Katarynka na ulicy Miłości

  Chcecie usłyszeć coś nowego? Znowu się rozchorowaliśmy! Mąż i ja mamy grypę (po raz setny tej zimy) i nie muszę dodawać, jak bardzo mnie to wkurza. I nie dlatego, że cierpimy niemiłosiernie, gdyż wcale tak nie jest. Jesteśmy dorośli i damy sobie radę (przynajmniej ja, bo z mężczyznami nigdy nic nie wiadomo), ale widok zakatarzonej Gai spędza nam sen z powiek i to dosłownie. Drugą noc z rzędu czyściliśmy jej nosek, a mała wydzierała się wniebogłosy i wiła jak piskorz. Podejrzewam, że obudziła całą klatkę schodową, czym akurat się nie przejmuję, ponieważ sąsiedzi w większości nie przejmują się nami, więc mały rewanż im się należał.

  Przestałam już liczyć, ile czasu nasza Kluseczka jest przeziębiona, niemniej choroba wraca do niej jak bumerang. Katar spływa z niej strumieniami, a mąż z tej okazji wymyślił dla córeczki nowe przezwisko- Katarynka. To się nazywa poczucie humoru! Katarynka, pomimo niedyspozycji, jest tak samo energiczna jak zawsze i lata po mieszkaniu niczym błyskawica, niszcząc wszystko, co wpadnie jej w ręce. Sprytnie przy tym chichocze, a ogniki tańczą w jej oczach i widać, że jest wniebowzięta. Cieszę się bardzo, patrząc na wesołą Gaję, ups Katarynkę, bo wiem, że nic poważnego jej nie dolega. Ja natomiast chodzę notorycznie zestresowana i też znalazłam odpowiednią ksywę dla mnie- Stressinka (taki miks włoskiego z polskim). Mężowi zaś wyskoczył na nosie wyprysk ogromnych rozmiarów i gdybym była złośliwa, nazwałabym go Panem Pryszczem, ale nie jestem, toteż niech pozostanie Panem P.

  Jak widać, weekend po raz kolejny sponsorowała litera k jak katar, więc nasze niedzielne plany spaliły na panewce i musieliśmy je odłożyć na czas nieokreślony. Mieliśmy zamiar jechać na wycieczkę do przepięknych  Pięciu Ziem i przechadzać się beztrosko po ulicy Miłości (której namiastkę prezentuję poniżej), a wylądowaliśmy na kanapie, gapiąc się bezmyślnie w ekran telewizora. Nienawidzę siedzieć w domu szczególnie wtedy, gdy pogoda jest piękna i zachęca do spacerów. Mąż pocieszał mnie i przekonywał, że ulica Miłości jest wszędzie, gdzie my jesteśmy i oczywiście mnie tym rozczulił, mimo to mały niedosyt pozostał. Poza tym okazało się, że w maju Pan P. będzie musiał wyjechać na tydzień do Niemiec i nie ukrywam, że ta wiadomość pogorszyła mi humor, bowiem nie lubię rozstawać się z mężem. Pomyślałby kto, że z niego taki ważniak- jeździ sobie w delegacje jak jakiś vip, szkoda tylko, że konto w banku na to nie wskazuje. Odkąd tu mieszkam, staram się znaleźć pomysł na biznes, tymczasem nic nie przychodzi mi do głowy. Wszystkie genialne idee są już zajęte, a żyłki do interesów nie mam żadnej. Podobno pieniądze leżą na ulicy i trzeba się umieć po nie schylić, ale widocznie jestem ślepa, bo widzę tylko kamienie i psie kupy. Mieszkańcy Genui mają bzika na punkcie czworonogów do tego stopnia, że wchodzą z nimi i do mięsnego, tyle że sprzątać po nich im już się nie chce. Kocham psy, lecz nie jestem zwolenniczką wprowadzania ich do sklepów z tej prostej przyczyny, że to nie jest odpowiednie miejsce dla zwierząt.

  Nie odwiedziliśmy więc ulicy Miłości, choć mam nadzieję, że za niedługo ponownie tam zawitamy. Ostatni raz byliśmy na niej prawie dwa lata temu i nie wspominam tego wypadu najmilej. Zakręty, które prowadzą do Pięciu Ziem spowodowały, że zwymiotowałam na moją piękną ciążową sukienkę i dlatego szybko wróciliśmy do domu. Katarynka wierciła się w brzuchu nieustannie i jestem przekonana, że dobrze się bawiła, a na jej ślicznej buzi już wtedy zagościł uśmiech psotnicy, który tak kocham! Drogie dziewczyny, omijajcie szerokim łukiem kręte uliczki, jeśli jesteście w ciąży, inaczej czeka Was karuzela negatywnych wrażeń, coś o tym wiem:)!
 
 
 
 

 
 
Obsługiwane przez usługę Blogger.