W 80 dni dookoła diety

  I po świętach! Szybko minęły, a ja zastanawiam się, jak to właściwie jest z tymi świętami? Człowiek czeka na nie z niecierpliwością, kupuje niezliczone ilości jedzenia, snuje plany i marzy, że wreszcie odpocznie, a gdy już przyjdą...nie możemy doczekać się ich końca. Zbyt dużo wolnego czasu i przede wszystkim nieograniczony dostęp do słodkości spowodowały, że prędko się znudziłam tym dolce vita. Gdyby chociaż dane mi było wyjść na spacer, nie narzekałabym wcale. Niestety, Wielkanoc w słonecznej Italii była nieciekawa i Ligurię nawiedziła przedwcześnie zimna Zośka, która pokrzyżowała wszystkie nasze wycieczkowe szyki.

  Już  w Wielką Sobotę byłam zmuszona zostać w domu z Gają, bo oberwanie chmury skutecznie uniemożliwiło nam szał zakupów i mąż pobiegł sam do sklepów. Posłać go gdzieś to duże ryzyko, ponieważ nigdy nie wiem, z czym wróci. Tym razem oszczędził mi wrażeń i ograniczył się do tego, co napisałam mu na kartce, niemniej jednak musiałam się do czegoś przyczepić (taka ze mnie jest Ksantypa). Mój mąż ma manię wybierania najbardziej zielonych i niedojrzałych bananów, argumentując to w ten sposób, że dłużej będą świeże. Może i tak, ale nie zmienia to faktu, że jeszcze dzisiaj są niejadalne, a ja mogę sobie na nie tylko popatrzeć. To, że wczoraj sięgnęłam po ciasto, jest tylko i wyłącznie jego winą! Skoro przynosi owoce nie nadające się do konsumpcji, to co mam jeść? Ten punkt widzenia jest dla mnie bardzo wygodny, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, kto tu jest prawdziwym winowajcą. Bynajmniej Pan P.! Dietę znów diabli wzięli, z czego nie jestem dumna, a wręcz przeciwnie, wyrzuty sumienia tkwią we mnie jak zadra. Tylko ja potrafię w ciągu dwóch dni zniweczyć cały wysiłek ostatnich kilku miesięcy i to jest jedyna rzecz, w której jestem naprawdę dobra!

  Gdy mąż latał po targu, ja z braku laku zajęłam się dekoracjami, których przygotowanie poprawiło mi nieco humor. Gaja sekundowała mi w pracy, ściągając co popadnie i muszę przyznać, że wzruszyła mnie ta jej chęć niesienia pomocy mamusi. Z dzieckiem w domu wszystko wygląda zgoła inaczej i nawet proste czynności są na swój sposób niezwykłe. "Zajajcowałam" kompletnie mieszkanie, a ponadto wszędzie roiło się od kurczaczków, baranków i wielkanocnych zajączków, na widok których Gaja piszczała ze szczęścia. Kluseczka osłodziła nam trochę brak rodziny, gdyż - nie ma co ukrywać- święta bez bliskich nie cieszą wcale.

   Z rodziną wiąże się kolejny paradoks, o którym było dane mi się w tych dniach przekonać. Gdy krewni są z nami, ciągle na nich narzekamy, wiecznie się kłócimy, słowem- mamy ich dość. Kiedy zaś są daleko, dopiero wtedy się przekonujemy, jak ich brakuje. Prawdą jest więc to, o czym śpiewali Starsi Panowie: "Rodzina nie cieszy, gdy jest, lecz kiedy jej nie ma, samotnyś jak pies". Czasami czujemy się tutaj po prostu jak ryby bez wody. Obie nasze rodziny są daleko i coraz dotkliwiej odczuwamy ich brak. Dzięki Bogu, że mam Gaję! Nostalgia to okrutne uczucie, ale potrafię je zagłuszyć tylko i wyłącznie dzięki mojej córeczce.

  Mimo zjedzonej czekolady, poziom endorfin jakoś we mnie nie wzrósł. Myślę sobie, że czas to naprawić, bo słodycze aż proszą się, by je zjeść:). Nie ma jednak takiej opcji, gdyż magiczne słowo "dieta" znowu rozciągnęło nade mną swą pieczę. Jestem przekonana, że prędzej czy później zawalę, w tym akurat nie brakuje mi konsekwencji:). W końcu muszę się czymś przejmować, inaczej nie byłabym sobą!

Najważniejsze, że moja Kluseczka robi postępy:). Krok za krokiem, dopniemy swego!

Obsługiwane przez usługę Blogger.