Pan Niania

  Przykleiła się do mnie grypa jak rzep do psiego ogona. Już prawie tydzień wlecze się za mną i nie chce ustąpić. Wyglądam gorzej niż się czuję, a czuję się naprawdę źle. Najbardziej pożądanym towarem stały się dla mnie husteczki higieniczne, których zużyłam już chyba tony. To cud, że Gaja się jeszcze ode mnie nie zaraziła. Nie mogę jej przytulać, mimo że bardzo bym chciała i trochę mi z tego powodu smutno. Zdrowie mojej Kluseczki jest jednak najważniejsze, a gdy wyzdrowieję (co w końcu musi nastąpić), nadrobię braki w ściskaniu małej.

  Wczoraj spędziłam cały dzień w łóżku, ponieważ miałam gorączkę, wobec czego mąż został w domu, by zająć się Gają. Mojemu ukochanemu wydaje się, że opieka nad dzieckiem to bułka z masłem, tymczasem przekonał się na własnej skórze, jak się pomylił. Zapanować nad Gają to nie jest łatwa sprawa, bo trzeba mieć oczy naokoło głowy. Córeczka jest energiczną, ciekawą świata dziewczynką, która chce wejść w każdy kąt, a siedzenie w kojcu to dla niej niemalże kara. Mąż zaplanował sobie, że Gaja będzie grzecznie się bawić, a on posprząta i wszyscy będziemy zadowoleni. O święta naiwności! Już przy pierwszym podejściu zostawienia Gai w kojcu mieliśmy próbę jej wokalnych możliwości. Zaczęła krzyczeć i płakać, więc mąż musiał odstawić gary i zająć się córką. Jego metoda wychowawcza nie przypadła mi do gustu, bo pozwolił Gai raczkować po domu i szaleć, co przyniosło konsekwencje w postaci guza na czole.

  Po paru intensywnych godzinach, mężowi udało się wreszcie ujarzmić Gaję. Przed uspaniem małej próbował ją przebrać, a ja miałam z tego powodu niezły ubaw. Gaja uciekała za każdym razem, gdy tatuś chciał jej założyć pieluchę i dopiero po kilku podejściach udała się mu ta sztuka. Roczna dziewczynka to nie to samo co kilkumiesięczne i grzeczne niemowlę. Mąż wyszedł z wprawy, ale nie mam mu tego za złe. Jest wspaniałym i kochającym ojcem, a Gaja go wprost uwielbia. Pracuje na dwóch etatach, by zapewnić nam godne życie, więc nic dziwnego, że rzadko bawi się w nianię.

  Gdy Gaja zasnęła, zostałam zaproszona na obiad. Zupa pomidorowa przygotowana przez Włocha robi wielkie wrażenie! L. ugotował ją pod kątem moich wskazówek, ale i tak była praktycznie niejadalna. Pan P. ma bowiem manię dodawania sera do każdego posiłku, zapominając, że ja go nie znoszę. Zajadał się z apetytem, podczas gdy ja robiłam dobrą minę do złej gry. Pomidorówka i starty ser nie idą ze sobą w parze, uwierzcie mi na słowo:)!

  Dzisiaj już nie mam gorączki, toteż mąż poszedł do pracy. Przed wyjściem do domu zapytał mnie jak ja to robię, że potrafię jednocześnie ugotować, posprzątać, a przede wszystkim zająć się Gają? No właśnie, jak? To bardzo proste, ale trzeba być mamą, by to zrozumieć:).
 
 
Obsługiwane przez usługę Blogger.