Między kuchnią a salonem

  I znowu piątek. Szybko minął mi ten tydzień i nawet nie spostrzegłam, gdy do drzwi zapukał weekend. Mam nadzieję, że sobota nie przywita nas tradycyjnie, czyli załamaniem pogody, bo mam w planach wielkie zakupy i nie chciałabym, by deszcz pokrzyżował mi szyki. Lodówka świeci pustkami, mimo że jeszcze niedawno była przepełniona (nie wiem, kto to wszystko zjada), a dzisiaj zostało w niej tylko parę plasterków sera i kulka mozzarelli. Jedynie zapasy Gai są nienaruszone, bo kupujemy jej tyle rzeczy, że wystarczają na dwa miesiące. Ulubionym daniem małej jest makaron z mięskiem i sosem pomidorowym, więc można powiedzieć, że w tym wypadku włoska natura córeczki wzięła górę. I chociaż Gaja jest szczuplutka, to bardzo lubi jeść i rzadko grymasi. Ciekawe, po kim to ma:).

  W naszym domu prym wiedzie kuchnia polska, a to dlatego, że mój mąż zakochał się w potrawach rodem znad Wisły, a ja jestem z tego powodu niezwykle dumna. Gdy zamieszkałam we Włoszech, wydawało mi się, że potrafię co najwyżej zaparzyć herbatę, ale widocznie nie doceniałam siebie. Nie jest bowiem aż tak źle, choć zdaję sobie sprawę, jak wiele muszę się jeszcze nauczyć. Moja mama też ma wątpliwości co do mych kulinarnych możliwości, ponieważ za każdym razem, kiedy do mnie dzwoni, pierwsze jej pytanie brzmi: "co masz dzisiaj na obiad", jakby nie było ważniejszych spraw do omówienia. Z głodu nie umrzemy, to pewne, nie mam także zamiaru nas otruć. Poza tym nie tylko ja pichcę, ale również i mąż, a jego specjalność to naturalnie spaghetti, które jest tak pyszne, że mogłabym je jeść codziennie. Natomiast moja teściowa ma rzadki dar modyfikowania moich przepisów (udostępniłam jej kilka) i nigdy jej nic nie wychodzi. Ostatnio gościliśmy u teściów w grudniu i mama męża zrobiła babkę piaskową, która w niczym nie przypominała tej zrobionej przeze mnie. Mąż mówił potem gościom, że moje ciasto jest zupełnie inne, o wiele smaczniejsze i w ogóle bez porównania, bo nie chciał, by jego rodzina myślała, że też robię zakalec. Nawet nie przypuszczałam, że jest w stosunku do mnie taki lojalny, bo Włosi słyną z przywiązania do swych mam. Dobrze, że Pan P. jest tylko umiarkowanym maminsynkiem, inaczej byłoby z nim kiepsko.

  Moja teściowa, o czym już nieraz pisałam, namiętnie piecze chleb i robi to codziennie. Zdumiewające więc było dla mnie to, że kiedy gościliśmy na Sardynii, nigdy nie mogliśmy znaleźć ani kromki chleba. Schodziliśmy rano do kuchni z nadzieją, że zjemy porządne śniadanie, ale zawsze musieliśmy obejść się smakiem. Chyba nawet Indiana Jones miał mniejsze problemy ze znalezieniem Arki, niż my, poszukując chleba, bo po prostu wyparował. Niezmierzona jest natura babci Gai:).

  Jestem na bakier z kulturą. Parę dni temu oglądałam w telewizji "Wielkie piękno" i bardzo się rozczarowałam. Kompletnie nic nie zrozumiałam z tej produkcji i wynudziłam się do tego stopnia, że zasnęłam w połowie, pozostawiając telewizor do szanownej dyspozycji męża. L. patrząc na to arcydzieło też miał nietęgą minę i głośno się zastanawiał, za co ten film dostał Oscara. No cóż, w naszym domu króluje teraz Peppa Pig, więc nic dziwnego, że mózgi nam się trochę zlasowały. Oby weekend był słoneczny:)!
 
 
Obsługiwane przez usługę Blogger.