Była sobie...jajecznica

  Nie od dziś wiadomo, że kobieta zmienną jest. Ja również, choć zazwyczaj jestem stała w uczuciach (wierności ode mnie mogłaby uczyć się i Penelopa), postanowieniach i decyzjach, ale ostatnio zmieniłam zdanie w pewnej kwestii. Nie, bynajmniej, nie zamieniłam Pana P. na nowszy model i nigdy tego nie zrobię. Dobrze nam razem i jesteśmy jak dwie połówki pomarańczy (wolę je od jabłek), niemniej jednak mam mały problem.

  Wielokrotnie wspominałam Wam o tym, że mój mąż pracuje całymi dniami i jest gościem w domu, a ja mam tego serdecznie dosyć. Tymczasem od poniedziałku L. jest na chorobowym, a ja...mam tego serdecznie dosyć! Przygniotła nas grypa, wobec czego jesteśmy zmęczeni, zmierźli i nieustannie się kłócimy (przeważnie o pierdoły). Ja zarzucam Panu P., że zaburzył mój rytm dnia (co jest piramidalną bzdurą), on zaś ma pretensje o to, że się nim nie zajmuję (no wiecie co). Chodzimy po domu wkurzeni na siebie i nie możemy dojść do porozumienia, a ja mruczę pod nosem: "idź już do pracy", oczywiście po polsku. Nie pojmuję siebie!

  Mąż skutecznie wyprowadza mnie z równowagi, a przeziębienie powoduje, że pomału bierze mnie cholera. Odwiedzamy przychodnie i apteki, a skutki są nadal opłakane. W trakcie jednej z wizyt okazało się, że mam nieważną kartę sanitarną (kto by się przejmował takimi szczegółami) i muszę wyrobić nową, więc lekarz nie mógł mnie przyjąć. Nie przypuszczałam, że Włosi to tacy formaliści, ale cóż, przepisy to przepisy. Leczę się domowymi sposobami, bo trzeba sobie jakoś radzić. Jakby mało było problemów, Gaja jest ciągle zakatarzona, a do tego ma biegunkę, także denerwuję się jeszcze bardziej. Pediatra co prawda starała się mnie uspokoić, lecz nie udało jej się to, tak samo zresztą jak mężowi, który zbagatelizował wszystko. Według niego to normalne, że dzieci chorują, szczególnie gdy rodzice zmagają się z grypą i wiem, że ma rację, a mimo to nie potrafię sie wyluzować. Dobrze, że Gaja jest cały czas radosna i ciągle łobuzuje, inaczej na pewno odchodziłabym od zmysłów.

  Wczoraj we Włoszech obchodzony był Dzień Ojca, a jako że nie byłam w tych dniach zbyt miła dla męża, postanowiłam to naprawić. Stanęłam na wysokości zadania i przygotowałam dla mojego ukochanego wykwintne śniadanie do łóżka, zabierając ze sobą do pomocy Gaję. I to był błąd, bowiem gdy Kluseczka zobaczyła tatusia, zaczęła po nim skakać i wymachiwać rączkami, a jajecznica z boczkiem wylądowała na twarzy męża i pościeli, którą dopiero co przebrałam. Szynka przykleiła się do ściany,  masło wylądowało na podłodze i omal się na nim nie poślizgnęłam. Nie muszę dodawać, że Gaja była zachwycona, a my robiliśmy dobrą minę do złej gry, by w końcu też wybuchnąć śmiechem. Następnym razem podam mu suchary i obejdzie się bez katastrofy. Pomimo tych małych przeszkód L. wydawał się wzruszony i zjadł z apetytem to, co pozostało ze śniadania, wyłączając niestety z menu jajecznicę.

  Pan P. nie jest w formie, ale poszedł dziś na kilka godzin na uczelnię, a ja odetchnęłam z ulgą. W domu zrobiło się spokojniej i wreszcie mogłam wziąć się do roboty i trochę ogarnąć mieszkanie. Po krótkim czasie sielanki poczułam dotkliwy brak męża i zatęskniłam za nim. Wokół zrobiło się pusto i szaro, toteż podjęłam decyzję- nie puszczę jutro męża do pracy, gdyż musi się wykurować. Nigdy siebie nie zrozumiem:).
Obsługiwane przez usługę Blogger.