Nie wierzcie domokrążcom

  Pech wisi nade mną! Chyba jakieś nieznane moce sprzysięgły się przeciw mnie, bo nic mi dzisiaj nie wychodzi. Od rana głowa mi pęka, użądliła mnie osa (niewdzięczna!), a na domiar tego po raz kolejny w tym roku został wyłączony dopływ wody i jak to w takich wypadkach bywa, nie mieliśmy w domu ani kropelki. Nikt nas nie powiadomił o tym, że będzie awaria i trzeba sobie zrobić zapas, ponieważ tutaj takimi niuansami mało kto się przejmuje. A jak już Włosi wyłączą wodę, to przynajmniej na pół dnia (tyle im zajmuje usunięcie usterki, o ile nie dłużej) i mają gdzieś, jak sobie ludzie z tym fantem poradzą. Nie bez kozery mówi się "pracować po włosku", przekonałam się o tym niejednokrotnie i zapewniam Was, że nie ma w tym żadnej przesady. Kocham ten naród, spontaniczny i szalony, ale nieraz mam ich po prostu dość, bo fundują mi coraz nowsze doznania.

  I tak od paru dni toczę nierówną walkę z akwizytorami, którzy mnożą się ostatnio jak grzyby po deszczu i chcą wleźć mi do domu jak nie drzwiami, to oknem. Słoneczko zaświeciło, więc domokrążcy wyszli z norek i próbują naciągnąć człowieka na wszelkie możliwe sposoby. Na szczęście jestem zaprawiona w bojach, potrafię z nimi ostro walczyć i to ich własną bronią. Nie dopuszczam ich do głosu, bo dać się zagadać akwizytorowi jest równoznaczne z porażką. Wczoraj miałam nieprzyjemne starcie z takim domowym sprzedawcą, gdyż chcąc mi wcisnąć usługę (zmianę dostawcy prądu), zażądał, bym pokazała mu nasz rachunek. Nie mam takiego obowiązku i nikt nie może tego ode mnie wymagać (chyba że komornik), toteż sprzeciwiłam się mówiąc, że wszelkie płatności to prywatna sprawa moja i męża. Pan akwizytor nie dał się jednak zbyć, a wręcz przeciwnie, był coraz bardziej bezczelny i agresywny. Jego zachowanie mnie rozsierdziło, ponieważ nie znoszę tupeciarzy i rozmawianie z nimi nie sprawia mi przyjemności, więc powiedziałam mu, że jeśli nadal będzie wymagał wglądu w rachunki, zawiadomię odpowiednie służby. To poskutkowało i domokrążca wyniósł się jak niepyszny, nie wysilając się nawet na wymuszoną uprzejmość i słowo "do widzenia" już nie przeszło mu przez usta. Gdy zaczynał rozmowę, był miły aż do bólu, lecz skoro nie dopiął swego, pokazał swe prawdziwe oblicze- zarozumiałego bubka. Po tej niepotrzebnej konwersacji mimo wszystko poprawił mi się humor, bowiem zauważyłam, że zrobiłam się wreszcie asertywna. Tu nauczyłam się też walczyć o swoje, a odkąd jest z nami Gaja, obudziła się we mnie wojowniczka. Prawdą jest więc, że dzieci wyzwalają w nas instynkty, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia.

  Dziś okazało się, że to nie koniec przygód z akwizytorami. Znów miałam z nimi do czynienia, lecz tym razem się nie irytowałam, tylko setnie się ubawiłam. Sprzedawca, który niedawno się pojawił, jest mi dobrze znany, choć on o tym fakcie zapomniał, co zresztą mnie nie dziwi przy tej ilości ludzi, których odwiedza. Parę miesięcy temu był już tutaj i próbował zapisać nas do Klubu Książki, z miernym rzecz jasna skutkiem. Uwielbiam czytać, ale nie podoba mi się forma przymusu kupowania książki co miesiąc, bo wolę to robić zgodnie z moim widzimisię. Domokrążca, tak samo jak poprzednio, zaczął swą prezentację od pytania, jakie programy telewizyjne oglądamy, tłumacząc się tym, że Urząd Miasta robi statystykę. Przy tych wszystkich problemach społecznych, które ogarnęły Italię, to akurat urzędników chyba najmniej obchodzi i akwizytor mógł wymyślić lepszą ściemę, lecz widocznie brakuje mu wyobraźni. Odpowiedziałam mu jednak, że nie mamy telewizora, a on, niezrażony niczym, zaczął mnie wypytywać o książki, które najchętniej czytamy. Wspięłam się wtedy na wyżyny mego (nikłego) talentu aktorskiego i przekonałam go, że jesteśmy kompletnymi ignorantami, a ostatnią rzeczą, na którą wydalibyśmy pieniądze, są książki. Pan Kolumb (tak ma na nazwisko ów jegomość), zrobił zdziwioną i pełną dezaprobaty minę, ale już do niczego mnie nie przekonywał. Wyraził tylko wątpliwość, jak wychowamy córkę (w trakcie rozmowy miałam na rękach Gaję), jeśli nie będziemy jej czytać. No cóż, damy sobie radę, niech go o to głowa nie boli. A morał z tej historii wynika taki, że aby pozbyć się natręta, czasem trzeba przedstawić się w niekorzystnym świetle i zrobić z siebie idiotę. Jestem pewna, że pan Kolumb długo do nas nie zawita:).



Dowód na to, że jednak Gai czytamy;).


Obsługiwane przez usługę Blogger.