Samica alfa i zgryźliwy tetryk

  To nie koniec laby! Myślałam, że święta się skończyły, a tu niespodzianka. Jutro we Włoszech obchodzony jest Dzień Wyzwolenia, więc mąż ma wolne i rozpoczynamy kolejny długi weekend. Mam nadzieję, że tym razem będzie ciepło i damy radę gdzieś wyskoczyć. Pogoda ostatnio bawi się z nami w kotka i myszkę, jakby wiedziała, że nasze plany uzależnione są właśnie od niej. Wczoraj przez pół dnia świeciło słońce, a kiedy po południu zabierałam się do wyjścia, zaczął padać soczysty deszcz i musiałam zostać w domu. Powiedzieć, że byłam wściekła, to mało! Ja mogę moknąć i niestraszne mi ulewy, ale nie chciałam narażać Gai na przeziębienie, bo dopiero niedawno uwolniliśmy się od choróbsk. Przebrałam małą, która nie kryła rozczarowania, zasiadłam ponownie na starej, zasłużonej kanapie i prawie się na niej zapadłam, czekając na powrót męża.

  Pan P. wrócił do domu skonany, ponieważ po raz pierwszy jechał do pracy rowerem i droga okazała się dla niego tą przez mękę. Rano było mu dosyć łatwo, gdyż na uczelnię ma z górki, lecz powrót już taki przyjemny nie był. Gdy przekroczył próg mieszkania, usiadł cały zadyszany obok mnie, a ja nie umiałam oprzeć się wrażeniu, że wyglądamy jak para stetryczałych staruszków. Doszłam do wniosku, że muszę zacząć spędzać czas bardziej aktywnie, bo za niedługo wsiąknę w ten tapczan. Nie ulega wątpliwości, że pasywny tryb życia działa na mą niekorzyść. I nie chodzi mi tylko o aspekt fizyczny, ale przede wszystkim o ten duchowy. Mam tendencję do dołowania się, a przesiadywanie w domu raczej nie pomoże mi dojść do siebie. Oby pogoda zaczęła współpracować, wtedy na pewno będzie mi łatwiej wrócić do formy. Muszę wyznaczyć sobie nowe priorytety, bo inaczej za niedługo nie poznam siebie.

  Przyglądając się Gai, za każdym razem zastanawiam się, skąd się u niej się wzięły te niespotykane pokłady energii? Wiem, że dzieci z natury takie są, ale Gaja jest nie do zatrzymania i daje mi niezły wycisk. Biegam za nią jak szalona i próbuję powstrzymać ją przed dotykaniem zakazanych rzeczy, z różnym jednak skutkiem. Jako że mamy niskie parapety, Kluseczka dobrała mi się do firany i prawie ściągnęła ją z szyny. Była oczywiście zachwycona nowym odkryciem, tak samo jak kwiatem doniczkowym, który chciała wyrwać z korzeniami. Zainteresowała ją również szafka na obuwie, zaczęła wyciągać z niej buty i bawić się starymi trampkami tatusia. Nie przechodzi obojętnie wobec niczego, co jest w zasięgu jej wzroku i rączek, a my musimy mieć oczy naokoło głowy.

  Wczoraj nieuwaga męża mogła się źle skończyć, bowiem majstrując przy swym nowym koniku (czyli rowerze), zostawił na podłodze nożyczki i udał się do łazienki. Gaja szybko podreptała w stronę nożyczek i wzięła je do rączki, co zauważyłam sekundę później. Na szczęście nic się nie stało, oprócz tego, że poprztykałam się z mężem, ponieważ zwalił winę na mnie. Zawsze tak jest, że gdy on coś zmajstruje, odwraca kota ogonem, a ja czuję się jak najgorsza matka. Tym razem jednak nie dałam sobie wmówić, że to ja naraziłam córeczkę na ryzyko i powiedziałam mu parę dosadnych słów. Pan P. jak każdy mężczyzna, nie jest odporny na krytykę, więc atmosfera zrobiła się gęsta. Wyzwał mnie od samicy alfa, nawiązując do czasów mojej ciąży, kiedy to tak na niego bez przyczyny wołałam. Tymczasem wcale nie jest pantoflarzem, a wręcz przeciwnie, robi co chce. Jest niezależny, a ja tylko czasami ustawiam go do pionu, jak na prawdziwą żonę przystało:). Gdybym tego nie robiła, na pewno by mu odbiło!

  Słodycze nadal mnie ciągną do siebie, dlatego schowałam je w półce, wychodząc z założenia, że jeśli nie będę ich widzieć, nie przyjdzie mi na nie ochota. Jak na razie ta strategia działa i opieram się pokusie. Szkoda, że nie pomyślałam o tym wcześniej i jak zwykle pomysły przychodzą mi do głowy po fakcie dokonanym. Mąż pomaga mi w tej nierównej walce z łakociami i wziął do pracy całą torbę cukierków. Rower natomiast został w domu, bo Pan P. nie był w stanie na niego wsiąść. Biedak położył się wczoraj spać pierwszy, a rano wyglądał jak siedem nieszczęść. Ja za to byłam rześka i radosna jak szczygiełek, a widząc cierpiącą minę męża, jeszcze bardziej poprawił mu się humor. Radziłam mu, by nie porywał się na głęboką wodę, tylko postępował z rowerem metodą małych kroczków. Nie posłuchał mnie rzecz jasna, więc zapłacił z nawiązką za swą brawurę. Miałam zamiar z niego zakpić, lecz przemogłam się i postanowiłam go pocieszyć. Nie zawsze bywam samicą alfa:) Do następnego tygodnia!

P.S. A oto sprawca całego zamieszania:)

Obsługiwane przez usługę Blogger.