Derby, grypa i znikające mms-y

  Przeziębienie opanowało moją rodzinę. Mąż ma grypę, więc bakterie krążą w powietrzu i atakują nas ze wszech stron. Gaja jest zakatarzona i w nocy wielokrotnie budziła się z płaczem, bo miała zatkany nosek. Nawet ja się nie obroniłam (mimo że choroby rzadko się mnie imają), ale jako że L-4 mnie nie obowiązuje, staram się dzielnie wykonywać matczyne obowiązki.

   Gaja pomimo kataru psoci od rana, a ja mam nadzieję, że szybko jej ta niedyspozycja przejdzie. Nie potrafię normalnie funkcjonować, gdy małej coś dolega. Tak samo ma mąż, który dodatkowo wyrzuca sobie, że to przez niego Gaja pociąga nosem. Jesteśmy nadopiekuńczy i choć wiem, że powinniśmy wyluzować, nie udaje nam się to. Córeczka jest dla nas całym światem, dzięki niej nasze życie nabrało rumieńców i dla niej jesteśmy gotowi na wszystko. Przed narodzinami Gai byliśmy oczywiście bardzo szczęśliwi, jej pojawienie się spowodowało po prostu, że staliśmy się jednością. Reagujemy zbyt emocjonalnie na wszystko, co dotyczy naszej kluseczki, ale musimy to zmienić. Nie wyobrażam sobie bowiem, jak to będzie, gdy Gaja zacznie przechodzić choroby wieku dziecięcego. Padniemy na zawał, to pewne!

  Jest jednak osoba, która trzyma mnie w ryzach i potrafi przywrócić na ziemię. Moja kochana teściowa wydzwania do mnie od rana, gdyż ma poważny problem z komórką i tylko ja, według niej, potrafię pomóc. Nie rozumiem, skąd to przekonanie, bo przecież jestem technologiczną nogą, o czym wiedzą wszyscy. Mama męża uważa tymczasem, że nie doceniam swoich możliwości i każe wysyłać mi MMS-em co godzinę zdjęcie małej. Właśnie na tym podobno polega moja znajomość sprawy, toteż robię co mogę i posłałam już parę fotek. Oby to rozwiązało kłopot z komórką, ponieważ za niedługo skończy mi się kredyt w telefonie. Dobrze, że teściowa ma gest i płaci mi doładowania, inaczej poszłabym z torbami. Cieszę się też, że moje stosunki z nią są więcej niż poprawne, chociaż zdaję sobie sprawę, dlaczego tak jest. Odległość robi swoje, a gdyby mi przyszło zamieszkać pod jednym dachem z babcią Gai, oszalałabym!

  Wczoraj odbyły się w Genui piłkarskie derby i mieliśmy tu niezły pokaz możliwości kibiców. Dla Włochów piłka nożna jest niczym religia, ale na szczęście, mój mąż w tym przypadku jest niewierzący! Kryguje się co prawda, że to z braku czasu, ale faktem jest, że znam się na piłce lepiej od niego. Wstyd, Panie P.!

  I znów dostałam wiadomość od teściowej. MMS-y nie dotarły, stała się tragedia! Włoska rodzina kontratakuje:)!
Obsługiwane przez usługę Blogger.