Wyszłam za mąż, odleciałam

  To już dwa lata! Tyle czasu minęło od mojego ślubu z Panem P. i choć nie jest to jakiś nieprzeciętny wynik, mimo wszystko uważam go za mój osobisty sukces. Nigdy bowiem nie przypuszczałam, że wyjdę za mąż i będę zadowolona ze statusu, który zawsze wydawał mi się mało ekscytujący- prostej kury domowej. Przed poznaniem męża wprost delektowałam się wolnością i uwielbiałam moje niezmącone żadnymi problemami życie. Myślałam wtedy, że jestem niebywałą szczęściarą, ponieważ nikt mnie nie ograniczał, a pytania o zamążpójście zbywałam krótkim: "to moja sprawa". Wiedziałam oczywiście, że kiedy przeprowadzę się do Włoch, będzie to wiązało się ze zmianą stanu cywilnego, ale o tym nie informowałam otoczenia. Oprócz paru zaufanych osób nikt nie podejrzewał, że mam narzeczonego za granicą, bo nie zwierzałam się prawie nikomu.

  W pracy plotka jednak szybko się rozeszła i na wiadomość o mojej "egzotycznej" miłości niektórzy pukali się w czoło, a jeszcze inni wyrażali wątpliwość, czy kiedykolwiek wyjadę. Byli też tacy, którzy uważali, że wymyśliłam sobie chłopaka i nie ukrywam, że bardzo mnie to wtedy ubodło. Pan P., kiedy opowiedziałam mu tą historię, chciał przyjechać do Polski, zmaterializować się przed moimi znajomymi i pokazać im, że naprawdę istnieje, lecz wyperswadowałam mu to. Jego przyjazd oznaczałby tyle, że przejmuję się tym, co myślą o mnie inni, a tego chciałam uniknąć. Poczułam się usatysfakcjonowana, gdy oznajmiłam kolegom, że wyjeżdżam, a mój wyimaginowany narzeczony od razu stał się prawdziwszy. Spakowałam walizki, wsiadłam w autokar i pojechałam, paląc za sobą niektóre mosty.

  Małżeństwo nie ograniczyło mnie tak bardzo, jak to sobie wyobrażałam, bo mój mąż nie należy do mężczyzn, którzy traktują żonę jak własność. Pan P. nie jest zaborczy, nie stawia się na piedestale i nie rozkazuje mi, co mam robić. Nasz związek jest partnerski, zresztą innego bym nie zaakceptowała, a zniewolić bym się nie pozwoliła. Nigdy nie pojmowałam kobiet, które nie robiły niczego bez zgody mężów, ponieważ w moim przekonaniu małżeństwo to nie jest więzienie, tylko wspaniała przygoda. Kiedyś stwierdziłam, że w związku, oprócz miłości i szacunku najważniejsze jest pójście na kompromis i z perspektywy czasu mogę powiedzieć tyle, że są to święte słowa. Czasem trzeba ustąpić i przyznać mężowi rację:).

  Nasz ślub był taki, jak go sobie wymarzyłam- romantyczny i dyskretny. Oprócz nas byli obecni jedynie świadkowie, a ceremonia zaślubin trwała chwilę i ulotniła się jak mgiełka. Złożyliśmy szybką przysięgę i nawet nie wymieniliśmy się obrączkami, bo we Włoszech nie wszędzie panuje ten zwyczaj. Po uroczystym obiedzie udaliśmy się na długi spacer nad brzegiem morza, gdzie założyliśmy sobie nasze obrączki. Nic się między nami nie zmieniło i nie nastąpiło żadne trzęsienie ziemi z tym małym wyjątkiem, że narzeczonego mogłam już tytułować per "mąż". Problem z przestawieniem się miałam jeszcze ładnych kilka miesięcy po ślubie, czego mąż nie potrafił zrozumieć, gdyż do niego od razu przylgnęło słowo "żona". W sferze naszych planów pozostaje ślub kościelny, na który zaprosimy już całą rodzinę. Na razie przekładamy go ze względów oczywistych- brak funduszy nas do tego zmusza. Jeszcze dużo wody w rzece upłynie, zanim zabije dla nas marsz weselny, więc nasi bliscy muszą uzbroić się w cierpliwość.

  W ubiegłą sobotę obudziłam się rano i jak zwykle poszłam do kuchni zrobić sobie kawę. Po jakimś czasie pojawił się mąż, pokręcił się po mieszkaniu i wydawało się, że to zwykły dzień. Dopiero kilka godzin później spojrzałam w kalendarz i aż mnie zamurowało. Oboje z mężem zapomnieliśmy o naszej rocznicy- naprawdę nieźle jak na drugi rok bycia oficjalnie razem. Aż się boję pomyśleć, co będzie za lat dwadzieścia! Oby do przodu, mężulu:).



 


P.S. Jak Wam się podoba moje nowe logo? Taki właśnie sobie prezent zażyczyłam:).
Obsługiwane przez usługę Blogger.