotował ją pod kątem moich wskazówek, ale i tak była praktycznie niejadalna. Pan P. ma bowiem manię dodawania sera do każdego posiłku, zapominając, że ja go nie znoszę. Zajadał się z apetytem, podczas gdy ja robiłam dobrą minę do złej gry. Pomidorówka i starty ser nie idą ze sobą w parze, uwierzcie mi na słowo:)!

  Dzisiaj już nie mam gorączki, toteż mąż poszedł do pracy. Przed wyjściem do domu zapytał mnie jak ja to robię, że potrafię jednocześnie ugotować, posprzątać, a przede wszystkim zająć się Gają? No właśnie, jak? To bardzo proste, ale trzeba być mamą, by to zrozumieć:).
 
 

Pierwsza torebka

by 10 lutego
  Za nami piękny i niepowtarzalny weekend! Niby nic szczególnego się nie wydarzyło, bo nie zdobyliśmy świata, ani też nie uczyniliśmy innych wielkich odkryć- po prostu było nam razem dobrze. Już dawno przekonałam się, że siła tkwi w rzeczach małych, wydawałoby się banalnych, których nie można kupić za żadne pieniądze. Uśmiech mojej córeczki jest dla mnie bezcenny, a kiedy widzę, jak jest szczęśliwa i zadowolona, to wiem, że mam obok siebie wszystko czego pragnęłam! Niepotrzebne mi miliony, bo już dawno jestem w ich posiadaniu- milionów uczuć, które daje mi Gaja.

  Mimo że nadal jestem przeziębiona, a mój nos powiększył się do monstrualnych rozmiarów, przez co wyglądam okropnie, to i tak jakoś raźniej mi na duszy. Gaja czuje się wyśmienicie i nic już jej nie dolega, więc wczoraj dała niezły popis, rozrabiając ile wlezie i doprowadzając mnie do zadyszki. Próbowała też się podnosić, co nawet jej się udawało, a ja pękałam z dumy i wyobrażałam sobie, że pierwsze kroki małej są tuż, tuż. Mąż ostudził moje zapały twierdząc, że na tę chwilę musimy jeszcze poczekać, ale co on tam wie:).

  W sobotę zostałam wystawiona na ciężką próbę, bo dotarła do nas paczka z Polski, o której istnieniu nie miałam zielonego pojęcia. Rodzice zrobili mi niespodziankę, przysyłając nam całą masę prezentów bez okazji oraz łakoci, na widok których zaświeciły mi się oczy. Przyznaję ze wstydem, że nie udało mi się oprzeć pokusie i pożarłam bez skrupułów parę czekoladek. Tak rzadko mam okazję jeść polskie rarytasy, że kiedy je widzę, tracę głowę. Mąż już dawno przestał się wtrącać, choć tyle razy mówiłam mu, że ma mnie upominać, kiedy przesadzam z jedzeniem. Nie robi tego, więc tym bardziej podjadam, gdy mam okazję. Dietę zawiesiłam na czas nieokreślony, bo i tak teraz nie mogę ćwiczyć. Jak się wali, to na całego:).

  Gaja dostała od babci klocki i śliczną torebkę Hello Kitty, która wprawiła mnie w zachwyt. Z torebką na ramieniu Gaja wygląda jak mała dama, ale póki co, woli bawić się klockami. Na torebkę przyjdzie czas, bo przecież każda prawdziwa kobieta, niezależnie od wieku, bez niej obyć się nie może. Na razie służy jako schowek na smoczek, a mąż uważa, że to bardzo praktyczne rozwiązanie. Mężczyźni na niczym się nie znają:)!

"Potop" prawie zatopiony, przeznaczenie i dołeczki

by 06 lutego
  I wreszcie jakieś optymistyczne wieści! Słońce pojawiło się na niebie rozświetlając Genuę swym blaskiem, a we mnie od razu obudziła się chęć do życia, której ostatnio mi brakowało. Notoryczne opady deszczu spowodowały, że byłam na bakier z dobrym humorem, dzisiaj natomiast mogłabym przytulić do siebie cały świat i jeszcze byłoby mi mało:).

  Gaja czuje się już lepiej, więc przez pół dnia brykała po domu, zaglądając w każdy kąt, bo interesuje ją wszystko. Udało się jej jakimś cudem ściągnąć ze stolika "Potop", który czytam i próbowała zatopić w nim swe ząbki, ale zdążyłam ją powstrzymać. Jestem wielbicielką powieści Sienkiewicza i gdyby córeczka zniszczyła mi książkę, byłaby to dla mnie niepowetowana strata! Wystarczy chwila mojej nieuwagi i mała kombinuje jak może, by coś napsocić. Głośno się przy tym śmieje, pokazując urocze dołeczki, a ja nie mam siły się na nią gniewać.

  Uwielbiam monologi mojej córeczki, bo gdy tak rozprawia sama ze sobą, bardzo przypomina swojego tatusia. Wymachuje rączkami, gestykuluje i wykonuje typowo włoskie gesty, które śmieszą mnie nieustannie. Gaja wychowuje się w Italii, więc to normalne, że przesiąknie tym krajem, ale robię co mogę, by przemycić dla niej też trochę polskości. Mam wielką nadzieję, że ta sztuka mi się uda i moja Kluseczka pokocha całym serduszkiem swą drugą ojczyznę!

  Kiedy poznałam męża, nie wiedział prawie nic o Polsce. Znał papieża i Kopernika, coś kojarzył z drugą wojną światową, ale ogólnie był kompletnym ignorantem, co wytykam mu do teraz. Tymczasem dzisiaj mąż stał się wielbicielem mojego kraju i gdyby nie mała przeszkoda w postaci klimatu, chciałby zamieszkać w Polsce. Również o tym marzę, ale nie sądzę, by tak się stało. Jesteśmy skazani na Italię, co też jakoś specjalnie mnie nie martwi.

  Myślę sobie czasem, wracając pamięcią wstecz, jak dziwnie potoczyły się nasze losy. Ponad 6 miliardów ludzi na świecie (chyba nawet już siedem), a my odnaleźliśmy się wśród tego przepychu i rządu dusz. Połączyło nas przeznaczenie i wyznaczyło na rodziców Gai, to jasne jak słońce!

Trafiła kosa na Polkę

by 05 lutego
  Kolejna niespokojna noc za nami. Gaja budziła się wiele razy, bo katar dawał o sobie znać. Nosiłam ją przez pół nocy i pewnie dlatego dzisiaj chodzę jak zahipnotyzowana. Dojść do siebie nie pomogła mi nawet kawa, choć przeważnie stawia mnie na nogi. Mogłabym co prawda zrobić sobie mocnego szatana męża, ale wolę nie ryzykować, bo nie wiem, jak mój organizm zareaguje na nadmiar kofeiny.

  Niedalej jak wczoraj obiecywałam sobie, że to koniec z niepotrzebnym stresem, ale nie jest mi łatwo wyluzować się. Skonsultowałam się z pediatrą, która stwierdziła, że dopóki Gaja nie ma gorączki, mamy być spokojni. Musimy tylko czyścić nosek małej specjalnym aparatem (nie wiem, jak się nazywa po polsku), co jest bardzo trudne, bo Gaja wyrywa się i płacze, gdy to robimy. Do końca tygodnia powinno jej przejść, więc jeszcze trochę nerwów przede mną.

  Pobyt w Italii powoduje, że Polacy wydają mi się spokojnym i zrównoważonym narodem:). Włosi to niebywali spryciarze, a w dobie kryzysu naprawdę przesadzają. Codziennie wydzwaniają do nas różni kombinatorzy i robią co mogą, by człowieka przechytrzyć. Kiedy zaś mają do czynienia z cudzoziemką, tym bardziej są sprytni. Przekonałam się o tym dziś po południu, gdy w trakcie robienia obiadu, zapukała do drzwi młoda Włoszka i próbowała zagadać mnie na śmierć. Chciała, żebym jej pokazała wyciągi z rachunków, dokumenty męża i moje dane, mówiąc mi, że to obowiązkowe. Mąż już dawno uprzedził mnie, że jeśli taka sytuacja się zdarzy, mam nie dyskutować, tylko postraszyć policją. Tak właśnie zrobiłam i akwizytorka wyniosła się szybko, że aż się za nią kurzyło. Z powodu tej przydługiej konwersacji przypaliłam kotlety, a jajko dla Gai, które miało być na miękko, wyszło twarde jak kamień. I jak tu nie zwariować?

Derby, grypa i znikające mms-y

by 04 lutego
  Przeziębienie opanowało moją rodzinę. Mąż ma grypę, więc bakterie krążą w powietrzu i atakują nas ze wszech stron. Gaja jest zakatarzona i w nocy wielokrotnie budziła się z płaczem, bo miała zatkany nosek. Nawet ja się nie obroniłam (mimo że choroby rzadko się mnie imają), ale jako że L-4 mnie nie obowiązuje, staram się dzielnie wykonywać matczyne obowiązki.

   Gaja pomimo kataru psoci od rana, a ja mam nadzieję, że szybko jej ta niedyspozycja przejdzie. Nie potrafię normalnie funkcjonować, gdy małej coś dolega. Tak samo ma mąż, który dodatkowo wyrzuca sobie, że to przez niego Gaja pociąga nosem. Jesteśmy nadopiekuńczy i choć wiem, że powinniśmy wyluzować, nie udaje nam się to. Córeczka jest dla nas całym światem, dzięki niej nasze życie nabrało rumieńców i dla niej jesteśmy gotowi na wszystko. Przed narodzinami Gai byliśmy oczywiście bardzo szczęśliwi, jej pojawienie się spowodowało po prostu, że staliśmy się jednością. Reagujemy zbyt emocjonalnie na wszystko, co dotyczy naszej kluseczki, ale musimy to zmienić. Nie wyobrażam sobie bowiem, jak to będzie, gdy Gaja zacznie przechodzić choroby wieku dziecięcego. Padniemy na zawał, to pewne!

  Jest jednak osoba, która trzyma mnie w ryzach i potrafi przywrócić na ziemię. Moja kochana teściowa wydzwania do mnie od rana, gdyż ma poważny problem z komórką i tylko ja, według niej, potrafię pomóc. Nie rozumiem, skąd to przekonanie, bo przecież jestem technologiczną nogą, o czym wiedzą wszyscy. Mama męża uważa tymczasem, że nie doceniam swoich możliwości i każe wysyłać mi MMS-em co godzinę zdjęcie małej. Właśnie na tym podobno polega moja znajomość sprawy, toteż robię co mogę i posłałam już parę fotek. Oby to rozwiązało kłopot z komórką, ponieważ za niedługo skończy mi się kredyt w telefonie. Dobrze, że teściowa ma gest i płaci mi doładowania, inaczej poszłabym z torbami. Cieszę się też, że moje stosunki z nią są więcej niż poprawne, chociaż zdaję sobie sprawę, dlaczego tak jest. Odległość robi swoje, a gdyby mi przyszło zamieszkać pod jednym dachem z babcią Gai, oszalałabym!

  Wczoraj odbyły się w Genui piłkarskie derby i mieliśmy tu niezły pokaz możliwości kibiców. Dla Włochów piłka nożna jest niczym religia, ale na szczęście, mój mąż w tym przypadku jest niewierzący! Kryguje się co prawda, że to z braku czasu, ale faktem jest, że znam się na piłce lepiej od niego. Wstyd, Panie P.!

  I znów dostałam wiadomość od teściowej. MMS-y nie dotarły, stała się tragedia! Włoska rodzina kontratakuje:)!

Wszyscy jesteśmy Peppą

by 03 lutego
  Deszczowy weekend minął powoli i monotonnie. Gdyby tak można było przewinąć dni i dotrzeć do wiosny, zrobiłabym to z ochotą. Najchętniej przespałabym okres zimy, bo przez ten czas wiecznie narzekam, nic mi się nie podoba i wychodzi ze mnie zołza. Nie wiem jakim cudem mąż ze mną wytrzymuje, ale jedno jest pewne- to święty człowiek. Znosi moje napady złego humoru i ma olbrzymie pokłady cierpliwości w sobie. Chyba nie jestem idealną żoną, choć Bóg jeden wie, jak bardzo się staram!

  Jako się rzekło, przez ostatnie dwa dni lało jak z cebra, więc siedzieliśmy w domu przygnębieni. W sobotę zdążyliśmy szybko zrobić zakupy i wróciliśmy obładowani niczym tragarze i przemoknięci do suchej nitki (Gaję na szczęście ochroniliśmy przed ulewą). Mąż okazał się mało odporny na te pogodowe niespodzianki i po raz kolejny przyplątała się do niego grypa. Zapakowałam go do łóżka, szczelnie okryłam i próbowałam wykurować. Nie udało mi się to, gdyż nadal nie jest w formie, w związku z czym nie poszedł dzisiaj do pracy. Podejrzewam, że jego uczniowie są zachwyceni tym, iż przepadły im lekcje. Wszystko jest względne, co jednych martwi, to innych ucieszy, tak dziwnie skonstruowany jest nasz świat...

  U Gai jak zwykle dobrze i nic nie jest w stanie zmącić jej dobrego humoru. Na jednym z kanałów telewizyjnych odkryliśmy przygody Peppy Pig i Gaja została jej gorącą wielbicielką. Kreskówka ta nadawana jest przez pół dnia, a nasza jaśnie panienka śledzi ją z zapartym tchem i próbuje naśladować swoją nową idolkę:). Nauczyła się wymawiać słowo "Pe-pa" i woła nas imieniem swej świnki. Mąż nie jest już "Papum", ja przestałam być mamą, teraz jesteśmy Państwem Peppa! Gaja ma też parę książeczek z tej serii i kiedy je "czyta", krzyczy z uciechy. Biblioteczka małej sukcesywnie się powiększa, z czego jestem bardzo dumna, ponieważ mam wielką nadzieję, że Gaja pokocha książki. Czytam jej regularnie i namawiam do tego inne mamy, bo nic tak nie pobudza wyobraźni u dzieci!

  Przez tą cholerną pogodę dni przeciekają mi przez palce i czuję się więźniem we własnym domu. Wokół wszystko przybrało barwę szarości, a przymusowe zasiedzenie powoduje, że jeszcze bardziej zaczęłam ględzić. Nadszedł luty, miesiąc zakochanych, więc obiecuję solidną poprawę! Słońce w końcu zaświeci:).
Obsługiwane przez usługę Blogger.