Nieznośna żądza

  Mam nietypowe marzenie- chciałabym mieć maszynkę do produkowania pieniędzy. Nie jestem materialistką, ale mamy ostatnio tyle wydatków, które - co tu dużo mówić- są zgubne dla naszego portfela, więc trochę się irytuję. Posiadamy oszczędności, postanowiliśmy jednak ich nie ruszać, ponieważ (o święta naiwności), zbieramy na mieszkanie.

  We Włoszech, tak samo jak i w Polsce, młodym małżeństwom kładzie się kłody pod nogi i proponuje absurdalne (w moim przekonaniu) rozwiązanie- długoletni kredyt. A to oznacza mniej więcej tyle, że ja się na to nie piszę. Nie chcę żyć z piętnem wysokich rat, choć zdaję sobie sprawę, że kiedyś może tak się stać. W pięknych czasach przyszło nam żyć, gdy własne cztery kąty pozostają w sferze nieosiągalnych pragnień. Mąż co prawda odziedziczy w przyszłości dom po rodzicach, ale zanim do tego dojdzie, będziemy się przemieszczać jak Zyd Wieczny Tułacz i coraz bardziej denerwować. Jakiś czas temu pisałam, że się nie poddaję i do mojego wymarzonego domku kładę podwaliny w postaci marzeń, niemniej jednak wygląda na to, że je właśnie zburzyłam i fundamenty runęły. Z subtelnych i nieśmiałych fantazji przeszłam do tych materialnych i nie jestem z tego powodu zadowolona. Lubię bowiem swoje życie, włoskie poranki i nietypowy widok z okna, ale lubiłabym je jeszcze bardziej, gdyby to okno było nasze, a nie wynajmowane.

  I pomyśleć, że do tych konkluzji doprowadził mnie odkurzacz, który zepsuł się wczoraj i to akurat wtedy, gdy przymierzałam się do czyszczenia dywanu. Przeklęty grat odmówił współpracy, mimo że próbowałam go wskrzesić, chociaż żaden ze mnie mechanik (obawiam się, że go wykończyłam). Mąż, który na tych sprawach się zna, stwierdził, że z tej mąki chleba już nie będzie i musimy kupić nowy sprzęt. Ot, złośliwość rzeczy martwych!

  Na domiar tego myśl o drugim dziecku nie daje mi spokoju. Pan P. jest sceptycznie nastawiony do tej "idei", choć naturalnie chciałby ponownie zostać ojcem, ale uważa, że jeszcze nie teraz. Wiem, że ma rację, tylko problem w tym, że nie jestem coraz młodsza, a zegar biologiczny tyka. Przy okazji tych macierzyńskich wizji doszłam do wniosku, że gdyby mężczyźni musieli przeżywać to, co my- miesiączki, ciąże, menopauze i wahania nastrojów- nie w głowie byłyby im wojny i zdobywanie świata:).

  Nasza mała Kluseczka ma się jak zwykle wyśmienicie i psoci bez wytchnienia i umiaru. Katar nadal ją męczy i nie chce jeść, ale jest coś, co pomaga mi w dokarmianiu małej. W trakcie obiadu daję jej na stoliczek klamerki (wszystko inne wyrzuca), które fascynują ją do tego stopnia, że grzecznie otwiera buzię i pałaszuje całą zupkę. Tą samą taktykę stosuję przy przebieraniu, gdyż jakiś diabeł wstąpił w moją córeczkę i zmiana ubrań stała się katorgą. Na szczęście i w tym wypadku klamerki znakomicie się sprawdzają i Gaja wpatruje się w nie jak zahipnotyzowana, a ja mogę założyć jej pieluszkę. Mąż zastanawia się kiedy w końcu nauczę ją korzystać z nocnika, bo jak na razie Gaja wrzuca do niego zabawki i nadal siada tylko w ubranku na tym dziwnym "krzesełku". Chyba w tej sytuacji też zastosuję klamerki, może przyniesie to efekty? Potrzeba jest matką wynalazków, o czym niejednokrotnie się już w życiu przekonałam. Wszystko się ułoży, głowa do góry!


Obsługiwane przez usługę Blogger.