Danse macabre

  I znowu burza przeszła nad miastem, zostawiając za sobą ślady w postaci nadłamanych drzew i niekończącej się ilości kropel deszczu, które od rana tańczą w rytm melodii- kap, kap, kap... Szkoda, że jestem kiepską tancerką i nie po drodze mi z brzydką pogodą. Co innego mój mąż, który na ulewę czekał od ponad tygodnia, bo kupił sobie kalosze i umierał z pragnienia, by je przetestować. Dziś wreszcie nadszedł ten moment i mąż, pękając z dumy, wyszedł do pracy w filcowych gumowcach, które za nic nie przypominają tych stylowych Huntera. Wyglądał jak Kot w butach, a gdy założył do tego swój płaszcz przeciwdeszczowy a la Batman, popłakałam się ze śmiechu. Zapomniał biedak, że Genua to nie Gotham City, a mu daleko do bohaterów z komiksów. Mam tylko nadzieję, że nie będzie szukał po drodze Jokera i wróci do domu bez żadnej kontuzji:).

  To już postanowione i oficjalne- jutro, czyli w tłusty czwartek, po raz ostatni zjem coś słodkiego, a potem zaczynam ośmiotysięczną z kolei dietę. Jestem wściekła na siebie, ponieważ już tak dobrze mi szło, ale przeziębienie osłabiło mnie do tego stopnia, że musiałam sięgnąć po czekoladę. Mąż kpi ze mnie i twierdzi, że w odchudzaniu jestem niekonsekwentna, a ja niestety muszę przyznać mu rację. Nie mam pojęcia, co mną kieruje, kiedy się obżeram (czego minutę później bardzo żałuję), to chyba diabeł szepcze mi do ucha bym zgrzeszyła i jadła. O efekcie jo-jo mogłabym napisać książkę, bo wraca do mnie uparcie i rozrasta się z chirurgiczną precyzją o dobrych parę kilogramów. Odchudzanie to dla mnie temat rzeka i marudzę o tym przy każdej nadarzającej się okazji, dlatego proszę Was o odrobinę cierpliwości i zrozumienia dla nieidealnej mamy!

  Wczoraj wpadłam na nowy pomysł, aby zapisać się na kurs tańca, ale mąż nie chce o tym słyszeć. Wstydzi się i tyle, znam go. Oboje nie umiemy tańczyć i robimy to tylko wtedy, gdy musimy. Wyginamy się koślawo i poruszamy się jak sparaliżowani. Raz miałam okazję widzieć video z nagraniem jakiejś imprezy rodzinnej, na której "tańczyliśmy" i na samo wspomnienie tej kompromitacji oblewam się rumieńcem wstydu. Gaja ma naprawdę staroświeckich i śmiesznych rodziców. Ona sama, gdy słyszy swoje ukochane piosenki z bajek, porusza się z gracją, a ja zastanawiam się po kim to odziedziczyła. Bynajmniej nie po nas, to nie ulega wątpliwości. Wymyśliłam kurs tańca jako alternatywę dla siłowni, ale raczej nic z tego nie będzie. Nie mamy z kim zostawić naszej Kluseczki, a ja nie jestem jeszcze gotowa na to, by się z nią rozstać nawet na godzinę.

  Siódma wieczorem to najpiękniejsza chwila w ciągu dnia.Właśnie wtedy wraca mąż, a Gaja, widząc go w drzwiach, raczkuje szybko w stronę tatusia i krzyczy "Papum". Tym razem mam obawy, czy też tak będzie, bo mąż w prochowcu i gumiakach to nie jest przyjemny widok. Oby Gaja się nie przestraszyła!

Obsługiwane przez usługę Blogger.