Pocztówki z podświadomości

by 17:53
  Kończy się kwiecień, na horyzoncie kolejny długi weekend, który chciałabym spędzić poza miastem i trochę odpocząć od codziennej rutyny (o ile pogoda dopisze, w co wątpię po dzisiejszych anomaliach). Najchętniej wsiadłabym w samolot i poleciała do Polski, ale z paru powodów to niemożliwe.

  Po pierwsze, skończyła mi się ważność paszportu i jeśli nie udam się do Konsulatu, by wyrobić nowy, będę musiała pożegnać się z marzeniami o wakacjach w kraju. Po drugie, nie opłaca nam się jechać tylko na kilka dni, a przede wszystkim nie stać nas na to. Nie jesteśmy krezusami (nad czym czasami ubolewam) i nie możemy sobie pozwolić na wyjazdy parę razy w roku. No i po trzecie, lecz chyba dla mnie najważniejsze, panicznie boję się latać. Lot do Katowic trwa co prawda bardzo krótko, bo ponad godzinę, ale dla mnie jest to i tak zdecydowanie za długo. Odkąd mamy Gaję, podczas lotu stresuję się podwójnie i mam nerwy napięte niczym gitarowe struny.

  Mój lęk ma swoje podłoże i jest na swój sposób wytłumaczalny, ponieważ od mniej więcej dwóch lat śni mi się spadający samolot. I to rzecz jasna ze mną na pokładzie, co jeszcze bardziej potęguje moje obawy. Za każdym razem lecę w inne miejsce i nigdy nie dolatuję do celu. Ostatnio śniło mi się, że zaproszono mnie do Stanów Zjednoczonych (wielka szycha ze mnie, nie ma co), ale nie było mi dane tam dotrzeć, bo samolot rozbił się na moich oczach. Zastanawiające jest to, że zawsze przed katastrofą udaje mi się ewakuować i widzę z boku całe zdarzenie. Wiem, że to tylko sen i nie powinnam się tak przejmować, lecz miewam go zbyt często i dlatego odchodzę od zmysłów, gdy mamy lecieć do Polski. Ktoś kiedyś powiedział bardzo mądre słowa: "Nie wierzę, że śnię, ale nie mogę tego udowodnić" i ja się tego trzymam. Myślę sobie, że sny to podróż w najgłębsze zakamarki ludzkiej duszy, która skrywa niejedną tajemnicę.

  Jeżdżąc w rodzinne strony męża, korzystamy z promu i droga morska odpowiada mi najbardziej, mimo że jest kilkanaście godzin dłuższa od powietrznej. Na statku mamy do dyspozycji kabinę, łóżko i wiele innych atrakcji, których brakuje w samolocie. Rok temu zniesiono loty z Genui na Sardynię i kiedy się o tym dowiedziałam, skakałam z radości jak dziecko. Mąż natomiast był wściekły, bo uwielbia latać, nie dręczą go żadne koszmary i twardo stąpa po ziemi. Potrafi wytłumaczyć wszystko w logiczny sposób, ale jego racjonalne wywody i tak do mnie nie docierają. Boję się i tyle!

  Wielkimi krokami zbliża się wizyta teściów i wyobrażam sobie, że w domu znów będzie się działo. Piekarnik pójdzie w ruch, a teściowa urządzi nam tu małą piekarnię. Nie wiem, kto to wszystko zje, lecz tym szczegółem mama męża bynajmniej się nie przejmuje. Ważne dla niej jest to, że czuje się przydatna i skoro ją to cieszy, niech sobie piecze ile chce. Teść zaś na pewno zanudzi się u nas na śmierć i szczerze mówiąc, nawet go rozumiem. Nie ma u nas nic do roboty i zazwyczaj ogląda mecze. U siebie uprawia ogród, hoduje warzywa, produkuje ser, oliwę i wino, które do tego sprzedaje.

   Z winem wiąże się pewna anegdota, o która nadal przyprawia mnie o salwy śmiechu. Czerwone wino teścia jest podobno zjawiskowe (ja nie piłam, więc nie mogę oceniać) i kiedy mąż przywiózł rok temu mojemu tacie w prezencie parę butelek, ten oczywiście był zachwycony. Mój ojciec jawi się wielkim znawcą i koneserem alkoholu i na widok butelek zaświeciły mu się oczy. Gdy wypił, nie zareagował jednak entuzjastycznie, a wręcz przeciwnie, jego skwaszona mina pozostawiała wiele do życzenia. "Co to za jabol mi dałaś"- powiedział- "Na melinie znajdę lepsze". Mąż wypytywał mnie później, czy wino tacie smakowało, a ja byłam zmuszona skłamać. Nie chciałam sprawiać mu przykrości, bo wiem, ile jego ojciec wkłada pracy i serca w to, co robi. Mojemu szanownemu tacie wino nie smakowało, ale i tak wypił wszystko aż do dna. Ma bowiem jedną, żelazną zasadę, którą praktykuje od lat, a brzmi ona tak:"Alkoholu się nie wylewa". Ot, prawdziwy Polak!




Mój największy koszmar na jawie...


Na krawędzi tolerancji

by 17:27
  Ogarniam się! Powoli dochodzę do ładu sama ze sobą i staram się zmienić parę rzeczy na lepsze. Przeanalizowałam moje zachowanie z ostatnich kilku tygodni i doszłam do wniosku, że muszę się opamiętać. Zamieniłam się bowiem w zmierzłą klępę i jak tak dalej pójdzie, zniechęcę do siebie bliskich. Nie mogę wpadać w czarną rozpacz z banalnych powodów, gdyż dołowanie się nigdy nie wpływało na mnie dobrze. Gaja ma prawo widzieć mamę spokojną i zrównoważoną, wobec czego obrałam sobie nowy cel- więcej optymizmu. Wszystko się ułoży, a życie jest pełne niespodzianek. Czasem daje nam w kość, to nieuniknione, ale jest też piękne i tego powinnam się trzymać.

  Zakończyłam (przynajmniej na razie) przygodę z czekoladą i zamiast niej wybrałam jabłka, których smak odkryłam na nowo. Od razu lżej mi na duszy i jestem o wiele bardziej energiczna. Dużo spaceruję, po raz kolejny pogodziłam się ze stepem, a rozkład dnia totalnie przemeblowałam. Niestraszne mi również schody i codziennie rano się z nimi witam, schodząc po pieczywo. Od domu do piekarni dzieli mnie 156 stopni, czyli przysłowiowa bułka z masłem. Sprawy zmierzają więc w dobrym kierunku i mam nadzieję, że nic tego nie zakłóci.

  Weekend, choć przyjemny, upłynął w nieco stresującej atmosferze, która dopadła nas już w piątek. Po południu wybrałam się z Gają na przechadzkę i pierwsze kroki skierowałam w stronę auta, by wyjąć z niego wózek. Zbliżając się na parking, zauważyłam grupkę chłopaków, wpatrujących się w nasz samochód. Trochę mnie to zdziwiło, bo jesteśmy posiadaczami najzwyklejszego pod słońcem fiata, który do tego nie jest najnowszy. Zagadka wyjaśniła się szybko i gdy podeszłam bliżej, od razu rzuciło mi się w oczy, dlaczego ci kolesie byli zainteresowani naszą "limuzyną". Była otwarta, ponieważ okazało się, że mąż dzień wcześniej zapomniał zamknąć auto. W nocy nikt się nie zorientował, lecz jestem pewna, że gdybym nie zeszła po wózek, następnego dnia po naszej zasłużonej mydelniczce ślad by zaginął. Mąż sprawdza teraz parę razy, czy pozamykał drzwi auta (mądry Włoch po szkodzie), a ja mam stuprocentową pewność, że już o tym nie zapomni. Założę się, że to rower przyćmił mu umysł, bo odkąd go kupił, dostał obsesji na jego punkcie i wszystkie inne sprawy zeszły na drugi plan.

  W sobotę jak zwykle biegaliśmy po sklepach, gdzie miałam wątpliwą przyjemność mocno się zdenerwować i obawiam się, że za niedługo znienawidzę robić zakupy. Przeważnie relaksuję się odwiedzając markety, ale tym razem nie było tak kolorowo. Co więcej, jestem na granicy tolerancji i coraz częściej zdarza mi się nie panować nad sobą. A wszystko przez ludzką chmarę, która nie akceptuje tego, że biorę ze sobą córkę do sklepu. Stałam sobie spokojnie w kolejce do kasy w Lidlu, mając na rękach Gaję i bynajmniej nie oczekiwałam tego, że ktoś ustąpi mi miejsce (prędzej spodziewałabym się wygranej w totka). Nagle ktoś pchnął mnie z całej siły w plecy, zachwiałam się i tylko dzięki stojącemu obok mnie koszykowi uchroniłam się od runięcia jak długa na ziemię. Odwróciłam się wściekła i zobaczyłam (na oko), ponad stukilową babę, która wcale nie była skrępowana sytuacją, a raczej wydawała się zadowolona. Przeprosiny nie przeszły jej przez usta, gdyż według niej nic się nie stało. Biedaczka chciała wyjść ze sklepu, a mnie po prostu nie widziała i dlatego prawie mnie staranowała. Nie jestem filigranowa i nie sposób mnie nie zauważyć, tym bardziej, że miałam na ramieniu dziecko, więc tłumaczenie tej kobiety mnie nie przekonało. Opieprzyłam ją solidnie, mimo że jestem osobą opanowaną, lecz tym razem w grę wchodziło bezpieczeństwo mojej córeczki i obudziła się we mnie lwica. Do rozmowy wtrąciły się inne panie, które wzięły stronę tej baby i stwierdziły, że matki z dzieckiem to jakaś zmora i w ogóle nie powinny wychodzić z domu. Z doświadczenia wiem, że jest akurat na odwrót, a starsze osoby wykorzystują swój wiek do tego, żeby wszędzie się wepchać. Chodniki tutaj są wąskie i zawsze, gdy jestem na spacerze z Gają, to ja muszę schodzić z wózkiem na ulicę, aby wygodne pancie mogły przejść pierwsze. Są oczywiście wyjątki, które potwierdzają regułę, lecz jest ich coraz mniej. Gdzie się podziała zwykła, ludzka życzliwość?




P.S. Na wypadek kradzieży znaleźliśmy alternatywną (i niedrogą) wersję samochodu dla Gai;).

 

Samica alfa i zgryźliwy tetryk

by 17:42
  To nie koniec laby! Myślałam, że święta się skończyły, a tu niespodzianka. Jutro we Włoszech obchodzony jest Dzień Wyzwolenia, więc mąż ma wolne i rozpoczynamy kolejny długi weekend. Mam nadzieję, że tym razem będzie ciepło i damy radę gdzieś wyskoczyć. Pogoda ostatnio bawi się z nami w kotka i myszkę, jakby wiedziała, że nasze plany uzależnione są właśnie od niej. Wczoraj przez pół dnia świeciło słońce, a kiedy po południu zabierałam się do wyjścia, zaczął padać soczysty deszcz i musiałam zostać w domu. Powiedzieć, że byłam wściekła, to mało! Ja mogę moknąć i niestraszne mi ulewy, ale nie chciałam narażać Gai na przeziębienie, bo dopiero niedawno uwolniliśmy się od choróbsk. Przebrałam małą, która nie kryła rozczarowania, zasiadłam ponownie na starej, zasłużonej kanapie i prawie się na niej zapadłam, czekając na powrót męża.

  Pan P. wrócił do domu skonany, ponieważ po raz pierwszy jechał do pracy rowerem i droga okazała się dla niego tą przez mękę. Rano było mu dosyć łatwo, gdyż na uczelnię ma z górki, lecz powrót już taki przyjemny nie był. Gdy przekroczył próg mieszkania, usiadł cały zadyszany obok mnie, a ja nie umiałam oprzeć się wrażeniu, że wyglądamy jak para stetryczałych staruszków. Doszłam do wniosku, że muszę zacząć spędzać czas bardziej aktywnie, bo za niedługo wsiąknę w ten tapczan. Nie ulega wątpliwości, że pasywny tryb życia działa na mą niekorzyść. I nie chodzi mi tylko o aspekt fizyczny, ale przede wszystkim o ten duchowy. Mam tendencję do dołowania się, a przesiadywanie w domu raczej nie pomoże mi dojść do siebie. Oby pogoda zaczęła współpracować, wtedy na pewno będzie mi łatwiej wrócić do formy. Muszę wyznaczyć sobie nowe priorytety, bo inaczej za niedługo nie poznam siebie.

  Przyglądając się Gai, za każdym razem zastanawiam się, skąd się u niej się wzięły te niespotykane pokłady energii? Wiem, że dzieci z natury takie są, ale Gaja jest nie do zatrzymania i daje mi niezły wycisk. Biegam za nią jak szalona i próbuję powstrzymać ją przed dotykaniem zakazanych rzeczy, z różnym jednak skutkiem. Jako że mamy niskie parapety, Kluseczka dobrała mi się do firany i prawie ściągnęła ją z szyny. Była oczywiście zachwycona nowym odkryciem, tak samo jak kwiatem doniczkowym, który chciała wyrwać z korzeniami. Zainteresowała ją również szafka na obuwie, zaczęła wyciągać z niej buty i bawić się starymi trampkami tatusia. Nie przechodzi obojętnie wobec niczego, co jest w zasięgu jej wzroku i rączek, a my musimy mieć oczy naokoło głowy.

  Wczoraj nieuwaga męża mogła się źle skończyć, bowiem majstrując przy swym nowym koniku (czyli rowerze), zostawił na podłodze nożyczki i udał się do łazienki. Gaja szybko podreptała w stronę nożyczek i wzięła je do rączki, co zauważyłam sekundę później. Na szczęście nic się nie stało, oprócz tego, że poprztykałam się z mężem, ponieważ zwalił winę na mnie. Zawsze tak jest, że gdy on coś zmajstruje, odwraca kota ogonem, a ja czuję się jak najgorsza matka. Tym razem jednak nie dałam sobie wmówić, że to ja naraziłam córeczkę na ryzyko i powiedziałam mu parę dosadnych słów. Pan P. jak każdy mężczyzna, nie jest odporny na krytykę, więc atmosfera zrobiła się gęsta. Wyzwał mnie od samicy alfa, nawiązując do czasów mojej ciąży, kiedy to tak na niego bez przyczyny wołałam. Tymczasem wcale nie jest pantoflarzem, a wręcz przeciwnie, robi co chce. Jest niezależny, a ja tylko czasami ustawiam go do pionu, jak na prawdziwą żonę przystało:). Gdybym tego nie robiła, na pewno by mu odbiło!

  Słodycze nadal mnie ciągną do siebie, dlatego schowałam je w półce, wychodząc z założenia, że jeśli nie będę ich widzieć, nie przyjdzie mi na nie ochota. Jak na razie ta strategia działa i opieram się pokusie. Szkoda, że nie pomyślałam o tym wcześniej i jak zwykle pomysły przychodzą mi do głowy po fakcie dokonanym. Mąż pomaga mi w tej nierównej walce z łakociami i wziął do pracy całą torbę cukierków. Rower natomiast został w domu, bo Pan P. nie był w stanie na niego wsiąść. Biedak położył się wczoraj spać pierwszy, a rano wyglądał jak siedem nieszczęść. Ja za to byłam rześka i radosna jak szczygiełek, a widząc cierpiącą minę męża, jeszcze bardziej poprawił mu się humor. Radziłam mu, by nie porywał się na głęboką wodę, tylko postępował z rowerem metodą małych kroczków. Nie posłuchał mnie rzecz jasna, więc zapłacił z nawiązką za swą brawurę. Miałam zamiar z niego zakpić, lecz przemogłam się i postanowiłam go pocieszyć. Nie zawsze bywam samicą alfa:) Do następnego tygodnia!

P.S. A oto sprawca całego zamieszania:)

W 80 dni dookoła diety

by 17:54
  I po świętach! Szybko minęły, a ja zastanawiam się, jak to właściwie jest z tymi świętami? Człowiek czeka na nie z niecierpliwością, kupuje niezliczone ilości jedzenia, snuje plany i marzy, że wreszcie odpocznie, a gdy już przyjdą...nie możemy doczekać się ich końca. Zbyt dużo wolnego czasu i przede wszystkim nieograniczony dostęp do słodkości spowodowały, że prędko się znudziłam tym dolce vita. Gdyby chociaż dane mi było wyjść na spacer, nie narzekałabym wcale. Niestety, Wielkanoc w słonecznej Italii była nieciekawa i Ligurię nawiedziła przedwcześnie zimna Zośka, która pokrzyżowała wszystkie nasze wycieczkowe szyki.

  Już  w Wielką Sobotę byłam zmuszona zostać w domu z Gają, bo oberwanie chmury skutecznie uniemożliwiło nam szał zakupów i mąż pobiegł sam do sklepów. Posłać go gdzieś to duże ryzyko, ponieważ nigdy nie wiem, z czym wróci. Tym razem oszczędził mi wrażeń i ograniczył się do tego, co napisałam mu na kartce, niemniej jednak musiałam się do czegoś przyczepić (taka ze mnie jest Ksantypa). Mój mąż ma manię wybierania najbardziej zielonych i niedojrzałych bananów, argumentując to w ten sposób, że dłużej będą świeże. Może i tak, ale nie zmienia to faktu, że jeszcze dzisiaj są niejadalne, a ja mogę sobie na nie tylko popatrzeć. To, że wczoraj sięgnęłam po ciasto, jest tylko i wyłącznie jego winą! Skoro przynosi owoce nie nadające się do konsumpcji, to co mam jeść? Ten punkt widzenia jest dla mnie bardzo wygodny, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, kto tu jest prawdziwym winowajcą. Bynajmniej Pan P.! Dietę znów diabli wzięli, z czego nie jestem dumna, a wręcz przeciwnie, wyrzuty sumienia tkwią we mnie jak zadra. Tylko ja potrafię w ciągu dwóch dni zniweczyć cały wysiłek ostatnich kilku miesięcy i to jest jedyna rzecz, w której jestem naprawdę dobra!

  Gdy mąż latał po targu, ja z braku laku zajęłam się dekoracjami, których przygotowanie poprawiło mi nieco humor. Gaja sekundowała mi w pracy, ściągając co popadnie i muszę przyznać, że wzruszyła mnie ta jej chęć niesienia pomocy mamusi. Z dzieckiem w domu wszystko wygląda zgoła inaczej i nawet proste czynności są na swój sposób niezwykłe. "Zajajcowałam" kompletnie mieszkanie, a ponadto wszędzie roiło się od kurczaczków, baranków i wielkanocnych zajączków, na widok których Gaja piszczała ze szczęścia. Kluseczka osłodziła nam trochę brak rodziny, gdyż - nie ma co ukrywać- święta bez bliskich nie cieszą wcale.

   Z rodziną wiąże się kolejny paradoks, o którym było dane mi się w tych dniach przekonać. Gdy krewni są z nami, ciągle na nich narzekamy, wiecznie się kłócimy, słowem- mamy ich dość. Kiedy zaś są daleko, dopiero wtedy się przekonujemy, jak ich brakuje. Prawdą jest więc to, o czym śpiewali Starsi Panowie: "Rodzina nie cieszy, gdy jest, lecz kiedy jej nie ma, samotnyś jak pies". Czasami czujemy się tutaj po prostu jak ryby bez wody. Obie nasze rodziny są daleko i coraz dotkliwiej odczuwamy ich brak. Dzięki Bogu, że mam Gaję! Nostalgia to okrutne uczucie, ale potrafię je zagłuszyć tylko i wyłącznie dzięki mojej córeczce.

  Mimo zjedzonej czekolady, poziom endorfin jakoś we mnie nie wzrósł. Myślę sobie, że czas to naprawić, bo słodycze aż proszą się, by je zjeść:). Nie ma jednak takiej opcji, gdyż magiczne słowo "dieta" znowu rozciągnęło nade mną swą pieczę. Jestem przekonana, że prędzej czy później zawalę, w tym akurat nie brakuje mi konsekwencji:). W końcu muszę się czymś przejmować, inaczej nie byłabym sobą!

Najważniejsze, że moja Kluseczka robi postępy:). Krok za krokiem, dopniemy swego!

Na poligonie

by 18:00
  Przygotowania do świąt idą pełną parą. Tak, żeby tylko! Jak na razie to ze mnie uszła para i jakoś oklapłam. Przez ostatnie tygodnie byłam naładowana pozytywną energią, która dzisiaj, bez żadnej racjonalnej przyczyny, mnie opuściła. Optymizm pozostał, lecz nic mi się nie chce. Mam tyle rzeczy do zrobienia, a jestem w powijakach. Zamiast sprzątać, bawię się z Gają, która zamieniła się w mały wulkan i nie daje mi odpocząć. Chodzimy też na spacery i kontemplujemy (każda na swój sposób), piękną pogodę i otaczającą nas przyrodę.

  Wielkanoc, jak i Boże Narodzenie, to specyficzny okres, kiedy człowiek może tak po prostu cieszyć się życiem i najbłahszymi sprawami. Nasza Kluseczka mało jeszcze rozumie, ale nie mogliśmy oprzeć się pokusie, by kupić jej wielkie czekoladowe jajo o rozmiarze XXL, które daje się tu dzieciom na Zajączka. I choć mąż się opierał, to wybrałam jajko z Peppą Pig, wychodząc z założenia, że Gaja będzie nim zachwycona. Pan P. bezskutecznie przekonywał mnie, że przesadzam z tą świnką, ale powiedziałam mu, że jeśli się nie zamknie, zadzwonię ze skargą do teściowej. Wiem, że to tani chwyt, ale działa zawsze i jest nadzwyczaj skuteczny. Gdy mąż widzi, że nie żartuję i naprawdę zamierzam skontaktować się z jego mamą, zamienia się w potulnego baranka. I chociaż teściowa zakochana jest po uszy w swoim synku, to trzeba oddać jej sprawiedliwość, że gdy coś się dzieje, zawsze staje po mojej stronie. Dobrze wie, że jej chłopaczek ma wybuchowy charakter, a on (mimo że twierdzi, iż tak nie jest), panicznie boi się mamy, z czego ja skwapliwie korzystam.

  Wczoraj Pan P. oburzył się z banalnego wręcz powodu, co bardzo mnie rozsierdziło, bo nie lubię kłócić się o bzdury. Otóż mężowi nie spodobało się to, że wysyłam kartki świąteczne, gdyż tutaj takiej tradycji nie ma. Za to jest u nas, więc powienien respektować moje zwyczaje. Przeważnie tak robi, ale temat kartek (nie bez przyczyny) wyprowadza go z równowagi. W zeszłym roku wysłałam ich prawie 30 i poszło na to trochę gotówki, czym mąż bynajmniej się nie zmartwił. Wkurzyło go natomiast to, że w zamian otrzymałam tylko jedną i głośno przeklinał na moich znajomych. Nigdy nie posyłam niczego z zamiarem rewanżu, aczkolwiek nie ukrywam, że liczyłam na oddźwięk i przykro mi się wtedy zrobiło. W tym roku ograniczyłam się zaś do czterech kartek, więc Pan P. teoretycznie powodów do narzekań nie miał, a mimo to łaził i gadał. Czasem wydaje mi się, że małżeństwo to poligon, ponieważ co rusz jesteśmy na wojennej ścieżce. Mąż jest wielkim służbistą, a ja tego nie znoszę. Ja jestem zbyt liberalna i zdarza się, że nie umiemy się dogadać. Nasze polemiki nie są częste, lecz za to intensywne i szybko o nich zapominamy, śmiejąc się zresztą z tych naszych trywialnych problemów.

   Pan P. zaskakuje mnie coraz to nowszymi pomysłami, a jednym z nich mnie załamał. Kupił sobie rower, który stoi sobie dumnie w pokoju i tym samym doprowadza mnie do rozpaczy. Nie mamy gdzie go schować, bo w naszej klatce schodowej nie ma piwnicy, w związku z czym nasz mały pokój powoli zaczyna przypominać magazyn. Osoba, która zaprojektowała budynek, nie miała zbyt dużej wyobraźni i nie pomyślała o takim szczególe jak piwnica. Podobnie mamy z balkonem- niby jest, a jednak go nie ma. Brakuje drzwi balkonowych i żeby powiesić pranie, muszę wyjść z domu. Włosi to niedoścignieni mistrzowie w komplikowaniu sobie życia i im dłużej tu mieszkam, tym więcej absurdów spotykam na swej drodze. Jedno jest pewne- nudzić się tu nie można, przekonuję się o tym co chwila.

  Gaja zrobiła się trochę kapryśna. Chodzi późno spać, bardzo szybko wstaje i być może to jest powodem jej dziwnego zachowania. Nauczyła się schodzić z łóżka i żadną siłą nie da się zatrzymać na kanapie. Ledwo ją posadzę, a już wykonuje ten swój manewr i zeskakuje na podłogę. Wraz z mężem jesteśmy oczywiście dumni jak pawie i rozpływamy się nad giętkością naszej córeczki. Z nauką chodzenia idzie powoli, ale ważne, że do przodu. Gaja cały czas się czegoś podpiera, bo sama nie jest w stanie jeszcze utrzymać równowagi. Nie poganiam jej i pozwalam na całkowitą swobodę, przecież i tak musi kiedyś zacząć. Przeklęta dysplazja stawu biodrowego, zapaskudziła nam trochę życie małej, a ja do tej pory nie potrafię się z tym pogodzić. Tymczasem zastanawiam się nad prezentem dla mnie z okazji Wielkanocy i wiem już, czego bym sobie życzyła. Niepotrzebne mi sukienki, kolczyki czy książki, gdyż i tak je sobie kupię, za to na gwałt przydałaby mi się tabliczka do wózka Gai z napisem: "Nie dotykać pod żadnym pozorem, mama pokąsi"! Doprawdy, nie wiem już jak mam walczyć ze staruszkami, notorycznie zaglądającymi w głąb wózeczka. Smacznego Jajka, moi drodzy!

P.S.1
Chyba tylko taki obrońca byłby w stanie ujarzmić krewkie staruszki:).

P.S.2
Nie tylko teściowa potrafi! Mama pod jej wpływem też piecze- moja bardzo amatorska wizja zajączka, a co tam!



Niedzielne Polaków rozmowy

by 17:28
  Moja cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę! Nie znoszę na nikogo i na nic czekać, a już szczególnie na autokar, który przybywa na miejsce z pięciogodzinnym opóźnieniem. Wczoraj mieliśmy do odebrania przesyłkę z Polski, więc aby nie przegapić przyjazdu busa (jak nam się raz zdarzyło), wyjechaliśmy z domu o ponad dwie godziny wcześniej. Kierowca nie podał nam numeru telefonu i dlatego byliśmy zmuszeni spędzić pół niedzieli na ławeczce w parku. Roiło się tam od dziwnych typów, podrywaczy za pięć groszy i przede wszystkim całej masy Polek i Polaków, spędzających w tych przyjemnych okolicznościach przyrody (jak co tydzień), dzień wolny od pracy.

  Bardzo miło jest usłyszeć na obczyźnie język polski i przysłuchiwać się rozmowom nieco (delikatnie mówiąc) podchmielonych Polaków. Są one bowiem głębokie, pełne refleksji i aforyzmów, zapewnie pod wpływem wypitego alkoholu. A im więcej człowiek wypije, tym lepszym staje się filozofem, co potwierdzili "ławeczkowi" krajanie. Uśmiałam się wybornie z ich opinii , mimo że były one trochę kontrowersyjne i po prostu niesprawiedliwe.

  Zdanie, jakie mają ci przemili panowie na temat Polek mieszkających w Italii, nie jest zbyt obiektywne i mija się z prawdą. Według nich wszystkie rodaczki, które pracują we Włoszech, to ogólnie rzecz biorąc puszczalskie kobiety. Zdradzają swych mężów na potęgę nie tylko z "nażelowanymi Makaroniarzami", ale również i z Arabami, których tutaj jest co niemiara. Jedna z Polek, uczestniczących w dyskusji, ośmieliła się zaprotestować i powiedziała: "Zenek, co ty gadasz, przecież ja nie mam męża". Rzeczony Zenek popatrzył na nią i ze śmiertelnie poważną miną, na widok której omal nie wybuchnęłam śmiechem, odpowiedział: "Wiesia, Polki są dla Polaków, tak jest od wieków"! Stwierdził także, że nie mamy godności, ponieważ prowokujemy mężczyzn i zamiast chodzić do kościoła, wchodzimy do łoża rozpusty, za każdym razem zmieniając kochanka. Biedni zaś mężowie o niczym nie wiedzą, bo przekonani są, że żony ciężko tyrają, tymczasem one się "wycierają z tymi lalusiami".

  Nie wiem skąd wzięło się przekonanie pana Zenka, że kobiety przyjeżdżają tu wyłącznie na seks i zabawę, lecz jeśli ich mężowie są tacy jak ów jegomość, to wcale im się nie dziwię. Z tego, co zauważyłam, Polki harują tutaj w pocie czoła i nie myślą o romansach. Nie mówię, że ich nie mają, ale na pewno nie wszystkie, jak sugerowali mężczyźni w parku. Wątpię też, czy oni są tacy święci, na jakich się kreują.

  Podobno Polaków za granicą można poznać po nieśmiertelnych skarpetkach zakładanych do sandałów lub też po butelce z piwem w ręku, jednak ja od wczoraj twierdzę coś innego. Polaków przebywających w Genui charakteryzuje inna rzecz- namiętne i długotrwałe obsikiwanie drzew. Pan Zenek i jego koledzy do toalety mieli blisko, lecz oczywiście nie chciało im się do niej pójść. "Po co mamy się oddalać"- zauważył jeden z nich- "Kulturalnie przy drzewku, tak będzie najlepiej". Szkoda tylko, że drzewko nie zakrywa niczego, a raczej odkrywa całą prawdę. Miałam wątpliwą przyjemność pooglądać przyrodzenie niektórych panów i muszę przyznać jedno- król jest nagi!

  Jak dobrze, że Pan P. nie zna języka polskiego! Pytał mnie raz po raz, czemu moi rodacy non stop mówią o zakrętach, gdyż co drugie słowo je wymawiali. Po włosku nasze narodowe przekleństwo na literę "k" (wybaczcie skrót, lecz u mnie nie znajdziecie wulgaryzmów), znaczy "zakręt", więc nie ma się czemu dziwić, że mąż był trochę zdezorientowany. Gdy mu w końcu wytłumaczyłam, miał tak zdziwioną minę, że nie mogłam się nie uśmiechnąć:). Tak, tak, Polska jak długa i szeroka, zakrętem stoi! Mam nadzieję, że Gaja pod wpływem panów z ławki, nie zaskoczy mnie za niedługo i nie wypowie tego słowa. Wczoraj miała okazję je poznać, a wiadomo, że małe dzieci najszybciej przyswajają to, czego nie powinny. Oczekiwanie na przyjazd autobusu upłynęło nam w sympatycznej ( a jakże) atmosferze, a ja wreszcie zobaczyłam to, za czym tęsknię- kwintesencję polskości. Kocham Was, rodacy!


P.S. Nowa zabawa Gai- pogromczyni gołębi!

Kręte ścieżki miłości

by 17:46
  Nie lubię się do tego przyznawać, ale romantyczna ze mnie dusza. Nie czytam tanich książek o miłości, bo zamiast wzruszenia wywołują u mnie salwy śmiechu, za to uwielbiam oglądać "wyciskacze łez", na widok których mężczyźni uciekają w popłochu. Kiedyś marzyłam o księciu nie tyle na białym koniu, co z gitarą elektryczną w ręku i błyskiem w oku, ponieważ mam słabość do muzyków. Jestem wielką fanką rocka, więc długowłosy i odpowiednio wydziergany facet zawsze był ucieleśnieniem mych pragnień i nie wyobrażałam sobie spędzić życia z kimś, kto znacznie odbiega od tej charakterystyki. Byłam pewna, że przyjdzie dzień, gdy znajdziemy się w tłumie i wybuchnie między nami piorun sycylijski, który będzie trwać wiecznie. Jak bardzo się myliłam!

  Miłość ma niewiele wspólnego z naszymi fantazjami i zazwyczaj zaskakuje nas, dając nam do kochania osoby, którym daleko do ideału. Kiedy poznałam Pana P. przez myśl mi nie przeszło, że ten (wydawałoby się) niepozorny i skromny doktorant wydziału inżynierii, zostanie moim mężem. Muzyka nie interesowała go wcale (tak jest do teraz, nad czym ubolewam) i po raz ostatni miał z nią do czynienia 30 lat temu, gdy śpiewał w chórze kościelnym. Z tatuażami też mu nie po drodze i nie zna nawet języka polskiego, a mimo to go pokochałam. To chyba czary, czy to możliwe? Ano tak, bo miłość z zasady jest irracjonalna.

  Nigdy nie wierzyłam, że przeciwieństwa się przyciągają, ale to jednak prawda. Doświadczyłam tego na własnej skórze i sądzę, że takie związki są bardzo trwałe. Nasze małżeństwo nie jest idyllą, lecz dobrze nam razem, a to najważniejsze. I choć przy małym dziecku, pracy i prozie życia trudno o romantyzm, to robimy, co w naszej mocy, by się nie nudzić. Nie chcę bowiem za jakiś czas zdać sobie sprawę z tego, że powoli zamieniam się w swoją mamę, która odkąd pamiętam, notorycznie narzeka na ojca. O męża trzeba dbać, a związek należy pielęgnować, inaczej po prostu wyschnie.

  Kiedy mieszkałam jeszcze w Polsce, byłam narażona na pokusy, ale potrafiłam się im opierać, więc Pan P. mógł spać spokojnie. Raz tylko zabiło mi serce, gdy siedziałam z koleżanką w galerii handlowej i podszedł do nas jakiś mężczyzna. Spojrzał na mnie tak, że przeszły mnie ciarki i powiedział: "mógłbym przeglądać się w pani oczach codziennie", a ja przez małą chwilę miałam ochotę się zapomnieć. Zobaczyłam jednak na palcu tego człowieka obrączkę i zauroczenie przeszło mi w okamgnieniu. Nie interesują mnie żonaci, bo nie znoszę się dzielić! A książę na białym koniu? To mrzonki, proszę Państwa:).

Telefon zaufania

by 17:25
  Pan P. i ja nie jesteśmy parą smarkaczy. Mamy swoje lata i powoli zbliżamy się do czterdziestki. Coraz mniej czasu nam do tej okrągłej rocznicy pozostało, co bynajmniej nie spędza mi snu z powiek. Jesteśmy ludźmi dojrzałymi, a mimo to czuję się czasem jak dziecko. Wszystkiemu winne są moja mama i teściowa, dziwne istoty, które nas - jakby nie patrzeć starych koni- traktują jak pryszczatych nastolatków. Wiem, że matki takie są, ale mam serdecznie dosyć wiecznych telefonów, zbędnych pytań i wścibiania nosa w nasze sprawy. Czy ja też za jakieś 35 lat będę nadal nadopiekuńcza w stosunku do Gai? Mam nadzieję, że nie, bo nic ostatnio tak nie wyprowadza mnie z równowagi, jak niepokoje naszych matek, tak absurdalne, że mogłyby wykończyć i świętego.

  Wielkanoc za pasem, więc szanowne mama i teściowa jakby się umówiły, by nas dręczyć. Mama zasypuje mnie dobrymi (w jej przekonaniu) radami i martwi się, czy zdążę wszystko posprzątać. Pyta mnie, czy umyłam okna, wyprałam firany, wypastowałam podłogę, a ja zastanawiam się, po co w ogóle to robi. Nic jeszcze nie zrobiłam, gdyż mam na to kupę czasu, zresztą nawet gdybym palcem nie ruszyła, to przecież świat się nie zawali. Nie znoszę sprzątać, lecz bardziej od tego nie cierpię brudu, więc dbam o to, żeby mieszkanie nie było zapuszczone. Moja mama dobrze o tym wie, a i tak traci pieniądze na zbędne pogaduszki. Mogłaby się przekonać na własnej skórze, jak żyjemy, ale jest niemobilna i nigdy do nas nie zawita. Nie chce jej się jeździć do mojej siostry, która mieszka kilkanaście kilometrów dalej, a Włochy to dla niej kraj barbarzyńców, dlatego przestałam ją zapraszać. Zaakceptowałam już to dziwactwo i lęk przed nieznanym mamy, natomiast moja tolerancja co do traktowania mnie jak małolaty jest na skraju wyczerpania. Bardzo cenię sobie niezależność i nie potrzebuję matczynej ręki, to chyba nietrudno zrozumieć.

  Tymczasem moja teściowa ma manię dzwonienia do nas wieczorami, kiedy jestem potwornie zmęczona i marzę wyłącznie o ciepłym łóżeczku. Mąż, cwaniak jeden, za każdym razem wymiguje się pracą i daje mi słuchawkę, a ja muszę wysłuchiwać tyrady jego mamy. Lubię teściową i szanuję ją, niemniej jednak nie przepadam rozmawiać z nią przez telefon, ponieważ doszukuje się zawsze drugiego dna i według niej z naszym małżeństwem jest coś nie tak. Nie podoba się jej ton mojego głosu, niezbyt zachęcający i entuzjastyczny, więc wychodzi z założenia, że mamy jakieś problemy. Otóż nie mamy żadnych, ale o godzinie dziewiątej wieczorem, po zrobieniu kolacji, zmyciu całej sterty naczyń, posprzątaniu zabawek Gai i tysiącu innych zajęć, padam z nóg i zwyczajnie nie chce mi się z nikim gadać. Nie mam w sobie energii mamy męża i nie piję dwudziestu kaw dziennie, toteż bateria o określonej godzinie się we mnie wyczerpuje. Doszłam do wniosku, że jedynym słusznym rozwiązaniem będzie pozbycie się telefonu i tym samym nasze mamusie przestaną nas nękać. Wyobrażam sobie jednak, że dostałyby zawału, jeśli nie udałoby się im z nami połączyć, a na to nie mogę pozwolić. Drogie mamusie, nasze małżeństwo nie wisi na włosku, Gaja rośnie jak na drożdżach i wszystko jest w porządku, więc dajcie nam żyć! Mamy się całkiem dobrze:).

P.S. Tak czy siak, za niedługo palma mi odbije!

Licencja na wychowanie

by 17:49
  Wszystko, co dobre, prędko się kończy. Słoneczny i przyjemny weekend przeleciał szybko i niepostrzeżenie, pozostawiając za sobą ślad w postaci moich obolałych kończyn. Przez dwa dni odbywaliśmy długie spacery, uparłam się bowiem wszędzie chodzić pieszo i teraz ponoszę konsekwencje tej nazbyt lekkomyślnej decyzji. Wyszło mi to co prawda na zdrowie, ale nie czuję nóg i mam zakwasy. Brak mi formy, bo ostatnio cierpiałam na chorobę, która nazywa się "zasiedzenie", więc trochę musi minąć, zanim się przyzwyczaję. Nie narzekam jednak, a wręcz przeciwnie, bardzo się cieszę, że wreszcie mogłam rozruszać stare kości, pooglądać morze i zachwycać się przepięknymi widokami (jeden z nich na zdjęciu poniżej).

  Zaczęły się przechadzki, a kłopoty z tym związane, nie uległy, niestety, poprawie. Auta nadal zaparkowane są w każdym możliwym miejscu, a starsze kobiety zaglądają do wózka z tą samą częstotliwością co rok temu. Mam alergię na punkcie osób, które dotykają nóżek Gai i nic nie zapowiada na to, by miało mi przejść.

  Poszliśmy na plac zabaw, który jest oddalony od naszego domu o około kilometra i tysiąca schodów. Posiedzieliśmy tam trochę, a ja przyglądając się bawiącym dzieciakom, poczułam nostalgię za swym dzieciństwem. Gdyby tak było można cofnąć się do przeszłości i powrócić do czasów, kiedy miałam kilka lat. Marzę o tym, by pewne sprawy przeżyć po raz kolejny, ale nie jestem pewna, czy chciałabym cokolwiek zmienić. Droga mojego życia nie była usłana różami, doprowadziła mnie jednak do miejsca, w którym jestem i dzięki temu mam Gaję. Można więc powiedzieć, że osiągnęłam swą małą nirwanę, bo z Kluseczką przy boku nic więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne, a złe doświadczenia też nas czegoś uczą.

  Byliśmy dzisiaj na szczepieniu, które mieliśmy wykonać trzy tygodnie temu, lecz ze względu na grypę Gai, musieliśmy je przełożyć. Mała jak zwykle wyła wniebogłosy i wyrywała się jak szalona, ale z pomocą męża udało się jej wbić igłę. Ja się oddaliłam, ponieważ na widok białego lekarskiego kitla dostaję prawie palpitacji, a w połączeniu z moim wrzeszczącym dzieckiem tym bardziej bije mi serce, więc mąż wziął na siebie rolę "złego" rodzica.

  Po szczepieniu nie mogliśmy wyjść od razu, toteż udaliśmy się do poczekalni, gdzie miałam okazję nieźle się wkurzyć. Niektórzy rodzice są ślepi i głusi na wybryki swych pociech i pozwalają im na wszystko, nie bacząc na to, że inne dzieci są w pobliżu. W przychodni jest miejsce wyselekcjonowane specjalnie dla najmłodszych i poszłam tam z Gają, by się pobawiła i odstresowała. Posadziłam ją na rowerku i chciałam z nią trochę pojeździć, ale nie pozwoliła na to inna dziewczynka. Bawiła się lalką i nie zwracała na rower najmniejszej uwagi, oczywiście do czasu, gdy usiadła na nim moja córeczka. Podbiegła do nas i próbowała zrzucić Gaję z siodełka, wrzeszcząc przy tym na cały głos. Nie mam pretensji do tej dziewczynki, bo to tylko dziecko, ale do jej matki już tak. Powinna była odciągnąć córkę od nas i wytłumaczyć jej, że pobawi się później (ja bym tak zrobiła). Zamiast tego chciała posadzić małą obok Gai, choć rowerek był jednoosobowy. Efekt był taki, że dziewczynka wsadziła Kluseczce pięść w oko, a ja powiedziałam jej mamie parę słów prawdy. Kobieta na moje perswazje odpowiedziała w sposób mało wyszukany, bo według niej nic się nie stało. Dobrze, że przyszła jej kolej na szczepienie z córką, inaczej skończyłoby się to wymianą niepotrzebnych zdań i nieuprzejmością z mej strony. Moje metody są zupełnie inne i mimo że kocham Gaję ponad życie, nie zamierzam jej rozpieszczać do granic możliwości. Krótko mówiąc, nie jestem fanką bezstresowego wychowania. Moim zdaniem może ono przynieść więcej szkody niż pożytku i nikt mnie nie przekona do tego, że tak nie jest. W tej kwestii jesteśmy z mężem jednomyślni i według nas Gaja powinna znać swoje granice, niezależnie od tego, jak bardzo ją kochamy. I żadni z nas surowi rodzice, chcemy po prostu dobrze wychować dziecko. Koniec i kropka:).


Wspomnień czar

by 17:39
  Miałam ostatnio nietypowy sen- śniło mi się, że tańczył mi brzuch. Co więcej, skakał tak bardzo, że obudziłam się w środku nocy, zastanawiając się czy to był sen czy działo się naprawdę? Nie jestem w ciąży, to akurat wykluczone, choć mimowolnie przypomniały mi się wszystkie programy, w których bohaterki do rozwiązania nie wiedziały, że są w błogosławionym stanie.

  Oglądając "Ciążę z zaskoczenia", wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, jak to możliwe, że kobieta może nie wiedzieć o tym, iż oczekuje dziecka? Mąż stwierdził kategorycznie, że to nieprawdopodobne, a programy dla kobiet to stek bzdur i lepiej ich unikać. Ekspert się znalazł! Jest naukowcem i ma ścisły umysł, lecz wierzy w życie pozaziemskie tudzież kosmitów, za to trudno zaakceptować mu inne oczywistości. Każda ciąża przebiega inaczej, a my jak na razie mamy tylko Gaję, więc żadni z nas specjaliści w tej kwestii. Kluseczka ruszała się we mnie do samego końca, a kiedy znudziło jej się swoje malutkie M-1, była tak zmęczona, że postanowiła więcej się nie wysilać i zostawiła całą robotę lekarzom. Na pięć minut przed porodem dowiedziałam się, że będzie on cesarski i nawet nie miałam czasu się zestresować. Gdy Gaja pojawiła się na świecie, byłam tak oszołomiona, że w kółko pytałam wszystkich: "czy to dziewczynka", choć dobrze wiedziałam, że urodzę córeczkę.

  Poród odbył się oczywiście we Włoszech i muszę przyznać, że opieka tutaj jest doskonała. Moja siostra, która również miała cesarskie cięcie opowiadała mi, jaki stres jej zgotowano i odetchnęłam z ulgą, że nie stało się to moim udziałem. Nerwy przyszły co prawda później i bynajmniej z powodów szpitalnych warunków. Karmienie piersią okazało się koszmarem, bo moja córeczka od początku nie umiała się do mnie przyssać. Jako posiadaczka dużego biustu naiwnie sądziłam, że karmienie małej będzie spacerkiem. Nic bardziej mylnego! Rozmiar piersi nie ma znaczenia, a nawet odrobinę przeszkadza. Mleko nie lało się strumieniami, co potęgowało moją frustrację i doprowadziło mnie prawie do załamania nerwowego. Na domiar tego pielęgniarki radziły mi nie karmić Gai piersią nocą, bo bały się, że ją uduszę. Szczęśliwie obyło się bez ofiary, ponieważ sprawę karmienia załatwił za mnie laktator, o którego użyteczności nie miałam wcześniej zielonego pojęcia.

  Moje pierwsze nieśmiałe próby ujarzmienia tego urządzenia nie były zbyt łatwe, gdyż natrafiły na małą "przeszkodę". We Włoszech bardzo się dba o intymność mam i oprócz ojca dziecka reszta rodziny ma do pokoju wstęp absolutnie wzbroniony (maluszka mogą zobaczyć przez szybę w określonych godzinach). Niestety, koleżanka z łóżka obok nie respektowała tego zakazu i sprowadzała do sali swą matkę, która doprowadzała mnie do szału. Nadal trzęsę się ze złości na samą  myśl o tej babie, choć minęło już prawie półtora roku. Zamiast oglądać swojego wnuka, kobiecina wpatrywała się we mnie tak ostentacyjnie i pokazywała mi ręką, jak prawidłowo pompować mleko, że miałam ochotę ją palnąć laktatorem w łeb. Nie jestem osobą agresywną, ale zapewniam Was, że odciąganie mleka przy obcych ludziach jest niebywale krępujące, a trochę dyskrecji nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Nie mogłam powiedzieć tej "miłej" pani, żeby przestała się gapić, bo nie mówiła po włosku, ale słałam jej tak zabójcze spojrzenia, że w końcu się odwróciła. Po tych niemiłych doświadczeniach moje piersi zaczęły całkiem nieźle współpracować z laktatorem, niemniej jednak po pół roku wytężonej pracy odmówiły posłuszeństwa, a ja nie ukrywam, że ucieszyło mnie to. Gaja pije sztuczne mleko, które bardzo jej smakuje, a to jest przecież najważniejsze.

  Jak widać, wzięło mnie dzisiaj na wspomnienia:). W brzuchu już mi nie skacze, lecz jak zwykle burczy, czyli wszystko wróciło do normy. Tylko pogoda nie chce współgrać z mym dobrym humorem i znów zapowiada się deszczowy weekend, ale nie przejmuję się tym. Od czego bowiem są parasole? Bawcie się dobrze:)!

Pół żartem, pół mrówką

by 17:42
  Pierwszy dzień kwietnia nie zaszczycił nas piękną pogodą, ale za to wprawił mnie w doskonały humor, który nie opuszcza mnie do teraz. Wszystko dlatego, że udało mi się przechytrzyć męża i zażartować z niego, a to naprawdę wielkie osiągnięcie! Pan P. dzień wcześniej stwierdził z absolutną pewnością, iż nie ma takiej opcji, bym zrobiła mu kawał, lecz bardzo się przeliczył. Nie docenił moich możliwości, albo widocznie ich jeszcze nie znał, więc pokazałam mu, na co mnie stać.

  Wstałam wczoraj rano jak zwykle pierwsza, co pozwoliło mi wytężyć umysł i opracować mój szatański plan. Wpadłam na genialny pomysł i nie mogłam się doczekać, by wprowadzić go w życie, toteż zaczęłam działać. Nie namyślając się długo, wskoczyłam jak burza do sypialni, szarpiąc męża i krzycząc mu wprost do ucha: "Wstawaj, zalano nam łazienkę". Mąż, będąc nadal w objęciach Morfeusza, na początku nie zrozumiał, o co mi chodzi, ale gdy w końcu dotarło do niego, co powiedziałam, wyskoczył z łóżka jak oparzony. Pobiegł szybko do łazienki, a ja, słaniając się ze śmiechu, w podskokach podążyłam za nim. Na widok jego zszokowanej miny, z dumą wymierzyłam w niego swój palec wskazujący, mówiąc przy tym triumfalnie: Prima Aprilis! Wyraz twarzy Pana P. był bezcenny i do tej pory, na samo wspomnienie mojego wtorkowego psikusa, gęba mi się śmieje. Zapewniam mężowi darmowe rozrywki i dbam o to, aby nam się nie nudziło razem.

  Po tym mało finezyjnym żarcie musiałam prędko wziąć się w garść i przestać bujać w obłokach, ponieważ odwiedzili nas nieproszeni goście. Przyszła ich do domu cała masa, nie umiałam im jednak zamknąć drzwi przed nosem. Mrówki obrały sobie za cel nasze mieszkanie, a ja próbując się ich pozbyć, sięgnęłam po drastyczne środki. Odkurzyłam je po prostu, bo skończył mi się środek na owady. Gaja była zachwycona mrówkami i nawet  usiłowała chwycić jedną, więc szybko odciągnęłam ją od tej chmary. Włożyłam małą do kojca, co niezbyt jej się podobało, bo chciała się pobawić nowymi, chodzącymi maskotkami. Jeszcze tego brakowało, by dziecko zatruło mi się owadami. Jakiś czas później rozsypałam na podłogę puszkę soli i zadzwoniłam do męża, żeby poskarżyć mu się na te wszystkie plagi, lecz zwyczajnie mi nie uwierzył.

  Moja teściowa przypomniała nam o sobie i po raz kolejny, ku mojej wielkiej radości, przysłała nam pomarańcze. Fakt, że możemy sobie kupić na targu, zapewniam jednak, iż pyszniejszych niż te sardyńskie nie jadłam. Ostatnio szukałam pomysłu na biznes, a tu sam wpadł mi w ręce. Będę sprowadzać do Polski pomarańcze teściowej i zarobię na tym krocie. Szkopuł w tym, że w ogródku domu rodzinnego męża jest tylko jedno drzewo pomarańczy i koszty związane z transportem na bank przekroczyłyby przychody. Muszę więc nadal główkować, a póki co, spałaszuję mój ulubiony owoc i może mnie oświeci. Trzymajcie się!

Obsługiwane przez usługę Blogger.