Miłość w czasach (wirtualnej) zarazy

  Wielkimi krokami zbliżają się Walentynki. Mój stosunek do tego "święta" jest raczej obojętny, choć kiedy byłam jeszcze samotna, Dzień Zakochanych wzbudzał we mnie smutek i przygnębienie. Widok par obściskujących się na każdym kroku i ostentacyjnie okazujących sobie uczucia przyprawiał mnie o mdłości, a dzień 14 lutego w tamtych czasach najchętniej wykreśliłabym z kalendarza.

  Dziś nie jest już tak źle, bo nie jestem sama, a Walentynki są dla mnie dniem takim jak inne. Nie umieram z miłości bardziej niż zazwyczaj i tak samo jak zawsze kocham mojego męża. Co roku w dowód pamięci ukochany daje mi jakiś drobiazg (przeważnie czerwoną różę) i na tym kończy się nasz romantyzm. Mąż jutro nie zwolni się z pracy, bo przecież szef nie da mu urlopu tylko dlatego, że są Walentynki. Nie pójdziemy też na randkę, a ja nie ubiorę się w małą czarną i wysokie szpilki, ale to nic. Zostaniemy w domu z Gają i będziemy się bawić i wygłupiać. Cóż więcej do szczęścia jest mi potrzebne?

  Jesteśmy razem i jak to w życiu bywa, raz jest lepiej, raz gorzej. Motyle w brzuchu już dawno wyfrunęły, co naturalne, a najważniejsze jest to, że się kochamy i szanujemy. Poznaliśmy się banalnie, tak jak miliony ludzi teraz, bo przez internet. Dostałam maila z reklamą jakiegoś portalu randkowego, który miałam olać, ale tak bardzo mi się chciało gadać po włosku, że postanowiłam się zalogować, by z kimś poklikać. Napisał do mnie miły i przystojny Włoch (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to mój przyszły mąż), no i tak rozmawiamy do dzisiaj. Czasem żartuję sobie, że internet został wymyślony właśnie po to, abyśmy mogli się spotkać:)!

  Przez parę lat funkcjonowaliśmy jako para dosyć niekonwencjonalnie, ponieważ widywaliśmy się rzadko, a wirtualny świat stał się dla nas rzeczywistością. Na dłuższą metę było to męczące, więc pewnego pięknego dnia spakowałam walizki i wyjechałam. Większość osób na wiadomość o mojej decyzji pukała się w czoło i wróżyła mi rychły powrót, ale nie przejmowałam się tymi "głosami rozsądku". Zostałam we Włoszech i wraz z mężem przechytrzyliśmy malkontentów:). Za niedługo będziemy obchodzić drugą rocznicę ślubu, mamy śliczną córeczkę i na pewno na tym nie poprzestaniemy. W przededniu Dnia Zakochanych, życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna tyle miłości, ile ja mam na co dzień!
 
 
Obsługiwane przez usługę Blogger.