Dzień świstaka kontra tandetny romans

  Tydzień zmierza ku końcowi, a ja znowu czuję się przytłoczona codziennością. Niby wszystko jest w porządku, ale ostatnio brakuje mi elementu zaskoczenia w moim życiu. Wiem, co będę robić za godzinę, co wydarzy się jutro i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przerabiam wciąż ten sam schemat. Gdybym nie miała Gai, na pewno bym oszalała, bo tylko ona jest w stanie osłodzić mi ten ciężki czasem byt. Targają mną dziwne emocje, które powodują, że jest mi źle. Mam tyle do powiedzenia, a nie chce mi się mówić. Nie potrafię rozwinąć skrzydeł i nie zdobędę już świata. Jestem tylko żoną swojego męża i wcale mi to nie odpowiada. Nigdy nie byłam wojującą feministką, ale nigdy też nie chciałam być uzależniona od mężczyzny i traktowałam to jako coś uwłaczającego kobiecej godności. Tymczasem od prawie trzech lat jestem na garnuszku męża i nawet nie wiecie, jak mnie to wkurza! Tęsknię za czymś nieosiągalnym i nie ma we mnie ani grama entuzjazmu. Jestem szczęśliwa, a mimo to szukam dziury w całym. Kocham moją córeczkę i męża ponad wszystko, lecz nie potrafię pokochać siebie. I tu jest właśnie pies pogrzebany, bowiem jeśli nie pogodzę się sama ze sobą i nie oswoję tych pełzających demonów, raczej nie zaznam spokoju.

  Mąż święcie we mnie wierzy i jest przekonany, że prędzej czy później osiągnę sukces i zrealizuję plany. Cieszę się, że przynajmniej on jeszcze mnie nie skreślił i ten jego hurraoptymizm dodaje mi sił. Remedium na moje skołatane nerwy znalazłam już dawno i dobrze wiem, co chciałabym robić. Lubię pisać i dzięki blogowaniu w pewien sposób się spełniam, ale tak naprawdę marzę o książce. Pan P. pcha mnie do przodu i namawia do poważniejszego pisania, niemniej jednak to nie jest takie proste. Nie chcę, by kanwą mej powieści był tandetny romans rodem z Harlequin, a póki co tylko to przychodzi mi do głowy. Kiedyś tworzyłam mini historyjki o miłości i gdy je sobie przypominam, poprawia mi się nieco humor. Były takie infantylne! Dla własnej potrzeby wymyśliłam sobie lokalną wersję Christiana Greya i postanowiłam przytoczyć Wam kawałek tego romansidełka, żebyście mieli się z czego pośmiać (proszę Was jednak o powściągliwe komentarze, bo jestem mało odporna na krytykę). Na blogu odsłaniam wiele z naszego prywatnego życia, ale są granice, których nie przekroczę, dlatego poprzez fragment mej opowiastki chcę pokazać, że posiadam też pieprzną część:). Miłego czytania i podśmiewania!

"Spojrzał na nią i serce zabiło mu mocniej. Już dawno nie czuł się tak lekko, już dawno nie był tak zakochany. Ogarniał ją całą, pochłaniał ją wzrokiem, a ona...była taka obojętna. Patrzyła na niego badawczo, prawie lekceważąco, jakby nudziło ją jego zainteresowanie.
-Co pani tu robi- spytał, drżąc z podniecenia, choć jego głos wydawał się zimny.
-Odpoczywam- odpowiedziała i ponownie wsunęła nos w książkę- proszę mi nie przeszkadzać.
Jej zmysłowy głos spowodował, że przeszły go ciarki. Przez trzy długie lata tkwił w letargu, kobiety dla niego nie istniały, a nagle poczuł, że budzi się w nim chęć do życia i to jaka chęć! Naszła go ochota, by wziąć ją tu i teraz i kochać się z nią szaleńczo, nie dbając o to, czy ktoś ich zobaczy. Kąciki ust zaczęły mu drgać i wiedział już, że musi ją pocałować. Pochylił się nad nią, wyjął z rąk książkę i całując opuszki jej palców szepnął:
-Teraz to ja pani poczytam."

Ciąg dalszy nie nastąpi:).
Obsługiwane przez usługę Blogger.