Pocztówki z podświadomości

  Kończy się kwiecień, na horyzoncie kolejny długi weekend, który chciałabym spędzić poza miastem i trochę odpocząć od codziennej rutyny (o ile pogoda dopisze, w co wątpię po dzisiejszych anomaliach). Najchętniej wsiadłabym w samolot i poleciała do Polski, ale z paru powodów to niemożliwe.

  Po pierwsze, skończyła mi się ważność paszportu i jeśli nie udam się do Konsulatu, by wyrobić nowy, będę musiała pożegnać się z marzeniami o wakacjach w kraju. Po drugie, nie opłaca nam się jechać tylko na kilka dni, a przede wszystkim nie stać nas na to. Nie jesteśmy krezusami (nad czym czasami ubolewam) i nie możemy sobie pozwolić na wyjazdy parę razy w roku. No i po trzecie, lecz chyba dla mnie najważniejsze, panicznie boję się latać. Lot do Katowic trwa co prawda bardzo krótko, bo ponad godzinę, ale dla mnie jest to i tak zdecydowanie za długo. Odkąd mamy Gaję, podczas lotu stresuję się podwójnie i mam nerwy napięte niczym gitarowe struny.

  Mój lęk ma swoje podłoże i jest na swój sposób wytłumaczalny, ponieważ od mniej więcej dwóch lat śni mi się spadający samolot. I to rzecz jasna ze mną na pokładzie, co jeszcze bardziej potęguje moje obawy. Za każdym razem lecę w inne miejsce i nigdy nie dolatuję do celu. Ostatnio śniło mi się, że zaproszono mnie do Stanów Zjednoczonych (wielka szycha ze mnie, nie ma co), ale nie było mi dane tam dotrzeć, bo samolot rozbił się na moich oczach. Zastanawiające jest to, że zawsze przed katastrofą udaje mi się ewakuować i widzę z boku całe zdarzenie. Wiem, że to tylko sen i nie powinnam się tak przejmować, lecz miewam go zbyt często i dlatego odchodzę od zmysłów, gdy mamy lecieć do Polski. Ktoś kiedyś powiedział bardzo mądre słowa: "Nie wierzę, że śnię, ale nie mogę tego udowodnić" i ja się tego trzymam. Myślę sobie, że sny to podróż w najgłębsze zakamarki ludzkiej duszy, która skrywa niejedną tajemnicę.

  Jeżdżąc w rodzinne strony męża, korzystamy z promu i droga morska odpowiada mi najbardziej, mimo że jest kilkanaście godzin dłuższa od powietrznej. Na statku mamy do dyspozycji kabinę, łóżko i wiele innych atrakcji, których brakuje w samolocie. Rok temu zniesiono loty z Genui na Sardynię i kiedy się o tym dowiedziałam, skakałam z radości jak dziecko. Mąż natomiast był wściekły, bo uwielbia latać, nie dręczą go żadne koszmary i twardo stąpa po ziemi. Potrafi wytłumaczyć wszystko w logiczny sposób, ale jego racjonalne wywody i tak do mnie nie docierają. Boję się i tyle!

  Wielkimi krokami zbliża się wizyta teściów i wyobrażam sobie, że w domu znów będzie się działo. Piekarnik pójdzie w ruch, a teściowa urządzi nam tu małą piekarnię. Nie wiem, kto to wszystko zje, lecz tym szczegółem mama męża bynajmniej się nie przejmuje. Ważne dla niej jest to, że czuje się przydatna i skoro ją to cieszy, niech sobie piecze ile chce. Teść zaś na pewno zanudzi się u nas na śmierć i szczerze mówiąc, nawet go rozumiem. Nie ma u nas nic do roboty i zazwyczaj ogląda mecze. U siebie uprawia ogród, hoduje warzywa, produkuje ser, oliwę i wino, które do tego sprzedaje.

   Z winem wiąże się pewna anegdota, o która nadal przyprawia mnie o salwy śmiechu. Czerwone wino teścia jest podobno zjawiskowe (ja nie piłam, więc nie mogę oceniać) i kiedy mąż przywiózł rok temu mojemu tacie w prezencie parę butelek, ten oczywiście był zachwycony. Mój ojciec jawi się wielkim znawcą i koneserem alkoholu i na widok butelek zaświeciły mu się oczy. Gdy wypił, nie zareagował jednak entuzjastycznie, a wręcz przeciwnie, jego skwaszona mina pozostawiała wiele do życzenia. "Co to za jabol mi dałaś"- powiedział- "Na melinie znajdę lepsze". Mąż wypytywał mnie później, czy wino tacie smakowało, a ja byłam zmuszona skłamać. Nie chciałam sprawiać mu przykrości, bo wiem, ile jego ojciec wkłada pracy i serca w to, co robi. Mojemu szanownemu tacie wino nie smakowało, ale i tak wypił wszystko aż do dna. Ma bowiem jedną, żelazną zasadę, którą praktykuje od lat, a brzmi ona tak:"Alkoholu się nie wylewa". Ot, prawdziwy Polak!




Mój największy koszmar na jawie...


Obsługiwane przez usługę Blogger.