Czasem słońce, czasem sukienka

  Zabójcze upały zagościły we Włoszech na dobre, a ja chyba za niedługo się rozpuszczę. Jest tak ciepło, że pomimo otwartych okien brakuje przeciągu i mam nieodparte wrażenie, iż jestem w fińskiej łaźni, a nie w moim domu. Wentylatory, które jeszcze w sobotę można było kupić w niemal każdym ze sklepów, teraz z nich wyparowały niczym świeże bułeczki. Na spacer wychodzę późno, ale na szczęście wieczorem jest rześko i nie odczuwam skutków wysokich temperatur. Co innego mąż, który wraca z pracy mokry i wykończony. Cieszę się, że na razie zrezygnował z roweru, bo nie dałby rady jeździć pod górkę przy czterdziestu stopniach (w porywach nawet czterdziestu pięciu). Moja zaś blada skóra nie za bardzo pasuje do otoczenia i ciemnych Włoszek, ale nie przejmuję się tym. Nigdy nie miałam obsesji na punkcie opalania i w życiu nie byłam w solarium. Jeśli słońce mnie chwyci, będzie fajnie, a jeśli nie...też będzie fajnie!

  Nie od dziś wiadomo, że nic tak nie poprawia humoru kobiecie jak zakupy, z czym jak najbardziej się zgadzam (choć już portfel męża nie). Wczorajszy wypad do mojej ulubionej sieciówki wprawił mnie niemalże w ekstazę. A wszystko dlatego, że kupiłam sobie piękną sukienkę, w której wreszcie ładnie wyglądam. Podkreśla moje kształty i maskuje co nieco, więc dla odmiany jestem sobą zachwycona:). Jedna, głupia szmatka spowodowała, że znów mogłam poczuć się jak kobieta, a nie tylko jak matka i żona. Gdyby mężczyźni wiedzieli jak nowe ciuchy pozytywnie wpływają na samopoczucie, kupowaliby nam ubrania codziennie. Gaja też skorzystała z pobytu w sklepie i dostała w prezencie dwie śliczne sukieneczki, lecz nawet tego nie skwitowała uśmiechem. Nadejdzie czas, kiedy i ona zacznie doceniać modę, a wtedy drżyj tatusiu:).

  Pan P. znów przyniósł złe wiadomości- w lipcu musi być w pracy z powodu ważnych egzaminów, dlatego z wyjazdu do Polski nici. Jestem pewna, że jak zwykle pojawimy się w kraju pod koniec sierpnia, bo szanowny uniwersytet jest wtedy zamknięty na cztery spusty. Nie wiem, jak przeżyję pierwszą część wakacji- tydzień bez męża, z teściami na karku, a do tego z piecem na ciągłym chodzie. Będę musiała uzbroić się w świętą cierpliwość, co uważam za niewykonalne zadanie, gdyż nie posiadam jej wcale. Jako osoba w gorącej wodzie kąpana stawiam na spontaniczność i nie znoszę nic robić na siłę. Faktem jest, że przy Gai uczę się cierpliwości, ale jestem dopiero na początku drogi. Pan P. rzuca mi czasem kłody pod nogi, mimo że on tak wcale nie uważa. Tymczasem chodzi wniebowzięty, bo jego uczniowie stwierdzili, że jest spoko nauczycielem i mają nadzieję, że wróci do nich w przyszłym roku szkolnym. To się nazywa sukces edukacyjny! Mąż opowiadał mi nieraz o diabłach, których uczy i podziwiam go za to, że w ogóle się na to odważył. Sama nie dałabym rady i uciekłabym, gdzie pieprz rośnie, chociaż w przeszłości chciałam zostać nauczycielką. W dzisiejszych czasach trzeba mieć jednak twardą skorupę, żeby wykonywać ten piękny zawód, a ja takowej nie posiadam. Wykończyłabym się psychicznie, gdybym musiała użerać się z krewkimi nastolatkami!

  Gaja skończyła 19 miesięcy i po raz enty zastanawiam się, kiedy to minęło. Jeszcze niedawno była taką kruszynką, a dziś to już charakterna i zadziorna panienka. Przebywanie z nią daje mi morze radości, bo Kluseczka to mały promyczek słońca w mym pochmurnym życiu. Owinęła mnie sobie wokół palca i nie ma takiej rzeczy, której bym dla niej nie zrobiła. Jesteśmy z mężem zgodni, że Gaja to ósmy cud świata i w tym wypadku zupełnie się nie różnimy od innych rodziców. Mąż pogubił się wczoraj w obliczeniach i dał jej o miesiąc więcej niż ma, a to nie spodobało się małej. Ugryzła tatusia w nogę, jakby chciała mu udowodnić, że zrozumiała jego wywody. Kobiet się nie postarza, nawet takich malutkich dziewczynek jak Gaja i myślę, że Pan P. o tej maksymie nigdy więcej nie zapomni:).
 



Chyba najbardziej słoneczne zdjęcie, jakie mam:).


Obsługiwane przez usługę Blogger.