Niemodna żona, roztargniony mąż

  Są takie dni, kiedy ogarniają mnie wątpliwości i zastanawiam się nad sensem życia lub też jego brakiem (jak kto woli). Siedzę w domu już zdecydowanie za długo i chyba dlatego miewam chwile pesymizmu i zadumy. Jak zapewnie zdążyliście zauważyć, jestem szczęśliwą żoną i matką, więc teoretycznie nie mam powodów do narzekań. I tak właśnie jest, a te dwie role pozwalają mi czuć się kobietą spełnioną. Niemniej jednak, mimo tej oazy spokoju, która mnie otacza, czasem zadaję sobie pytanie: czy wszystko, na co mnie stać to wychowywanie dziecka i gotowanie? Obawiam się, że tak.

  Sięgam pamięcią wstecz i dochodzę do wniosku, że nie powiodło mi się za bardzo pod względem zawodowym, a moje CV pozostawia wiele do życzenia. Coś tam potrafię, ale za mało, by przebić się między młodych gniewnych i wyjść przed ich szereg. Nie jestem przebojowa, nie umiem walczyć o swoje i brakuje mi tupetu, który jest niezbędny do osiągnięcia sukcesu. Jestem nieśmiała, a ta cecha w stosunkach międzyludzkich nie pomaga. Patrzę na inne matki, które z powodzeniem realizują się nie tylko na gruncie prywatnym, są zadbane i nieskazitelne. Nie ukrywam, że jest we mnie nutka zazdrości, bo chodzę przeważnie w dresach, nie mam czasu na fryzjera czy kosmetyczkę i nie wiem, co to makijaż.

  Mąż, który jest odbiorcą i świadkiem moich zgryzot, powtarza mi, że mam się niczym nie przejmować, bo dla niego będę zawsze najpiękniejsza. Uważa też, że zrobiłam dużo, rezygnując z pracy, by być z nim. Moja praca i tak była funta kłaków warta, więc nie sądzę, żeby to było aż takie poświęcenie. To, że zostałam w domu z Gają, jest rzeczą naturalną. I jestem spokojna, tylko dni jakoś przeciekają mi przez palce. Są bowiem jednakowe, a scenariusz mojego życia stał się okrutnie przewidywalny. Czy nie czeka mnie już nic? A może jestem złą matką, mając takie myśli?

  Nie chcę jednak kończyć smutno, więc opowiem Wam o kolejnym wspaniałym zakupie, którego dokonał mój niezawodny mąż. Nabył dla Gai zapas smoczków, ponieważ mała je ciągle gryzie i niszczy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie banalny szczegół- na każdym ze smoczków jest narysowany samochodzik. Mężowi księżniczki się nie podobały, ale zapomniał chyba, że smoczki nie są dla niego, tylko dla naszego dziecka, które jest płci źeńskiej. Wysłać go do sklepu to naprawdę wielkie ryzyko, bo nigdy nie wiem, z czym wróci. Tok rozumowania mojego ukochanego jest po prostu porażający!
Obsługiwane przez usługę Blogger.