Nocna prześladowczyni

  Piekielne temperatury nie ustępują. W mieszkaniu nadal jest jak w piecu, na zewnątrz zaś jest jeszcze gorzej, więc trochę się irytuję. Spacery nie są już przyjemnością, tylko katorgą, ponieważ wracam z nich cała mokra i oblepiona potem. Marzy mi się długa kąpiel, co na razie jest niemożliwe, gdyż jedyną wanną jaką posiadamy jest ta Gai, a do niej raczej się nie zmieszczę. Zamieniliśmy się z mężem w parę wykończonych przez pogodę ludzi, bo upały spowodowały, że nic nam się nie chce i wieczorem padamy jak muchy. Pod oknem sypialni znów kumka żaba, która uniemożliwia nam spanie, dając nam darmowy i zupełnie niepotrzebny koncert. Od prawie trzech lat męczę się z tymi przeklętymi ropuchami, a one bynajmniej nie przejmują się tym, jak ważnej personie zakłócają spokój i kontynuują moją nocną udrękę.

   Nasze okno jest na wysokości ogrodu sąsiada, mimo że mieszkamy na drugim piętrze, ale domy tutaj są śmiesznie pobudowane i stoją w nietypowych miejscach. Tworzą jeden, wielki zlepek i czasami sprawiają wrażenie, że za chwilę runą jak domek z kart. W ubiegłym roku sąsiad rzucał z góry kamieniami w żaby, lecz nie przyniosło to spodziewanych skutków, a wręcz przeciwnie- wrzask się podwoił. Wstrętne żabska zaczęły kumkać jeszcze głośniej, jakby chciały się zemścić na osobie, która śmiała naruszyć ich przestrzeń. Będę musiała się zaopatrzyć w truciznę, rozsypać ją w ogrodzie i może w ten sposób pozbędę się nieproszonych gości. Mąż śmieje się, że milutkie płazy dbają o romantyczną oprawę w naszym związku, aczkolwiek ja nie jestem w nastroju do żartów. Dobrze chociaż, że Gai nic nie przeszkadza, bo zasypia szybko i śpi przez całą noc. Ja nie mam tego komfortu i co pół godziny wstaję, by poprawić małej kołderkę, skacząc do jej łóżeczka niczym właśnie nieszczęsna żaba. Jest więc logiczne, że przy tych wszystkich mało sprzyjających okolicznościach chodzę odrobinę poirytowana i ogólnie zmęczona.

  Rozpoczął się Mundial, toteż Włochy opanowała gorączka i ludzie mówią tylko o piłce. Makaroniarze są przekonani, że drużyna narodowa pokaże na co ją stać i zwycięży w Brazylii. Oficjalnie życzę im tego jak najbardziej, nieoficjalnie natomiast nie życzę im tego wcale. Kibicuję Argentynie i mam nadzieję, że wygra, ale obawiam się, że na jej przeszkodzie staną gospodarze. Kiedyś pasjami oglądałam mecze, a teraz patrzę na nie już tylko przy okazji wielkich imprez, bo zwyczajnie mnie nudzą.

  Wczoraj, będąc na spacerze z Gają, po raz pierwszy od trzech lat usłyszałam na mojej ulicy język polski, co dosyć mnie zdziwiło. Zastanawiam się, czy nie był to wytwór mej wyobraźni, gdyż przy takiej pogodzie nietrudno o omamy i przesłyszenia. Włóczę się w kółko po okoliczy, lecz nie sprawia mi to żadnej radości i denerwuje mnie prawie wszystko. Tymczasem Gaja uwielbia przechadzki i w przeciwieństwie do mnie nie jest apatyczna, ale bardzo podekscytowana. Rozgląda się wokół, mówiąc ludziom "ciao" i śmiejąc się do nich głośno. Podoba jej się świat i nawet brzydkie, zdominowane przez auta chodniki, mają dla niej urok. Kluseczka wyrasta na życiową optymistkę, z czego bardzo się cieszę, ponieważ bałam się, że przy takiej mamusi będzie równie ponura jak ja. Na szczęście i w tym wypadku włoskie geny zwyciężyły:). Evviva Italia!



Zdjęcia ze stadionu San Siro- tak przy okazji mistrzostw. AC Milan to moja ulubiona drużyna:).








Obsługiwane przez usługę Blogger.