Błędy, wojaże i ukryty talent

  Piękne chwile trwają zdecydowanie za krótko! Ledwo zdążę je dotknąć, zachłysnąć się nimi, a już ulatniają się z prędkością światła i trzeba powrócić do brutalnej prozy życia. Weekend, choć pogodowo ponury i nieciekawy, dostarczył mi wiele niezapomnianych wrażeń, na wspomnienie których uśmiecham się w myślach. Wczoraj we Włoszech obchodzony był Dzień Matki i to wystarczyło, bym czuła się wspaniale. Z tej też okazji mąż zafundował nam wycieczkę do uroczej miejscowości Portofino, gdzie przypomniałam sobie, jak piękna jest Italia i oderwałam się od garów. Muszę przyznać, że była to naprawdę miła odmiana w moim poukładanym bycie! Jestem szczęśliwa w domu z Gają i wychowywanie Kluseczki sprawia mi niebywałą radość, lecz potrzebuję czasem kopa, którego właśnie dał mi wyjazd z Genui. Chyba nigdy nie przekonam się do tego miejsca, mimo że tutaj zdarzyło się wszystko.

  Gai Portofino się podobało, tak samo jak podobałoby się jej każde inne miasto. Zamiast podziwiać widoki, mała zasnęła i nie obchodziło ją, gdzie jesteśmy i co robimy. Ważne było dla niej to, że dostała butelkę mleka, a nie w jakiej scenerii je pije. Podejrzewam, że nawet gdyby znajdowała się na rajskiej wyspie, nie miałoby to dla niej żadnego znaczenia. Ja zaś skusiłam się na lody, bowiem zrozumiałam, że nic się nie stanie, jeśli zjem coś słodkiego raz na ruski rok. I dobrze zrobiłam, ponieważ lody były tak pyszne, że do teraz czuję ich smak.

  W ubiegłym tygodniu byliśmy z Gają u pediatry i po raz pierwszy od dłuższego czasu wyszłam zadowolona z gabinetu pani doktor. Gaja zaczyna wreszcie przybierać na wadze, od ostatniej wizyty urosła aż 4 centymetry i nic jej nie dolega. Stres w końcu się ode mnie odczepił, bo byłam nim naładowana niczym tykająca bomba zegarowa. Za bardzo wszystko brałam do siebie i zdarzyło mi się porównywać Gaję z innymi dziećmi. Wiem, że nie ma to najmniejszego sensu, tym bardziej, że Kluseczka miała trochę zablokowany rozwój i coś mi chyba zaćmiło umysł. Gaja jest zdrową i wesołą dziewczynką, a to, że jest szczuplutka nie powinno mnie tak martwić. Dojdzie do siebie, już ja się o to postaram!

  Tymczasem zaliczyłam mój pierwszy, poważny błąd wychowawczy. Myślałam, że się od tego uchronię, jednak tak łatwo nie jest. Chciałam być matką idealną, ale to niestety niemożliwe. Jak już Wam wspominałam, moja córeczka jest wielbicielką świnki Peppy i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że patrzy na nią zbyt często. Wczoraj wieczorem pozwoliłam małej oglądać kreskówkę, chociaż zdaję sobie sprawę, że lepiej o tej porze nie puszczać dziecku telewizji. Zrobiłam to, bo mała była tak rozbrykana, że nie mogłam nad nią zapanować, Peppa za to już tak. Puściłam jej więc bajkę, lecz po jakimś czasie chciałam przełączyć kanał, by zobaczyć film, no i zaczęło się przedstawienie. Gaja płakała i wyła ze złości a ja, chcąc nie chcąc, musiałam ją zadowolić i ponownie włączyć Peppę. Kluseczka od razu się uspokoiła, gdyż osiągnęła swój cel i wpatrywała się w ekran jak urzeczona. Uzależnienie od bajek jest ostatnią rzeczą, którą pragnę dla małej, a wygląda na to, że do tego nieświadomie dążę. Dobrze wiem, że telewizja ogłupia, wartościowych programów jest jak na lekarstwo, a mimo to jest ciągle włączona. Dziś więc, dla przeciwwagi powiedziełam dość i wyłączyłam ten pożeracz czasu. Zamiast Peppy czytałyśmy wierszyki i Gaja jakoś nie rozpaczała z tego powodu. Nie zamierzam jej zabraniać kontaktu ze świnką, tylko trochę go ograniczyć, przede wszystkim wieczorami. A póki co, wstydź się, mamuśko!

  Co porabia mój ukochany mąż? No właśnie, Pan P...temat rzeka dosłownie! Wpadł wczoraj na genialny pomysł, który zaświtał mu w głowie niewiadomo czemu. Ubzdurał sobie, że ma za długie włosy i postanowił zabawić się w fryzjera. Ostrzegałam go, żeby tego nie robił, ale jak zwykle mnie nie posłuchał i obciął sobie włosy. Nie wiem jakim cudem mu się to udało, lecz nie wyszło mu to źle. Byłam zaskoczona, widząc efekty, bo spodziewałam się na jego głowie małej rewolucji, a zobaczyłam ładnie podcięte końcówki i całkiem sprawnie ułożoną fryzurkę. Zastanawiam się, po co mu były te lata studiów i poświęceń, skoro mógłby spokojnie otworzyć salon fryzjerski i w ten sposób zarabiać. Kryzys kryzysem, a przecież ludzie nie mogą chodzić zarośnięci jak małpy. Pan P. ma bzika na punkcie swoich włosów i współczuję fryzjerom, do których chodzi. Jest bardzo wymagający i nigdy nie jest zadowolony z cięcia, aczkolwiek ja uważam, że po prostu przesadza. Wyrzucam mu, że zachowuje się gorzej niż baba i niekiedy to skutkuje. Nie wiem jak to jest mieć męża Polaka, ale za to mąż Włoch przysparza wiele niespodzianek, czasami zbyt wiele. Rodzina po włosku, chciałam, to mam:).


A na dokładkę bajeczne Portofino!





Obsługiwane przez usługę Blogger.