Licencja na wychowanie

  Wszystko, co dobre, prędko się kończy. Słoneczny i przyjemny weekend przeleciał szybko i niepostrzeżenie, pozostawiając za sobą ślad w postaci moich obolałych kończyn. Przez dwa dni odbywaliśmy długie spacery, uparłam się bowiem wszędzie chodzić pieszo i teraz ponoszę konsekwencje tej nazbyt lekkomyślnej decyzji. Wyszło mi to co prawda na zdrowie, ale nie czuję nóg i mam zakwasy. Brak mi formy, bo ostatnio cierpiałam na chorobę, która nazywa się "zasiedzenie", więc trochę musi minąć, zanim się przyzwyczaję. Nie narzekam jednak, a wręcz przeciwnie, bardzo się cieszę, że wreszcie mogłam rozruszać stare kości, pooglądać morze i zachwycać się przepięknymi widokami (jeden z nich na zdjęciu poniżej).

  Zaczęły się przechadzki, a kłopoty z tym związane, nie uległy, niestety, poprawie. Auta nadal zaparkowane są w każdym możliwym miejscu, a starsze kobiety zaglądają do wózka z tą samą częstotliwością co rok temu. Mam alergię na punkcie osób, które dotykają nóżek Gai i nic nie zapowiada na to, by miało mi przejść.

  Poszliśmy na plac zabaw, który jest oddalony od naszego domu o około kilometra i tysiąca schodów. Posiedzieliśmy tam trochę, a ja przyglądając się bawiącym dzieciakom, poczułam nostalgię za swym dzieciństwem. Gdyby tak było można cofnąć się do przeszłości i powrócić do czasów, kiedy miałam kilka lat. Marzę o tym, by pewne sprawy przeżyć po raz kolejny, ale nie jestem pewna, czy chciałabym cokolwiek zmienić. Droga mojego życia nie była usłana różami, doprowadziła mnie jednak do miejsca, w którym jestem i dzięki temu mam Gaję. Można więc powiedzieć, że osiągnęłam swą małą nirwanę, bo z Kluseczką przy boku nic więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne, a złe doświadczenia też nas czegoś uczą.

  Byliśmy dzisiaj na szczepieniu, które mieliśmy wykonać trzy tygodnie temu, lecz ze względu na grypę Gai, musieliśmy je przełożyć. Mała jak zwykle wyła wniebogłosy i wyrywała się jak szalona, ale z pomocą męża udało się jej wbić igłę. Ja się oddaliłam, ponieważ na widok białego lekarskiego kitla dostaję prawie palpitacji, a w połączeniu z moim wrzeszczącym dzieckiem tym bardziej bije mi serce, więc mąż wziął na siebie rolę "złego" rodzica.

  Po szczepieniu nie mogliśmy wyjść od razu, toteż udaliśmy się do poczekalni, gdzie miałam okazję nieźle się wkurzyć. Niektórzy rodzice są ślepi i głusi na wybryki swych pociech i pozwalają im na wszystko, nie bacząc na to, że inne dzieci są w pobliżu. W przychodni jest miejsce wyselekcjonowane specjalnie dla najmłodszych i poszłam tam z Gają, by się pobawiła i odstresowała. Posadziłam ją na rowerku i chciałam z nią trochę pojeździć, ale nie pozwoliła na to inna dziewczynka. Bawiła się lalką i nie zwracała na rower najmniejszej uwagi, oczywiście do czasu, gdy usiadła na nim moja córeczka. Podbiegła do nas i próbowała zrzucić Gaję z siodełka, wrzeszcząc przy tym na cały głos. Nie mam pretensji do tej dziewczynki, bo to tylko dziecko, ale do jej matki już tak. Powinna była odciągnąć córkę od nas i wytłumaczyć jej, że pobawi się później (ja bym tak zrobiła). Zamiast tego chciała posadzić małą obok Gai, choć rowerek był jednoosobowy. Efekt był taki, że dziewczynka wsadziła Kluseczce pięść w oko, a ja powiedziałam jej mamie parę słów prawdy. Kobieta na moje perswazje odpowiedziała w sposób mało wyszukany, bo według niej nic się nie stało. Dobrze, że przyszła jej kolej na szczepienie z córką, inaczej skończyłoby się to wymianą niepotrzebnych zdań i nieuprzejmością z mej strony. Moje metody są zupełnie inne i mimo że kocham Gaję ponad życie, nie zamierzam jej rozpieszczać do granic możliwości. Krótko mówiąc, nie jestem fanką bezstresowego wychowania. Moim zdaniem może ono przynieść więcej szkody niż pożytku i nikt mnie nie przekona do tego, że tak nie jest. W tej kwestii jesteśmy z mężem jednomyślni i według nas Gaja powinna znać swoje granice, niezależnie od tego, jak bardzo ją kochamy. I żadni z nas surowi rodzice, chcemy po prostu dobrze wychować dziecko. Koniec i kropka:).


Obsługiwane przez usługę Blogger.