Coś (prawie) optymistycznego

by 17:22
  Co weekend, to katastrofa, powinnam już do tego przywyknąć. Ciągle nam się coś przytrafia i mimo że jesteśmy cali i zdrowi, za bardzo się wszystkim przejmuję. Tak mam, a podejrzewam, że będzie jeszcze gorzej i żywię głęboką nadzieję, iż Pan P. się ze mną nie rozwiedzie. Do takiej żony jak ja trzeba mieć nie tylko świętą cierpliwość, ale przede wszystkim ogromne pokłady wyrozumiałości. Gryzę się nieustannie, aczkolwiek mąż powtarza mi, że niepotrzebnie. Zamiast w pełni cieszyć się macierzyństwem, wciąż wynajduję powody do smutków, zupełnie zresztą irracjonalne. Wczoraj było podobnie, choć nic nie zapowiadało burzy na horyzoncie.

  Zmiana czasu zimowego na wiosenny nie obeszła mnie wcale, ponieważ wstaję z kurami i godzina spania mniej to dla mnie żaden problem. Obudziłam się w niedzielny poranek pełna werwy i zapału, a pachnąca kawa dodatkowo postawiła mnie na nogi. Wzięłam się za lekturę, gdyż jestem molem książkowym i czytam wszystko, co wpadnie mi w ręce, ale mam na to czas tylko o poranku. Wykorzystałam fakt, że moi bliscy spali w najlepsze i skończyłam czytać powieść, która bardzo mnie rozczarowała. Z litości nie wymienię tytułu feralnej książki, lecz wiem na pewno, że już po nią nie sięgnę i przestanę się kierować sugestiami. Zapytałam znajomych na facebooku, czy warto przeczytać to dzieło, a że recenzje były entuzjastyczne, zakupiłam je sobie. I to był wielki błąd, bowiem dawno nie czytałam takiego chłamu. Zaraz, o czym to ja miałam pisać? Jak na razie widzę, że jestem mistrzynią dygresji, a nie zmartwień wszelakich, dlatego przechodzę do meritum sprawy.

  Około miesiąc temu zamieniliśmy fotelik w samochodzie i Gaja siedzi wreszcie przodem do kierowcy, ale nieoczekiwanie wystąpił problem. Mała wymiotuje teraz bardzo często (w starym foteliku nigdy), a ilekroć gdzieś jedziemy, mam krzyż na ramieniu. Tak było i wczoraj, a nasza (początkowo przyjemna) wycieczka zamieniła się dla mnie w koszmar. Boję się jeździć z Gają i denerwowałam się przez całą podróż. Wiem, że Kluseczka musi się przyzwyczaić, choć trochę czasu już minęło, a mimo to nadal wymiotuje. Mąż twierdzi, że mam się przygotować na fajerwerki i nie rozpaczać. Pan P. odruchy wymiotne miał przez całe dzieciństwo, a Gaja z pewnością odziedziczyła to po nim. No to mnie rozweselił! Jeden stres goni drugi i chyba nieprędko się to zmieni.

  Marzec się kończy, a ja nadal nie umiem wyjść z impasu, który mnie ogarnął. Z dietą jest odrobinę lepiej, bo nie jem zbyt dużo i zdarza mi się ćwiczyć, lecz jeszcze nieregularnie. Jestem usatysfakcjonowana  z tych niewielkich postępów, natomiast martwi mnie cała reszta. Obiecałam sobie jednak, że w kwietniu nastąpi przełom i zacznę mieć w końcu optymistyczne podejście do życia. Mam śliczną córeczkę, kochającego męża i mało powodów do łez. Moje dziecko czuje się źle w aucie, ale przez to nie musi mi się walić grunt pod nogami. Od jutra zaczynam spacery z Gają, z czego jestem zadowolona, gdyż mała uwielbia spędzać czas na świeżym powietrzu. Ja zaś łudzę się, że połączę przyjemne z pożytecznym i stracę parę kilogramów, o czym marzę od dawna. Będzie dobrze, musi być!

W oparach zazdrości

by 17:28
  Stało się, mama jest zazdrosna o swą córeczkę! Spodziewałam się, że ta chwila nadejdzie, ale nie przypuszczałam, że zakłuje mnie serce na widok Gai w objęciach tatusia. I wszystko dlatego, że mąż wrócił wczoraj wcześniej do domu, bo lało jak z cebra, a biedak zapomniał swojego nietoperzowego płaszcza.

  Jego powrót był mi na rękę, nie powiem, ponieważ rąbnęłam się z całej siły w kolano i chciałam trochę odpocząć, ale Gaja mi na to nie pozwalała. Ucieszyłam się więc niepomiernie, gdy zobaczyłam Pana P. i udałam się na kanapę poczytać książkę, a mąż poszedł z Kluseczką do drugiego pokoju. Po jakimś czasie zatęskniłam za nimi i postanowiłam zobaczyć, co robią moje ukochane istoty. Gaja siedziała na kolanach taty, bawiąc się jego kredkami (nie do wiary, że mąż dał jej swoje święte kredki) i rozsypując je po całym biurku. Mała była w siódmym niebie, lecz gdy ujrzała mnie, swoją mamusię, pokazała mi rączką drzwi i zaprosiła do wyjścia. Wróciłam do mojej książki i nie potrafiłam otrząsnąć się z szoku. Gaja woli tatusia, to coś nieprawdopodobnego i w ogóle nie do przyjęcia! Poczułam się przygnębiona i niepotrzebna, bo skoro moja córeczka wyrzuciła mnie za drzwi, jak tu być radosnym? Snułam te durne wizje i nawet nie zauważyłam, że ktoś złapał mnie za nogę. Przydreptała do mnie Gaja, jakby chciała pokazać, że zrozumiała swą "gafę". Zazdrość wyparowała ze mnie całkowicie, choć nie będę ukrywać, że przez moment mną zawładnęła. Fakt, że na krótko, ale to brzydkie uczucie, szczególnie w stosunku do ojca swojego dziecka. Nasza córeczka kocha nas tak samo, a to, że chciała pobyć trochę z tatusiem, jest jak najbardziej naturalne, więc nie powinnam się irytować.

  Gaja nieustannie mnie zaskakuje. Jeszcze niedawno jej słowa były zlepkiem języków włoskiego i polskiego, natomiast teraz mała mówi już wyraźnie niektóre słówka i wygląda na to, że prędzej pozna język włoski. Trochę mnie to dziwi, bo gadam do niej po polsku przez cały dzień, ale widocznie bardziej podoba się jej język "makaroniarski". Umie już powiedzieć : "grazie", "cane" (pies) i oczywiście "ciao", a oglądając przygody świnki Peppy, zaczęła naśladować kaczuszki i wymawiać: "kwa, kwa, kwa" (czyli zaczyna też przyswajać język zwierząt:). Kwicząca Gaja zapewniła nam wielki ubaw, bo robiła to w sposób absolutnie doskonały, układając usta w ciup, co było rozkosznie słodkie. Odrobinę mi żal, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia, lecz pocieszam się tym, że będzie ku temu niejedna okazja.

  Wraz z wiosną przyszły nieznośne komary, które dziś mocno mi się naraziły, toteż zamierzam z nimi walczyć do upadłego. Ich łupem padła krew mojej córeczki i może nie byłoby sprawy, gdyby nie to, że komar wpił się w górną część ucha Gai. Gdy zobaczyłam, że uszko małej przybrało kolor fioletowy, dosyć się przestraszyłam i zaczęłam panikować. Na początku myślałam, że gdzieś się uderzyła, ale wykluczyłam tą ewentualność. Zadzwoniłam do męża, a on przyleciał do domu z szybkością błyskawicy i od razu skonsultował się z pediatrą.Pani doktor uspokoiła nas i poleciła maść, którą na szczęście mieliśmy w domu, gdyż Pan P. jest zapobiegliwy jak mało kto. Gai nic nie jest, mimo to zachodzę w głowę, kiedy ten przeklęty komar odważył się do niej dobrać? Uświadomiłam sobie przy tym, że odkąd Kluseczka jest z nami, zamieniałam się w jeden wielki kłębek nerwów. Jestem prawie zawsze zestresowana i martwię się nawet wtedy, gdy Gaja zakaszle. Kobieto, wrzuć na luz, bo inaczej oszalejesz! Przyjemnego weekendu, drogie mamy, tatusiowie i wszyscy inni, życzę Wam ja- mama zbyt zestresowana:).


P.S. Gaja i tatuś "pracują" przy komputerze:). I jak tu być zazdrosną?


Wiosna, ach to Ty

by 17:31
  Nowy tydzień się zaczął, a problemy wciąż te same. Nie zamierzam jednak o nich pisać i obiecałam sobie, że odtąd słowo "grypa" będzie zakazane na moim blogu. I tak poświęciłam jej za dużo miejsca, a przecież sobie na to nie zasłużyła. Przyszła wiosna, więc najwyższy czas ku temu, by móc w pełni cieszyć się życiem. I nieważne, że dodatkowe kilogramy, które dziwnym trafem przyplątały się właśnie do mnie, nie chcą mnie opuścić. Już nie mam sił wiecznie się ich pozbywać. Muszę się przyzwyczaić do mych rubensowskich kształtów, bo wygląda na to, że i tak nie mam innego wyjścia. Wraz z nową porą roku pojawił się u mnie hurraoptymizm, z czego najbardziej zadowolony jest mój mąż. Nie znosi bowiem, gdy narzekam, a ostatnio robiłam to notorycznie i sama ze sobą nie umiałam dojść do ładu. Powiedziałam więc: "dość" i postanowiłam rozpocząć nieco radośniejszy rozdział mej egzystencji, niezmącony żadnymi czarnymi myślami. Mam nadzieję, że wytrzymam, choć wiem, że będzie to trudne, gdyż mam tendencję do zamartwiania się na zapas.

  Wiosna przyniosła szczęśliwe wieści! Parę dni temu dowiedziałam się, że moja siostra ponownie zostanie mamą i chociaż marzyła o drugim dziecku, poinformowała mnie o tym zapłakana i załamana. Powodem tego stanu była nasza mama, która na wiadomość o ciąży zmieszała z błotem moją siostrę. Zamiast się cieszyć, wyrzucała jej, że ma "już" 37 lat i jest po porodzie cesarskim, toteż nie powinna mieć więcej dzieci. I kto to mówi! Nasz brat przyszedł na świat, gdy mama przekroczyła czterdziestkę, a medycyna 30 lat temu nie była tak rozwinięta jak dzisiaj. Postawa mamy zasmuciła mnie, ale nie zaskoczyła, bo dobrze ją znam. Zawsze była w stosunku do mnie i do mojej siostry surowa i nigdy nie miałyśmy w niej wsparcia. Natomiast decyzje mojego brata (najmłodszego z naszej trójki i rozbestwionego jak bicz dziadowski), popiera bez najmniejszych zastrzeżeń, mimo że nie jest on, delikatnie mówiąc, najbardziej odpowiedzialnym mężczyzną na tej planecie.

  Poglądami mamy już dawno temu przestałam zawracać sobie głowę i spływają po mnie jak po kaczce, jednak moja siostra ulepiona jest z innej gliny. Przejmuje się i stresuje, chociaż w odmiennym stanie jest to niewskazane. Zadzwoniłam do mamy, by powiedzieć jej, co sądzę, a ona oczywiście próbowała się wymigać i przekonywała mnie, że siostra źle zinterpretowała jej słowa. Akurat, nie ze mną te numery, bo wiem, na co stać moją mamę. Co ma na myśli, to na języku i jest do bólu szczera. Gdy w sierpniu zeszłego roku przyjechałam do Polski po raz pierwszy z Gają, mama na mój widok wypaliła:"ale masz brzydką fryzurę", psując doszczętnie całą moją radość z wizyty.

  Gorzkie dzieciństwo nauczyło mnie, jak nie mam postępować z Gają. Nie będę jej krytykować na każdym kroku, ponieważ wiem, jakie to może wyrządzić szkody. Zrobię wszystko, by moja Kluseczka nie przeżywała tego, co ja i była wolna od problemów. Kocham moją mamę i szanuję ją, ale niektórych rzeczy do tej pory nie potrafię zrozumieć. Na jej względy może liczyć tylko mój niepoprawny braciszek, choć daleko mu do doskonałości. W oczach mamy jest i pozostanie ideałem, co dowodzi, że miłość matczyna bywa naprawdę ślepa.

  Tymczasem wzięłam się za wiosenne porządki, lecz jakoś topornie mi to idzie. Rozpiera mnie energia, którą próbuję co rusz rozładować, biegając po mieszkaniu i bawiąc się z moją przeziębioną córeczką. Sprzątanie zostawiłam sobie na jutro, bo nie lubię niczego zaczynać od poniedziałku. Prawdę mówiąc, w ogóle nie lubię poniedziałków, ale to już zupełnie inna para kaloszy. Witaj wiosno!

Była sobie...jajecznica

by 17:29
  Nie od dziś wiadomo, że kobieta zmienną jest. Ja również, choć zazwyczaj jestem stała w uczuciach (wierności ode mnie mogłaby uczyć się i Penelopa), postanowieniach i decyzjach, ale ostatnio zmieniłam zdanie w pewnej kwestii. Nie, bynajmniej, nie zamieniłam Pana P. na nowszy model i nigdy tego nie zrobię. Dobrze nam razem i jesteśmy jak dwie połówki pomarańczy (wolę je od jabłek), niemniej jednak mam mały problem.

  Wielokrotnie wspominałam Wam o tym, że mój mąż pracuje całymi dniami i jest gościem w domu, a ja mam tego serdecznie dosyć. Tymczasem od poniedziałku L. jest na chorobowym, a ja...mam tego serdecznie dosyć! Przygniotła nas grypa, wobec czego jesteśmy zmęczeni, zmierźli i nieustannie się kłócimy (przeważnie o pierdoły). Ja zarzucam Panu P., że zaburzył mój rytm dnia (co jest piramidalną bzdurą), on zaś ma pretensje o to, że się nim nie zajmuję (no wiecie co). Chodzimy po domu wkurzeni na siebie i nie możemy dojść do porozumienia, a ja mruczę pod nosem: "idź już do pracy", oczywiście po polsku. Nie pojmuję siebie!

  Mąż skutecznie wyprowadza mnie z równowagi, a przeziębienie powoduje, że pomału bierze mnie cholera. Odwiedzamy przychodnie i apteki, a skutki są nadal opłakane. W trakcie jednej z wizyt okazało się, że mam nieważną kartę sanitarną (kto by się przejmował takimi szczegółami) i muszę wyrobić nową, więc lekarz nie mógł mnie przyjąć. Nie przypuszczałam, że Włosi to tacy formaliści, ale cóż, przepisy to przepisy. Leczę się domowymi sposobami, bo trzeba sobie jakoś radzić. Jakby mało było problemów, Gaja jest ciągle zakatarzona, a do tego ma biegunkę, także denerwuję się jeszcze bardziej. Pediatra co prawda starała się mnie uspokoić, lecz nie udało jej się to, tak samo zresztą jak mężowi, który zbagatelizował wszystko. Według niego to normalne, że dzieci chorują, szczególnie gdy rodzice zmagają się z grypą i wiem, że ma rację, a mimo to nie potrafię sie wyluzować. Dobrze, że Gaja jest cały czas radosna i ciągle łobuzuje, inaczej na pewno odchodziłabym od zmysłów.

  Wczoraj we Włoszech obchodzony był Dzień Ojca, a jako że nie byłam w tych dniach zbyt miła dla męża, postanowiłam to naprawić. Stanęłam na wysokości zadania i przygotowałam dla mojego ukochanego wykwintne śniadanie do łóżka, zabierając ze sobą do pomocy Gaję. I to był błąd, bowiem gdy Kluseczka zobaczyła tatusia, zaczęła po nim skakać i wymachiwać rączkami, a jajecznica z boczkiem wylądowała na twarzy męża i pościeli, którą dopiero co przebrałam. Szynka przykleiła się do ściany,  masło wylądowało na podłodze i omal się na nim nie poślizgnęłam. Nie muszę dodawać, że Gaja była zachwycona, a my robiliśmy dobrą minę do złej gry, by w końcu też wybuchnąć śmiechem. Następnym razem podam mu suchary i obejdzie się bez katastrofy. Pomimo tych małych przeszkód L. wydawał się wzruszony i zjadł z apetytem to, co pozostało ze śniadania, wyłączając niestety z menu jajecznicę.

  Pan P. nie jest w formie, ale poszedł dziś na kilka godzin na uczelnię, a ja odetchnęłam z ulgą. W domu zrobiło się spokojniej i wreszcie mogłam wziąć się do roboty i trochę ogarnąć mieszkanie. Po krótkim czasie sielanki poczułam dotkliwy brak męża i zatęskniłam za nim. Wokół zrobiło się pusto i szaro, toteż podjęłam decyzję- nie puszczę jutro męża do pracy, gdyż musi się wykurować. Nigdy siebie nie zrozumiem:).

Katarynka na ulicy Miłości

by 17:49
  Chcecie usłyszeć coś nowego? Znowu się rozchorowaliśmy! Mąż i ja mamy grypę (po raz setny tej zimy) i nie muszę dodawać, jak bardzo mnie to wkurza. I nie dlatego, że cierpimy niemiłosiernie, gdyż wcale tak nie jest. Jesteśmy dorośli i damy sobie radę (przynajmniej ja, bo z mężczyznami nigdy nic nie wiadomo), ale widok zakatarzonej Gai spędza nam sen z powiek i to dosłownie. Drugą noc z rzędu czyściliśmy jej nosek, a mała wydzierała się wniebogłosy i wiła jak piskorz. Podejrzewam, że obudziła całą klatkę schodową, czym akurat się nie przejmuję, ponieważ sąsiedzi w większości nie przejmują się nami, więc mały rewanż im się należał.

  Przestałam już liczyć, ile czasu nasza Kluseczka jest przeziębiona, niemniej choroba wraca do niej jak bumerang. Katar spływa z niej strumieniami, a mąż z tej okazji wymyślił dla córeczki nowe przezwisko- Katarynka. To się nazywa poczucie humoru! Katarynka, pomimo niedyspozycji, jest tak samo energiczna jak zawsze i lata po mieszkaniu niczym błyskawica, niszcząc wszystko, co wpadnie jej w ręce. Sprytnie przy tym chichocze, a ogniki tańczą w jej oczach i widać, że jest wniebowzięta. Cieszę się bardzo, patrząc na wesołą Gaję, ups Katarynkę, bo wiem, że nic poważnego jej nie dolega. Ja natomiast chodzę notorycznie zestresowana i też znalazłam odpowiednią ksywę dla mnie- Stressinka (taki miks włoskiego z polskim). Mężowi zaś wyskoczył na nosie wyprysk ogromnych rozmiarów i gdybym była złośliwa, nazwałabym go Panem Pryszczem, ale nie jestem, toteż niech pozostanie Panem P.

  Jak widać, weekend po raz kolejny sponsorowała litera k jak katar, więc nasze niedzielne plany spaliły na panewce i musieliśmy je odłożyć na czas nieokreślony. Mieliśmy zamiar jechać na wycieczkę do przepięknych  Pięciu Ziem i przechadzać się beztrosko po ulicy Miłości (której namiastkę prezentuję poniżej), a wylądowaliśmy na kanapie, gapiąc się bezmyślnie w ekran telewizora. Nienawidzę siedzieć w domu szczególnie wtedy, gdy pogoda jest piękna i zachęca do spacerów. Mąż pocieszał mnie i przekonywał, że ulica Miłości jest wszędzie, gdzie my jesteśmy i oczywiście mnie tym rozczulił, mimo to mały niedosyt pozostał. Poza tym okazało się, że w maju Pan P. będzie musiał wyjechać na tydzień do Niemiec i nie ukrywam, że ta wiadomość pogorszyła mi humor, bowiem nie lubię rozstawać się z mężem. Pomyślałby kto, że z niego taki ważniak- jeździ sobie w delegacje jak jakiś vip, szkoda tylko, że konto w banku na to nie wskazuje. Odkąd tu mieszkam, staram się znaleźć pomysł na biznes, tymczasem nic nie przychodzi mi do głowy. Wszystkie genialne idee są już zajęte, a żyłki do interesów nie mam żadnej. Podobno pieniądze leżą na ulicy i trzeba się umieć po nie schylić, ale widocznie jestem ślepa, bo widzę tylko kamienie i psie kupy. Mieszkańcy Genui mają bzika na punkcie czworonogów do tego stopnia, że wchodzą z nimi i do mięsnego, tyle że sprzątać po nich im już się nie chce. Kocham psy, lecz nie jestem zwolenniczką wprowadzania ich do sklepów z tej prostej przyczyny, że to nie jest odpowiednie miejsce dla zwierząt.

  Nie odwiedziliśmy więc ulicy Miłości, choć mam nadzieję, że za niedługo ponownie tam zawitamy. Ostatni raz byliśmy na niej prawie dwa lata temu i nie wspominam tego wypadu najmilej. Zakręty, które prowadzą do Pięciu Ziem spowodowały, że zwymiotowałam na moją piękną ciążową sukienkę i dlatego szybko wróciliśmy do domu. Katarynka wierciła się w brzuchu nieustannie i jestem przekonana, że dobrze się bawiła, a na jej ślicznej buzi już wtedy zagościł uśmiech psotnicy, który tak kocham! Drogie dziewczyny, omijajcie szerokim łukiem kręte uliczki, jeśli jesteście w ciąży, inaczej czeka Was karuzela negatywnych wrażeń, coś o tym wiem:)!
 
 
 
 

 
 

Tupot małych stóp

by 17:06
  Są chwile, na które się czeka. Bywają momenty, których się nie zapomina i przeżycia, które pozostają w sercu na zawsze. Dla każdej matki pierwsze kroki dziecka są czymś absolutnie wyjątkowym, a dla mnie to również potwierdzenie tego, że Gaja jest zdrowa. Dysplazja stawu biodrowego, którą zdiagnozowano u małej gdy miała zaledwie miesiąc, ciągnęła się za nami przez cały rok i kładła cień na naszym szczęśliwym i spokojnym życiu. Kiedy siedem miesięcy temu ściągnięto Gai aparat ortopedyczny, poczułam się tak, jakby zdjęto mi wielki ciężar z piersi i z utęsknieniem czekałam na postępy w wykonaniu mojej Kluseczki.

  Dziś wreszcie nadszedł ten historyczny dla nas dzień i Gaja, jeszcze dosyć nieporadnie, wykonała swoje pierwsze kroki. Trzymała się przy tym stolika (co dla mnie jest bez znaczenia) i posuwała się wolno w stronę mamusi, a ja nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Zaraz też obdzwoniłam męża i wszystkich bliższych członków rodziny, którzy - w zupełności rozumiejąc mój entuzjazm - cieszyli się razem ze mną. Nic też nie mogło mnie bardziej uradować, bo mimo że wada bioderka Gai nie była nieuleczalna, to jednak skomplikowała nam trochę byt. Chyba nikt nie chciałby widzieć dziecka w szpitalu z nóżkami na wyciągu, ani tym bardziej zagipsowanego praktycznie od pasa w dół przez okrągły miesiąc i nie mogącego poruszać nóżkami.  Dla kochającej mamy nawet zwykły katar jest nie do zniesienia, a co dopiero poważniejsze schorzenie. Ostatnio byłam odrobinę zdołowana i przygnieciona różnymi sprawami, ale widok Gai chodzącej prawie samodzielnie, oddalił brzydkie wizje i zrekompensował mi wszystko. Jestem pewna, że za niedługo będzie biegać po domu, a ja nie dam rady  jej dogonić. Już teraz, gdy raczkuje, robi to zdecydowanie za szybko, a kiedy odkryje, że na własnych nóżkach można psocić jeszcze bardziej, marny mój los:).

  Weekend zaczął się pięknie, a pogoda oddaje moje samopoczucie - niebo od rana jest błękitne, a jego splendoru nie zakłóca najmniejsza chmurka. Tak też jest i u mnie! Trywialne myśli wyparowały, a w zamian za to pojawiły się nowe, niezbrukane pustymi marzeniami o dobrach materialnych. Wiem, że ten wpis jest trochę egzaltowany, ale wybaczcie mi to! Miałam do napisania tyle innych rzeczy (między innymi o tym, że przestaliśmy się wreszcie kłócić o telewizor), zdecydowałam jednak, że opowiem Wam o nich w przyszłym tygodniu.

  Warto było czekać!

P.S. Ciekawość Gai nie zna granic:).

Nieznośna żądza

by 17:15
  Mam nietypowe marzenie- chciałabym mieć maszynkę do produkowania pieniędzy. Nie jestem materialistką, ale mamy ostatnio tyle wydatków, które - co tu dużo mówić- są zgubne dla naszego portfela, więc trochę się irytuję. Posiadamy oszczędności, postanowiliśmy jednak ich nie ruszać, ponieważ (o święta naiwności), zbieramy na mieszkanie.

  We Włoszech, tak samo jak i w Polsce, młodym małżeństwom kładzie się kłody pod nogi i proponuje absurdalne (w moim przekonaniu) rozwiązanie- długoletni kredyt. A to oznacza mniej więcej tyle, że ja się na to nie piszę. Nie chcę żyć z piętnem wysokich rat, choć zdaję sobie sprawę, że kiedyś może tak się stać. W pięknych czasach przyszło nam żyć, gdy własne cztery kąty pozostają w sferze nieosiągalnych pragnień. Mąż co prawda odziedziczy w przyszłości dom po rodzicach, ale zanim do tego dojdzie, będziemy się przemieszczać jak Zyd Wieczny Tułacz i coraz bardziej denerwować. Jakiś czas temu pisałam, że się nie poddaję i do mojego wymarzonego domku kładę podwaliny w postaci marzeń, niemniej jednak wygląda na to, że je właśnie zburzyłam i fundamenty runęły. Z subtelnych i nieśmiałych fantazji przeszłam do tych materialnych i nie jestem z tego powodu zadowolona. Lubię bowiem swoje życie, włoskie poranki i nietypowy widok z okna, ale lubiłabym je jeszcze bardziej, gdyby to okno było nasze, a nie wynajmowane.

  I pomyśleć, że do tych konkluzji doprowadził mnie odkurzacz, który zepsuł się wczoraj i to akurat wtedy, gdy przymierzałam się do czyszczenia dywanu. Przeklęty grat odmówił współpracy, mimo że próbowałam go wskrzesić, chociaż żaden ze mnie mechanik (obawiam się, że go wykończyłam). Mąż, który na tych sprawach się zna, stwierdził, że z tej mąki chleba już nie będzie i musimy kupić nowy sprzęt. Ot, złośliwość rzeczy martwych!

  Na domiar tego myśl o drugim dziecku nie daje mi spokoju. Pan P. jest sceptycznie nastawiony do tej "idei", choć naturalnie chciałby ponownie zostać ojcem, ale uważa, że jeszcze nie teraz. Wiem, że ma rację, tylko problem w tym, że nie jestem coraz młodsza, a zegar biologiczny tyka. Przy okazji tych macierzyńskich wizji doszłam do wniosku, że gdyby mężczyźni musieli przeżywać to, co my- miesiączki, ciąże, menopauze i wahania nastrojów- nie w głowie byłyby im wojny i zdobywanie świata:).

  Nasza mała Kluseczka ma się jak zwykle wyśmienicie i psoci bez wytchnienia i umiaru. Katar nadal ją męczy i nie chce jeść, ale jest coś, co pomaga mi w dokarmianiu małej. W trakcie obiadu daję jej na stoliczek klamerki (wszystko inne wyrzuca), które fascynują ją do tego stopnia, że grzecznie otwiera buzię i pałaszuje całą zupkę. Tą samą taktykę stosuję przy przebieraniu, gdyż jakiś diabeł wstąpił w moją córeczkę i zmiana ubrań stała się katorgą. Na szczęście i w tym wypadku klamerki znakomicie się sprawdzają i Gaja wpatruje się w nie jak zahipnotyzowana, a ja mogę założyć jej pieluszkę. Mąż zastanawia się kiedy w końcu nauczę ją korzystać z nocnika, bo jak na razie Gaja wrzuca do niego zabawki i nadal siada tylko w ubranku na tym dziwnym "krzesełku". Chyba w tej sytuacji też zastosuję klamerki, może przyniesie to efekty? Potrzeba jest matką wynalazków, o czym niejednokrotnie się już w życiu przekonałam. Wszystko się ułoży, głowa do góry!


Mała psotnica i plastikowy bębenek

by 17:33
  Wiosna za pasem! Spędziliśmy piękny, aczkolwiek nieco stresujący weekend i po paru tygodniach marazmu wyruszyliśmy wreszcie na podbój Genui i okolic. Sobota nie była co prawda niezwykła, ponieważ lataliśmy od sklepu do sklepu, ale i tak dobrze się bawiłam. Już prawie zapuściłam korzenie w domu i gdy w końcu przekroczyłam próg drzwi, oszalałam ze szczęścia. Do wyjścia nie zniechęcił mnie nawet widok schodów, więc skakałam po nich zgrabnie i szybko, a mąż, widząc mój entuzjazm, uśmiechał się pod nosem. Gaja też była zadowolona i kwiczała radośnie w ramionach tatusia, który kroczył dumny jak paw, ciesząc się z tego, że może robić zakupy w towarzystwie swych dziewczyn.

  Dzień Kobiet nie przywitał nas gałązkami mimozy (to taki zwyczaj tutaj), rozwieszonymi po mieszkaniu, a ja odetchnęłam z ulgą. Nie mam nic przeciw tradycji, ale nie znoszę zapachu mimozy, bo jest on dla mnie zbyt intensywny. Mąż oszczędził mi mdłości i wpadł na świetny pomysł, bym sama wybrała sobie prezent. Lubię kreatywne rozwiązania, toteż przystałam z ochotą na jego propozycję. Kupiłam sobie tunikę i kolczyki (mam do nich słabość), które będą mi służyć o wiele dłużej niż bukiet kwiatów. A jako że Gaja to mała kobietka, uznaliśmy z Panem P., iż jakiś drobiazg i jej się należy. Mąż uparł się na bębenek, który oczywiście wprawił naszą córeczkę w zachwyt i euforię. Po przyjściu do domu przez resztę dnia waliła w niego bez opamiętania, a ja zaczęłam żałować, że zamiast kolczyków, nie zaopatrzyłam się w zatyczki do uszu. Gaja wyżywała się bezlitośnie i dała upust swej energii, serwując nam darmowy i pełen wrażeń koncert, jak na Dzień Kobiet przystało. Mąż natychmiast doszedł do wniosku, że mała ma niesamowity słuch i po raz kolejny zaplanował jej karierę, tym razem skrzypaczki...

  Zaraz, zaraz, przecież niedawno marzył o tym, że Gaja zostanie pogromczynią dinozaurów, a tu proszę, odechciało mu się paleontologii. Muszę się przyzwyczaić do tego, że L. zmienia zdanie jak w kalejdoskopie co do przyszłości naszej kluseczki. Jestem pewna, że ona sama i tak tatusia kiedyś zaskoczy, a póki co, niech on sobie snuje fantazje, to jeszcze nikomu krzywdy nie wyrządziło.

  W niedzielę pojechaliśmy za miasto, by kontemplować naturę Ligurii i odrobinę odpocząć. Ludzi nad morzem nagromadziło się co niemiara, bo pogoda zachęcała do wycieczek. Niebo było bezchmurne, słońce uśmiechało się z daleka, a jego promienie wyciągały do nas ręce, zachęcając do zabawy. Zauważyłam, spacerując po deptaku, że Gaja ciągnie do dzieci, krzyczy na ich widok i wymachuje rączkami, więc pomyślałam sobie, że może czas najwyższy postarać się o rodzeństwo dla niej. Nie chcę, by była jedynaczką, ale zobaczymy, co życie przyniesie.

  Dzisiaj nasza córeczka skończyła 16 miesięcy, a ja zastanawiam się, kiedy to minęło. Nie tak dawno temu dowiedziałam się, że jestem w ciąży i do tej pory pamiętam ten stan euforii, nieporównywalny z niczym, jaki mnie wtedy ogarnął. Dziś Gaja to już mała panienka, coraz bardziej świadoma otaczającego ją świata, ciekawa wszystkiego i niecierpliwa jak jej mamusia. Wreszcie doczekałam się wiosny:)!

Między kuchnią a salonem

by 17:06
  I znowu piątek. Szybko minął mi ten tydzień i nawet nie spostrzegłam, gdy do drzwi zapukał weekend. Mam nadzieję, że sobota nie przywita nas tradycyjnie, czyli załamaniem pogody, bo mam w planach wielkie zakupy i nie chciałabym, by deszcz pokrzyżował mi szyki. Lodówka świeci pustkami, mimo że jeszcze niedawno była przepełniona (nie wiem, kto to wszystko zjada), a dzisiaj zostało w niej tylko parę plasterków sera i kulka mozzarelli. Jedynie zapasy Gai są nienaruszone, bo kupujemy jej tyle rzeczy, że wystarczają na dwa miesiące. Ulubionym daniem małej jest makaron z mięskiem i sosem pomidorowym, więc można powiedzieć, że w tym wypadku włoska natura córeczki wzięła górę. I chociaż Gaja jest szczuplutka, to bardzo lubi jeść i rzadko grymasi. Ciekawe, po kim to ma:).

  W naszym domu prym wiedzie kuchnia polska, a to dlatego, że mój mąż zakochał się w potrawach rodem znad Wisły, a ja jestem z tego powodu niezwykle dumna. Gdy zamieszkałam we Włoszech, wydawało mi się, że potrafię co najwyżej zaparzyć herbatę, ale widocznie nie doceniałam siebie. Nie jest bowiem aż tak źle, choć zdaję sobie sprawę, jak wiele muszę się jeszcze nauczyć. Moja mama też ma wątpliwości co do mych kulinarnych możliwości, ponieważ za każdym razem, kiedy do mnie dzwoni, pierwsze jej pytanie brzmi: "co masz dzisiaj na obiad", jakby nie było ważniejszych spraw do omówienia. Z głodu nie umrzemy, to pewne, nie mam także zamiaru nas otruć. Poza tym nie tylko ja pichcę, ale również i mąż, a jego specjalność to naturalnie spaghetti, które jest tak pyszne, że mogłabym je jeść codziennie. Natomiast moja teściowa ma rzadki dar modyfikowania moich przepisów (udostępniłam jej kilka) i nigdy jej nic nie wychodzi. Ostatnio gościliśmy u teściów w grudniu i mama męża zrobiła babkę piaskową, która w niczym nie przypominała tej zrobionej przeze mnie. Mąż mówił potem gościom, że moje ciasto jest zupełnie inne, o wiele smaczniejsze i w ogóle bez porównania, bo nie chciał, by jego rodzina myślała, że też robię zakalec. Nawet nie przypuszczałam, że jest w stosunku do mnie taki lojalny, bo Włosi słyną z przywiązania do swych mam. Dobrze, że Pan P. jest tylko umiarkowanym maminsynkiem, inaczej byłoby z nim kiepsko.

  Moja teściowa, o czym już nieraz pisałam, namiętnie piecze chleb i robi to codziennie. Zdumiewające więc było dla mnie to, że kiedy gościliśmy na Sardynii, nigdy nie mogliśmy znaleźć ani kromki chleba. Schodziliśmy rano do kuchni z nadzieją, że zjemy porządne śniadanie, ale zawsze musieliśmy obejść się smakiem. Chyba nawet Indiana Jones miał mniejsze problemy ze znalezieniem Arki, niż my, poszukując chleba, bo po prostu wyparował. Niezmierzona jest natura babci Gai:).

  Jestem na bakier z kulturą. Parę dni temu oglądałam w telewizji "Wielkie piękno" i bardzo się rozczarowałam. Kompletnie nic nie zrozumiałam z tej produkcji i wynudziłam się do tego stopnia, że zasnęłam w połowie, pozostawiając telewizor do szanownej dyspozycji męża. L. patrząc na to arcydzieło też miał nietęgą minę i głośno się zastanawiał, za co ten film dostał Oscara. No cóż, w naszym domu króluje teraz Peppa Pig, więc nic dziwnego, że mózgi nam się trochę zlasowały. Oby weekend był słoneczny:)!
 
 

Rozmowy (nie)kontrolowane

by 17:27
  Straciłam rachubę czasu. Ktoś spytał mnie ostatnio, ile lat jestem po ślubie, a ja bez zastanowienia wypaliłam, że trzy. Dobrze, że mąż mnie nie słyszał, bo byłby rozczarowany tym, jak wybiórczą mam pamięć. Chwalę się co prawda wszem i wobec, że jest doskonała, ale widocznie tak nie jest, skoro nie pamiętam tak ważnej daty. Małżeństwem jesteśmy dopiero drugi rok, choć czasami mi się wydaje, że tych lat upłynęło już dwadzieścia. Odkąd na świecie pojawiła się nasza Kluseczka, życie leci nieubłagalnie prędko. Fakt, że mam coraz więcej lat oczywiście mnie nie cieszy, ale żeby dodać sobie animuszu powtarzam w myślach, że to nie ja się starzeję, tylko czas szybko mija. Tak lepiej, ot co.

  Jestem fanką mojego męża i rzecz jasna, bardzo go kocham, ale wbrew pozorom nasz związek nie jest sielanką i nie spijamy sobie z dziubków. Cichych dni nie miewamy, bo z Włochem w domu to niemożliwe, często się natomiast sprzeczamy i to o najbłahsze rzeczy. Jak każde szanujące się małżeństwo kłócimy się o wszystko- o pilot do telewizora, o Gaję, o niepozmywane naczynia, o Gaję, o komputer, no i o Gaję. Pan P. jest wspaniałym ojcem, ale nie ma zawsze racji, choć uważa, że ma na nią wyłączność. Pierwsze miesiące spędzone z naszą córeczką były dla mnie euforią i nieustannym stresem. Zmieniłam się w kłębek nerwów, a mąż wkurzał mnie tak bardzo, że nieraz miałam ochotę mu przyłożyć. Wszystko przez to, że wtrącał się do karmienia i dawał mi dobre rady, mimo że nie miał na ten temat zielonego pojęcia. Mój ukochany to ułożony i spokojny człowiek, ale jak to "Italianiec", nie potrafi powstrzymać temperamentu na wodzy. Ja też umiem wybuchnąć, kiedy trzeba, więc w domu czasem jest naprawdę gorąco. Garnki w powietrzu nie latają, ale atmosfera jest napięta, przyznaję to z pokorą i obietnicą poprawy!

  Z zamiłowania i natury jestem gadułą, ale zmiana miejsca zamieszkania skutecznie zamknęła mi usta, bo nie mam tu znajomych. Gdy mąż wraca z pracy, odbijam sobie na nim i nawijam mu w nieskończoność. Pan P. słucha mnie, przytakuje, odpowiada: "tak, masz rację", a ja zadowolona, że wreszcie złapałam wolnego słuchacza, dalej trajkoczę jak katarynka. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie mały szczegół, który odrobinę mnie denerwuje. Mąż tylko udaje, że mnie słucha, już niejednokrotnie miałam okazję się o tym przekonać. Nie po to strzępię sobie język, by mówić do ściany. Mam tyle do opowiedzenia i oczekuję jakiejś współpracy. Tymczasem L. ma za nic moje niebanalne opinie i nieszablonowe poglądy (nie ma to jak wrodzona skromność) i woli pooglądać telewizję. Jest w nim tyle empatii i zrozumienia, co w słupie przy drodze. Mógłby wziąć przykład z Gai, która uwielbia moje monologi i nigdy nie marudzi. Rozmawiam z małą nie tylko z powodu gadulstwa, ale także dlatego, by nauczyć ją języka polskiego. Łączę przyjemne z pożytecznym i jestem pewna, że w przyszłości przyniesie to owoce.

  To były dobre wiadomości, a w zanadrzu mam jeszcze dwie! Wreszcie ktoś wyłączył deszcz i włączył słońce, jak mawiał Forrest Gump (kocham jego mądrości). Od poniedziałku zaś trzymam dietę, pogodziłam się ze stepem i ćwiczę, a rezultaty już się pojawiły (optymizm, pogoda ducha i większa chęć do życia). Hurra!

A przedstawienie trwa

by 16:20
  Nigdy nie chciałam być aktorką. Nie posiadam w tym kierunku żadnych zdolności, dostaję ciężkich drgawek na sam widok kamery, no i jakaś niewyjściowa jestem. Brak mi ogłady i rozmiaru 36, ale tak jak już wspominałam, kocham kino i wszystko, co z nim związane, dlatego galę Oscarową oglądałam z wypiekami na twarzy. Lubię to "targowisko próżności", "spontaniczne" przemowy wygranych, niesamowite kreacje gwiazd, a przy tym jest we mnie pewien rodzaj podziwu i zazdrości. Oto wyobrażam sobie, że to ja podążam po odbiór statuetki w sukni od wybitnego projektanta, a świat leży u mych stóp. Trywialne, prawda?

  W tych rzadkich momentach moje własne życie wydaje mi się banalne i jałowe. Ten stan trwa tylko chwilę, bo gdy kończy się przedstawienie, zapominam o Oscarach i splendorze im towarzyszącym. A poza tym, przecież ja też jestem aktorką. Ba, żeby tylko! Jestem również reżyserką, scenarzystką, a nawet kostiumolożką mojego życia i tylko na montaż nie mam wpływu. Gram główną rolę w moim własnym filmie, ale nie wiem, czy zasłużyłam sobie na jakąkolwiek nagrodę. Pragnę iść przez życie z uśmiechem na ustach i wyciągać z niego te najrzadsze kwiaty. Czasem co prawda spadają mi na ręce pokrzywy, ale to nieuniknione. Nie znam nikogo, kto byłby wyłącznie szczęśliwy i spełniony. I mimo że kocham życie ponad życie, to nie jestem pewna, czy chciałabym żyć wiecznie. Mam bowiem swoją małą, bardzo prywatną teorię, że żaden człowiek nie będzie w stanie udźwignąć wieczności. Natomiast śmierć jak na razie jest dla mnie zjawiskiem abstrakcyjnym i nie zawracam sobie nią głowy. Raz tylko zapytałam męża, co się stanie, jeśli odejdę pierwsza (Włosi są długowieczni, stąd moje obawy). Mąż odpowiedział mi wtedy: "vengo subito da te" czyli "przyjdę szybko do ciebie" i mówcie co chcecie, ale piękniejszego wyznania miłości nie mogłam sobie wymarzyć.

  Za mną nieprzespana noc i wielce udany weekend, a to z tej przyczyny, że wraz z Gają miałyśmy wreszcie męża i tatusia na wyłączność. Biedakowi popsuł się służbowy komputer, więc nie mógł pracować nad swym mega ważnym i ściśle tajnym projektem (mąż jest nanotechnologiem, cokolwiek to znaczy), który tworzy dla swej uczelni. Sobotę i niedzielę poświęcił całkowicie nam, a Gaja była w siódmym niebie i przylepiła się do tatusia. Do mnie zaś przyplątał się po raz kolejny katar i znów jestem pociągająca jak nigdy. Pociągam nosem tak bardzo, że Gaja się ode mnie zaraziła. Musimy odciągać jej katarek, a mała jest zrozpaczona z tego powodu. Drże się wniebogłosy, gdy to robimy, wyrywa się nam i nie może się uspokoić. Luty był okropny, bo lało nieustannie, a marzec podobno ma być jeszcze gorszy, więc nie widzę wyjścia z tunelu. Przeziębienie opuści nas chyba na wiosnę, o ile nie później. Czy ja naprawdę mieszkam w słonecznej Italii?

  A zwycięzcom gratuluję:)!
Obsługiwane przez usługę Blogger.