(Nie)zakazane piosenki

by 17:53
  Wielkimi krokami zbliża się lato i jest coraz cieplej, więc w telewizji królują reklamy strojów kąpielowych, które wyjątkowo działają mi na nerwy. Kiedy widzę idealną modelkę bez śladu cellulitu i gramu tłuszczu na ciele, po prostu źle się czuję. Moje zmagania z dietą najprawdopodobniej nigdy się nie skończą, a widok dziewczyn w bikini powoduje, że jestem piekielnie zazdrosna. Wiele bym dała, by móc wyjść w kostiumie i nie przejmować się niczym, a jakoś nie mogę na siebie w tym stroju patrzeć. Mąż twierdzi, że jak zwykle przesadzam i zamiast skorzystać z tego, że w pobliżu jest morze, to wybrzydzam jak małe dziecko. Według niego powinnam mieć do siebie dystans i oczywiście ma rację, lecz jest to dla mnie zdecydowanie za trudne. Patrzę na kobiety, które mimo widocznej nadwagi nie wstydzą się siebie i nie ukrywam, że podziwiam je za odwagę. Też bym chciała być taka przebojowa, ale moja droga do samoakceptacji nadal jest zbyt wyboista i na razie nie widzę wyjścia z tunelu. Może kiedyś to nastąpi, czego sobie życzę.

  Przetestowałam wreszcie nową spacerówkę, która sprawiła się bez zarzutu i nic z niej nie odpadło, toteż odetchnęłam z ulgą. Gaja czuła się w niej dobrze i grzecznie przesiedziała cały spacer, nie widząc chyba żadnej różnicy między nowym, a starym wózkiem. Przed wyjściem z domu zdarzyło się coś wspaniałego- Kluseczka pierwszy raz wykonała samodzielnie trzy pierwsze kroki, po czym wylądowała zgrabnie w ramionach mamusi. Byłam dumna jak paw, bo do tej pory Gaja podczas chodzenia zawsze się czegoś trzymała. Myślę, że z każdym dniem będzie widać postępy i z niecierpliwością czekam na koniec lipca, ponieważ mamy wtedy kontrolę nieszczęsnego stawu biodrowego małej. To badanie jest podobno tylko formalnością i mam nadzieję, że wszystko okaże się w porządku, niemniej jednak uspokoję się wówczas, gdy będzie już po wszystkim. Jako pesymistka z natury wolę dmuchać na zimne.

  Tymczasem Gaja upodobała sobie nowy rodzaj zasypiania- w moich ramionach, lecz jedynie pod warunkiem, że coś jej zanucę. Wieczory w naszym domu są więc wesołe i śpiewam małej piosenki mojego dzieciństwa, takie jak:"Puszek Okruszek" czy "Pszczółkę Maję", którą dla własnych potrzeb przerobiłam na "Pszczółkę Gaję". Podejrzewam, że słyszą mnie również sąsiedzi, co bynajmniej mnie nie martwi. Niech łykną trochę niezwykłej polskiej kultury i przekonają się, jak niepowtarzalny jest nasz język!

  Doczekałam się szczęśliwych wieści- w nadchodzący weekend mąż nie musi pracować i zamierza poświęcić czas rodzinie. W przyszły poniedziałek we Włoszech znów jest święto (nie mam pojęcia jakie) i czekają nas aż trzy szalone dni. Nie wiem, co zrobimy z taką ilością wolnego czasu, ale ufam, że dobrze go wykorzystamy. Nie pozwolę nawet przez minutę zajrzeć mężowi do książek i wstęp do małego pokoju będzie miał surowo wzbroniony. Gaja zresztą zadba o to, żeby tatuś się nie nudził i jestem pewna, że nie opuści go nawet na chwilę. Ja zaś będę miała czas nieco odsapnąć, ponieważ moja córeczka czasem daje mi popalić. Jak to możliwe, że choć nie spuszczam jej z oczu, to i tak robi sobie krzywdę? Kluseczka ma manię stukania głową o pogłodę, mimo że wiecznie ją upominam, by tego nie robiła. Parę razy nabiła sobie guza i płakała, a wczoraj w ten sposób rąbnęła się w nosek. Nic poważnego jej się nie stało, ale najadłam się strachu, bo upadek wyglądał na groźny. Dobro Gai jest dla mnie sprawą nadrzędną, dlatego wyrzucam sobie moją nieuwagę i wiem, ile w tym względzie czeka mnie jeszcze nauki. Mała jest bowiem tak rozbrykana, że Tygrysek w starciu z nią nie miałby żadnych szans, a co dopiero powolna jak żółw matka. Wracaj do formy, kobito, córka cię potrzebuje:).


Morze, morze, może się skuszę...


Wyznania zakupomaniaczki

by 18:22
  Prześladuje nas zakupowy pech! Nawet nie przypuszczałam, że coś takiego istnieje, ale biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, doszłam do wniosku, że ciąży nad nami sklepowa klątwa. Zaczęło się od pójścia do znanej sieciówki, gdzie nabyłam dla Gai komplet letnich ciuszków, bo dział dziecięcy w tym sklepie jest naprawdę przyzwoity i często się w nim zaopatrujemy. Jedynym minusem są długie kolejki do kasy i czy w piątki, czy w świątki, zawsze musimy swoje odstać. Tym razem było podobnie i po około dwudziestu minutach oczekiwania zostaliśmy obsłużeni szybko, lecz niezbyt sprawnie, o czym przekonałam się po przyjściu do domu. Okazało się, że dwie bluzeczki miały na sobie zabezpieczenia przed kradzieżą, bowiem kasjerka wrzuciła ciuszki do torby w ekspresowym tempie, a mi nie przyszło do głowy, by je skontrolować. No i masz babo placek, teraz czeka mnie powrót do sklepu, co nie za bardzo mi się uśmiecha. Sieciówka jest oddalona od naszego domu o jakąś godzinę drogi i znajduje się w samym centrum miasta, lecz chodzimy do niej na piechotę. Znaleźć parking w sercu Genui graniczy z cudem, a za godzinę postoju trzeba zapłacić trzy euro, więc wolimy skorzystać z nóg. Jakby nie patrzeć, to niezawodny środek transportu, który tylko czasami szwankuje, a do tego jest bezpłatny. Przed nami kolejny, długi weekend i już wiem, jak go spożytkujemy- chodząc od jednego sklepu do drugiego.

  W miniony poniedziałek mąż wracając z pracy, zahaczył o hipermarket, by kupić pieluszki dla Gai. Skorzystał z promocji i zrobił zapas na kilka miesięcy, ciesząc się przy okazji, że nie będzie musiał przez dłuższy czas odwiedzać tego kolocha. Jego radość była przedwczesna, ponieważ otwierając paczkę pieluch, zauważyłam, że są za małe. Pan P. zamiast numeru 4 wziął mniejsze i do tej pory nie potrafi zrozumieć, jak to się stało. To proste- ma za dużo na głowie i dlatego jest roztargniony. Na domiar tego zapodział gdzieś paragon, co rzadko mu się zdarza, bo jest osobą niezwykle skrupulatną. Jeśli nie znajdzie rachunku, oddamy pieluchy do Kościoła, który przyjmuje takie rzeczy dla ubogich. W podobny sposób pozbyliśmy się starych ubranek Gai, choć mąż chciał zrobić na nich interes i sprzedać je na E-BAYu. Kategorycznie się jednak temu sprzeciwiłam, ponieważ mam wstręt do internetowych zakupów i przekonałam męża, że raz na ruski rok możemy zrobić dobry uczynek. Moja niechęć do wirtualnych transakcji podyktowana jest tym, że przez kilka lat pracowałam jako listonoszka i codziennie musiałam nosić do ludzi kilkadziesiąt paczek, na widok których cierpła mi skóra. Nie podobała mi się wizja handlowania śpioszkami Gai i o wiele bardziej odpowiadała mi perspektywa, że będą służyć innym dzieciom. Mąż, jak to on, coś tam mruczał pod nosem, ale w końcu zgodził się ze mną i mój punkt widzenia łaskawie do niego dotarł. Czasem warto jest posłuchać dobrych rad żony:).

  Następnym nieudanym zakupem, którego dokonaliśmy, było nabycie lamp halogenowych do kuchni. Stare się zepsuły i Pan P. nie potrafił ich naprawić, mimo że jest z niego przysłowiowa złota rączka, więc pojechaliśmy do IKEI, której jestem wielką entuzjastką. Uwielbiam "ikeowskie" pomysły i rozwiązania, a nasze mieszkanie pełne jest rzeczy z tego sklepu. Są ładne, niedrogie i bardzo funkcjonalne, więc jeździmy tam dosyć często. Lampy, które zakupiliśmy, nie przydały nam się tymczasem do niczego, ponieważ mąż (on upiera się, że to byłam ja), położył je na brzegu stołu i po prostu się stukły. Nie wszystkie co prawda, lecz nie nadają się już do użytku, a reklamować ich też nie możemy, bo wypadek był z naszej winy, a nie z przyczyn niezależnych. Nad tym argumentem można by się zastanowić, ponieważ mały stolik (nomen omen z IKEI) to jest jakieś wytłumaczenie. Jedno jest pewno- 50 euro poszło w dym, a nowe buty jak na razie pozostają w sferze moich marzeń. Nawet nie będę rozwodzić się nad tym, że kupiliśmy za małe nakrętki do butelek dla Kluseczki, gdyż przy tych wszystkich katastrofach to nieistotny szczegół. Nowa zaś spacerówka, której jeszcze nie przetestowałam, wygląda na sprawną i mam głęboką nadzieję, że jutro podczas spaceru nie odpadnie mi koło!






P.S. Parę miesięcy temu na blogu Pani Rolnik zobaczyłam kartonowy domek, który bardzo mi się spodobał i zaczęłam na niego polowanie. Dopadłam go w końcu w Lidlu i natychmiast zakupiłam  dwa egzemplarze. Domek jest do kolorowania i mimo że jest od trzech lat wzwyż, to Gaja bawi się w nim wyśmienicie, zresztą nie tylko ona:). Polecam go każdej mamie, bo to fajna i kreatywna zabawa. Jest to jedyna rzecz, która nam się nie zepsuła, więc nie wyrzuciliśmy pieniędzy w błoto. Dzięki za inspirację, Ilonko!





Najważniejsza rola

by 15:07
  Kolejny weekend minął nie wiadomo kiedy i upłynął pod znakiem pracującego męża oraz wyborów do Parlamentu Europejskiego. Od razu się przyznam, że nie głosowałam, bo przestałam to robić już dawno temu, mniej więcej wtedy, gdy słowo "polityka" stało się dla mnie synonimem nieuczciwości. Tylko garstka ludzi ma się teraz dobrze, a reszta musi walczyć o byt. Przepaść dzieląca bogatych od biednych jest ogromna, a miłościwie nam rządzący problemów społecznych nie rozumieją.

  Niejednokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że "za komuny było lepiej" i czasem rozumiem tych, którzy tak twierdzą. Dla mnie były to niezapomniane czasy, ponieważ byłam małą dziewczynką i ustrój, jaki panował, nie miał dla mnie żadnego znaczenia. Byłam zadowolona i wolna od trosk, logiczne jest więc to, że odczuwam nostalgię. Moi rodzice za komuny dostali przydział na czteropokojowe mieszkanie i nie musieli na ten cel zaciągać kredytu na kilkadziesiąt lat. Nas natomiast nie stać na własne cztery kąty i nawet nie możemy się zapożyczyć, bo się nie kwalifikujemy. Mąż nie ma umowy na czas nieokreślony, więc w bankach jest "persona non grata" i jedyne, co nam pozostało, to wynajem. Jeśli tak ma wyglądać wolność, polegająca na uwolnieniu cen i sprzyjaniu bankom, to ja dziękuję. Czy Polska, czy Włochy, wszędzie jest tak samo. Kiedyś człowiek po studiach był kimś, a dzisiaj nawet doktorat nie jest gwarantem na to, że coś się osiągnie. Nie jestem zwolenniczką komunizmu, lecz myślę po prostu, że to, co dzieje się teraz, przybrało jakiś dziwny obrót. Chyba każdy zna zdanie:"Prawo jest równe dla wszystkich" i nie wiem, jak Wy, ale ja sądzę, że jest to największe kłamstwo w dziejach ludzkości.

  Mąż przez ostatnie dwa dni pracował na najwyższych obrotach i nie miałyśmy z Kluseczką okazji cieszyć się jego obecnością w domu (szczególnie mała była załamana). W sobotę zrobiliśmy szybkie zakupy, a później zostałam sama z Gają, bo Pan P. zamknął się u siebie. Przyzwyczaiłam się do tego, że w ciągu tygodnia go nie ma, ale samotne weekendy niezbyt mi się podobają. Tymczasem mąż musiał robić te swoje projekty, a do tego miał do poprawienia masę kartkówek i wychodził z pokoju tylko po to, by coś zjeść. Kiedy zaś skończył, zamiast pognać do nas, poleciał na wybory. W przeciwieństwie do mnie Pan P. wierzy, że jeszcze coś się zmieni na lepsze, więc nie mógł przepuścić okazji i poszedł zagłosować. Nic zatem dziwnego, że jestem odrobinę sfrustrowana i czasami mam dość Italii, mimo że pobyt tutaj ma i swoje dobre strony.

  Jedną z nich jest niewątpliwie ta, że Dzień Matki mogę obchodzić podwójnie. Po raz piewszy świętowałam go dwa tygodnie temu i dziś znowu spotkał mnie ten zaszczyt. Wyraz "świętować" jest oczywiście na wyrost, ponieważ nic szczególnego nie robię, ale czuję się jakoś inaczej i mimo zgryzot wszelakich, jestem cała w skowronkach. Patrzę na Gaję, która jeszcze niewiele pojmuje i wzruszam się na sam jej widok. Moje życie dzieli się na dwa etapy- ten mniej ważny, przed narodzinami Kluseczki i ten fundamentalny, czyli od momentu pojawienia się małej. Moim zdaniem wraz z dzieckiem kobieta rodzi się na nowo i dopiero wtedy odkrywa sens istnienia. Dzień, w którym zostałam mamą, zmienił wszystko, a moja córeczka wprowadziła światło do mej jałowej egzystencj. Liczy się dla mnie tylko to, by Gaja była szczęśliwa, a potrzeby moje i męża zeszły na drugi plan. I może jestem egzaltowana, ale postrzegam macierzyństwo jako rewolucję, która spowodowała, że nic już nie jest takie, jak było dawniej. Spoglądam na świat przez pryzmat małej istotki i wiem, że nia ma takiej rzeczy, której bym dla niej nie zrobiła. Drogie mamy, w dniu tak szczególnym życzę Wam, aby każdy dzień spędzony z dziećmi, był dla Was radością i nieustającą przygodą!



 Fragment dzieła mojego męża, które nazwałam "Róże dla mam":). Mam nadzieję, że wybaczycie mi to ględzenie na początku wpisu;).

Mordercza pogoda, ojczyzny dwie

by 17:41
  Dni wloką się sennie. Do Włoch zawitał antycyklon "Hannibal" (nazwa zaiste adekwatna, bo za niedługo mnie wykończy), którego moc odczułam już rano. Poszłam jak zwykle po pieczywo, a wróciłam zdyszana i mokra, jakbym właśnie przebiegła maraton. Na zewnątrz było tak duszno, że prawie się rozpuściłam, a schody pokonałam z trudem, choć zazwyczaj po nich skaczę. Będę musiała zaopatrzyć się w miniaturową wersję wentylatora, przyczepić go do bluzki i tak chodzić, może to przyniesie mi ulgę. Nie lubię wyraźnych skoków temperatury, ponieważ źle na mnie wpływają. Czuję się otępiała i nic mi się nie chce, a mam przecież tyle rzeczy do roboty. Mieszkanie jakoś udało mi się ogarnąć, ale i tak wiele pozostawia do życzenia, bowiem sprzątałam po łebkach, co ostatnio często mi się zdarza.

  Jest bardzo ciepło, więc niewskazane jest przy takiej pogodzie wychodzić z małym dzieckiem, wobec czego kisimy się w domu, w którym też niełatwo jest wytrzymać. Pootwierałam wszystkie okna, rolety zaś spuściłam (chwała Bogu, że są) i staram się normalnie funkcjonować. Gaja natomiast wydaje się być niezrażona niczym, a ciężkie powietrze bynajmniej jej nie przeszkadza. Psoci co niemiara i zagląda w każdy możliwy kąt, a do tego znalazła sobie nową-starą zabawę, czyli gryzienie mamusi.Wskakuje na mnie, udaje, że chce się przytulić, a tak naprawdę wbija ząbki w moją skórę i niezmiernie ją to cieszy (mamę już trochę mniej). Nie gniewam się jednak na nią, a wręcz przeciwnie- mój mały gryzoń umila mi czas i jest moim największym szczęściem. Niepokoi mnie jedynie to, że Gaja kaprysi przy jedzeniu. Obiad i kolację co prawda je z apetytem, lecz mleko niezbyt jej odpowiada, a tego, czego jeszcze nie zna, nawet nie chce tknąć. Wczoraj mąż przyniósł lody, bo był u dentysty i dostał zakaz spożywania ciepłych potraw (biedak załamał się zupełnie), toteż nakupił głupot. Spróbowaliśmy dać Gai łyżeczkę lodów, ale rzecz jasna napotkaliśmy na gwałtowny opór z jej strony. Gdy tylko je skosztowała, od razu zrobiła krzywą minę i zamknęła buzię na kłódkę. Taka jest nasza Kluseczka- nieufna i wrogo nastawiona do nieznanych smaków. Pocieszam się tym, że za niedługo sama będzie prosić nas o lody, a tymczasem upajam się nimi, gdyż nie mogą się zmarnować:).

  Trwa artystyczny zapęd Gai, która dostała manii na punkcie kredek, czym mąż jest naturalnie zachwycony. Widzi w małej swą godną następczynię, chociaż na razie Gaja jest tylko zręczną niszczycielką. Pomalowała drzwi, usiłowała zmierzyć się z dywanem, lecz szybko się zniechęciła, nie widząc rezultatów. Rozsypała na ziemię warzywa, chciała porysować dynię, a że nie umiała jej podnieść, wzięła się za marchewki. Ziemniaki już dawno temu się jej znudziły, cebulą rzuca gdzie popadnie i najchętniej bawiłaby się jajkami, które ze względów oczywistych są dla niej zakazane. Przyglądając się szalejącej Gai, ciągle się zastanawiam, jak mogliśmy kiedyś bez niej żyć i nie umiem znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Odkąd z nami jest, wszystko przybrało piękniejszą barwę, a życie nabrało rumieńców. Bywam smutna i zła, miewam czarne myśli, czasami irytuję się bez powodu, ale kiedy patrzę na moją córeczkę, uspokajam się, ponieważ wiem, że mam przy sobie najcenniejszy skarb. Z dumą mogę też powiedzieć, że odzywa się w Gai jej słowiańska (prawie) dusza, bo kiedy słyszy pewną reklamę, w której wykorzystany jest fragment: "Kalinka moja", skacze z uciechy. Tak samo się zachowuje, gdy śpiewam jej: "Dzieweczko ze Sląska", jakby wiedziała, że korzenie są istotne, szczególnie wtedy, gdy człowiek jest od nich oderwany. Spróbuję jej przekazać, jak ważna jest miłość do ojczyzny (do dwóch ojczyzn znaczy), mimo że nie będzie to łatwym zadaniem. Nic to, jestem zaprawiona w bojach!



Dopadła mnie nostalgia, więc dla odmiany obrazek z Polski. Słynna żyrafa z chorzowskiego parku, jakby ktoś nie wiedział:).

Bitwa o smoczek, wojna o kredki

by 16:29
  I znów rozpoczynamy batalię pod tytułem: "przetrwać do końca tygodnia bez ojca i męża". Brzmi patetycznie, ale wieczna nieobecność Pana P. działa na mnie deprymująco, a i Gaja odczuwa dotkliwie brak tatusia. W weekendy nie odstępuje go na krok i mąż przez pół dnia się z nią bawi, a ja idę w odstawkę. Nie ukrywam, że ten stan rzeczy mi odpowiada, ponieważ mogę znaleźć chwilę czasu dla siebie i naładować akumulatory. Gaja jest niezwykle żywą dziewczynką i choć sprawia mi mało problemów wychowawczych, to daje mi niezły wycisk latając po domu niczym mała rakieta. Dziwię się, że przy tym nieustającym treningu jeszcze nie schudłam, lecz widocznie za wolno biegam, dlatego nie widać efektów mojego wysiłku.

  W ubiegły piątek po raz pierwszy od dłuższego czasu przeżyliśmy bardzo niespokojną noc. A wszystko z powodu smoczka, który Gaja zniszczyła swymi wystającymi ząbkami, więc musieliśmy go wyrzucić. Mamy w domu zapas gryzaków i sądziłam, że nowy załatwi sprawę, ale niestety się pomyliłam. Smoczek, który dałam małej, miał inną formę niż poprzedni i Gaja natychmiast to zauważyła. Wypluła go, po czym wpadła w czarną rozpacz, płacząc za swym starym smoczkiem, a my nie potrafiliśmy jej uspokoić. Nosiłam ją, kołysałam, śpiewałam piosenki, a gdy wszystkie te próby zawiodły, w przypływie desperacji zdecydowałam się puścić małej Peppę. Byłam pewna, że gdy zobaczy swą ukochaną świnkę, uspokoi się w okamgnieniu, jednak tak się nie stało. Gaja nie chciała nawet patrzeć na Peppę, tylko wrzeszczała coraz głośniej, doprowadzając i mnie do płaczu. Udało mi się ją ujarzmić dopiero grubo po północy i zmęczona Kluseczka zasnęła mi na rękach. Myślałam, że noc okaże się koszmarna, a mała będzie się często budzić i domagać się smoczka, lecz ku mojej wielkiej radości, nic takiego nie miało miejsca. Córeczka nie tylko spała jak kamień aż do rana, ale też się nie poruszyła, mimo że przeważnie wierci się bez przerwy. Mąż od razu stwierdził, że możemy powoli zacząć proces odsmoczkowania małej, chociaż moim zdaniem jest na to zdecydowanie za wcześnie. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, a Kluseczka bez smoczka nie da jeszcze rady zasnąć. Pan P. uważa inaczej i zamierza wprowadzić swój plan w życie, bo według niego dawno temu przyszedł na to najwyższy czas, więc nie będę go powstrzymywać. Sam się przekona, że Gaja nie jest gotowa na odstawienie swojego gryzaczka i jak zwykle po fakcie przyzna mi rację, już ja go znam.

  Wczoraj Pan P. wpadł na pomysł nowej zabawy z Gają, który okazał się brzemienny w skutkach, ponieważ mąż ich nie przewidział. Dał małej kredki i kartkę, spodziewając się, że spodoba się jej rysowanie. I owszem, Gaja była zachwycona kredkami, lecz za planszę dla swej twórczości obrała sobie nie kartkę, a ścianę. Co prawda za wiele nie pobazgrała, ale coś tam narysować jej się udało i teraz mamy kłopot, czym to zmyć. Kluseczka jest praworęczna, choć lewą ręką też udało się jej kreślić i mąż oczywiście jest przekonany, że to zwiastuje wielką artystkę. On sam bardzo pięknie rysuje, a ja jestem dumna z jego osiągnięć w tym kierunku i chciałabym, żeby Gaja odziedziczyła po nim talent. Czy tak się stanie, przekonamy się za kilka lat, o ile nie później. Jedno jest pewne- jeśli Gaja wda się w mamę, Pan P. będzie ogromnie rozczarowany.

  Tymczasem wyszło na jaw, że wyjazd do Niemiec nie odbędzie się w czerwcu, a w lipcu i w związku z tym będziemy zmuszeni przesunąć wakacje w Polsce. Delegacja męża zbiega się z wizytą teściów i gdyby nie ich przyjazd, pojechałabym sama do kraju z Gają. Tego jednak nie zrobię, ponieważ teściowa nie może doczekać się, kiedy zobaczy wnuczkę i już odlicza dni w kalendarzu. Nie będę ściemniać, że jest mi to na rękę, gdyż wolałabym spędzić tydzień dłużej z moją rodziną, ale obiecałam mężowi, że go nie zawiodę i ugoszczę jego rodziców. I jak tu narzekać na taką żonę;)?



Jedna z prac Pana P. Ładny kotek, prawda?

Historia pewnych znajomości

by 17:30
   Jak zapewne wiecie, mieszkam we Włoszech. Nie muszę nikogo przekonywać, że to wyjątkowo piękny kraj, który potrafi zauroczyć nawet największego malkontenta. Italia jest rajem dla turystów, gdzie każdy miłośnik sztuki, dobrego jedzenia czy rozległych plaż, znajdzie coś dla siebie. Kto był tu raz, już zawsze będzie chciał powrócić w te strony, bo włoskie "dolce vita" po prostu wciąga. Z perspektywy osoby, która żyje tu na co dzień mogę powiedzieć tyle, że aż tak kolorowo tu nie jest i czasem lepszy jest niedosyt niż przesyt, ale daję radę. Tu wzięłam ślub, urodziłam Gaję i dzięki temu odnalazłam sens życia, którego poszukiwanie zajęło mi trochę czasu.

  Miłość do Włoch zakiełkowała we mnie kiedy byłam jeszcze nastolatką i pamiętam jak dziś, że obiecałam sobie wtedy, iż pewnego dnia zamieszkam na półwyspie Apenińskim. I tak się stało, a ja jestem dowodem na to, że marzenia się spełniają, wystarczy tylko chcieć. Włosi to spontaniczni i żywiołowi ludzie, a męska część społeczeństwa potrafi zawrócić w głowie (oj potrafi), lecz trzeba z nimi uważać. Bajerują jak mało kto, obiecują wiele, ale rzadko kiedy wywiązują się z obietnic. Gdy przyjechałam tu po raz pierwszy i ja dałam się nabrać na czułe słówka, choć byłam pewna, że będę umiała się im oprzeć. W praniu wyszło jednak zupełnie inaczej, ponieważ Makaroniarze są konsekwentni w swych działaniach i umieją walczyć o kobietę, czego nie można powiedzieć niestety o Polakach (przynajmniej tych, których spotkałam na swej drodze, więc moja opinia jest wysoce subiektywna). I mimo że od lat mam wyjątkową słabość do Włochów, to nigdy nie pragnęłam mieć za męża przedstawiciela tej narodowości. Nie wyobrażałam sobie bowiem tkwić u boku mężczyzny, który oprócz mnie kocha wszystkie kobiety świata (Włosi właśnie tacy są), flirtuje z nimi, posyła zmysłowe spojrzenia i zdradza mnie na potęgę. Tymczasem wyszłam za Włocha z krwi i kości, urzekło mnie jednak w nim to, że jest taki niewłoski. Pan P. nie podrywa kobiet, nie puszcza im oczek, nie ma natury amanta i jest tylko mój. Gdyby był playboyem, nie związałabym się z nim, gdyż męża chcę mieć na wyłączność. Poznaliśmy się przed moimi trzydziestymi urodzinami i żadne z nas nie było niezapisaną kartką, lecz nie wracamy do przeszłości. Nie rozmawiamy o naszych eks, nie roztrząsamy tego co było, ponieważ nie ma to najmniejszego sensu. W Polsce zostawiłam wszystko, ale niczego nie żałuję.

  Moja miłość do Pana P. rozwijała się powoli. Na początku było w niej dużo rozsądku, bo żyliśmy z dala od siebie, a uczucie na odległość niełatwo jest pielęgnować. Nie widywaliśmy się często, mieliśmy niedokończone sprawy i wydawało mi się, że prędzej czy później nasz związek się rozpadnie. Na kruchych podstawach został zbudowany, a ja mimo najszczerszych chęci nie ufałam do końca Panu P. i sądziłam, że nie traktuje mnie poważnie. Pomyliłam się jednak, ponieważ był bardzo cierpliwy, nie naciskał, na nic nie nalegał, tylko czekał. Po jakimś czasie zrozumiałam, że nie mogę bez niego żyć i zdecydowałam się na przeprowadzkę. I chociaż nigdy nie umiałam ogarnąć hasła "i żyli długo i szczęśliwie" i przerażało mnie one, to mogę z dumą powiedzieć, że część o szczęśliwym życiu jakoś nam wychodzi. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale zawsze do przodu. Jestem też przekonana, że za naszym spotkaniem stało przeznaczenie, które wyznaczyło najważniejszą dla nas rolę- rodziców Gai. A narodowość, moi drodzy, nie ma znaczenia. Liczy się to, co dobre:).



Za niedługo rocznica naszego ślubu, więc wzięło mnie na wspomnienia.



Nie wierzcie domokrążcom

by 18:20
  Pech wisi nade mną! Chyba jakieś nieznane moce sprzysięgły się przeciw mnie, bo nic mi dzisiaj nie wychodzi. Od rana głowa mi pęka, użądliła mnie osa (niewdzięczna!), a na domiar tego po raz kolejny w tym roku został wyłączony dopływ wody i jak to w takich wypadkach bywa, nie mieliśmy w domu ani kropelki. Nikt nas nie powiadomił o tym, że będzie awaria i trzeba sobie zrobić zapas, ponieważ tutaj takimi niuansami mało kto się przejmuje. A jak już Włosi wyłączą wodę, to przynajmniej na pół dnia (tyle im zajmuje usunięcie usterki, o ile nie dłużej) i mają gdzieś, jak sobie ludzie z tym fantem poradzą. Nie bez kozery mówi się "pracować po włosku", przekonałam się o tym niejednokrotnie i zapewniam Was, że nie ma w tym żadnej przesady. Kocham ten naród, spontaniczny i szalony, ale nieraz mam ich po prostu dość, bo fundują mi coraz nowsze doznania.

  I tak od paru dni toczę nierówną walkę z akwizytorami, którzy mnożą się ostatnio jak grzyby po deszczu i chcą wleźć mi do domu jak nie drzwiami, to oknem. Słoneczko zaświeciło, więc domokrążcy wyszli z norek i próbują naciągnąć człowieka na wszelkie możliwe sposoby. Na szczęście jestem zaprawiona w bojach, potrafię z nimi ostro walczyć i to ich własną bronią. Nie dopuszczam ich do głosu, bo dać się zagadać akwizytorowi jest równoznaczne z porażką. Wczoraj miałam nieprzyjemne starcie z takim domowym sprzedawcą, gdyż chcąc mi wcisnąć usługę (zmianę dostawcy prądu), zażądał, bym pokazała mu nasz rachunek. Nie mam takiego obowiązku i nikt nie może tego ode mnie wymagać (chyba że komornik), toteż sprzeciwiłam się mówiąc, że wszelkie płatności to prywatna sprawa moja i męża. Pan akwizytor nie dał się jednak zbyć, a wręcz przeciwnie, był coraz bardziej bezczelny i agresywny. Jego zachowanie mnie rozsierdziło, ponieważ nie znoszę tupeciarzy i rozmawianie z nimi nie sprawia mi przyjemności, więc powiedziałam mu, że jeśli nadal będzie wymagał wglądu w rachunki, zawiadomię odpowiednie służby. To poskutkowało i domokrążca wyniósł się jak niepyszny, nie wysilając się nawet na wymuszoną uprzejmość i słowo "do widzenia" już nie przeszło mu przez usta. Gdy zaczynał rozmowę, był miły aż do bólu, lecz skoro nie dopiął swego, pokazał swe prawdziwe oblicze- zarozumiałego bubka. Po tej niepotrzebnej konwersacji mimo wszystko poprawił mi się humor, bowiem zauważyłam, że zrobiłam się wreszcie asertywna. Tu nauczyłam się też walczyć o swoje, a odkąd jest z nami Gaja, obudziła się we mnie wojowniczka. Prawdą jest więc, że dzieci wyzwalają w nas instynkty, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia.

  Dziś okazało się, że to nie koniec przygód z akwizytorami. Znów miałam z nimi do czynienia, lecz tym razem się nie irytowałam, tylko setnie się ubawiłam. Sprzedawca, który niedawno się pojawił, jest mi dobrze znany, choć on o tym fakcie zapomniał, co zresztą mnie nie dziwi przy tej ilości ludzi, których odwiedza. Parę miesięcy temu był już tutaj i próbował zapisać nas do Klubu Książki, z miernym rzecz jasna skutkiem. Uwielbiam czytać, ale nie podoba mi się forma przymusu kupowania książki co miesiąc, bo wolę to robić zgodnie z moim widzimisię. Domokrążca, tak samo jak poprzednio, zaczął swą prezentację od pytania, jakie programy telewizyjne oglądamy, tłumacząc się tym, że Urząd Miasta robi statystykę. Przy tych wszystkich problemach społecznych, które ogarnęły Italię, to akurat urzędników chyba najmniej obchodzi i akwizytor mógł wymyślić lepszą ściemę, lecz widocznie brakuje mu wyobraźni. Odpowiedziałam mu jednak, że nie mamy telewizora, a on, niezrażony niczym, zaczął mnie wypytywać o książki, które najchętniej czytamy. Wspięłam się wtedy na wyżyny mego (nikłego) talentu aktorskiego i przekonałam go, że jesteśmy kompletnymi ignorantami, a ostatnią rzeczą, na którą wydalibyśmy pieniądze, są książki. Pan Kolumb (tak ma na nazwisko ów jegomość), zrobił zdziwioną i pełną dezaprobaty minę, ale już do niczego mnie nie przekonywał. Wyraził tylko wątpliwość, jak wychowamy córkę (w trakcie rozmowy miałam na rękach Gaję), jeśli nie będziemy jej czytać. No cóż, damy sobie radę, niech go o to głowa nie boli. A morał z tej historii wynika taki, że aby pozbyć się natręta, czasem trzeba przedstawić się w niekorzystnym świetle i zrobić z siebie idiotę. Jestem pewna, że pan Kolumb długo do nas nie zawita:).



Dowód na to, że jednak Gai czytamy;).


Błędy, wojaże i ukryty talent

by 15:44
  Piękne chwile trwają zdecydowanie za krótko! Ledwo zdążę je dotknąć, zachłysnąć się nimi, a już ulatniają się z prędkością światła i trzeba powrócić do brutalnej prozy życia. Weekend, choć pogodowo ponury i nieciekawy, dostarczył mi wiele niezapomnianych wrażeń, na wspomnienie których uśmiecham się w myślach. Wczoraj we Włoszech obchodzony był Dzień Matki i to wystarczyło, bym czuła się wspaniale. Z tej też okazji mąż zafundował nam wycieczkę do uroczej miejscowości Portofino, gdzie przypomniałam sobie, jak piękna jest Italia i oderwałam się od garów. Muszę przyznać, że była to naprawdę miła odmiana w moim poukładanym bycie! Jestem szczęśliwa w domu z Gają i wychowywanie Kluseczki sprawia mi niebywałą radość, lecz potrzebuję czasem kopa, którego właśnie dał mi wyjazd z Genui. Chyba nigdy nie przekonam się do tego miejsca, mimo że tutaj zdarzyło się wszystko.

  Gai Portofino się podobało, tak samo jak podobałoby się jej każde inne miasto. Zamiast podziwiać widoki, mała zasnęła i nie obchodziło ją, gdzie jesteśmy i co robimy. Ważne było dla niej to, że dostała butelkę mleka, a nie w jakiej scenerii je pije. Podejrzewam, że nawet gdyby znajdowała się na rajskiej wyspie, nie miałoby to dla niej żadnego znaczenia. Ja zaś skusiłam się na lody, bowiem zrozumiałam, że nic się nie stanie, jeśli zjem coś słodkiego raz na ruski rok. I dobrze zrobiłam, ponieważ lody były tak pyszne, że do teraz czuję ich smak.

  W ubiegłym tygodniu byliśmy z Gają u pediatry i po raz pierwszy od dłuższego czasu wyszłam zadowolona z gabinetu pani doktor. Gaja zaczyna wreszcie przybierać na wadze, od ostatniej wizyty urosła aż 4 centymetry i nic jej nie dolega. Stres w końcu się ode mnie odczepił, bo byłam nim naładowana niczym tykająca bomba zegarowa. Za bardzo wszystko brałam do siebie i zdarzyło mi się porównywać Gaję z innymi dziećmi. Wiem, że nie ma to najmniejszego sensu, tym bardziej, że Kluseczka miała trochę zablokowany rozwój i coś mi chyba zaćmiło umysł. Gaja jest zdrową i wesołą dziewczynką, a to, że jest szczuplutka nie powinno mnie tak martwić. Dojdzie do siebie, już ja się o to postaram!

  Tymczasem zaliczyłam mój pierwszy, poważny błąd wychowawczy. Myślałam, że się od tego uchronię, jednak tak łatwo nie jest. Chciałam być matką idealną, ale to niestety niemożliwe. Jak już Wam wspominałam, moja córeczka jest wielbicielką świnki Peppy i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że patrzy na nią zbyt często. Wczoraj wieczorem pozwoliłam małej oglądać kreskówkę, chociaż zdaję sobie sprawę, że lepiej o tej porze nie puszczać dziecku telewizji. Zrobiłam to, bo mała była tak rozbrykana, że nie mogłam nad nią zapanować, Peppa za to już tak. Puściłam jej więc bajkę, lecz po jakimś czasie chciałam przełączyć kanał, by zobaczyć film, no i zaczęło się przedstawienie. Gaja płakała i wyła ze złości a ja, chcąc nie chcąc, musiałam ją zadowolić i ponownie włączyć Peppę. Kluseczka od razu się uspokoiła, gdyż osiągnęła swój cel i wpatrywała się w ekran jak urzeczona. Uzależnienie od bajek jest ostatnią rzeczą, którą pragnę dla małej, a wygląda na to, że do tego nieświadomie dążę. Dobrze wiem, że telewizja ogłupia, wartościowych programów jest jak na lekarstwo, a mimo to jest ciągle włączona. Dziś więc, dla przeciwwagi powiedziełam dość i wyłączyłam ten pożeracz czasu. Zamiast Peppy czytałyśmy wierszyki i Gaja jakoś nie rozpaczała z tego powodu. Nie zamierzam jej zabraniać kontaktu ze świnką, tylko trochę go ograniczyć, przede wszystkim wieczorami. A póki co, wstydź się, mamuśko!

  Co porabia mój ukochany mąż? No właśnie, Pan P...temat rzeka dosłownie! Wpadł wczoraj na genialny pomysł, który zaświtał mu w głowie niewiadomo czemu. Ubzdurał sobie, że ma za długie włosy i postanowił zabawić się w fryzjera. Ostrzegałam go, żeby tego nie robił, ale jak zwykle mnie nie posłuchał i obciął sobie włosy. Nie wiem jakim cudem mu się to udało, lecz nie wyszło mu to źle. Byłam zaskoczona, widząc efekty, bo spodziewałam się na jego głowie małej rewolucji, a zobaczyłam ładnie podcięte końcówki i całkiem sprawnie ułożoną fryzurkę. Zastanawiam się, po co mu były te lata studiów i poświęceń, skoro mógłby spokojnie otworzyć salon fryzjerski i w ten sposób zarabiać. Kryzys kryzysem, a przecież ludzie nie mogą chodzić zarośnięci jak małpy. Pan P. ma bzika na punkcie swoich włosów i współczuję fryzjerom, do których chodzi. Jest bardzo wymagający i nigdy nie jest zadowolony z cięcia, aczkolwiek ja uważam, że po prostu przesadza. Wyrzucam mu, że zachowuje się gorzej niż baba i niekiedy to skutkuje. Nie wiem jak to jest mieć męża Polaka, ale za to mąż Włoch przysparza wiele niespodzianek, czasami zbyt wiele. Rodzina po włosku, chciałam, to mam:).


A na dokładkę bajeczne Portofino!





18 miesięcy temu

by 11:58
  Dziś jest szczególny dzień. Gaja skończyła półtora roku i zamiast wpisu okolicznościowego postanowiłam zamieścić wierszyk mojego autorstwa, który można określić terminem "rymy częstochowskie". Nic to, bo i tak jestem zadowolona! W niedzielę zaś obchodzony jest we Włoszech Dzień Matki, więc upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu i sama sobie złożyłam życzenia. Zapraszam do lektury i mam nadzieję, że okażecie zrozumienie i wybaczycie mi tą małą gafę:).

Panienka Gaja

Nie wiem kim jestem
I co tutaj robię
W brzuszku sobie siedzę
I jest mi tak wygodnie!

I tylko gdzieś z oddali
Słyszę już od rana
Głos tej miłej pani
Co zwie się chyba...mama!

I mówi do mnie ciągle
Iż nadszedł już ten czas
"No wyjdź już do nas mała
To pora szkrabie nasz"!

A ja nie mam zamiaru
Bo dobrze mi wokoło
I ciepło i swobodnie
Zostawcie mnie w spokoju!

Mogę nóżkami kopać
Jak piłkarz do woli
Mogę skakać wysoko
I nic mnie nie boli!

Mogę rozrabiać i psocić
Przez dzień długi cały
I nie pójdę nigdzie
Do tej pani...mamy!

Choć czegoś się boję
Mój domek maleje
I wody już nie ma
Coś złego się dzieje!

Nie umiem się ruszyć
Nie widzę też drzwi
Ratunku pomocy
Otwórzcie tam mi!

Lecz uciec nie mogę
Bo się zmęczyłam
Przez dziewięć miesięcy
W rytm disco tańczyłam!

Co teraz będzie
Nie wiem już sama
Musi mi pomóc
Ta pani...mama!

A mama się śmieje
I nie czeka długo
Za chwilę zobaczy
Swe największe cudo!

Już pociął ją lekarz
I blizna została
Zjawiła się wreszcie
Panienka Gaja!

I krzyczy i płacze
A mama się wzrusza
I żadna z niej pani
To moja mamusia!

Powrót królowej

by 15:09
  Dni znów pędzą. Jeszcze wczoraj zaczynał się weekend, a za chwilę kolejny zapuka do drzwi. Nie wiem, kiedy to minęło, ale faktem jest, że życie leci do przodu zdecydowanie za szybko. Gaja rośnie, powtarza za nami słówka (na razie tylko włoskie), a ja doszłam do wniosku, że zaczynam się starzeć. Byłam niedawno temu u fryzjera, gdzie jak zwykle ucięłam sobie pogawędkę z moją stylistką (wybaczcie mi egzaltację), która jest bardzo bezpośrednią osobą. Spytała mnie, ile mam lat, a gdy dowiedziała się, że 35, stwierdziła z absolutnym przekonaniem, że "dobrze się trzymam, jak na swój wiek".

  I dla mnie nadszedł więc moment, w którym kobieta balansuje na krawędzi- nie uważa się za starą, ale wie, że młodość odpłynęła w jakiś magiczny i niewytłumaczalny sposób. Nie czuję się nastolatką, lecz nie jestem też matroną i nie chcę, by mnie tak traktowano. Słowa fryzjerki nie zabolały mnie, aczkolwiek sądzę, że sformułowanie, którego użyła, było niestosowne. I obojętnie, czy mówi się to do osoby młodej, czy do starszej pani. Prawda jest taka, że my, kobiety, jesteśmy w kwestii wieku przewrażliwione i upływający czas trochę nas niepokoi. Mnie także, mimo że obiektywnie rzecz biorąc, daleko mi do starości. Czasy zresztą się zmieniły i niech ktoś spróbuje nazwać kobietę po pięćdziesiątce starą. Chciałabym za kilkanaście lat być przebojową i pewną siebie damulką, która nie zamyka się w czterech ścianach i chodzi po domu w kapciach, ale kontempluje każdą chwilę. Mam też nadzieję, że nie będę już względem siebie taka rygorystyczna i spuszczę nieco z tonu. Patrzę w lustro i widzę mało zmarszczek, a prawdę mówiąc, nie widzę ich wcale. Trzymam się więc całkiem nieźle jak na kobietę w pewnym wieku:).

  Mąż za niedługo wyjeżdża do Niemiec, teściowie zwalą mi się na głowę i odrobinę się obawiam, czy dam radę sama z nimi wytrzymać. Pewnie tak, bo mam fajnych teściów, ale bez męża obcowanie z nimi może być dla mnie wyzwaniem. Pan P. zazwyczaj temperuje swą mamę i gdyby nie on, rozniosłaby nam dom w pył. Chce tylko piec, sprzątać i gotować, a ja się na to nie zgadzam, ponieważ jest gościem w naszym domu. Nie chcę się nią wyręczać, ale problem w tym, że teściowa cierpi, gdy musi siedzieć i nic nie robić. Podczas ostatniej wizyty zapowiedziała nam, że jeśli nadal będziemy ją zmuszać do wypoczynku, już do nas nie przyjedzie. Pierwszy raz spotykam się z tak aktywną osobą, która w ciągu dnia nie jest w stanie wykrzesać nawet pięciu minut dla siebie. Podziwiam ją, gdyż ja nie umiałabym być bez przerwy na nogach. Wiele razy zastanawiałam się, po kim Gaja odziedziczyła niespożytą energię, a przecież odpowiedź jest oczywista.

  Babcia Kluseczki jest mistrzynią wypieków, chociaż ostatnio jest zdołowana i narzeka na wszystko. Dzwoniła do mnie parę dni temu, by poskarżyć się, że nie robi już tak dobrych tortów jak kiedyś i spędza jej to sen z powiek. Była nazywana "królową kremu", ale to przezwisko według niej już nie ma racji bytu. Oczywiście ani na jotę jej nie uwierzyłam, bo niejednokrotnie miałam okazję jeść jej specjały i mogę powiedzieć tyle, że to niebo w gębie! Teściowa nigdy nie jest zadowolona z tego, co robi, a ja myślę, że po prostu przesadza. Moim zdaniem dawno temu powinna była otworzyć ciastkarnię i zarabiać na tym interesie całkiem przyzwoitą kasę. Od lat zaś piecze charytatywnie i dzieli się swymi słodkościami ze wszystkimi, co niezbyt się podoba mojemu mężowi. Nie jest skąpcem, ale dobroczynność jego mamy go denerwuje. Daje innym to, co najlepsze, lecz nie dostaje nic w zamian i to właśnie wkurza Pana P. No cóż, tacy są ludzie...

  Wczoraj teściowa znów zadzwoniła do nas, tym razem po to, aby podzielić się radosną nowiną. Mąż odebrał telefon i zrobił zdzwioną minę, słysząc krzyk: "Królowa kremu powróciła". Zdezorientowany nie zrozumiał, o co chodzi jego mamie, ponieważ nie był odbiorcą jej rozterek. "Jaka królowa, o czym ty bredzisz"- zapytał, a mama go opieprzyła. "Nie wiesz, kto w rodzinie jest królową kremu? To ja i właśnie wróciłam z dalekiej podróży"! Kurczę, dobre i to:).

  

  Tort na chrzest Gai (małe nawiązanie do poprzedniej notki), który przygotowała nasza "królowa kremu":). Co tu dużo mówić, nie tylko krem był pyszny!


Bóg jest wielki, a ja malutka

by 15:12
  Stało się już tradycją, że długie weekendy we Włoszech ociekają deszczem i są zwyczajnie smutne. Nie wiem, skąd wzięło się przekonanie, że Italia jest słoneczną krainą, bo w moim odczuciu wcale tak nie jest. Tylko latem możemy liczyć na naprawdę piękną pogodę i wybuchowe temperatury, natomiast pozostała część roku jest taka sobie. Inna sprawa, że żyjemy w Ligurii, która pogodowo jest dosyć kapryśna, zupełnie tak samo jak jej mieszkańcy. Przyzwyczaiłam się już do tego, lecz denerwuje mnie fakt, że ilekroć przychodzą wolne dni, deszcz zaczyna pracować na kilku etatach, a nam pozostaje obejść się smakiem i oglądać miasto z perspektywy okna.

  Tym razem było podobnie, ale oszczędzę Wam opowieści o tym, jak to mama się wkurzała. Dałam radę przeżyć, choć piątkowe załamanie pogody bardzo mnie przeraziło. Nienawidzę burzy i boję się grzmotów, więc chodziłam po domu spanikowana i czekałam, kiedy ta eksplozja sił natury się skończy. Trochę czasu minęło, zanim wszystko wróciło do normy i następne dni były już odrobinę przyjemniejsze. W związku z tym postanowiłam w niedzielę wybrać się z Gają do Kościoła, mimo że od dawna tam nie chodzę. Kościół to instytucja, której nie ufam. Z jednej strony mamy fajnego, przywracającego nadzieję papieża, a z drugiej opasłych pasibrzuchów w sutannach, którym się wydaje, że mogą wszystko i trzeba ich po rękach całować. Postępowanie księży wzbudza szereg mych wątpliwości, chociaż jestem osobą wierzącą. Jak każdy w miarę myślący człowiek, tak i ja czasem zastanawiam się, ogarniają mnie wszelkiego rodzaju skrupuły, lecz wierzę.

  Chcę pokazać Gai, kim jest Bóg, opowiedzieć o Jezusie, stworzeniu świata i do tego Kościół nie jest mi potrzebny. Nie licząc chrztu, byliśmy tam z Kluseczką dwa razy i muszę przyznać, że wizyta z tak małym dzieckiem w Kościele to ciężkie przeżycie. Gaja na mszy krzyczała z uciechy, a słysząc echo, wrzeszczała jeszcze głośniej, co wyraźnie przeszkadzało wiernym. Patrzyli na nas jak na wyklętych, jakby chcieli nam powiedzieć: "jakim prawem śmieliście tu wejść, msza święta to nie plac zabaw". Nie znoszę takich zdegustowanych spojrzeń i nie jestem na nie odporna, a przede wszystkim ich nie rozumiem. Gaja jest za mała, by wiedzieć o tym, że na mszy powinna być cicho, dorośli zaś ludzie nie potrafią zaakceptować tego, że dziecko zachowuje się jak... dziecko.

  Moja niechęć do Kościoła nie bierze się znikąd. Nie podoba mi się to, że księży traktuje się jak bożków, a oni chętnie korzystają ze swych licznych przywilejów. Nie toleruję tego, że sami stanowią prawo i są podatni na wpływ pieniądza. Wielokrotnie słyszałam opowieści, jak to pan ksiądz nie chciał ochrzcić maluszka ludzi, którzy nie mieli ślubu kościelnego. Przecież dzieci nie są niczemu winne i nie mogą odpowiadać za błędy rodziców. Pamiętam też sytuację, kiedy proboszcz pewnej parafii nie pochował bezdomnego i te przykłady mogłabym mnożyć. Nie uważam, by miało to cokolwiek wspólnego z nauką Chrystusa, która jest w swej filozofii bardzo prosta, ale być może się nie znam.

  Mam tylko ślub cywilny z mężem i gdyby nie mały "chwyt marketingowy" (jak to żartobliwie nazywam), Gaja także nie zostałaby ochrzczona. Proboszcz parafii w mieście rodzinnym męża to istny katon i teściowa roztropnie nie powiedziała mu o tym, że żyjemy w "grzechu". Na dwie godziny przed chrztem spytał nas, w którym Kościele braliśmy ślub, a gdy mu odpowiedzieliśmy, że to wydarzenie dopiero przed nami, zaczął nas pouczać. Chcąc go zagiąć, podałam mu przykład papieża, który obiecał ochrzcić dziecko samotnej matki, ale ten argument go nie przekonał. "Nie wszyscy myślą tak, jak nowy papież"- zripostował, udowadniając tym samym, że nie myliłam się co do opinii o nim. Gaję jednak łaskawie ochrzcił, a na nas spoglądał już tylko jak na parę wyrzutków społeczeństwa.

  Nie wiem, czy wrócę na łono Kościoła, bo do takiej decyzji trzeba dojrzeć. Na razie nie biorę pod uwagę ślubu kościelnego, ponieważ nigdy nie marzyłam o białej sukni (chyba jako jedna z nielicznych). W życiu nie można być niczego pewnym, więc nie wykluczam, że zmienię zdanie. Jestem również przekonana, że Boga mogę znaleźć wszędzie, zresztą niejednokrotnie czułam Jego obecność i to w najmniej spodziewanym momencie.

  A niedzielna msza upłynęła spokojnie i nikt nie zwracał na nas uwagi, bowiem Gaja zasnęła:). Amen!

 

Widok z kopuły Bazyliki św. Piotra- jedna z moich ważniejszych podróży. Wspięłam się na sam szczyt, mimo że cierpię na lęk wysokości.
Obsługiwane przez usługę Blogger.