Wiosna, ach to Ty

  Nowy tydzień się zaczął, a problemy wciąż te same. Nie zamierzam jednak o nich pisać i obiecałam sobie, że odtąd słowo "grypa" będzie zakazane na moim blogu. I tak poświęciłam jej za dużo miejsca, a przecież sobie na to nie zasłużyła. Przyszła wiosna, więc najwyższy czas ku temu, by móc w pełni cieszyć się życiem. I nieważne, że dodatkowe kilogramy, które dziwnym trafem przyplątały się właśnie do mnie, nie chcą mnie opuścić. Już nie mam sił wiecznie się ich pozbywać. Muszę się przyzwyczaić do mych rubensowskich kształtów, bo wygląda na to, że i tak nie mam innego wyjścia. Wraz z nową porą roku pojawił się u mnie hurraoptymizm, z czego najbardziej zadowolony jest mój mąż. Nie znosi bowiem, gdy narzekam, a ostatnio robiłam to notorycznie i sama ze sobą nie umiałam dojść do ładu. Powiedziałam więc: "dość" i postanowiłam rozpocząć nieco radośniejszy rozdział mej egzystencji, niezmącony żadnymi czarnymi myślami. Mam nadzieję, że wytrzymam, choć wiem, że będzie to trudne, gdyż mam tendencję do zamartwiania się na zapas.

  Wiosna przyniosła szczęśliwe wieści! Parę dni temu dowiedziałam się, że moja siostra ponownie zostanie mamą i chociaż marzyła o drugim dziecku, poinformowała mnie o tym zapłakana i załamana. Powodem tego stanu była nasza mama, która na wiadomość o ciąży zmieszała z błotem moją siostrę. Zamiast się cieszyć, wyrzucała jej, że ma "już" 37 lat i jest po porodzie cesarskim, toteż nie powinna mieć więcej dzieci. I kto to mówi! Nasz brat przyszedł na świat, gdy mama przekroczyła czterdziestkę, a medycyna 30 lat temu nie była tak rozwinięta jak dzisiaj. Postawa mamy zasmuciła mnie, ale nie zaskoczyła, bo dobrze ją znam. Zawsze była w stosunku do mnie i do mojej siostry surowa i nigdy nie miałyśmy w niej wsparcia. Natomiast decyzje mojego brata (najmłodszego z naszej trójki i rozbestwionego jak bicz dziadowski), popiera bez najmniejszych zastrzeżeń, mimo że nie jest on, delikatnie mówiąc, najbardziej odpowiedzialnym mężczyzną na tej planecie.

  Poglądami mamy już dawno temu przestałam zawracać sobie głowę i spływają po mnie jak po kaczce, jednak moja siostra ulepiona jest z innej gliny. Przejmuje się i stresuje, chociaż w odmiennym stanie jest to niewskazane. Zadzwoniłam do mamy, by powiedzieć jej, co sądzę, a ona oczywiście próbowała się wymigać i przekonywała mnie, że siostra źle zinterpretowała jej słowa. Akurat, nie ze mną te numery, bo wiem, na co stać moją mamę. Co ma na myśli, to na języku i jest do bólu szczera. Gdy w sierpniu zeszłego roku przyjechałam do Polski po raz pierwszy z Gają, mama na mój widok wypaliła:"ale masz brzydką fryzurę", psując doszczętnie całą moją radość z wizyty.

  Gorzkie dzieciństwo nauczyło mnie, jak nie mam postępować z Gają. Nie będę jej krytykować na każdym kroku, ponieważ wiem, jakie to może wyrządzić szkody. Zrobię wszystko, by moja Kluseczka nie przeżywała tego, co ja i była wolna od problemów. Kocham moją mamę i szanuję ją, ale niektórych rzeczy do tej pory nie potrafię zrozumieć. Na jej względy może liczyć tylko mój niepoprawny braciszek, choć daleko mu do doskonałości. W oczach mamy jest i pozostanie ideałem, co dowodzi, że miłość matczyna bywa naprawdę ślepa.

  Tymczasem wzięłam się za wiosenne porządki, lecz jakoś topornie mi to idzie. Rozpiera mnie energia, którą próbuję co rusz rozładować, biegając po mieszkaniu i bawiąc się z moją przeziębioną córeczką. Sprzątanie zostawiłam sobie na jutro, bo nie lubię niczego zaczynać od poniedziałku. Prawdę mówiąc, w ogóle nie lubię poniedziałków, ale to już zupełnie inna para kaloszy. Witaj wiosno!

Obsługiwane przez usługę Blogger.