Mordercza pogoda, ojczyzny dwie

  Dni wloką się sennie. Do Włoch zawitał antycyklon "Hannibal" (nazwa zaiste adekwatna, bo za niedługo mnie wykończy), którego moc odczułam już rano. Poszłam jak zwykle po pieczywo, a wróciłam zdyszana i mokra, jakbym właśnie przebiegła maraton. Na zewnątrz było tak duszno, że prawie się rozpuściłam, a schody pokonałam z trudem, choć zazwyczaj po nich skaczę. Będę musiała zaopatrzyć się w miniaturową wersję wentylatora, przyczepić go do bluzki i tak chodzić, może to przyniesie mi ulgę. Nie lubię wyraźnych skoków temperatury, ponieważ źle na mnie wpływają. Czuję się otępiała i nic mi się nie chce, a mam przecież tyle rzeczy do roboty. Mieszkanie jakoś udało mi się ogarnąć, ale i tak wiele pozostawia do życzenia, bowiem sprzątałam po łebkach, co ostatnio często mi się zdarza.

  Jest bardzo ciepło, więc niewskazane jest przy takiej pogodzie wychodzić z małym dzieckiem, wobec czego kisimy się w domu, w którym też niełatwo jest wytrzymać. Pootwierałam wszystkie okna, rolety zaś spuściłam (chwała Bogu, że są) i staram się normalnie funkcjonować. Gaja natomiast wydaje się być niezrażona niczym, a ciężkie powietrze bynajmniej jej nie przeszkadza. Psoci co niemiara i zagląda w każdy możliwy kąt, a do tego znalazła sobie nową-starą zabawę, czyli gryzienie mamusi.Wskakuje na mnie, udaje, że chce się przytulić, a tak naprawdę wbija ząbki w moją skórę i niezmiernie ją to cieszy (mamę już trochę mniej). Nie gniewam się jednak na nią, a wręcz przeciwnie- mój mały gryzoń umila mi czas i jest moim największym szczęściem. Niepokoi mnie jedynie to, że Gaja kaprysi przy jedzeniu. Obiad i kolację co prawda je z apetytem, lecz mleko niezbyt jej odpowiada, a tego, czego jeszcze nie zna, nawet nie chce tknąć. Wczoraj mąż przyniósł lody, bo był u dentysty i dostał zakaz spożywania ciepłych potraw (biedak załamał się zupełnie), toteż nakupił głupot. Spróbowaliśmy dać Gai łyżeczkę lodów, ale rzecz jasna napotkaliśmy na gwałtowny opór z jej strony. Gdy tylko je skosztowała, od razu zrobiła krzywą minę i zamknęła buzię na kłódkę. Taka jest nasza Kluseczka- nieufna i wrogo nastawiona do nieznanych smaków. Pocieszam się tym, że za niedługo sama będzie prosić nas o lody, a tymczasem upajam się nimi, gdyż nie mogą się zmarnować:).

  Trwa artystyczny zapęd Gai, która dostała manii na punkcie kredek, czym mąż jest naturalnie zachwycony. Widzi w małej swą godną następczynię, chociaż na razie Gaja jest tylko zręczną niszczycielką. Pomalowała drzwi, usiłowała zmierzyć się z dywanem, lecz szybko się zniechęciła, nie widząc rezultatów. Rozsypała na ziemię warzywa, chciała porysować dynię, a że nie umiała jej podnieść, wzięła się za marchewki. Ziemniaki już dawno temu się jej znudziły, cebulą rzuca gdzie popadnie i najchętniej bawiłaby się jajkami, które ze względów oczywistych są dla niej zakazane. Przyglądając się szalejącej Gai, ciągle się zastanawiam, jak mogliśmy kiedyś bez niej żyć i nie umiem znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Odkąd z nami jest, wszystko przybrało piękniejszą barwę, a życie nabrało rumieńców. Bywam smutna i zła, miewam czarne myśli, czasami irytuję się bez powodu, ale kiedy patrzę na moją córeczkę, uspokajam się, ponieważ wiem, że mam przy sobie najcenniejszy skarb. Z dumą mogę też powiedzieć, że odzywa się w Gai jej słowiańska (prawie) dusza, bo kiedy słyszy pewną reklamę, w której wykorzystany jest fragment: "Kalinka moja", skacze z uciechy. Tak samo się zachowuje, gdy śpiewam jej: "Dzieweczko ze Sląska", jakby wiedziała, że korzenie są istotne, szczególnie wtedy, gdy człowiek jest od nich oderwany. Spróbuję jej przekazać, jak ważna jest miłość do ojczyzny (do dwóch ojczyzn znaczy), mimo że nie będzie to łatwym zadaniem. Nic to, jestem zaprawiona w bojach!



Dopadła mnie nostalgia, więc dla odmiany obrazek z Polski. Słynna żyrafa z chorzowskiego parku, jakby ktoś nie wiedział:).
Obsługiwane przez usługę Blogger.