Wyznania zakupomaniaczki

  Prześladuje nas zakupowy pech! Nawet nie przypuszczałam, że coś takiego istnieje, ale biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, doszłam do wniosku, że ciąży nad nami sklepowa klątwa. Zaczęło się od pójścia do znanej sieciówki, gdzie nabyłam dla Gai komplet letnich ciuszków, bo dział dziecięcy w tym sklepie jest naprawdę przyzwoity i często się w nim zaopatrujemy. Jedynym minusem są długie kolejki do kasy i czy w piątki, czy w świątki, zawsze musimy swoje odstać. Tym razem było podobnie i po około dwudziestu minutach oczekiwania zostaliśmy obsłużeni szybko, lecz niezbyt sprawnie, o czym przekonałam się po przyjściu do domu. Okazało się, że dwie bluzeczki miały na sobie zabezpieczenia przed kradzieżą, bowiem kasjerka wrzuciła ciuszki do torby w ekspresowym tempie, a mi nie przyszło do głowy, by je skontrolować. No i masz babo placek, teraz czeka mnie powrót do sklepu, co nie za bardzo mi się uśmiecha. Sieciówka jest oddalona od naszego domu o jakąś godzinę drogi i znajduje się w samym centrum miasta, lecz chodzimy do niej na piechotę. Znaleźć parking w sercu Genui graniczy z cudem, a za godzinę postoju trzeba zapłacić trzy euro, więc wolimy skorzystać z nóg. Jakby nie patrzeć, to niezawodny środek transportu, który tylko czasami szwankuje, a do tego jest bezpłatny. Przed nami kolejny, długi weekend i już wiem, jak go spożytkujemy- chodząc od jednego sklepu do drugiego.

  W miniony poniedziałek mąż wracając z pracy, zahaczył o hipermarket, by kupić pieluszki dla Gai. Skorzystał z promocji i zrobił zapas na kilka miesięcy, ciesząc się przy okazji, że nie będzie musiał przez dłuższy czas odwiedzać tego kolocha. Jego radość była przedwczesna, ponieważ otwierając paczkę pieluch, zauważyłam, że są za małe. Pan P. zamiast numeru 4 wziął mniejsze i do tej pory nie potrafi zrozumieć, jak to się stało. To proste- ma za dużo na głowie i dlatego jest roztargniony. Na domiar tego zapodział gdzieś paragon, co rzadko mu się zdarza, bo jest osobą niezwykle skrupulatną. Jeśli nie znajdzie rachunku, oddamy pieluchy do Kościoła, który przyjmuje takie rzeczy dla ubogich. W podobny sposób pozbyliśmy się starych ubranek Gai, choć mąż chciał zrobić na nich interes i sprzedać je na E-BAYu. Kategorycznie się jednak temu sprzeciwiłam, ponieważ mam wstręt do internetowych zakupów i przekonałam męża, że raz na ruski rok możemy zrobić dobry uczynek. Moja niechęć do wirtualnych transakcji podyktowana jest tym, że przez kilka lat pracowałam jako listonoszka i codziennie musiałam nosić do ludzi kilkadziesiąt paczek, na widok których cierpła mi skóra. Nie podobała mi się wizja handlowania śpioszkami Gai i o wiele bardziej odpowiadała mi perspektywa, że będą służyć innym dzieciom. Mąż, jak to on, coś tam mruczał pod nosem, ale w końcu zgodził się ze mną i mój punkt widzenia łaskawie do niego dotarł. Czasem warto jest posłuchać dobrych rad żony:).

  Następnym nieudanym zakupem, którego dokonaliśmy, było nabycie lamp halogenowych do kuchni. Stare się zepsuły i Pan P. nie potrafił ich naprawić, mimo że jest z niego przysłowiowa złota rączka, więc pojechaliśmy do IKEI, której jestem wielką entuzjastką. Uwielbiam "ikeowskie" pomysły i rozwiązania, a nasze mieszkanie pełne jest rzeczy z tego sklepu. Są ładne, niedrogie i bardzo funkcjonalne, więc jeździmy tam dosyć często. Lampy, które zakupiliśmy, nie przydały nam się tymczasem do niczego, ponieważ mąż (on upiera się, że to byłam ja), położył je na brzegu stołu i po prostu się stukły. Nie wszystkie co prawda, lecz nie nadają się już do użytku, a reklamować ich też nie możemy, bo wypadek był z naszej winy, a nie z przyczyn niezależnych. Nad tym argumentem można by się zastanowić, ponieważ mały stolik (nomen omen z IKEI) to jest jakieś wytłumaczenie. Jedno jest pewno- 50 euro poszło w dym, a nowe buty jak na razie pozostają w sferze moich marzeń. Nawet nie będę rozwodzić się nad tym, że kupiliśmy za małe nakrętki do butelek dla Kluseczki, gdyż przy tych wszystkich katastrofach to nieistotny szczegół. Nowa zaś spacerówka, której jeszcze nie przetestowałam, wygląda na sprawną i mam głęboką nadzieję, że jutro podczas spaceru nie odpadnie mi koło!






P.S. Parę miesięcy temu na blogu Pani Rolnik zobaczyłam kartonowy domek, który bardzo mi się spodobał i zaczęłam na niego polowanie. Dopadłam go w końcu w Lidlu i natychmiast zakupiłam  dwa egzemplarze. Domek jest do kolorowania i mimo że jest od trzech lat wzwyż, to Gaja bawi się w nim wyśmienicie, zresztą nie tylko ona:). Polecam go każdej mamie, bo to fajna i kreatywna zabawa. Jest to jedyna rzecz, która nam się nie zepsuła, więc nie wyrzuciliśmy pieniędzy w błoto. Dzięki za inspirację, Ilonko!





Obsługiwane przez usługę Blogger.