Telefon zaufania

  Pan P. i ja nie jesteśmy parą smarkaczy. Mamy swoje lata i powoli zbliżamy się do czterdziestki. Coraz mniej czasu nam do tej okrągłej rocznicy pozostało, co bynajmniej nie spędza mi snu z powiek. Jesteśmy ludźmi dojrzałymi, a mimo to czuję się czasem jak dziecko. Wszystkiemu winne są moja mama i teściowa, dziwne istoty, które nas - jakby nie patrzeć starych koni- traktują jak pryszczatych nastolatków. Wiem, że matki takie są, ale mam serdecznie dosyć wiecznych telefonów, zbędnych pytań i wścibiania nosa w nasze sprawy. Czy ja też za jakieś 35 lat będę nadal nadopiekuńcza w stosunku do Gai? Mam nadzieję, że nie, bo nic ostatnio tak nie wyprowadza mnie z równowagi, jak niepokoje naszych matek, tak absurdalne, że mogłyby wykończyć i świętego.

  Wielkanoc za pasem, więc szanowne mama i teściowa jakby się umówiły, by nas dręczyć. Mama zasypuje mnie dobrymi (w jej przekonaniu) radami i martwi się, czy zdążę wszystko posprzątać. Pyta mnie, czy umyłam okna, wyprałam firany, wypastowałam podłogę, a ja zastanawiam się, po co w ogóle to robi. Nic jeszcze nie zrobiłam, gdyż mam na to kupę czasu, zresztą nawet gdybym palcem nie ruszyła, to przecież świat się nie zawali. Nie znoszę sprzątać, lecz bardziej od tego nie cierpię brudu, więc dbam o to, żeby mieszkanie nie było zapuszczone. Moja mama dobrze o tym wie, a i tak traci pieniądze na zbędne pogaduszki. Mogłaby się przekonać na własnej skórze, jak żyjemy, ale jest niemobilna i nigdy do nas nie zawita. Nie chce jej się jeździć do mojej siostry, która mieszka kilkanaście kilometrów dalej, a Włochy to dla niej kraj barbarzyńców, dlatego przestałam ją zapraszać. Zaakceptowałam już to dziwactwo i lęk przed nieznanym mamy, natomiast moja tolerancja co do traktowania mnie jak małolaty jest na skraju wyczerpania. Bardzo cenię sobie niezależność i nie potrzebuję matczynej ręki, to chyba nietrudno zrozumieć.

  Tymczasem moja teściowa ma manię dzwonienia do nas wieczorami, kiedy jestem potwornie zmęczona i marzę wyłącznie o ciepłym łóżeczku. Mąż, cwaniak jeden, za każdym razem wymiguje się pracą i daje mi słuchawkę, a ja muszę wysłuchiwać tyrady jego mamy. Lubię teściową i szanuję ją, niemniej jednak nie przepadam rozmawiać z nią przez telefon, ponieważ doszukuje się zawsze drugiego dna i według niej z naszym małżeństwem jest coś nie tak. Nie podoba się jej ton mojego głosu, niezbyt zachęcający i entuzjastyczny, więc wychodzi z założenia, że mamy jakieś problemy. Otóż nie mamy żadnych, ale o godzinie dziewiątej wieczorem, po zrobieniu kolacji, zmyciu całej sterty naczyń, posprzątaniu zabawek Gai i tysiącu innych zajęć, padam z nóg i zwyczajnie nie chce mi się z nikim gadać. Nie mam w sobie energii mamy męża i nie piję dwudziestu kaw dziennie, toteż bateria o określonej godzinie się we mnie wyczerpuje. Doszłam do wniosku, że jedynym słusznym rozwiązaniem będzie pozbycie się telefonu i tym samym nasze mamusie przestaną nas nękać. Wyobrażam sobie jednak, że dostałyby zawału, jeśli nie udałoby się im z nami połączyć, a na to nie mogę pozwolić. Drogie mamusie, nasze małżeństwo nie wisi na włosku, Gaja rośnie jak na drożdżach i wszystko jest w porządku, więc dajcie nam żyć! Mamy się całkiem dobrze:).

P.S. Tak czy siak, za niedługo palma mi odbije!

Obsługiwane przez usługę Blogger.