Ktokolwiek widział, ktokolwiek zjadł

  Jak dobrze, że "tłusty czwartek" już minął! Wczoraj co prawda pączkami się nie obżerałam, bo włoskim kreplom daleko do naszych, ale za to uszczupliłam do minimum zapasy Malagi, Tik Taków i Kasztanków, a po Michałkach w naszym domu ślad zaginął. No cóż, słaba persona ze mnie, a dzisiaj ogarnęły mnie wszelkiego rodzaju skrupuły i wyrzuty sumienia. Obiecałam sobie też, że słodyczy już nie ruszę, co będzie dosyć łatwe, bo prawie wszystkie zjadłam. Luty upłynął mi na zamartwianiu się i desperacji, ale sama sobie jestem winna. Oby marzec pozwolił mi wrócić do równowagi.

  Gaja jest ostatnio bardzo rozbrykana. Odkąd odkryła, że może się podnosić, zaczęła to robić regularnie, ku uciesze rodziców. Wychodzi jej to coraz sprawniej, choć nie jest jeszcze w stanie stać na nóżkach bez trzymania się czegoś. Naśladuje mnie i męża w każdy możliwy sposób, szczypie nas w szyję (nie jest to przyjemne uczucie) i uwielbia rozsypywać ziemniaki na podłogę. Najbardziej rozśmiesza mnie, gdy przykłada do ucha obojętnie jaki przedmiot (głównie klamerkę albo klocki) i udaje, że rozmawia przez telefon. Jej imitacja mamy i tatusia jest doskonała, a ja już dopatruję się w niej zdolności aktorskich i innych talentów. Nie mam wobec mojej córeczki wygórowanych ambicji i marzę tylko o tym, żeby była szczęśliwa. Naturalnie cieszyłabym się, gdyby wybrała zawód lekarki lub nauczycielki, ale jeśli będzie chciała zostać fryzjerką czy kosmetyczką, nie będę jej od tego odwodzić. Natomiast mąż, który jest wielkim pasjonatem i znawcą dinozaurów, widzi Gaję jako paleontologa. Jego pragnienie jest nierealne, bo na włoskiej ziemi nikt jeszcze nie odkrył szczątków T-Rexa, a na studia w USA raczej nigdy nie będzie nas stać.

  Drugą alternatywną opcją, którą zaplanował sobie mąż, jest ta, by zrobić z Gai dentystkę. Pan P. twierdzi, że mała ma do tego dryg, bo lubi zaglądać nam w zęby. Uważa również, że dobrze by było mieć w rodzinie stomatologa, ponieważ zaoszczędzimy na leczeniu. Ja sądzę, że za 30 lat to i tak nie będzie konieczne,gdyż zostaniemy dumnymi posiadaczami sztucznych szczęk, ale mój mąż wie swoje. To życiowy optymista (jak to Włoch) i jest przekonany, że do końca życia będzie piękny i w formie. Dla mnie zawsze:).

  Czekamy na Oscary! Jestem wielką fanką kina i tego typu gal, więc nigdy nie przepuszczam okazji, by zobaczyć największe gwiazdy dużego ekranu. W tym roku trzymam kciuki za Leonardo Di Caprio, mimo że nie jest moim ulubionym aktorem, ale Oscar mu się po prostu należy i to od dobrych kilkunastu lat. Włosi zaś są tak pewni zwycięstwa ich kandydata (filmu "Wielkie piękno"), że już w poniedziałek jeden z kanałów telewizyjnych pokaże właśnie ten film (liczą na rekord oglądalności). Mam nadzieję, że się nie rozczarują, bo też kibicuję tej produkcji.

  A tymczasem na ziemię przywrócił mnie dziś i to nawet brutalnie, rachunek za gaz, który dostaliśmy. Kiedy zobaczyłam kwotę, myślałam, że padnę, a na usta zaczęły mi się cisnąć najgorsze przekleństwa. 170 euro, kto za to zapłaci? Chyba pomyślę o tym jutro. Niezapomnianego Oscarowego (i nie tylko) weekendu Wam życzę!
Obsługiwane przez usługę Blogger.