W oparach zazdrości

  Stało się, mama jest zazdrosna o swą córeczkę! Spodziewałam się, że ta chwila nadejdzie, ale nie przypuszczałam, że zakłuje mnie serce na widok Gai w objęciach tatusia. I wszystko dlatego, że mąż wrócił wczoraj wcześniej do domu, bo lało jak z cebra, a biedak zapomniał swojego nietoperzowego płaszcza.

  Jego powrót był mi na rękę, nie powiem, ponieważ rąbnęłam się z całej siły w kolano i chciałam trochę odpocząć, ale Gaja mi na to nie pozwalała. Ucieszyłam się więc niepomiernie, gdy zobaczyłam Pana P. i udałam się na kanapę poczytać książkę, a mąż poszedł z Kluseczką do drugiego pokoju. Po jakimś czasie zatęskniłam za nimi i postanowiłam zobaczyć, co robią moje ukochane istoty. Gaja siedziała na kolanach taty, bawiąc się jego kredkami (nie do wiary, że mąż dał jej swoje święte kredki) i rozsypując je po całym biurku. Mała była w siódmym niebie, lecz gdy ujrzała mnie, swoją mamusię, pokazała mi rączką drzwi i zaprosiła do wyjścia. Wróciłam do mojej książki i nie potrafiłam otrząsnąć się z szoku. Gaja woli tatusia, to coś nieprawdopodobnego i w ogóle nie do przyjęcia! Poczułam się przygnębiona i niepotrzebna, bo skoro moja córeczka wyrzuciła mnie za drzwi, jak tu być radosnym? Snułam te durne wizje i nawet nie zauważyłam, że ktoś złapał mnie za nogę. Przydreptała do mnie Gaja, jakby chciała pokazać, że zrozumiała swą "gafę". Zazdrość wyparowała ze mnie całkowicie, choć nie będę ukrywać, że przez moment mną zawładnęła. Fakt, że na krótko, ale to brzydkie uczucie, szczególnie w stosunku do ojca swojego dziecka. Nasza córeczka kocha nas tak samo, a to, że chciała pobyć trochę z tatusiem, jest jak najbardziej naturalne, więc nie powinnam się irytować.

  Gaja nieustannie mnie zaskakuje. Jeszcze niedawno jej słowa były zlepkiem języków włoskiego i polskiego, natomiast teraz mała mówi już wyraźnie niektóre słówka i wygląda na to, że prędzej pozna język włoski. Trochę mnie to dziwi, bo gadam do niej po polsku przez cały dzień, ale widocznie bardziej podoba się jej język "makaroniarski". Umie już powiedzieć : "grazie", "cane" (pies) i oczywiście "ciao", a oglądając przygody świnki Peppy, zaczęła naśladować kaczuszki i wymawiać: "kwa, kwa, kwa" (czyli zaczyna też przyswajać język zwierząt:). Kwicząca Gaja zapewniła nam wielki ubaw, bo robiła to w sposób absolutnie doskonały, układając usta w ciup, co było rozkosznie słodkie. Odrobinę mi żal, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia, lecz pocieszam się tym, że będzie ku temu niejedna okazja.

  Wraz z wiosną przyszły nieznośne komary, które dziś mocno mi się naraziły, toteż zamierzam z nimi walczyć do upadłego. Ich łupem padła krew mojej córeczki i może nie byłoby sprawy, gdyby nie to, że komar wpił się w górną część ucha Gai. Gdy zobaczyłam, że uszko małej przybrało kolor fioletowy, dosyć się przestraszyłam i zaczęłam panikować. Na początku myślałam, że gdzieś się uderzyła, ale wykluczyłam tą ewentualność. Zadzwoniłam do męża, a on przyleciał do domu z szybkością błyskawicy i od razu skonsultował się z pediatrą.Pani doktor uspokoiła nas i poleciła maść, którą na szczęście mieliśmy w domu, gdyż Pan P. jest zapobiegliwy jak mało kto. Gai nic nie jest, mimo to zachodzę w głowę, kiedy ten przeklęty komar odważył się do niej dobrać? Uświadomiłam sobie przy tym, że odkąd Kluseczka jest z nami, zamieniałam się w jeden wielki kłębek nerwów. Jestem prawie zawsze zestresowana i martwię się nawet wtedy, gdy Gaja zakaszle. Kobieto, wrzuć na luz, bo inaczej oszalejesz! Przyjemnego weekendu, drogie mamy, tatusiowie i wszyscy inni, życzę Wam ja- mama zbyt zestresowana:).


P.S. Gaja i tatuś "pracują" przy komputerze:). I jak tu być zazdrosną?

Obsługiwane przez usługę Blogger.