Coś (prawie) optymistycznego

  Co weekend, to katastrofa, powinnam już do tego przywyknąć. Ciągle nam się coś przytrafia i mimo że jesteśmy cali i zdrowi, za bardzo się wszystkim przejmuję. Tak mam, a podejrzewam, że będzie jeszcze gorzej i żywię głęboką nadzieję, iż Pan P. się ze mną nie rozwiedzie. Do takiej żony jak ja trzeba mieć nie tylko świętą cierpliwość, ale przede wszystkim ogromne pokłady wyrozumiałości. Gryzę się nieustannie, aczkolwiek mąż powtarza mi, że niepotrzebnie. Zamiast w pełni cieszyć się macierzyństwem, wciąż wynajduję powody do smutków, zupełnie zresztą irracjonalne. Wczoraj było podobnie, choć nic nie zapowiadało burzy na horyzoncie.

  Zmiana czasu zimowego na wiosenny nie obeszła mnie wcale, ponieważ wstaję z kurami i godzina spania mniej to dla mnie żaden problem. Obudziłam się w niedzielny poranek pełna werwy i zapału, a pachnąca kawa dodatkowo postawiła mnie na nogi. Wzięłam się za lekturę, gdyż jestem molem książkowym i czytam wszystko, co wpadnie mi w ręce, ale mam na to czas tylko o poranku. Wykorzystałam fakt, że moi bliscy spali w najlepsze i skończyłam czytać powieść, która bardzo mnie rozczarowała. Z litości nie wymienię tytułu feralnej książki, lecz wiem na pewno, że już po nią nie sięgnę i przestanę się kierować sugestiami. Zapytałam znajomych na facebooku, czy warto przeczytać to dzieło, a że recenzje były entuzjastyczne, zakupiłam je sobie. I to był wielki błąd, bowiem dawno nie czytałam takiego chłamu. Zaraz, o czym to ja miałam pisać? Jak na razie widzę, że jestem mistrzynią dygresji, a nie zmartwień wszelakich, dlatego przechodzę do meritum sprawy.

  Około miesiąc temu zamieniliśmy fotelik w samochodzie i Gaja siedzi wreszcie przodem do kierowcy, ale nieoczekiwanie wystąpił problem. Mała wymiotuje teraz bardzo często (w starym foteliku nigdy), a ilekroć gdzieś jedziemy, mam krzyż na ramieniu. Tak było i wczoraj, a nasza (początkowo przyjemna) wycieczka zamieniła się dla mnie w koszmar. Boję się jeździć z Gają i denerwowałam się przez całą podróż. Wiem, że Kluseczka musi się przyzwyczaić, choć trochę czasu już minęło, a mimo to nadal wymiotuje. Mąż twierdzi, że mam się przygotować na fajerwerki i nie rozpaczać. Pan P. odruchy wymiotne miał przez całe dzieciństwo, a Gaja z pewnością odziedziczyła to po nim. No to mnie rozweselił! Jeden stres goni drugi i chyba nieprędko się to zmieni.

  Marzec się kończy, a ja nadal nie umiem wyjść z impasu, który mnie ogarnął. Z dietą jest odrobinę lepiej, bo nie jem zbyt dużo i zdarza mi się ćwiczyć, lecz jeszcze nieregularnie. Jestem usatysfakcjonowana  z tych niewielkich postępów, natomiast martwi mnie cała reszta. Obiecałam sobie jednak, że w kwietniu nastąpi przełom i zacznę mieć w końcu optymistyczne podejście do życia. Mam śliczną córeczkę, kochającego męża i mało powodów do łez. Moje dziecko czuje się źle w aucie, ale przez to nie musi mi się walić grunt pod nogami. Od jutra zaczynam spacery z Gają, z czego jestem zadowolona, gdyż mała uwielbia spędzać czas na świeżym powietrzu. Ja zaś łudzę się, że połączę przyjemne z pożytecznym i stracę parę kilogramów, o czym marzę od dawna. Będzie dobrze, musi być!

Obsługiwane przez usługę Blogger.