Wyginamy śmiało ciało

  Mój mąż oszalał! Ni z tego, ni z owego zapragnął nagle poprawić swą sylwetkę i wczorajszy dzień spędził prężąc się przy lustrze niczym największy narcyz. Zamarzyła mu się piękna muskulatura i postanowił zapisać się na siłownię, nie pytając mnie przy tym o zdanie. A jest ono jednoznaczne- po moim trupie! Nie pozwolę mu na wychodne w weekendy z tej prostej przyczyny, że jest gościem w domu. W ciągu tygodnia spędzam czas sama z Gają, co akceptuję z trudem, ale rozumiem, że mąż ma taką pracę (przeklęty uniwersytet, nie ma z niego żadnego pożytku).

  Jeśli mężuś chce ćwiczyć, możemy robić to razem. Jego gabinet (czyli pokój z biurkiem, jestem egzaltowana), otoczony jest różnymi przyrządami- od hantlów począwszy, a na mini bieżni skończywszy, tak więc mamy duże pole do popisu. Myślę, że wpływ na decyzję męża miał film akcji, który niedawno razem oglądaliśmy. Vin Diesel (ulubiony aktor Pana P.), to nie jest ideał godny naśladowania, jest napakowany, ale nic poza tym. Mąż zresztą podoba mi się taki, jaki jest i nie wyobrażam go sobie jako typowego mięśniaka. Weekend upłynął więc nam na polemikach, bo gdy mój luby na coś się uprze, trudno mu wybić cokolwiek z głowy. A moje argumenty nie docierały do niego wcale i odbijał je jak piłka, gdy próbowałam wbić mu do łepetyny, że nie ma czasu na wysiłek fizyczny. Karnetu na siłownię co prawda jeszcze nie zakupił, ale sądzę, że za niedługo to zrobi. Mamy dokładnie odwrotne kompleksy- ja czuję się za gruba, mąż za chudy, a razem wyglądamy jak Flip i Flap:). Grunt to poczucie humoru i ironia, a tych cech mi nie brakuje!

  Tymczasem nasza ukochana jaśnie panienka dała w weekend niezły popis, raczkując i podnosząc się coraz sprawniej, co nie obyło się bez kontuzji. Nabiła sobie wielkiego guza na czole, który dzisiaj przybrał kolor ciemnego fioletu. Nie spuszczamy Gai z oczu i jesteśmy zawsze blisko córeczki, a mimo to przydarzają się jej wypadki. Wiem, że się od nich nie uchroni, ale serce kraje mi się zawsze, gdy mała płacze wniebogłosy. Wyrzucam potem sobie, że nie jestem zbyt uważna i jako matka muszę się jeszcze dużo nauczyć.

  W miniony piątek otrzymaliśmy paczkę, którą przysłała nam teściowa (ostatnio nasi rodzice szaleją z tymi prezentami). Posłała nam między innymi najpyszniejsze i najsłodsze pomarańcze ze swego ogródka, których jestem wielką amatorką i zjadłam już prawie wszystkie. Teściowie zapowiedzieli się do nas na wiosnę, więc w domu znów będzie wesoło. Muszę zacząć kupować mąkę, bo założę się, że babcia Gai po raz kolejny będzie piekła chleb. Taka teściowa to skarb!

  Mamy wreszcie nowych sąsiadów, ale nie jestem do nich za bardzo przekonana. Nie odpowiadają na ukłony, patrzą na nas z góry, krótko mówiąc są niesympatyczni. Ten brak wychowania jest tutaj nagminny, bo rzadko kto mówi nam "dzień dobry". Zastanawiam się dlaczego tak się dzieje, przecież jesteśmy przemili. Przypomina mi się też piosenka mojej ulubionej wokalistki i nucę ją sobie mimowolnie, gdy widzę niektórych snobów z okolicy: "I chociaż mamy dwie nogi, ręce, ludzie nie mówią nam dzień dobry"... Taki los!

Obsługiwane przez usługę Blogger.