Na poligonie

  Przygotowania do świąt idą pełną parą. Tak, żeby tylko! Jak na razie to ze mnie uszła para i jakoś oklapłam. Przez ostatnie tygodnie byłam naładowana pozytywną energią, która dzisiaj, bez żadnej racjonalnej przyczyny, mnie opuściła. Optymizm pozostał, lecz nic mi się nie chce. Mam tyle rzeczy do zrobienia, a jestem w powijakach. Zamiast sprzątać, bawię się z Gają, która zamieniła się w mały wulkan i nie daje mi odpocząć. Chodzimy też na spacery i kontemplujemy (każda na swój sposób), piękną pogodę i otaczającą nas przyrodę.

  Wielkanoc, jak i Boże Narodzenie, to specyficzny okres, kiedy człowiek może tak po prostu cieszyć się życiem i najbłahszymi sprawami. Nasza Kluseczka mało jeszcze rozumie, ale nie mogliśmy oprzeć się pokusie, by kupić jej wielkie czekoladowe jajo o rozmiarze XXL, które daje się tu dzieciom na Zajączka. I choć mąż się opierał, to wybrałam jajko z Peppą Pig, wychodząc z założenia, że Gaja będzie nim zachwycona. Pan P. bezskutecznie przekonywał mnie, że przesadzam z tą świnką, ale powiedziałam mu, że jeśli się nie zamknie, zadzwonię ze skargą do teściowej. Wiem, że to tani chwyt, ale działa zawsze i jest nadzwyczaj skuteczny. Gdy mąż widzi, że nie żartuję i naprawdę zamierzam skontaktować się z jego mamą, zamienia się w potulnego baranka. I chociaż teściowa zakochana jest po uszy w swoim synku, to trzeba oddać jej sprawiedliwość, że gdy coś się dzieje, zawsze staje po mojej stronie. Dobrze wie, że jej chłopaczek ma wybuchowy charakter, a on (mimo że twierdzi, iż tak nie jest), panicznie boi się mamy, z czego ja skwapliwie korzystam.

  Wczoraj Pan P. oburzył się z banalnego wręcz powodu, co bardzo mnie rozsierdziło, bo nie lubię kłócić się o bzdury. Otóż mężowi nie spodobało się to, że wysyłam kartki świąteczne, gdyż tutaj takiej tradycji nie ma. Za to jest u nas, więc powienien respektować moje zwyczaje. Przeważnie tak robi, ale temat kartek (nie bez przyczyny) wyprowadza go z równowagi. W zeszłym roku wysłałam ich prawie 30 i poszło na to trochę gotówki, czym mąż bynajmniej się nie zmartwił. Wkurzyło go natomiast to, że w zamian otrzymałam tylko jedną i głośno przeklinał na moich znajomych. Nigdy nie posyłam niczego z zamiarem rewanżu, aczkolwiek nie ukrywam, że liczyłam na oddźwięk i przykro mi się wtedy zrobiło. W tym roku ograniczyłam się zaś do czterech kartek, więc Pan P. teoretycznie powodów do narzekań nie miał, a mimo to łaził i gadał. Czasem wydaje mi się, że małżeństwo to poligon, ponieważ co rusz jesteśmy na wojennej ścieżce. Mąż jest wielkim służbistą, a ja tego nie znoszę. Ja jestem zbyt liberalna i zdarza się, że nie umiemy się dogadać. Nasze polemiki nie są częste, lecz za to intensywne i szybko o nich zapominamy, śmiejąc się zresztą z tych naszych trywialnych problemów.

   Pan P. zaskakuje mnie coraz to nowszymi pomysłami, a jednym z nich mnie załamał. Kupił sobie rower, który stoi sobie dumnie w pokoju i tym samym doprowadza mnie do rozpaczy. Nie mamy gdzie go schować, bo w naszej klatce schodowej nie ma piwnicy, w związku z czym nasz mały pokój powoli zaczyna przypominać magazyn. Osoba, która zaprojektowała budynek, nie miała zbyt dużej wyobraźni i nie pomyślała o takim szczególe jak piwnica. Podobnie mamy z balkonem- niby jest, a jednak go nie ma. Brakuje drzwi balkonowych i żeby powiesić pranie, muszę wyjść z domu. Włosi to niedoścignieni mistrzowie w komplikowaniu sobie życia i im dłużej tu mieszkam, tym więcej absurdów spotykam na swej drodze. Jedno jest pewne- nudzić się tu nie można, przekonuję się o tym co chwila.

  Gaja zrobiła się trochę kapryśna. Chodzi późno spać, bardzo szybko wstaje i być może to jest powodem jej dziwnego zachowania. Nauczyła się schodzić z łóżka i żadną siłą nie da się zatrzymać na kanapie. Ledwo ją posadzę, a już wykonuje ten swój manewr i zeskakuje na podłogę. Wraz z mężem jesteśmy oczywiście dumni jak pawie i rozpływamy się nad giętkością naszej córeczki. Z nauką chodzenia idzie powoli, ale ważne, że do przodu. Gaja cały czas się czegoś podpiera, bo sama nie jest w stanie jeszcze utrzymać równowagi. Nie poganiam jej i pozwalam na całkowitą swobodę, przecież i tak musi kiedyś zacząć. Przeklęta dysplazja stawu biodrowego, zapaskudziła nam trochę życie małej, a ja do tej pory nie potrafię się z tym pogodzić. Tymczasem zastanawiam się nad prezentem dla mnie z okazji Wielkanocy i wiem już, czego bym sobie życzyła. Niepotrzebne mi sukienki, kolczyki czy książki, gdyż i tak je sobie kupię, za to na gwałt przydałaby mi się tabliczka do wózka Gai z napisem: "Nie dotykać pod żadnym pozorem, mama pokąsi"! Doprawdy, nie wiem już jak mam walczyć ze staruszkami, notorycznie zaglądającymi w głąb wózeczka. Smacznego Jajka, moi drodzy!

P.S.1
Chyba tylko taki obrońca byłby w stanie ujarzmić krewkie staruszki:).

P.S.2
Nie tylko teściowa potrafi! Mama pod jej wpływem też piecze- moja bardzo amatorska wizja zajączka, a co tam!



Obsługiwane przez usługę Blogger.