Bóg jest wielki, a ja malutka

  Stało się już tradycją, że długie weekendy we Włoszech ociekają deszczem i są zwyczajnie smutne. Nie wiem, skąd wzięło się przekonanie, że Italia jest słoneczną krainą, bo w moim odczuciu wcale tak nie jest. Tylko latem możemy liczyć na naprawdę piękną pogodę i wybuchowe temperatury, natomiast pozostała część roku jest taka sobie. Inna sprawa, że żyjemy w Ligurii, która pogodowo jest dosyć kapryśna, zupełnie tak samo jak jej mieszkańcy. Przyzwyczaiłam się już do tego, lecz denerwuje mnie fakt, że ilekroć przychodzą wolne dni, deszcz zaczyna pracować na kilku etatach, a nam pozostaje obejść się smakiem i oglądać miasto z perspektywy okna.

  Tym razem było podobnie, ale oszczędzę Wam opowieści o tym, jak to mama się wkurzała. Dałam radę przeżyć, choć piątkowe załamanie pogody bardzo mnie przeraziło. Nienawidzę burzy i boję się grzmotów, więc chodziłam po domu spanikowana i czekałam, kiedy ta eksplozja sił natury się skończy. Trochę czasu minęło, zanim wszystko wróciło do normy i następne dni były już odrobinę przyjemniejsze. W związku z tym postanowiłam w niedzielę wybrać się z Gają do Kościoła, mimo że od dawna tam nie chodzę. Kościół to instytucja, której nie ufam. Z jednej strony mamy fajnego, przywracającego nadzieję papieża, a z drugiej opasłych pasibrzuchów w sutannach, którym się wydaje, że mogą wszystko i trzeba ich po rękach całować. Postępowanie księży wzbudza szereg mych wątpliwości, chociaż jestem osobą wierzącą. Jak każdy w miarę myślący człowiek, tak i ja czasem zastanawiam się, ogarniają mnie wszelkiego rodzaju skrupuły, lecz wierzę.

  Chcę pokazać Gai, kim jest Bóg, opowiedzieć o Jezusie, stworzeniu świata i do tego Kościół nie jest mi potrzebny. Nie licząc chrztu, byliśmy tam z Kluseczką dwa razy i muszę przyznać, że wizyta z tak małym dzieckiem w Kościele to ciężkie przeżycie. Gaja na mszy krzyczała z uciechy, a słysząc echo, wrzeszczała jeszcze głośniej, co wyraźnie przeszkadzało wiernym. Patrzyli na nas jak na wyklętych, jakby chcieli nam powiedzieć: "jakim prawem śmieliście tu wejść, msza święta to nie plac zabaw". Nie znoszę takich zdegustowanych spojrzeń i nie jestem na nie odporna, a przede wszystkim ich nie rozumiem. Gaja jest za mała, by wiedzieć o tym, że na mszy powinna być cicho, dorośli zaś ludzie nie potrafią zaakceptować tego, że dziecko zachowuje się jak... dziecko.

  Moja niechęć do Kościoła nie bierze się znikąd. Nie podoba mi się to, że księży traktuje się jak bożków, a oni chętnie korzystają ze swych licznych przywilejów. Nie toleruję tego, że sami stanowią prawo i są podatni na wpływ pieniądza. Wielokrotnie słyszałam opowieści, jak to pan ksiądz nie chciał ochrzcić maluszka ludzi, którzy nie mieli ślubu kościelnego. Przecież dzieci nie są niczemu winne i nie mogą odpowiadać za błędy rodziców. Pamiętam też sytuację, kiedy proboszcz pewnej parafii nie pochował bezdomnego i te przykłady mogłabym mnożyć. Nie uważam, by miało to cokolwiek wspólnego z nauką Chrystusa, która jest w swej filozofii bardzo prosta, ale być może się nie znam.

  Mam tylko ślub cywilny z mężem i gdyby nie mały "chwyt marketingowy" (jak to żartobliwie nazywam), Gaja także nie zostałaby ochrzczona. Proboszcz parafii w mieście rodzinnym męża to istny katon i teściowa roztropnie nie powiedziała mu o tym, że żyjemy w "grzechu". Na dwie godziny przed chrztem spytał nas, w którym Kościele braliśmy ślub, a gdy mu odpowiedzieliśmy, że to wydarzenie dopiero przed nami, zaczął nas pouczać. Chcąc go zagiąć, podałam mu przykład papieża, który obiecał ochrzcić dziecko samotnej matki, ale ten argument go nie przekonał. "Nie wszyscy myślą tak, jak nowy papież"- zripostował, udowadniając tym samym, że nie myliłam się co do opinii o nim. Gaję jednak łaskawie ochrzcił, a na nas spoglądał już tylko jak na parę wyrzutków społeczeństwa.

  Nie wiem, czy wrócę na łono Kościoła, bo do takiej decyzji trzeba dojrzeć. Na razie nie biorę pod uwagę ślubu kościelnego, ponieważ nigdy nie marzyłam o białej sukni (chyba jako jedna z nielicznych). W życiu nie można być niczego pewnym, więc nie wykluczam, że zmienię zdanie. Jestem również przekonana, że Boga mogę znaleźć wszędzie, zresztą niejednokrotnie czułam Jego obecność i to w najmniej spodziewanym momencie.

  A niedzielna msza upłynęła spokojnie i nikt nie zwracał na nas uwagi, bowiem Gaja zasnęła:). Amen!

 

Widok z kopuły Bazyliki św. Piotra- jedna z moich ważniejszych podróży. Wspięłam się na sam szczyt, mimo że cierpię na lęk wysokości.
Obsługiwane przez usługę Blogger.