Rozmowy (nie)kontrolowane

  Straciłam rachubę czasu. Ktoś spytał mnie ostatnio, ile lat jestem po ślubie, a ja bez zastanowienia wypaliłam, że trzy. Dobrze, że mąż mnie nie słyszał, bo byłby rozczarowany tym, jak wybiórczą mam pamięć. Chwalę się co prawda wszem i wobec, że jest doskonała, ale widocznie tak nie jest, skoro nie pamiętam tak ważnej daty. Małżeństwem jesteśmy dopiero drugi rok, choć czasami mi się wydaje, że tych lat upłynęło już dwadzieścia. Odkąd na świecie pojawiła się nasza Kluseczka, życie leci nieubłagalnie prędko. Fakt, że mam coraz więcej lat oczywiście mnie nie cieszy, ale żeby dodać sobie animuszu powtarzam w myślach, że to nie ja się starzeję, tylko czas szybko mija. Tak lepiej, ot co.

  Jestem fanką mojego męża i rzecz jasna, bardzo go kocham, ale wbrew pozorom nasz związek nie jest sielanką i nie spijamy sobie z dziubków. Cichych dni nie miewamy, bo z Włochem w domu to niemożliwe, często się natomiast sprzeczamy i to o najbłahsze rzeczy. Jak każde szanujące się małżeństwo kłócimy się o wszystko- o pilot do telewizora, o Gaję, o niepozmywane naczynia, o Gaję, o komputer, no i o Gaję. Pan P. jest wspaniałym ojcem, ale nie ma zawsze racji, choć uważa, że ma na nią wyłączność. Pierwsze miesiące spędzone z naszą córeczką były dla mnie euforią i nieustannym stresem. Zmieniłam się w kłębek nerwów, a mąż wkurzał mnie tak bardzo, że nieraz miałam ochotę mu przyłożyć. Wszystko przez to, że wtrącał się do karmienia i dawał mi dobre rady, mimo że nie miał na ten temat zielonego pojęcia. Mój ukochany to ułożony i spokojny człowiek, ale jak to "Italianiec", nie potrafi powstrzymać temperamentu na wodzy. Ja też umiem wybuchnąć, kiedy trzeba, więc w domu czasem jest naprawdę gorąco. Garnki w powietrzu nie latają, ale atmosfera jest napięta, przyznaję to z pokorą i obietnicą poprawy!

  Z zamiłowania i natury jestem gadułą, ale zmiana miejsca zamieszkania skutecznie zamknęła mi usta, bo nie mam tu znajomych. Gdy mąż wraca z pracy, odbijam sobie na nim i nawijam mu w nieskończoność. Pan P. słucha mnie, przytakuje, odpowiada: "tak, masz rację", a ja zadowolona, że wreszcie złapałam wolnego słuchacza, dalej trajkoczę jak katarynka. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie mały szczegół, który odrobinę mnie denerwuje. Mąż tylko udaje, że mnie słucha, już niejednokrotnie miałam okazję się o tym przekonać. Nie po to strzępię sobie język, by mówić do ściany. Mam tyle do opowiedzenia i oczekuję jakiejś współpracy. Tymczasem L. ma za nic moje niebanalne opinie i nieszablonowe poglądy (nie ma to jak wrodzona skromność) i woli pooglądać telewizję. Jest w nim tyle empatii i zrozumienia, co w słupie przy drodze. Mógłby wziąć przykład z Gai, która uwielbia moje monologi i nigdy nie marudzi. Rozmawiam z małą nie tylko z powodu gadulstwa, ale także dlatego, by nauczyć ją języka polskiego. Łączę przyjemne z pożytecznym i jestem pewna, że w przyszłości przyniesie to owoce.

  To były dobre wiadomości, a w zanadrzu mam jeszcze dwie! Wreszcie ktoś wyłączył deszcz i włączył słońce, jak mawiał Forrest Gump (kocham jego mądrości). Od poniedziałku zaś trzymam dietę, pogodziłam się ze stepem i ćwiczę, a rezultaty już się pojawiły (optymizm, pogoda ducha i większa chęć do życia). Hurra!
Obsługiwane przez usługę Blogger.