Oblicza samotności

  Lato w pełni! Moje samopoczucie nadal jest na poziomie szarej jesieni, ale i tak czuję się zdecydowanie lepiej niż kilka dni temu. Przez ostatni weekend nie miałam bowiem czasu na użalanie się nad sobą, ponieważ mąż mi na to nie pozwolił. Przemierzyliśmy Genuę prawie wzdłuż i wszerz (nie polecam nikomu), testując przy okazji sprawność nowej spacerówki Gai. Spisała się bez zarzutu, czego nie można powiedzieć o moich stopach- zamieniły się w dwa wielkie i niezgrabne bąble. Muszę jednak przyznać, że spacer wpłynął na mnie kojąco, bo spojrzałam na moje trywialne problemy z perspektywy innych i uświadomiłam sobie, jak wielką jestem szczęściarą. Mam wszystko, tylko nie potrafię tego docenić!

  Lubię przyglądać się ludziom i często zdarza mi się to robić podczas moich pieszych włóczęg z kluseczką. Zastanawiam się wtedy kim są, jaka jest ich historia i czy czegoś żałują. I chociaż świat jest tak wspaniale kolorowy, to widzę wokół ogrom samotności. Codziennie o tej samej porze przechodzę obok parku, gdzie spoglądam na obrazek, który chwyta mnie za serce. Starszy pan z laską w ręku siedzi na ławce i karmi gołębie, a jego wzrok jest taki nieobecny. Jestem pewna, że za kimś tęskni i życie już dawno straciło dla niego sens. Patrzę na niego i widzę Pana P. za lat trzydzieści.

  Od czasu do czasu widuję również kobietę z dwoma psami- korpulentną o bardzo sympatycznej twarzy. Jej oczy są przepełnione smutkiem i nostalgią za czymś nieosiągalnym. Mężczyźni ją ignorują, dlatego otacza się zwierzętami. Wyraz jej twarzy mówi więcej niż tysiąc słów, bo wypisane ma na niej piętno samotności. Patrzę na nią i widzę siebie za lat trzydzieści.

  Jeśli się nie zmienię i ja w przyszłości będę zgorzkniała i zniechęcona. Przejmuję się tym, co sądzą o mnie inni, a nie ma to najmniejszego sensu, gdyż nie dogodzę każdemu. Może i mam parę kilogramów więcej, wypłowiałe odrosty czy brwi niczym Frida Kahlo (no dobra, przesadziłam), ale to nie są rzeczy, z którymi nie można sobie poradzić. Wystarczy ruszyć tyłek, wziąć się do roboty i po sprawie! Dla mojego męża i tak jestem najpiękniejsza, co jest dla mnie wręcz niewytłumaczalnym fenomenem, lecz i powodem do dumy. Moja pogoń za wiotkością przysłoniła mi wszystko i stała się obsesją, a przecież nic do szczęścia mi nie brakuje. Spojrzałam na siebie przez pryzmat dwóch samotnych osób i zrozumiałam, że jestem po prostu niewdzięczna. Wiem, że jeszcze niejeden raz będę czuła brzemię rutyny, ale postanowiłam przestać się nad tym rozczulać. Muszę stąpać twardo po ziemi, zresztą mając za męża Pana P., nie mam innego wyjścia. Wczoraj zabawił się w kura domowego i wyszła z tego mała katastrofa. Wyprał ciemne pranie razem z husteczkami higienicznymi, więc nasze bluzki przybrały śnieżnobiałą barwę. Szkoda, że nie zdążyłam uwiecznić na zdjęciu jego miny gdy wyjmował ubrania, ponieważ była naprawdę komiczna. Perfekcyjny Pan Domu (za takiego się uważa), coś zawalił, a ja od razu poczułam się lepiej:).

  Rzeczywistość znów brutalnie zapukała od drzwi. Mąż jest w pracy, scenariusz po raz kolejny zapowiada się tak samo, lecz tym razem jestem silna, bo przepełniona miłością. A życie, mimo że składa się z ciągłych przywitań i pożegnań, jest naprawdę niezwykłe. Nie zapominajmy o tym!
 
 
Obsługiwane przez usługę Blogger.