Historia pewnych znajomości

   Jak zapewne wiecie, mieszkam we Włoszech. Nie muszę nikogo przekonywać, że to wyjątkowo piękny kraj, który potrafi zauroczyć nawet największego malkontenta. Italia jest rajem dla turystów, gdzie każdy miłośnik sztuki, dobrego jedzenia czy rozległych plaż, znajdzie coś dla siebie. Kto był tu raz, już zawsze będzie chciał powrócić w te strony, bo włoskie "dolce vita" po prostu wciąga. Z perspektywy osoby, która żyje tu na co dzień mogę powiedzieć tyle, że aż tak kolorowo tu nie jest i czasem lepszy jest niedosyt niż przesyt, ale daję radę. Tu wzięłam ślub, urodziłam Gaję i dzięki temu odnalazłam sens życia, którego poszukiwanie zajęło mi trochę czasu.

  Miłość do Włoch zakiełkowała we mnie kiedy byłam jeszcze nastolatką i pamiętam jak dziś, że obiecałam sobie wtedy, iż pewnego dnia zamieszkam na półwyspie Apenińskim. I tak się stało, a ja jestem dowodem na to, że marzenia się spełniają, wystarczy tylko chcieć. Włosi to spontaniczni i żywiołowi ludzie, a męska część społeczeństwa potrafi zawrócić w głowie (oj potrafi), lecz trzeba z nimi uważać. Bajerują jak mało kto, obiecują wiele, ale rzadko kiedy wywiązują się z obietnic. Gdy przyjechałam tu po raz pierwszy i ja dałam się nabrać na czułe słówka, choć byłam pewna, że będę umiała się im oprzeć. W praniu wyszło jednak zupełnie inaczej, ponieważ Makaroniarze są konsekwentni w swych działaniach i umieją walczyć o kobietę, czego nie można powiedzieć niestety o Polakach (przynajmniej tych, których spotkałam na swej drodze, więc moja opinia jest wysoce subiektywna). I mimo że od lat mam wyjątkową słabość do Włochów, to nigdy nie pragnęłam mieć za męża przedstawiciela tej narodowości. Nie wyobrażałam sobie bowiem tkwić u boku mężczyzny, który oprócz mnie kocha wszystkie kobiety świata (Włosi właśnie tacy są), flirtuje z nimi, posyła zmysłowe spojrzenia i zdradza mnie na potęgę. Tymczasem wyszłam za Włocha z krwi i kości, urzekło mnie jednak w nim to, że jest taki niewłoski. Pan P. nie podrywa kobiet, nie puszcza im oczek, nie ma natury amanta i jest tylko mój. Gdyby był playboyem, nie związałabym się z nim, gdyż męża chcę mieć na wyłączność. Poznaliśmy się przed moimi trzydziestymi urodzinami i żadne z nas nie było niezapisaną kartką, lecz nie wracamy do przeszłości. Nie rozmawiamy o naszych eks, nie roztrząsamy tego co było, ponieważ nie ma to najmniejszego sensu. W Polsce zostawiłam wszystko, ale niczego nie żałuję.

  Moja miłość do Pana P. rozwijała się powoli. Na początku było w niej dużo rozsądku, bo żyliśmy z dala od siebie, a uczucie na odległość niełatwo jest pielęgnować. Nie widywaliśmy się często, mieliśmy niedokończone sprawy i wydawało mi się, że prędzej czy później nasz związek się rozpadnie. Na kruchych podstawach został zbudowany, a ja mimo najszczerszych chęci nie ufałam do końca Panu P. i sądziłam, że nie traktuje mnie poważnie. Pomyliłam się jednak, ponieważ był bardzo cierpliwy, nie naciskał, na nic nie nalegał, tylko czekał. Po jakimś czasie zrozumiałam, że nie mogę bez niego żyć i zdecydowałam się na przeprowadzkę. I chociaż nigdy nie umiałam ogarnąć hasła "i żyli długo i szczęśliwie" i przerażało mnie one, to mogę z dumą powiedzieć, że część o szczęśliwym życiu jakoś nam wychodzi. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale zawsze do przodu. Jestem też przekonana, że za naszym spotkaniem stało przeznaczenie, które wyznaczyło najważniejszą dla nas rolę- rodziców Gai. A narodowość, moi drodzy, nie ma znaczenia. Liczy się to, co dobre:).



Za niedługo rocznica naszego ślubu, więc wzięło mnie na wspomnienia.



Obsługiwane przez usługę Blogger.