Trafiła kosa na Polkę

  Kolejna niespokojna noc za nami. Gaja budziła się wiele razy, bo katar dawał o sobie znać. Nosiłam ją przez pół nocy i pewnie dlatego dzisiaj chodzę jak zahipnotyzowana. Dojść do siebie nie pomogła mi nawet kawa, choć przeważnie stawia mnie na nogi. Mogłabym co prawda zrobić sobie mocnego szatana męża, ale wolę nie ryzykować, bo nie wiem, jak mój organizm zareaguje na nadmiar kofeiny.

  Niedalej jak wczoraj obiecywałam sobie, że to koniec z niepotrzebnym stresem, ale nie jest mi łatwo wyluzować się. Skonsultowałam się z pediatrą, która stwierdziła, że dopóki Gaja nie ma gorączki, mamy być spokojni. Musimy tylko czyścić nosek małej specjalnym aparatem (nie wiem, jak się nazywa po polsku), co jest bardzo trudne, bo Gaja wyrywa się i płacze, gdy to robimy. Do końca tygodnia powinno jej przejść, więc jeszcze trochę nerwów przede mną.

  Pobyt w Italii powoduje, że Polacy wydają mi się spokojnym i zrównoważonym narodem:). Włosi to niebywali spryciarze, a w dobie kryzysu naprawdę przesadzają. Codziennie wydzwaniają do nas różni kombinatorzy i robią co mogą, by człowieka przechytrzyć. Kiedy zaś mają do czynienia z cudzoziemką, tym bardziej są sprytni. Przekonałam się o tym dziś po południu, gdy w trakcie robienia obiadu, zapukała do drzwi młoda Włoszka i próbowała zagadać mnie na śmierć. Chciała, żebym jej pokazała wyciągi z rachunków, dokumenty męża i moje dane, mówiąc mi, że to obowiązkowe. Mąż już dawno uprzedził mnie, że jeśli taka sytuacja się zdarzy, mam nie dyskutować, tylko postraszyć policją. Tak właśnie zrobiłam i akwizytorka wyniosła się szybko, że aż się za nią kurzyło. Z powodu tej przydługiej konwersacji przypaliłam kotlety, a jajko dla Gai, które miało być na miękko, wyszło twarde jak kamień. I jak tu nie zwariować?
Obsługiwane przez usługę Blogger.