Pół żartem, pół mrówką

  Pierwszy dzień kwietnia nie zaszczycił nas piękną pogodą, ale za to wprawił mnie w doskonały humor, który nie opuszcza mnie do teraz. Wszystko dlatego, że udało mi się przechytrzyć męża i zażartować z niego, a to naprawdę wielkie osiągnięcie! Pan P. dzień wcześniej stwierdził z absolutną pewnością, iż nie ma takiej opcji, bym zrobiła mu kawał, lecz bardzo się przeliczył. Nie docenił moich możliwości, albo widocznie ich jeszcze nie znał, więc pokazałam mu, na co mnie stać.

  Wstałam wczoraj rano jak zwykle pierwsza, co pozwoliło mi wytężyć umysł i opracować mój szatański plan. Wpadłam na genialny pomysł i nie mogłam się doczekać, by wprowadzić go w życie, toteż zaczęłam działać. Nie namyślając się długo, wskoczyłam jak burza do sypialni, szarpiąc męża i krzycząc mu wprost do ucha: "Wstawaj, zalano nam łazienkę". Mąż, będąc nadal w objęciach Morfeusza, na początku nie zrozumiał, o co mi chodzi, ale gdy w końcu dotarło do niego, co powiedziałam, wyskoczył z łóżka jak oparzony. Pobiegł szybko do łazienki, a ja, słaniając się ze śmiechu, w podskokach podążyłam za nim. Na widok jego zszokowanej miny, z dumą wymierzyłam w niego swój palec wskazujący, mówiąc przy tym triumfalnie: Prima Aprilis! Wyraz twarzy Pana P. był bezcenny i do tej pory, na samo wspomnienie mojego wtorkowego psikusa, gęba mi się śmieje. Zapewniam mężowi darmowe rozrywki i dbam o to, aby nam się nie nudziło razem.

  Po tym mało finezyjnym żarcie musiałam prędko wziąć się w garść i przestać bujać w obłokach, ponieważ odwiedzili nas nieproszeni goście. Przyszła ich do domu cała masa, nie umiałam im jednak zamknąć drzwi przed nosem. Mrówki obrały sobie za cel nasze mieszkanie, a ja próbując się ich pozbyć, sięgnęłam po drastyczne środki. Odkurzyłam je po prostu, bo skończył mi się środek na owady. Gaja była zachwycona mrówkami i nawet  usiłowała chwycić jedną, więc szybko odciągnęłam ją od tej chmary. Włożyłam małą do kojca, co niezbyt jej się podobało, bo chciała się pobawić nowymi, chodzącymi maskotkami. Jeszcze tego brakowało, by dziecko zatruło mi się owadami. Jakiś czas później rozsypałam na podłogę puszkę soli i zadzwoniłam do męża, żeby poskarżyć mu się na te wszystkie plagi, lecz zwyczajnie mi nie uwierzył.

  Moja teściowa przypomniała nam o sobie i po raz kolejny, ku mojej wielkiej radości, przysłała nam pomarańcze. Fakt, że możemy sobie kupić na targu, zapewniam jednak, iż pyszniejszych niż te sardyńskie nie jadłam. Ostatnio szukałam pomysłu na biznes, a tu sam wpadł mi w ręce. Będę sprowadzać do Polski pomarańcze teściowej i zarobię na tym krocie. Szkopuł w tym, że w ogródku domu rodzinnego męża jest tylko jedno drzewo pomarańczy i koszty związane z transportem na bank przekroczyłyby przychody. Muszę więc nadal główkować, a póki co, spałaszuję mój ulubiony owoc i może mnie oświeci. Trzymajcie się!

Obsługiwane przez usługę Blogger.