A przedstawienie trwa

  Nigdy nie chciałam być aktorką. Nie posiadam w tym kierunku żadnych zdolności, dostaję ciężkich drgawek na sam widok kamery, no i jakaś niewyjściowa jestem. Brak mi ogłady i rozmiaru 36, ale tak jak już wspominałam, kocham kino i wszystko, co z nim związane, dlatego galę Oscarową oglądałam z wypiekami na twarzy. Lubię to "targowisko próżności", "spontaniczne" przemowy wygranych, niesamowite kreacje gwiazd, a przy tym jest we mnie pewien rodzaj podziwu i zazdrości. Oto wyobrażam sobie, że to ja podążam po odbiór statuetki w sukni od wybitnego projektanta, a świat leży u mych stóp. Trywialne, prawda?

  W tych rzadkich momentach moje własne życie wydaje mi się banalne i jałowe. Ten stan trwa tylko chwilę, bo gdy kończy się przedstawienie, zapominam o Oscarach i splendorze im towarzyszącym. A poza tym, przecież ja też jestem aktorką. Ba, żeby tylko! Jestem również reżyserką, scenarzystką, a nawet kostiumolożką mojego życia i tylko na montaż nie mam wpływu. Gram główną rolę w moim własnym filmie, ale nie wiem, czy zasłużyłam sobie na jakąkolwiek nagrodę. Pragnę iść przez życie z uśmiechem na ustach i wyciągać z niego te najrzadsze kwiaty. Czasem co prawda spadają mi na ręce pokrzywy, ale to nieuniknione. Nie znam nikogo, kto byłby wyłącznie szczęśliwy i spełniony. I mimo że kocham życie ponad życie, to nie jestem pewna, czy chciałabym żyć wiecznie. Mam bowiem swoją małą, bardzo prywatną teorię, że żaden człowiek nie będzie w stanie udźwignąć wieczności. Natomiast śmierć jak na razie jest dla mnie zjawiskiem abstrakcyjnym i nie zawracam sobie nią głowy. Raz tylko zapytałam męża, co się stanie, jeśli odejdę pierwsza (Włosi są długowieczni, stąd moje obawy). Mąż odpowiedział mi wtedy: "vengo subito da te" czyli "przyjdę szybko do ciebie" i mówcie co chcecie, ale piękniejszego wyznania miłości nie mogłam sobie wymarzyć.

  Za mną nieprzespana noc i wielce udany weekend, a to z tej przyczyny, że wraz z Gają miałyśmy wreszcie męża i tatusia na wyłączność. Biedakowi popsuł się służbowy komputer, więc nie mógł pracować nad swym mega ważnym i ściśle tajnym projektem (mąż jest nanotechnologiem, cokolwiek to znaczy), który tworzy dla swej uczelni. Sobotę i niedzielę poświęcił całkowicie nam, a Gaja była w siódmym niebie i przylepiła się do tatusia. Do mnie zaś przyplątał się po raz kolejny katar i znów jestem pociągająca jak nigdy. Pociągam nosem tak bardzo, że Gaja się ode mnie zaraziła. Musimy odciągać jej katarek, a mała jest zrozpaczona z tego powodu. Drże się wniebogłosy, gdy to robimy, wyrywa się nam i nie może się uspokoić. Luty był okropny, bo lało nieustannie, a marzec podobno ma być jeszcze gorszy, więc nie widzę wyjścia z tunelu. Przeziębienie opuści nas chyba na wiosnę, o ile nie później. Czy ja naprawdę mieszkam w słonecznej Italii?

  A zwycięzcom gratuluję:)!
Obsługiwane przez usługę Blogger.