Sposób na teściową

by 30 czerwca
  Ostatnie chwile spokoju przede mną i za kilka dni rozpocznie się szaleństwo z babcią Gai w roli głównej. Staram się być optymistką i w duchu powtarzam sobie, że to tylko 10 dni, ale z drugiej strony, kurczę, to aż 10 dni! Jestem przyzwyczajona do mojej samotni i na myśl o tym, że ktoś naruszy przestrzeń, w której się poruszam, po prostu chce mi się wyć. Przez tydzień nie będzie męża, co trochę mnie martwi, bo potrafi przystopować swoją mamę jak mało kto. Cóż, jakoś to wytrzymam, choć naturalnie cieszę się z tego, że odwiedzą nas goście. Ich pobyt u nas ma też swoje dobre strony, a teściowa bez wątpienia nie pozwoli mi się nudzić. Są jednak rzeczy, które mi w niej przeszkadzają i jestem pewna, że moja cierpliwość znów zostanie wystawiona na ciężką próbę. A wszystko przez jej małe, trudne do zaakceptowania i nieco śmieszne zboczenia, czyli "odstraszacze na synową" (tak je nazywam).

  Przede wszystkim mam nadzieję, że przestanie mi podtykać pod nos swoją komórkę i zmuszać do rozmowy z osobami, których na oczy nie widziałam. Kiedy była u nas w zeszłym roku, nieustannie paplała przez telefon i przekazywała mi go w najmniej oczekiwanym momencie, co bardzo mnie drażniło. Raz wieszałam pranie na balkonie, gdy przyleciała teściowa, cała przejęta i wepchnęła mi w rękę komórkę, żebym pogadała sobie z jej przyjaciółką. Nie znałam tej baby i nie miałam najmniejszej ochoty z nią rozmawiać, lecz wydukałam parę grzecznościowych zwrotów. Teściowa wszystkim robi takie niespodzianki i nawet męża nie ominęły jej dalekosiężne macki. Próbował co prawda wyperswadować jej te nieziemskie pomysły, jednakże z miernym skutkiem. Tak ma i to się nie zmieni, a próba odmowy dyskusji z nieznajomymi kończy się groźbą, że nigdy więcej do nas nie przyjedzie.

  Drugim problemem, z którym będę musiała się uporać, jest włoska mania obściskiwania i całowania się z każdym. Gdy byliśmy w grudniu na Sardynii, myślałam, że nie wytrzymam i eksploduję od nadmiaru tych pocałunków. Ktoś może powiedzieć- wyluzuj, to tylko buziaki- ale nie znoszę publicznie okazywać uczuć i unikam tego jak mogę. Tymczasem będąc na święta u teściów, wycałowałam więcej osób niż przez całe moje dotychczasowe życie i nieraz miałam ochotę kogoś opieprzyć. Na szczęście umiałam nad sobą zapanować, inaczej nie wiem, jak skończyłby się ten permanentny maraton czułości. Mąż zresztą też nie jest fanem całowania się z rodzinką, więc obiecał mi, że załatwi sprawę po męsku. No i załatwił, aczkolwiek nie tak, jak chciałam. Powiedział bowiem swojemu najprzystojniejszemu kuzynowi (notabene chrzestnemu Gai), że w Polsce nie ma tradycji całowania się na przywitanie czy pożegnanie i od tej pory krewniak D. witał się już ze mną tylko na odległość. Wytłumaczyłam Panu P., że embargo na buziaki dotyczyło tylko ciotek i starych chłopów, ale stwierdził, że nie będzie z nimi gadać, bo i tak nic nie wskóra. Czasem przydałaby mi się instrukcja obsługi mężczyżny, ponieważ to najbardziej skomplikowane stworzenia na świecie, przynajmniej taki jest mój kochany mąż. Nie muszę dodawać, że jego mama uwielbia się przytulać i robi to nagminnie, a pod nieobecność synalka na pewno ja będę spełniać rolę maskotki (Gaja skutecznie ucieka od babci). Włoski temperament i moja polska oziębłość nie zawsze idą ze sobą w parze, lecz w tym wypadku wcale nie obwiniam teściowej. Nie lubię uścisków i tyle.

  Zbieram więc siły do tego, żeby zmierzyć się z huraganem, który za niedługo pojawi się w naszym domu. Jeden mały już jest, teraz przyjedzie drugi, a w środku tego chaosu pozostanę ja- biedna, nieufna i zimna:). Mimo wszystko sądzę, że nie będzie tak źle, gdyż zawsze mogę namówić babcię Gai do pieczenia chleba. Wiem z doświadczenia, że nie wolno jej przeszkadzać w pracy, zatem oddalę się po angielsku i pozwolę tworzyć w skupieniu:). Swoją drogą zastanawiam się, czy nie zrobić konkurencji tutejszej piekarni i nie puścić jej z torbami, bo taki talent nie może się zmarnować. Półtora tygodnia, które spędzimy razem na pewno będą niezwykle intensywne i niezapomniane, a ja zrobię wszystko, by mama męża czuła się tu jak u siebie. W końcu teściowa jest tylko jedna!

Butik, galeria i żądza pieniądza

by 27 czerwca
  Znowu piątek. Tydzień minął jak z bicza strzelił, mimo że dni są do siebie okrutnie podobne. Dzieje się dużo i nie dzieje się nic, a ja od stanu euforii przechodzę do irracjonalnej zupełnie rozpaczy. Ni z tego, ni z owego dopada mnie nostalgia i czuję się tak, jakby niebo zwaliło mi się na głowę.Wczorajszy wybuch melancholii spowodował, że musiałam pocieszyć się lodami i nawet nie miałam wyrzutów sumienia pałaszując je. Gaja też dostała kilka łyżeczek do skosztowania i lody bardzo jej smakowały, choć miny, jakie przy tym robiła, raczej na to nie wskazywały. Były naprawdę komiczne i jedyne w swoim rodzaju, a mnie przywróciły mnie do równowagi. Dzięki Kluseczce wszystko jest łatwiejsze do zniesienia, bo to mój mały, prywatny promyczek słońca, rozświetlający i te najciemniejsze dni!

  Dziś humor znacznie mi się poprawił, być może dlatego, że dotarły do mnie wreszcie sandały, które zakupiłam drogą on-line. Rzadko kiedy kupuję przez internet, lecz tym razem nie miałam wyjścia, ponieważ najbliższy Deichmann oddalony jest o jakieś 50 kilometrów stąd. Zawsze śmieję się z faktu, że w Genui brakuje sklepów, do których się przyzwyczaiłam, a galerii handlowych jest tu jak na lekarstwo. Można za to znaleźć tutaj markowe butiki, takie jak Louis Vuitton, Prada czy Versace, ale ze zrozumiałych względów do nich nie wchodzę. Jestem pewna, że nie byłabym tam mile widziana, gdyż na pierwszy rzut oka widać, iż nie jestem bogata. Wyobrażam sobie, że gdybym weszła do środka, zostałabym potraktowana mniej więcej tak, jak Julia Roberts w "Pretty Woman". Pamiętacie tą scenę? Jest dosyć wymowna. Nie masz kasy, więc cię nie obsłużymy, bo jesteś nikim. Nie mam wątpliwości, że to pieniądz rządzi światem i wcale mi się to nie podoba.

  W przyszłym tygodniu czekają mnie gruntowne porządki. Moja teściowa ma manię na punkcie sprzątania i nie akceptuje brudu, zatem chcąc nie chcąc, dom musi lśnić. Nasze mieszkanie jest czyste, lecz jak na standardy mamy męża może okazać się niezbyt schludne, toteż będę musiała się postarać. Nienawidzę pucować i nie wstydzę się do tego przyznać, ale oczywiście latam ze szmatą i wycieram. Mam naturę pedantki i gdy widzę jakąś rzecz, która nie leży na swoim miejscu, od razu muszę ją przestawić. Kojec Gai porządkuję pięć razy dziennie, co jest bez sensu, bowiem mała rozrzuca non stop swoje zabawki. Nie zasnę spokojnie, jeśli wiem, że coś jest nie tak, więc układam jak rąbnięta, zamiast zająć się czymś pożytecznym.

  Mąż nie otrząsnął się jeszcze po porażce Włoch, chociaż nie jest zagorzałym kibicem, jednak nie potrafi przełknąć faktu, że reprezentacja przyniosła wstyd na arenie międzynarodowej. A że o wszystkie włoskie klęski obwinia Berlusconiego, tym razem też się do niego doczepił. Powiedzieć, że go nie znosi, to mało. Osobiście mam go gdzieś i jest mi obojętny (Berlusconi, nie mąż), lecz czasami nie umiem już słuchać tych narzekań. Pan P. uważa, że boski Silvio jest klęską narodu włoskiego i to z jego powodu Italia zmaga się z kryzysem. Według męża,  kiedy "Il Cavaliere" (Rycerz), był premierem, dbał tylko o swoje sprawy, a naród miał głęboko gdzieś. Naiwny ten mój mężuś, pokażcie mi polityka, który przejmuje się krajem i głosem społeczeństwa. Ja takiego nie znam.

  Berlusconi ma narzeczoną o prawie 50 lat młodszą, która rzecz jasna kochałaby go tak samo, gdyby miał tylko 1000 euro emerytury. Jej miłość jest wprost proporcjonalna do stanu konta, co nawet mnie nie szokuje. Chce pożyć sobie w luksusie, więc kręci ze staruchem i ma dostatnie życie. Nie lubię gdybać i przypuszczać, ale zastanawiałam się ostatnio, jakbym zachowała się w podobnej sytuacji. Czy zaakceptowałym fakt, że Gaja spotyka się z facetem o 40 lat starszym, nie zważając na to, że mógłby być jej dziadkiem? Pierwszą moją reakcją było: "Po moim trupie", mąż zaś określił to dosadniej, stwierdzając: "Nogi z dupy powyrywam". Popuściłam wodze fantazji i wymyśliłam sobie rozmowę z moją dwudziestoletnią córką, oznajmniającą nam, że wychodzi za mąż za człowieka w wieku jej dziadka. Brzmiała ona tak:

-Nie możesz tego zrobić, on jest dla ciebie zdecydowanie za stary, nigdy do tego nie dopuścimy!
-Ale mamo, ja go kocham i chcę z nim być!
-Czy ty wiesz, co mówisz, masz czas na miłość, całe życie przed tobą, a ty chcesz bawić się w opiekunkę tego wstrętnego starucha! Nie, nie i jeszcze raz nie!
-Mamo, kupię wam willę z basenem, będziecie bogaci.
-To kiedy poznamy naszego drogiego, przyszłego zięcia? W głębi duszy na pewno jest tak młody jak ty...

Pieniądz rządzi światem, prawda? Miłego weekendu!



Gaja wyrzuca zabawki i ucieka do kuchni, a mama sprząta jak durna!

Chłopiec z ferajny

by 25 czerwca
  Parszywy mam dzisiaj nastrój. Pogoda jest iście jesienna, jakby chciała się dostosować do humoru Włochów, którzy- delikatnie mówiąc- są dosyć rozczarowani porażką drużyny narodowej na Mundialu. Też jestem zawiedziona, bo spodziewałam się trochę lepszej postawy Azzurrich, a tu masz ci los. Trener Italii zrobił jedyną słuszną rzecz- podał się do dymisji i uważam, że niektórzy nasi politycy powinni wziąć z niego przykład, aby zachować twarz. Afera taśmowa wylewa mi się bokami, chociaż pokazuje mechanizmy władzy i dzięki niej mamy jasność, jak "ważna" dla rządzących jest Polska. Polityka już dawno sięgnęła dna, a degrengolada społeczna szerzy się coraz bardziej. Krótko mówiąc, jest gorzej niż źle.

  Od paru dni mamy do czynienia z nowym fenomenem, wykreowanym przez portale społecznościowe. Na pewno większość z Was widziała zdjęcie z kartoteki policyjnej atrakcyjnego przestępcy, na którego punkcie oszalały kobiety. Facet stał się objawieniem internetu, jego fotka do tej pory otrzymała ponad 40 tysięcy lajków, a ja zastanawiam się, czy ten świat oszalał? Przyzwyczaiłam się do tego, że promuje się pustaków, ale żeby robić gwiazdę z bandyty? Tego nie zaakceptuję nigdy, choćby nie wiem jak śliczną miał buzię. Jedyne, na co zasługuje ten człowiek, to medialny ostracyzm, a szum wokół jego osoby jest po prostu żenujący i zwyczajnie niebezpieczny. Podobno już biją się o niego agencje mody, ponieważ jego magnetyczne spojrzenie stwarza perspektywy, mimo że jego miejsce jest w pierdlu, a nie na wybiegu. Nikt nie widzi nic złego w tym, że to zwykły kryminalista i stawianie go na piedestale jest bezgraniczną głupotą. Ta historia pokazuje, jak łatwo teraz się wybić, co napawa mnie smutkiem i mocno przeraża. Po co studiować, pracować nad sobą, mieć ambicje, skoro wystarczy wrzucić do sieci zdjęcie i sukces murowany. Cholera mnie bierze na samą myśl, że jakiś łobuz ma szansę wywinąć się od kary wyłącznie dlatego, że jest przystojny. W takim razie wypuśćmy na wolność mordercę, o którym niedawno pisałam- to jest dopiero piękniś! Nieważne, że zabił żonę i dwójkę malutkich dzieci, bo w głębi duszy na pewno tego nie chciał. Tak olśniewający mężczyzna zmarnuje się w celi, więc zlitujmy się i nad nim.

  Dokąd zmierzamy? Czy człowiek naprawdę jest tyle wart, ile dostanie lajków na facebooku? Czy miarą sukcesu jest już tylko wygląd, a nie wnętrze? Na fejsie mam około dwustu znajomych, a moje zdjęcie profilowe polubiło 37 osób. I co mam zrobić- palnąć sobie w łeb, gdyż tak mało polubień jest według niektórych samozwańczych ekspertek mega kichą? Idąc dalej tym śladem- wygląda na to, że mój blog też jest do niczego, ponieważ niewielka liczba odwiedzin to powód do wstydu. Może zacznę umieszczać tu stylizacje Gai, żeby podnieść statystyki i przyciągnąć reklamodawców? Dziękuję, wolę pisać!

  Zakładając bloga nawet nie przypuszczałam, że można na nim zarabiać. Dla mnie była i jest ważna sama radość z pisania. Cieszę się z tego, że ktoś tu wchodzi, czyta i komentuje, bowiem to daje mi kopa, lecz nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że każdy pisze bloga dla korzyści. Nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka, bo tak jest najłatwiej. Nie jestem naiwna i dobrze wiem, że mój blog kasy mi nie przyniesie, choć oczywiście nie miałabym nic przeciwko temu. Nie potrafię jednak tak dobrze żonglować słowami, jak inne mamy i przyznaję, że czytając niektóre wpisy zżera mnie zazdrość o ich talent, ale mimo to robię swoje. Lubię to i tyle:).

Odczarować, odklapsować...

by 23 czerwca
  Weekend upłynął nie wiadomo kiedy i znów wszystko wróciło do normy. A nie, chwileczkę, nie tak miałam zacząć. Dziś w naszym domu jest trochę inaczej, o wiele głośniej i weselej. Pan P. nie poszedł do pracy, bo jutro Genua obchodzi święto swojego patrona, więc mąż przedłużył sobie labę. Cieszę się bardzo z jego obecności, lecz trochę przeszkadza mi w pisaniu i nie umiem się skoncentrować. Zazwyczaj staram się coś naskrobać gdy Gaja śpi, ponieważ z rozbrykaną Kluseczką nie jestem w stanie "tworzyć", a z mężem u boku jest podobnie. Rozprasza mnie, pyta o czym piszę i głośno narzeka, że nie może przeczytać mojego bloga. Nie zna polskiego, toteż nie ma szans poznać "głębokich" i "wysublimowanych" myśli żony. Streszczam mu co prawda, o czym zamierzam napisać, ale w jego przekonaniu to nie to samo. W moim zresztą też, bo po włosku nie układam zdań z taką swobodą jak w języku polskim i moja opowieść pozbawiona jest lekkości.
  Gdyby mąż miał więcej czasu, zapewne nauczyłby się polskiego, jednakże nie ma go nawet na swoją pasję, czyli rysowanie. W weekendy robi wiecznie jakieś projekty dla uczelni, a ostatnio zaś ma nowe i pasjonujące zajęcie, mianowicie układa logo dla zespołu przyjaciela. Band zwie się "Devastation" i nazwa ta odrobinę mnie śmieszy, ale jako że grają ciężkiego rocka, już mają we mnie fankę. Byłam na nich trochę wkurzona, gdyż mąż poświęcił im całą niedzielę, lecz skoro dzisiaj jest z nami, łaskawie im wybaczyłam. Mam nadzieję, że kiedy będą już bardzo sławni i obrzydliwie bogaci, nie zapomną o artyście, który stworzył ich fantastyczne logo:).

  Już za niecałe dwa tygodnie mąż wyjeżdża do Niemiec i pojawią się u nas goście- moi drodzy teściowie. Nie wiem jak wytrzymam ponad tygodniowy rozbrat z pisaniem, sądzę jednak, że taka przerwa wyjdzie mi na dobre. Od wirtualnego świata należy odpocząć, żeby wrócić do niego ze zdwojoną chęcią i nowymi pomysłami. Moja teściowa wcale nie korzysta z internetu, mimo że jej akurat by się to przydało, bo oszczędziłaby trochę gotówki. Gdy u nas jest, wydaje kupę kasy na dzwonienie do sióstr i córki, chociaż może to robić za darmo przez skype. Szkopuł w tym, że nie chce i nikt jej nie przekona do zmiany zdania. Przejęła hasło mojej mamy, mówiąc wszem i wobec, że "nie potrafi włączyć internetu" i przyznam, że czasami i ja chciałabym posiadać tą "nieumiejętność".

  Niedawno na pewnym forum miałam okazję poczytać wymianę zdań i poglądów rodziców na temat dawania klapsów. Jedni przekonywali, że klaps to nic takiego, inni natomiast byli tym hasłem oburzeni. Moje zdanie w tej kwestii jest jednoznaczne- klaps to przemoc, koniec i kropka! Z niemałym zdumieniem przeczytałam słowa jednej z mam, która chlapnęła, że swojemu dwuletniemu synkowi daje klapsy i nie widzi w tym nic złego. Chłopczyk lubi dotykać gniazdka, a że tłumaczenia do niego nie docierają, dostaje w tyłek i dopiero wtedy zaczyna słuchać. Kluseczka jest niewiele młodsza i człapie do kontaktów nieustannie, co oczywiście mi się nie podoba, ale ją powstrzymuję. Nie wykładam monologu, że jest to niebezpieczne, ponieważ nic z mojej tyrady i tak nie zrozumie, lecz ze święta cierpliwością (której w życiu mi brakuje, przy małej już nie) powtarzam :"nie wolno". Z dziećmi trzeba rozmawiać, przekonywać je, wyjaśniać, co jest złe, a nie podnosić rękę i bić. Niektórzy mówią, że to tylko klaps, ale dla dziecka to aż klaps i od niego się zaczyna. Co zrobi matka, gdy klaps nie wystarczy i malucha będzie nadal ciągnęło do kontaktów? Sięgnie po pasek, dla powagi sytuacji? Jestem przeciwniczką nawet najmniejszej formy przemocy, dlatego mówię- wyłączmy agresję, odczarujmy klapsy!



Jutro miasto ma swe święto, więc z tej okazji parę fotek. Nigdy nie pokazywałam Genui, a przecież, o zgrozo, tu mieszkam:).










Podróż za jeden...pryszcz

by 20 czerwca
  Wszyscy wiemy, że podróże kształcą. Wczorajszy wypad do Mediolanu tylko mnie w tym fakcie utwierdził. Nic co prawda nie zwiedziłam, ponieważ pojechałam do stolicy Lombardii w ściśle określonym celu- wyrobić sobie nowy paszport, ale i tak czegoś się dowiedziałam. Konsulat mieści się blisko centrum, a znaleźć parking w każdym większym włoskim mieście graniczy z cudem, więc krążyliśmy jakieś 20 minut, zanim uśmiechnęło się do nas szczęście.

  Kiedy wreszcie udało nam się zaparkować, zostawiliśmy samochód pod opieką miłego pana i biedniejsi o prawie 10 euro poszliśmy piechotą do Konsulatu. Gdy zobaczyłam urząd, byłam dosyć rozczarowana tym, jak mało jest reprezentacyjny. Skojarzył mi się z pipidówą i nawet dumnie powiewająca biało-czerwona flaga nie zamazała mojego negatywnego wrażenia. Urzędniczki tam pracujące też nie były zbyt miłe, a ich kompetencje pozostawiają wiele do życzenia. Dziewczyna, która mnie obsługiwała zachowywała się tak, jakby robiła mi łaskę, co trochę mnie denerwowało. Zawsze mam pecha i trafiam na niesympatyczne panie, mimo że ja traktuję je życzliwie. Doszłam do wniosku, że muszę zmienić taktykę i zacznę robić z siebie wielkopańską snobkę, może to przyniesie efekty. Zauważyłam, że ludzie szanują wyniosłe osoby, choć nie za bardzo rozumiem, czemu tak się dzieje. Na mnie działają jak płachta na byka i unikam ich jak mogę, bo nie znoszę przebywać w towarzystwie arogantów.

  Koniec końców nie załatwiliśmy nic, gdyż moje roztrzepanie doprowadziło do tego, że zapomniałam o starym paszporcie. Wyjechaliśmy z domu późno, ponieważ mąż jak zwykle się guzdrał, a do samochodu szłam z duszą na ramieniu. Obawiałam się, że Gaja znów zacznie wymiotywać, choć dzień wcześniej dostała środek, który poleciła nam pediatra. Lekarstwo poskutkowało i podróż upłynęła nam spokojnie, wobec czego odetchnęłam z ulgą. Dopiero gdy byliśmy już na miejscu, zdałam sobie sprawę z tego, że brakuje najważniejszej rzeczy. Przeszukiwałam rozpaczliwie torebkę i znalazłam tysiące niepotrzebnych głupot, ale paszportu oczywiście nie było. W Konsulacie wypisałam wniosek, wzięłam go ze sobą i w przyszłym tygodniu po raz kolejny czeka nas wycieczka do Mediolanu. Za wyrobienie dokumentu będę musiała zapłacić 110 euro plus opłaty manipulacyjne (pojęcia nie mam skąd się biorą), lecz koszty nie mają znaczenia. Przyzwyczaiłam się zresztą do tego, że gotówka niespecjalnie mnie kocha, aczkolwiek różne klęski już tak.

  Od paru dni walczę bowiem (niestety bezskutecznie), z ogromnym pryszczem, który wyskoczył mi po prawej stronie nosa i nie umiem go wyeliminować. Załatwiając wczoraj sprawy, odniosłam wrażenie, że urzędniczka patrzyła wyłącznie na ten przeklęty pryszcz i śmiała się ze mnie w duchu. Nie dodaje mi uroku, to prawda i jestem zła jak osa, że nie potrafię się go pozbyć. Próbowałam go usunąć na wszelkie możliwe sposoby, ale widocznie polubił mój nos i jeszcze sobie na nim posiedzi. Niby zwykły pryszcz, a nie daje mi żyć!

  Czekając na moją kolej w Konsulacie, miałam przyjemność usłyszeć dialog dwóch Polek, które rozmawiały o mnie i o Panu P. Nie wiem jak mogły przypuszczać, że w tak małym pomieszczeniu nic do mnie nie dotrze, niemniej jednak setnie się ubawiłam słuchając ich rewelacji. "Zobacz jaka ważniara"- powiedziała jedna z nich- "Ma chłopa Włocha". "A co cię tak dziwi"- odpowiedziała koleżanka- "Na pewno złapała go na dziecko"...

  Taa, podróże kształcą!




Symbol Mediolanu- Il Duomo

Pozwól jej odejść

by 18 czerwca
  Dzisiejszy wpis będzie inny niż wszystkie. Zazwyczaj opowiadam o tym, co dzieje się u nas i rzadko kiedy komentuję bieżące sprawy, ponieważ wolę skupić się na rodzinie. Pisanie o codzienności, wbrew pozorom, nie jest łatwym zadaniem, bo trzeba ubrać w słowa niezbyt ekscytującą prozę życia. Wydarzyło się jednak coś, co wstrząsnęło mną do głębi, więc postanowiłam zmienić rytm bloga i podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami. A wszystko zaczyna się od Italii.

  Lubię ten kraj, tak odmienny od Polski. Italia wydaje się być rajem, gdzie żyje się jak w bajce, a Włosi sprawiają wrażenie otwartych i życzliwych ludzi. Tak jest i mimo przeszkody w postaci nostalgii mieszka mi się tu bardzo dobrze. Jednakże Italia- niezwykła i jedyna w swoim rodzaju- ma też drugie, naprawdę przerażające oblicze. To kraj mężczyzn-władców, zabijających z zimną krwią swe żony. To kraj, w którym zjawisko zwane "feminicidio" (kobietobójstwo), zatacza coraz szersze kręgi. Tym razem zbrodniarz poszedł o krok dalej- nie tylko zamordował żonę, lecz również dwójkę swych malutkich dzieci. Zrobił to, gdyż małżeństwo stało się dla niego klatką, dlatego zaplanował pozbycie się "więzów", które go krępowały.

  W ubiegłą sobotę wieczorem jak zwykle położył dzieci spać, następnie odbył stosunek z żoną, po czym poszedł do kuchni. Chwilę później wrócił do sypialni z nożem w ręku i wbił go w gardło szaleńczo zakochanej w nim małżonki. Gdy beznamiętnym głosem mówił o szczegółach zbrodni, wspomniał, że umierająca żona spytała go: "dlaczego". Biedaczka nie wiedziała, że na niej się nie skończy i za parę minut jej mąż zrobi coś, na co żaden kochający ojciec nigdy by się nie poważył- zabije dwójkę bezbronnych maluszków, śpiących niewinnie w pokoju. Wierzę, że ich mama zmarła zanim dotarło do niej, co mąż zamierza uczynić. Po dokonaniu zbrodni wyrodny ojciec poszedł do baru oglądać mecz reprezentacji Włoch, a trupy bliskich bynajmniej nie przeszkodziły mu świętować zwycięstwo Azzurrich.

  Co drzemie w ludziach? Jakim potworem trzeba być, żeby zaszlachtować własne dzieci? Skoro małżeństwo ograniczało tego "człowieka" i czuł się jak więzieniu, to mógł się spokojnie rozwieść. Zadano bestii pytanie, czemu tak nie postąpił, przecież tak byłoby najrozsądniej. Ojciec-kat odpowiedział z rozbrajającą szczerością, że nic by to nie dało, bo dzieci by zostały. Brak mi słów, więc powtórzę raz jeszcze- co drzemie w ludziach?

  Dla takiego monstrum dożywocie to za mało! Postawić go przed plutonem egzekucyjnym to też niewiele, bo jego męka musi być długotrwała i ciężka. Mam głęboką nadzieję, że wyrzuty sumienia nie pozwolą temu "człowiekowi" żyć. Mam głęboką nadzieję, że powieszą mu na ścianie zdjęcia swych aniołków i będzie patrzył na nie do końca swych marnych dni. Wreszcie- mam głęboką nadzieję, że w małej celi poczuje, czym jest prawdziwa klatka.

  Mężu, partnerze, mężczyzno- jeśli kobieta Cię ogranicza i czujesz się źle, zrób jedyną słuszną rzecz- odejdź! Jeśli i tego nie potrafisz- zabij się sam, oszczędzisz sobie bólu. Idź swoją drogą, a kobietę zostaw w spokoju- nie jest Twoją własnością. Pozwól jej odejść i nie morduj- to takie proste!

 

Gdyby chłopak piłkę kopał

by 16 czerwca
  Nadszedł nowy tydzień, a wraz z nim nastąpiło załamanie pogody, co niepomiernie mnie ucieszyło. Przyda się parę wietrznych dni, szczególnie w sytuacji, gdy jest się za pan brat z uciążliwymi schodami czy licznymi pagórkami i trzeba je pokonywać niezależnie od warunków klimatycznych. Atmosfera co prawda nadal jest gorąca, ale tylko dzięki temu, że reprezentacja Italii zmiotła Anglików z boiska, wygrywając mecz w wielkim i podobno niebanalnym stylu.

  Transmisję oglądaliśmy o północy z soboty na niedzielę, więc następnego dnia chodziłam zaspana i nieprzytomna jak lunatyczka. Kibice świętowali do rana i przez chwilę wydawało mi się, że Włosi już zdobyli tytuł mistrzowski. Tacy właśnie są Makaroniarze- zwycięstwo potrafią celebrować do upadłego, natomiast przegraną przeżywają następnych kilka lat. Piłka nożna jest tu otoczona swoistym symbolem kultu, a piłkarzy czci się niczym bożków, na co zresztą wcale nie zasługują. Pan P. był kiedyś obrońcą i kariera- jak mówił- stała przed nim otworem, lecz kontuzja uniemożliwiła mu rozwinięcie talentu. Uważam, że dobrze się stało, bo gdyby został piłkarzem, miałby u swego boku śliczną i wiotką modelkę, a na mnie zapewne nigdy nie zwróciłby uwagi. Jestem świadoma tego, że raczej nie wpisuję się w kanon seksownej dziewczyny piłkarza:).

  Kiedy byłam w ciąży i nie znałam jeszcze płci dziecka, toczyłam z mężem spory na temat przyszłości naszego potomka. Wyobrażałam sobie, że zostanie słynnym napastnikiem i będzie najjaśniejszą gwiazdą reprezentacji Polski. Mąż oczywiście ani nie chciał o tym słyszeć i twierdził z całą stanowczością włoskiego uparciucha, że jego syn zasili skład Azzurrich. Na szczęście urodziła się Gaja i pogodziła nas, a my w międzyczasie zrozumieliśmy, że nawet jeśli mała zostanie wybitną sportsmenką, to sama zadecyduje, którą z dwóch ojczyzn wybierze. W tej kwestii nię będziemy mieć nic do gadania, chociaż ja naturalnie zamierzam lobbować na korzyść kraju nad Wisłą. Dziecko, które posiada rodziców o różnych narodowościach, jest w moim przekonaniu uprzywilejowane, ale z tego tytułu mogą też piętrzyć się rozmaite kłopoty. Nie chcę, aby Gaja miała kiedyś problemy z określeniem swej tożsamości i nie zamierzam mieszać jej w głowie. Wychowuje się we Włoszech i ma tatusia "Italiańca", więc to normalne, że i ona będzie czuła się Włoszką. Zrobię jednak wszystko, co w mojej mocy, żeby Kluseczka pokochała krainę, z której wywodzi się mamusia i mam nadzieję, że ta niełatwa skądinąd sztuka mi się uda.

  Weekend nie upłynął tylko i wyłącznie pod znakiem piłki, ponieważ zajmowałam się również kobiecymi sprawami. W sobotę upiekłam Kopiec Kreta, który okazał się tak pyszny, że nie omieszkałam zjeść dwóch kawałków. Mąż chciał poczęstować ciastem sąsiadów (w ramach podziękowania za warzywa z ogródka), lecz gdy skosztował kąsek, od razu się rozmyślił. Moja dieta dzięki jego skąpstwu znów okazała się niewypałem i nie rozumiem dlaczego Pan P. później się dziwi, że to jego obwiniam za niepowodzenia. Przecież to ewidentne- gdyby podzielił się kopcem z sąsiadami, nic nie zostałoby dla mnie i nie byłoby sprawy. A tak po raz kolejny muszę się poświęcić i spałaszować resztki kopca. Co za życie!




 Pan P. ma manię robienia zdjęć moim wypiekom. Wizualnie kopiec może nie wygląda zbyt zachęcająco, niemniej jednak był wyśmienity:).

Nocna prześladowczyni

by 13 czerwca
  Piekielne temperatury nie ustępują. W mieszkaniu nadal jest jak w piecu, na zewnątrz zaś jest jeszcze gorzej, więc trochę się irytuję. Spacery nie są już przyjemnością, tylko katorgą, ponieważ wracam z nich cała mokra i oblepiona potem. Marzy mi się długa kąpiel, co na razie jest niemożliwe, gdyż jedyną wanną jaką posiadamy jest ta Gai, a do niej raczej się nie zmieszczę. Zamieniliśmy się z mężem w parę wykończonych przez pogodę ludzi, bo upały spowodowały, że nic nam się nie chce i wieczorem padamy jak muchy. Pod oknem sypialni znów kumka żaba, która uniemożliwia nam spanie, dając nam darmowy i zupełnie niepotrzebny koncert. Od prawie trzech lat męczę się z tymi przeklętymi ropuchami, a one bynajmniej nie przejmują się tym, jak ważnej personie zakłócają spokój i kontynuują moją nocną udrękę.

   Nasze okno jest na wysokości ogrodu sąsiada, mimo że mieszkamy na drugim piętrze, ale domy tutaj są śmiesznie pobudowane i stoją w nietypowych miejscach. Tworzą jeden, wielki zlepek i czasami sprawiają wrażenie, że za chwilę runą jak domek z kart. W ubiegłym roku sąsiad rzucał z góry kamieniami w żaby, lecz nie przyniosło to spodziewanych skutków, a wręcz przeciwnie- wrzask się podwoił. Wstrętne żabska zaczęły kumkać jeszcze głośniej, jakby chciały się zemścić na osobie, która śmiała naruszyć ich przestrzeń. Będę musiała się zaopatrzyć w truciznę, rozsypać ją w ogrodzie i może w ten sposób pozbędę się nieproszonych gości. Mąż śmieje się, że milutkie płazy dbają o romantyczną oprawę w naszym związku, aczkolwiek ja nie jestem w nastroju do żartów. Dobrze chociaż, że Gai nic nie przeszkadza, bo zasypia szybko i śpi przez całą noc. Ja nie mam tego komfortu i co pół godziny wstaję, by poprawić małej kołderkę, skacząc do jej łóżeczka niczym właśnie nieszczęsna żaba. Jest więc logiczne, że przy tych wszystkich mało sprzyjających okolicznościach chodzę odrobinę poirytowana i ogólnie zmęczona.

  Rozpoczął się Mundial, toteż Włochy opanowała gorączka i ludzie mówią tylko o piłce. Makaroniarze są przekonani, że drużyna narodowa pokaże na co ją stać i zwycięży w Brazylii. Oficjalnie życzę im tego jak najbardziej, nieoficjalnie natomiast nie życzę im tego wcale. Kibicuję Argentynie i mam nadzieję, że wygra, ale obawiam się, że na jej przeszkodzie staną gospodarze. Kiedyś pasjami oglądałam mecze, a teraz patrzę na nie już tylko przy okazji wielkich imprez, bo zwyczajnie mnie nudzą.

  Wczoraj, będąc na spacerze z Gają, po raz pierwszy od trzech lat usłyszałam na mojej ulicy język polski, co dosyć mnie zdziwiło. Zastanawiam się, czy nie był to wytwór mej wyobraźni, gdyż przy takiej pogodzie nietrudno o omamy i przesłyszenia. Włóczę się w kółko po okoliczy, lecz nie sprawia mi to żadnej radości i denerwuje mnie prawie wszystko. Tymczasem Gaja uwielbia przechadzki i w przeciwieństwie do mnie nie jest apatyczna, ale bardzo podekscytowana. Rozgląda się wokół, mówiąc ludziom "ciao" i śmiejąc się do nich głośno. Podoba jej się świat i nawet brzydkie, zdominowane przez auta chodniki, mają dla niej urok. Kluseczka wyrasta na życiową optymistkę, z czego bardzo się cieszę, ponieważ bałam się, że przy takiej mamusi będzie równie ponura jak ja. Na szczęście i w tym wypadku włoskie geny zwyciężyły:). Evviva Italia!



Zdjęcia ze stadionu San Siro- tak przy okazji mistrzostw. AC Milan to moja ulubiona drużyna:).








Czasem słońce, czasem sukienka

by 11 czerwca
  Zabójcze upały zagościły we Włoszech na dobre, a ja chyba za niedługo się rozpuszczę. Jest tak ciepło, że pomimo otwartych okien brakuje przeciągu i mam nieodparte wrażenie, iż jestem w fińskiej łaźni, a nie w moim domu. Wentylatory, które jeszcze w sobotę można było kupić w niemal każdym ze sklepów, teraz z nich wyparowały niczym świeże bułeczki. Na spacer wychodzę późno, ale na szczęście wieczorem jest rześko i nie odczuwam skutków wysokich temperatur. Co innego mąż, który wraca z pracy mokry i wykończony. Cieszę się, że na razie zrezygnował z roweru, bo nie dałby rady jeździć pod górkę przy czterdziestu stopniach (w porywach nawet czterdziestu pięciu). Moja zaś blada skóra nie za bardzo pasuje do otoczenia i ciemnych Włoszek, ale nie przejmuję się tym. Nigdy nie miałam obsesji na punkcie opalania i w życiu nie byłam w solarium. Jeśli słońce mnie chwyci, będzie fajnie, a jeśli nie...też będzie fajnie!

  Nie od dziś wiadomo, że nic tak nie poprawia humoru kobiecie jak zakupy, z czym jak najbardziej się zgadzam (choć już portfel męża nie). Wczorajszy wypad do mojej ulubionej sieciówki wprawił mnie niemalże w ekstazę. A wszystko dlatego, że kupiłam sobie piękną sukienkę, w której wreszcie ładnie wyglądam. Podkreśla moje kształty i maskuje co nieco, więc dla odmiany jestem sobą zachwycona:). Jedna, głupia szmatka spowodowała, że znów mogłam poczuć się jak kobieta, a nie tylko jak matka i żona. Gdyby mężczyźni wiedzieli jak nowe ciuchy pozytywnie wpływają na samopoczucie, kupowaliby nam ubrania codziennie. Gaja też skorzystała z pobytu w sklepie i dostała w prezencie dwie śliczne sukieneczki, lecz nawet tego nie skwitowała uśmiechem. Nadejdzie czas, kiedy i ona zacznie doceniać modę, a wtedy drżyj tatusiu:).

  Pan P. znów przyniósł złe wiadomości- w lipcu musi być w pracy z powodu ważnych egzaminów, dlatego z wyjazdu do Polski nici. Jestem pewna, że jak zwykle pojawimy się w kraju pod koniec sierpnia, bo szanowny uniwersytet jest wtedy zamknięty na cztery spusty. Nie wiem, jak przeżyję pierwszą część wakacji- tydzień bez męża, z teściami na karku, a do tego z piecem na ciągłym chodzie. Będę musiała uzbroić się w świętą cierpliwość, co uważam za niewykonalne zadanie, gdyż nie posiadam jej wcale. Jako osoba w gorącej wodzie kąpana stawiam na spontaniczność i nie znoszę nic robić na siłę. Faktem jest, że przy Gai uczę się cierpliwości, ale jestem dopiero na początku drogi. Pan P. rzuca mi czasem kłody pod nogi, mimo że on tak wcale nie uważa. Tymczasem chodzi wniebowzięty, bo jego uczniowie stwierdzili, że jest spoko nauczycielem i mają nadzieję, że wróci do nich w przyszłym roku szkolnym. To się nazywa sukces edukacyjny! Mąż opowiadał mi nieraz o diabłach, których uczy i podziwiam go za to, że w ogóle się na to odważył. Sama nie dałabym rady i uciekłabym, gdzie pieprz rośnie, chociaż w przeszłości chciałam zostać nauczycielką. W dzisiejszych czasach trzeba mieć jednak twardą skorupę, żeby wykonywać ten piękny zawód, a ja takowej nie posiadam. Wykończyłabym się psychicznie, gdybym musiała użerać się z krewkimi nastolatkami!

  Gaja skończyła 19 miesięcy i po raz enty zastanawiam się, kiedy to minęło. Jeszcze niedawno była taką kruszynką, a dziś to już charakterna i zadziorna panienka. Przebywanie z nią daje mi morze radości, bo Kluseczka to mały promyczek słońca w mym pochmurnym życiu. Owinęła mnie sobie wokół palca i nie ma takiej rzeczy, której bym dla niej nie zrobiła. Jesteśmy z mężem zgodni, że Gaja to ósmy cud świata i w tym wypadku zupełnie się nie różnimy od innych rodziców. Mąż pogubił się wczoraj w obliczeniach i dał jej o miesiąc więcej niż ma, a to nie spodobało się małej. Ugryzła tatusia w nogę, jakby chciała mu udowodnić, że zrozumiała jego wywody. Kobiet się nie postarza, nawet takich malutkich dziewczynek jak Gaja i myślę, że Pan P. o tej maksymie nigdy więcej nie zapomni:).
 



Chyba najbardziej słoneczne zdjęcie, jakie mam:).


Oblicza samotności

by 09 czerwca
  Lato w pełni! Moje samopoczucie nadal jest na poziomie szarej jesieni, ale i tak czuję się zdecydowanie lepiej niż kilka dni temu. Przez ostatni weekend nie miałam bowiem czasu na użalanie się nad sobą, ponieważ mąż mi na to nie pozwolił. Przemierzyliśmy Genuę prawie wzdłuż i wszerz (nie polecam nikomu), testując przy okazji sprawność nowej spacerówki Gai. Spisała się bez zarzutu, czego nie można powiedzieć o moich stopach- zamieniły się w dwa wielkie i niezgrabne bąble. Muszę jednak przyznać, że spacer wpłynął na mnie kojąco, bo spojrzałam na moje trywialne problemy z perspektywy innych i uświadomiłam sobie, jak wielką jestem szczęściarą. Mam wszystko, tylko nie potrafię tego docenić!

  Lubię przyglądać się ludziom i często zdarza mi się to robić podczas moich pieszych włóczęg z kluseczką. Zastanawiam się wtedy kim są, jaka jest ich historia i czy czegoś żałują. I chociaż świat jest tak wspaniale kolorowy, to widzę wokół ogrom samotności. Codziennie o tej samej porze przechodzę obok parku, gdzie spoglądam na obrazek, który chwyta mnie za serce. Starszy pan z laską w ręku siedzi na ławce i karmi gołębie, a jego wzrok jest taki nieobecny. Jestem pewna, że za kimś tęskni i życie już dawno straciło dla niego sens. Patrzę na niego i widzę Pana P. za lat trzydzieści.

  Od czasu do czasu widuję również kobietę z dwoma psami- korpulentną o bardzo sympatycznej twarzy. Jej oczy są przepełnione smutkiem i nostalgią za czymś nieosiągalnym. Mężczyźni ją ignorują, dlatego otacza się zwierzętami. Wyraz jej twarzy mówi więcej niż tysiąc słów, bo wypisane ma na niej piętno samotności. Patrzę na nią i widzę siebie za lat trzydzieści.

  Jeśli się nie zmienię i ja w przyszłości będę zgorzkniała i zniechęcona. Przejmuję się tym, co sądzą o mnie inni, a nie ma to najmniejszego sensu, gdyż nie dogodzę każdemu. Może i mam parę kilogramów więcej, wypłowiałe odrosty czy brwi niczym Frida Kahlo (no dobra, przesadziłam), ale to nie są rzeczy, z którymi nie można sobie poradzić. Wystarczy ruszyć tyłek, wziąć się do roboty i po sprawie! Dla mojego męża i tak jestem najpiękniejsza, co jest dla mnie wręcz niewytłumaczalnym fenomenem, lecz i powodem do dumy. Moja pogoń za wiotkością przysłoniła mi wszystko i stała się obsesją, a przecież nic do szczęścia mi nie brakuje. Spojrzałam na siebie przez pryzmat dwóch samotnych osób i zrozumiałam, że jestem po prostu niewdzięczna. Wiem, że jeszcze niejeden raz będę czuła brzemię rutyny, ale postanowiłam przestać się nad tym rozczulać. Muszę stąpać twardo po ziemi, zresztą mając za męża Pana P., nie mam innego wyjścia. Wczoraj zabawił się w kura domowego i wyszła z tego mała katastrofa. Wyprał ciemne pranie razem z husteczkami higienicznymi, więc nasze bluzki przybrały śnieżnobiałą barwę. Szkoda, że nie zdążyłam uwiecznić na zdjęciu jego miny gdy wyjmował ubrania, ponieważ była naprawdę komiczna. Perfekcyjny Pan Domu (za takiego się uważa), coś zawalił, a ja od razu poczułam się lepiej:).

  Rzeczywistość znów brutalnie zapukała od drzwi. Mąż jest w pracy, scenariusz po raz kolejny zapowiada się tak samo, lecz tym razem jestem silna, bo przepełniona miłością. A życie, mimo że składa się z ciągłych przywitań i pożegnań, jest naprawdę niezwykłe. Nie zapominajmy o tym!
 
 

Dzień świstaka kontra tandetny romans

by 05 czerwca
  Tydzień zmierza ku końcowi, a ja znowu czuję się przytłoczona codziennością. Niby wszystko jest w porządku, ale ostatnio brakuje mi elementu zaskoczenia w moim życiu. Wiem, co będę robić za godzinę, co wydarzy się jutro i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przerabiam wciąż ten sam schemat. Gdybym nie miała Gai, na pewno bym oszalała, bo tylko ona jest w stanie osłodzić mi ten ciężki czasem byt. Targają mną dziwne emocje, które powodują, że jest mi źle. Mam tyle do powiedzenia, a nie chce mi się mówić. Nie potrafię rozwinąć skrzydeł i nie zdobędę już świata. Jestem tylko żoną swojego męża i wcale mi to nie odpowiada. Nigdy nie byłam wojującą feministką, ale nigdy też nie chciałam być uzależniona od mężczyzny i traktowałam to jako coś uwłaczającego kobiecej godności. Tymczasem od prawie trzech lat jestem na garnuszku męża i nawet nie wiecie, jak mnie to wkurza! Tęsknię za czymś nieosiągalnym i nie ma we mnie ani grama entuzjazmu. Jestem szczęśliwa, a mimo to szukam dziury w całym. Kocham moją córeczkę i męża ponad wszystko, lecz nie potrafię pokochać siebie. I tu jest właśnie pies pogrzebany, bowiem jeśli nie pogodzę się sama ze sobą i nie oswoję tych pełzających demonów, raczej nie zaznam spokoju.

  Mąż święcie we mnie wierzy i jest przekonany, że prędzej czy później osiągnę sukces i zrealizuję plany. Cieszę się, że przynajmniej on jeszcze mnie nie skreślił i ten jego hurraoptymizm dodaje mi sił. Remedium na moje skołatane nerwy znalazłam już dawno i dobrze wiem, co chciałabym robić. Lubię pisać i dzięki blogowaniu w pewien sposób się spełniam, ale tak naprawdę marzę o książce. Pan P. pcha mnie do przodu i namawia do poważniejszego pisania, niemniej jednak to nie jest takie proste. Nie chcę, by kanwą mej powieści był tandetny romans rodem z Harlequin, a póki co tylko to przychodzi mi do głowy. Kiedyś tworzyłam mini historyjki o miłości i gdy je sobie przypominam, poprawia mi się nieco humor. Były takie infantylne! Dla własnej potrzeby wymyśliłam sobie lokalną wersję Christiana Greya i postanowiłam przytoczyć Wam kawałek tego romansidełka, żebyście mieli się z czego pośmiać (proszę Was jednak o powściągliwe komentarze, bo jestem mało odporna na krytykę). Na blogu odsłaniam wiele z naszego prywatnego życia, ale są granice, których nie przekroczę, dlatego poprzez fragment mej opowiastki chcę pokazać, że posiadam też pieprzną część:). Miłego czytania i podśmiewania!

"Spojrzał na nią i serce zabiło mu mocniej. Już dawno nie czuł się tak lekko, już dawno nie był tak zakochany. Ogarniał ją całą, pochłaniał ją wzrokiem, a ona...była taka obojętna. Patrzyła na niego badawczo, prawie lekceważąco, jakby nudziło ją jego zainteresowanie.
-Co pani tu robi- spytał, drżąc z podniecenia, choć jego głos wydawał się zimny.
-Odpoczywam- odpowiedziała i ponownie wsunęła nos w książkę- proszę mi nie przeszkadzać.
Jej zmysłowy głos spowodował, że przeszły go ciarki. Przez trzy długie lata tkwił w letargu, kobiety dla niego nie istniały, a nagle poczuł, że budzi się w nim chęć do życia i to jaka chęć! Naszła go ochota, by wziąć ją tu i teraz i kochać się z nią szaleńczo, nie dbając o to, czy ktoś ich zobaczy. Kąciki ust zaczęły mu drgać i wiedział już, że musi ją pocałować. Pochylił się nad nią, wyjął z rąk książkę i całując opuszki jej palców szepnął:
-Teraz to ja pani poczytam."

Ciąg dalszy nie nastąpi:).

Wyszłam za mąż, odleciałam

by 03 czerwca
  To już dwa lata! Tyle czasu minęło od mojego ślubu z Panem P. i choć nie jest to jakiś nieprzeciętny wynik, mimo wszystko uważam go za mój osobisty sukces. Nigdy bowiem nie przypuszczałam, że wyjdę za mąż i będę zadowolona ze statusu, który zawsze wydawał mi się mało ekscytujący- prostej kury domowej. Przed poznaniem męża wprost delektowałam się wolnością i uwielbiałam moje niezmącone żadnymi problemami życie. Myślałam wtedy, że jestem niebywałą szczęściarą, ponieważ nikt mnie nie ograniczał, a pytania o zamążpójście zbywałam krótkim: "to moja sprawa". Wiedziałam oczywiście, że kiedy przeprowadzę się do Włoch, będzie to wiązało się ze zmianą stanu cywilnego, ale o tym nie informowałam otoczenia. Oprócz paru zaufanych osób nikt nie podejrzewał, że mam narzeczonego za granicą, bo nie zwierzałam się prawie nikomu.

  W pracy plotka jednak szybko się rozeszła i na wiadomość o mojej "egzotycznej" miłości niektórzy pukali się w czoło, a jeszcze inni wyrażali wątpliwość, czy kiedykolwiek wyjadę. Byli też tacy, którzy uważali, że wymyśliłam sobie chłopaka i nie ukrywam, że bardzo mnie to wtedy ubodło. Pan P., kiedy opowiedziałam mu tą historię, chciał przyjechać do Polski, zmaterializować się przed moimi znajomymi i pokazać im, że naprawdę istnieje, lecz wyperswadowałam mu to. Jego przyjazd oznaczałby tyle, że przejmuję się tym, co myślą o mnie inni, a tego chciałam uniknąć. Poczułam się usatysfakcjonowana, gdy oznajmiłam kolegom, że wyjeżdżam, a mój wyimaginowany narzeczony od razu stał się prawdziwszy. Spakowałam walizki, wsiadłam w autokar i pojechałam, paląc za sobą niektóre mosty.

  Małżeństwo nie ograniczyło mnie tak bardzo, jak to sobie wyobrażałam, bo mój mąż nie należy do mężczyzn, którzy traktują żonę jak własność. Pan P. nie jest zaborczy, nie stawia się na piedestale i nie rozkazuje mi, co mam robić. Nasz związek jest partnerski, zresztą innego bym nie zaakceptowała, a zniewolić bym się nie pozwoliła. Nigdy nie pojmowałam kobiet, które nie robiły niczego bez zgody mężów, ponieważ w moim przekonaniu małżeństwo to nie jest więzienie, tylko wspaniała przygoda. Kiedyś stwierdziłam, że w związku, oprócz miłości i szacunku najważniejsze jest pójście na kompromis i z perspektywy czasu mogę powiedzieć tyle, że są to święte słowa. Czasem trzeba ustąpić i przyznać mężowi rację:).

  Nasz ślub był taki, jak go sobie wymarzyłam- romantyczny i dyskretny. Oprócz nas byli obecni jedynie świadkowie, a ceremonia zaślubin trwała chwilę i ulotniła się jak mgiełka. Złożyliśmy szybką przysięgę i nawet nie wymieniliśmy się obrączkami, bo we Włoszech nie wszędzie panuje ten zwyczaj. Po uroczystym obiedzie udaliśmy się na długi spacer nad brzegiem morza, gdzie założyliśmy sobie nasze obrączki. Nic się między nami nie zmieniło i nie nastąpiło żadne trzęsienie ziemi z tym małym wyjątkiem, że narzeczonego mogłam już tytułować per "mąż". Problem z przestawieniem się miałam jeszcze ładnych kilka miesięcy po ślubie, czego mąż nie potrafił zrozumieć, gdyż do niego od razu przylgnęło słowo "żona". W sferze naszych planów pozostaje ślub kościelny, na który zaprosimy już całą rodzinę. Na razie przekładamy go ze względów oczywistych- brak funduszy nas do tego zmusza. Jeszcze dużo wody w rzece upłynie, zanim zabije dla nas marsz weselny, więc nasi bliscy muszą uzbroić się w cierpliwość.

  W ubiegłą sobotę obudziłam się rano i jak zwykle poszłam do kuchni zrobić sobie kawę. Po jakimś czasie pojawił się mąż, pokręcił się po mieszkaniu i wydawało się, że to zwykły dzień. Dopiero kilka godzin później spojrzałam w kalendarz i aż mnie zamurowało. Oboje z mężem zapomnieliśmy o naszej rocznicy- naprawdę nieźle jak na drugi rok bycia oficjalnie razem. Aż się boję pomyśleć, co będzie za lat dwadzieścia! Oby do przodu, mężulu:).



 


P.S. Jak Wam się podoba moje nowe logo? Taki właśnie sobie prezent zażyczyłam:).
Obsługiwane przez usługę Blogger.