Na krawędzi tolerancji

  Ogarniam się! Powoli dochodzę do ładu sama ze sobą i staram się zmienić parę rzeczy na lepsze. Przeanalizowałam moje zachowanie z ostatnich kilku tygodni i doszłam do wniosku, że muszę się opamiętać. Zamieniłam się bowiem w zmierzłą klępę i jak tak dalej pójdzie, zniechęcę do siebie bliskich. Nie mogę wpadać w czarną rozpacz z banalnych powodów, gdyż dołowanie się nigdy nie wpływało na mnie dobrze. Gaja ma prawo widzieć mamę spokojną i zrównoważoną, wobec czego obrałam sobie nowy cel- więcej optymizmu. Wszystko się ułoży, a życie jest pełne niespodzianek. Czasem daje nam w kość, to nieuniknione, ale jest też piękne i tego powinnam się trzymać.

  Zakończyłam (przynajmniej na razie) przygodę z czekoladą i zamiast niej wybrałam jabłka, których smak odkryłam na nowo. Od razu lżej mi na duszy i jestem o wiele bardziej energiczna. Dużo spaceruję, po raz kolejny pogodziłam się ze stepem, a rozkład dnia totalnie przemeblowałam. Niestraszne mi również schody i codziennie rano się z nimi witam, schodząc po pieczywo. Od domu do piekarni dzieli mnie 156 stopni, czyli przysłowiowa bułka z masłem. Sprawy zmierzają więc w dobrym kierunku i mam nadzieję, że nic tego nie zakłóci.

  Weekend, choć przyjemny, upłynął w nieco stresującej atmosferze, która dopadła nas już w piątek. Po południu wybrałam się z Gają na przechadzkę i pierwsze kroki skierowałam w stronę auta, by wyjąć z niego wózek. Zbliżając się na parking, zauważyłam grupkę chłopaków, wpatrujących się w nasz samochód. Trochę mnie to zdziwiło, bo jesteśmy posiadaczami najzwyklejszego pod słońcem fiata, który do tego nie jest najnowszy. Zagadka wyjaśniła się szybko i gdy podeszłam bliżej, od razu rzuciło mi się w oczy, dlaczego ci kolesie byli zainteresowani naszą "limuzyną". Była otwarta, ponieważ okazało się, że mąż dzień wcześniej zapomniał zamknąć auto. W nocy nikt się nie zorientował, lecz jestem pewna, że gdybym nie zeszła po wózek, następnego dnia po naszej zasłużonej mydelniczce ślad by zaginął. Mąż sprawdza teraz parę razy, czy pozamykał drzwi auta (mądry Włoch po szkodzie), a ja mam stuprocentową pewność, że już o tym nie zapomni. Założę się, że to rower przyćmił mu umysł, bo odkąd go kupił, dostał obsesji na jego punkcie i wszystkie inne sprawy zeszły na drugi plan.

  W sobotę jak zwykle biegaliśmy po sklepach, gdzie miałam wątpliwą przyjemność mocno się zdenerwować i obawiam się, że za niedługo znienawidzę robić zakupy. Przeważnie relaksuję się odwiedzając markety, ale tym razem nie było tak kolorowo. Co więcej, jestem na granicy tolerancji i coraz częściej zdarza mi się nie panować nad sobą. A wszystko przez ludzką chmarę, która nie akceptuje tego, że biorę ze sobą córkę do sklepu. Stałam sobie spokojnie w kolejce do kasy w Lidlu, mając na rękach Gaję i bynajmniej nie oczekiwałam tego, że ktoś ustąpi mi miejsce (prędzej spodziewałabym się wygranej w totka). Nagle ktoś pchnął mnie z całej siły w plecy, zachwiałam się i tylko dzięki stojącemu obok mnie koszykowi uchroniłam się od runięcia jak długa na ziemię. Odwróciłam się wściekła i zobaczyłam (na oko), ponad stukilową babę, która wcale nie była skrępowana sytuacją, a raczej wydawała się zadowolona. Przeprosiny nie przeszły jej przez usta, gdyż według niej nic się nie stało. Biedaczka chciała wyjść ze sklepu, a mnie po prostu nie widziała i dlatego prawie mnie staranowała. Nie jestem filigranowa i nie sposób mnie nie zauważyć, tym bardziej, że miałam na ramieniu dziecko, więc tłumaczenie tej kobiety mnie nie przekonało. Opieprzyłam ją solidnie, mimo że jestem osobą opanowaną, lecz tym razem w grę wchodziło bezpieczeństwo mojej córeczki i obudziła się we mnie lwica. Do rozmowy wtrąciły się inne panie, które wzięły stronę tej baby i stwierdziły, że matki z dzieckiem to jakaś zmora i w ogóle nie powinny wychodzić z domu. Z doświadczenia wiem, że jest akurat na odwrót, a starsze osoby wykorzystują swój wiek do tego, żeby wszędzie się wepchać. Chodniki tutaj są wąskie i zawsze, gdy jestem na spacerze z Gają, to ja muszę schodzić z wózkiem na ulicę, aby wygodne pancie mogły przejść pierwsze. Są oczywiście wyjątki, które potwierdzają regułę, lecz jest ich coraz mniej. Gdzie się podziała zwykła, ludzka życzliwość?




P.S. Na wypadek kradzieży znaleźliśmy alternatywną (i niedrogą) wersję samochodu dla Gai;).

 
Obsługiwane przez usługę Blogger.