Podróż za jeden...pryszcz

  Wszyscy wiemy, że podróże kształcą. Wczorajszy wypad do Mediolanu tylko mnie w tym fakcie utwierdził. Nic co prawda nie zwiedziłam, ponieważ pojechałam do stolicy Lombardii w ściśle określonym celu- wyrobić sobie nowy paszport, ale i tak czegoś się dowiedziałam. Konsulat mieści się blisko centrum, a znaleźć parking w każdym większym włoskim mieście graniczy z cudem, więc krążyliśmy jakieś 20 minut, zanim uśmiechnęło się do nas szczęście.

  Kiedy wreszcie udało nam się zaparkować, zostawiliśmy samochód pod opieką miłego pana i biedniejsi o prawie 10 euro poszliśmy piechotą do Konsulatu. Gdy zobaczyłam urząd, byłam dosyć rozczarowana tym, jak mało jest reprezentacyjny. Skojarzył mi się z pipidówą i nawet dumnie powiewająca biało-czerwona flaga nie zamazała mojego negatywnego wrażenia. Urzędniczki tam pracujące też nie były zbyt miłe, a ich kompetencje pozostawiają wiele do życzenia. Dziewczyna, która mnie obsługiwała zachowywała się tak, jakby robiła mi łaskę, co trochę mnie denerwowało. Zawsze mam pecha i trafiam na niesympatyczne panie, mimo że ja traktuję je życzliwie. Doszłam do wniosku, że muszę zmienić taktykę i zacznę robić z siebie wielkopańską snobkę, może to przyniesie efekty. Zauważyłam, że ludzie szanują wyniosłe osoby, choć nie za bardzo rozumiem, czemu tak się dzieje. Na mnie działają jak płachta na byka i unikam ich jak mogę, bo nie znoszę przebywać w towarzystwie arogantów.

  Koniec końców nie załatwiliśmy nic, gdyż moje roztrzepanie doprowadziło do tego, że zapomniałam o starym paszporcie. Wyjechaliśmy z domu późno, ponieważ mąż jak zwykle się guzdrał, a do samochodu szłam z duszą na ramieniu. Obawiałam się, że Gaja znów zacznie wymiotywać, choć dzień wcześniej dostała środek, który poleciła nam pediatra. Lekarstwo poskutkowało i podróż upłynęła nam spokojnie, wobec czego odetchnęłam z ulgą. Dopiero gdy byliśmy już na miejscu, zdałam sobie sprawę z tego, że brakuje najważniejszej rzeczy. Przeszukiwałam rozpaczliwie torebkę i znalazłam tysiące niepotrzebnych głupot, ale paszportu oczywiście nie było. W Konsulacie wypisałam wniosek, wzięłam go ze sobą i w przyszłym tygodniu po raz kolejny czeka nas wycieczka do Mediolanu. Za wyrobienie dokumentu będę musiała zapłacić 110 euro plus opłaty manipulacyjne (pojęcia nie mam skąd się biorą), lecz koszty nie mają znaczenia. Przyzwyczaiłam się zresztą do tego, że gotówka niespecjalnie mnie kocha, aczkolwiek różne klęski już tak.

  Od paru dni walczę bowiem (niestety bezskutecznie), z ogromnym pryszczem, który wyskoczył mi po prawej stronie nosa i nie umiem go wyeliminować. Załatwiając wczoraj sprawy, odniosłam wrażenie, że urzędniczka patrzyła wyłącznie na ten przeklęty pryszcz i śmiała się ze mnie w duchu. Nie dodaje mi uroku, to prawda i jestem zła jak osa, że nie potrafię się go pozbyć. Próbowałam go usunąć na wszelkie możliwe sposoby, ale widocznie polubił mój nos i jeszcze sobie na nim posiedzi. Niby zwykły pryszcz, a nie daje mi żyć!

  Czekając na moją kolej w Konsulacie, miałam przyjemność usłyszeć dialog dwóch Polek, które rozmawiały o mnie i o Panu P. Nie wiem jak mogły przypuszczać, że w tak małym pomieszczeniu nic do mnie nie dotrze, niemniej jednak setnie się ubawiłam słuchając ich rewelacji. "Zobacz jaka ważniara"- powiedziała jedna z nich- "Ma chłopa Włocha". "A co cię tak dziwi"- odpowiedziała koleżanka- "Na pewno złapała go na dziecko"...

  Taa, podróże kształcą!




Symbol Mediolanu- Il Duomo

Obsługiwane przez usługę Blogger.