O mój Greyu (znaczy mężu)

by 19:20
 Kończy się lipiec, co nawet mnie cieszy, bo nie rozpieszczał nas w tym roku, jako że przez większość czasu lało i wiało. Przepiękne włoskie lato przegrało z szarzyzną i współczuję tym, którzy zdecydowali się na urlop w Ligurii, gdyż nie za bardzo mogli skorzystać z nadmorskich uroków natury. Pozostaje mieć nadzieję, że sierpień będzie cieplejszy i odrobinę radośniejszy, ale prognozy nie są zbyt optymistyczne. Z racji tego, że nie odwiedzimy Polski wakacje są dla mnie zwyczajnie smutne i przepełnione goryczą. Dwanaście miesięcy temu o tej porze odliczałam dni do wyjazdu i atmosfera w domu była zupełnie inna. Teraz zaś otacza mnie nuda, a podniecenie i gorączkowe oczekiwanie zastąpiła stagnacja. Jest jeszcze inna rzecz, która mnie prześladuje i męczy, mianowicie słynna małżeńska rutyna.

  Jestem dopiero dwa lata po ślubie i mimo krótkiego stażu już zdarza mi się odczuwać jej brzemię. Prędzej czy później dotknie ona każdego, choćby najbardziej zakochanego w swej połówce człowieka, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Przesiąknęłam macierzyństwem, mąż pracuje całymi dniami, toteż czasami namiętność pryska. Nic nam się nie chce i zachowujemy się jak para aseksualnych dziadów. Jeśli do tego dodać dziecko, które zaczyna wrzeszczeć dokładnie wtedy, gdy rodziców nachodzi ochota na amory, nie ma się czemu dziwić, że chemia między nami się ulotniła. Nie przechodzimy kryzysu, po prostu ogarnęła nas proza życia, która nie dodaje pikanterii żadnemu związkowi. Staliśmy się przewidywalni, a romantyczne opary rozpłynęły się gdzieś na drodze naszej małżeńskiej wędrówki.

  Niedawno czytałam wyniki pewnej ankiety, której tematem były pragnienia kobiet i większość respondentek odpowiedziała, że nie fantazjuje przed snem o partnerach lub mężach, albowiem nie ma to najmniejszego sensu. Zdecydowanie się z tym zgadzam, ponieważ nie marzy się o kimś, kto jest na wyciągnięcie ręki, prawda? Zrozumiałam zresztą, że być może tutaj tkwi błąd, więc postanowiłam zrobić najmądrzejszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy- odkurzyć swój zasiedziały byt i wykrzesać iskrę, która wciąż we mnie drzemie. Nie trzeba mieć obok siebie Greya, by poczuć nutkę perwersji, do tego wystarczy mi własny mąż. Nie ma co prawda pojęcia, kim jest Christian Grey i podejrzewam, że postać ta nie przypadnie mu do gustu, ale tym akurat najmniej się przejmuję.

  Nie jestem fanką książki, przeczytałam ją dlatego, że wszyscy o niej trąbili i dosyć się rozczarowałam, bo do arcydzieła jej bez wątpienia daleko. Uważam, że w jednym zdaniu "Anny Kareniny" jest więcej erotyzmu niż w całej trylogii o Greyu, lecz uczciwie muszę przyznać, że główny bohater ma coś w sobie. Tajemniczy, niedostępny i zboczony Christian działa na wyobraźnię kobiet, które marzą o oderwaniu się chociaż na chwilę od banalnej rzeczywistości. Zamiast chrapiącego u boku męża (mój na szczęście nie chrapie), przydałby się czasami sadystyczny miliarder, który spełniłby i najdziksze zachcianki. Tacy mężczyźni istnieją tylko na papierze i niech tak zostanie, bo nie wiem, czy dałabym radę dotrzymać kroku podobnemu indywiduum. Poza tym jestem zadowolona z Pana P., mimo że skarżę się na monotonię. Wiele jest w tym wyłącznie  mojej winy, ponieważ bycie mamą stało się dla mnie sprawą nadrzędną, jednakże postaram się to naprawić. I nie pomoże mi w tym Grey, gdyż zwiastun filmu, który obejrzałam spowodował, że odechciało mi się niebezpiecznych gierek. Aktor wcielający się w rolę Christiana niezbyt mnie porywa, a to z tej przyczyny, że ni mniej, ni więcej, przypomina mi mojego męża (a łaknęłam odmiany). Myślałam, że wybiorą jakiegoś boga seksu o zabójczym spojrzeniu, a zobaczyłam normalnego faceta, jakich wszędzie pełno. Jaki z tego płynie wniosek, drogie panie? Ano taki, że każda z nas ma przy sobie Greya, ale nie każda o tym wie:).

Cycki na cenzurowanym

by 19:41
  Doszłam do siebie. W ciągu ostatnich dwóch dni pogoda była piękna, w związku z czym spędziliśmy weekend dosyć aktywnie i odwiedziliśmy okoliczne place zabaw, których w mieście niemało. Słowo "okoliczne" jest rzecz jasna na wyrost, gdyż najbliższy raj dla malusińskich znajduje się o prawie godzinę drogi od domu, ale to jedyny minus naszych weekendowych ekspedycji. Reszta zaś okazała się samą przyjemnością, szczególnie dla Gai, która była zachwycona tym nowym i niezwykłem miejscem. Bawiła się w najlepsze, obierając sobie za obiekt kultu ślizgawkę i za żadne skarby świata nie chciała z niej zejść. Gdy zabieraliśmy się do wyjścia, mała zaczęła drzeć się wniebogłosy i trochę potrwało, zanim się uspokoiła. Oczka świeciły się jej z przejęcia, policzki miała zaróżowione, a jej kolana były czarne niczym smoła, lecz nic to. W końcu brudne dziecko to szczęśliwe dziecko.

  Brak emocji nadal mnie męczy, chociaż o wiele lżej mi na duszy i, o dziwo, również na ciele. Jakimś cudem udało mi się schudnąć trzy kilogramy, mimo że nie stosowałam żadnej drastycznej diety. Nie miałam też czasu na ćwiczenia, ale widocznie pomogły mi codziennie spacery i stres spowodowany bliższym spotkaniem z kantem stołu przez Gaję. Poza tym zaczęłem regularnie jadać na kolację tuńczyka z groszkiem i sałatą (zamiast ciężkiej pizzy czy innych świństw), więc efekty szybko stały się widoczne. Spadek wagi wpłynął na mnie niezwykle korzystnie, jednak największą radość poczułam dzięki mojemu mężowi. Pan P., choć wybuchowy, rzadko kiedy okazuje uczucia, ponieważ jest człowiekiem niespotykanie wręcz opanowanym. Wszelako i mu zdarza się czasem pokazać swoje drugie oblicze, co bardzo mi się podoba. A wszystko z powodu jakiegoś "dupka, który ośmielił się spojrzeć na mój biust" (cytat z męża). Gdy L. to zobaczył, prawie rzucił się na delikwenta i zaczął się z nim kłócić. Do rękoczynów nie doszło, gdyż nie pozwoliłabym na to, lecz reakcja męża zaimponowała mi. Nie przypuszczałam, że jest tak piekielnie zazdrosny. To, że mężczyźni gapią się na moje piersi, jest dla mnie normalne, bo się do tego przyzwyczaiłam. I nie jest to sprowokowane tym, że noszę obcisłe bluzeczki czy dekolty do samego pasa. Kolokwialnie rzecz ujmując, mam wielkie cycki.

  Nie mam z tym najmniejszego problemu i jestem dumną posiadaczką miseczki D. Natomiast kiedy byłam nastolatką, duży biust był przyczyną moich kompleksów i gdybym mogła, chętnie bym się go wtedy pozbyła. Marzyłam o tym, aby być przysłowiową deską lub choćby jakoś ukryć swój wydatny przód. Niestety nie da się zamaskować piersi, a im bardziej się próbuje, tym trudniejsza to sztuka. Okres dorastania wspominam jako koszmar, ponieważ nienawidziłam płci męskiej za to, że patrzyła mi w dekolt, aczkolwiek jeszcze gorsze okazały się moje "serdeczne" koleżanki. Na każdym kroku mi dogadywały i śmiały się ze mnie, próbując zdyskredytować mnie w oczach chłopaków. Epitety typu:"masz cyce jak donice" były na porządku dziennym, a pytania, czemu nic z tym fantem nie zrobię, dodatkowo sprawiały mi przykrość. Teraz wiem, że przyczyna takich zachowań tkwiła w zwyczajnej zazdrości, ale kilkanaście lat temu nie było to dla mnie aż tak oczywiste. Nie wstydzę się już rozmiaru biustu i moje największe przekleństwo przekształciłam w atut, a przy okazji zrozumiałam, że kobiety czasami są okrutniejsze od mężczyzn (zwłaszcza gdy mowa o przymiotach ciała). Zamiast kpić z hojnie obdarzonych przez naturę koleżanek, polecam zawistnicom udać się na konsultację do chirurga plastycznego, na pewno coś zaradzi. Duże piersi powodują też niespodziewane kłopoty, z którymi ciężko się uporać i nie chodzi mi bynajmniej o durne docinki. Zawiodły mnie raz i to paradoksalnie wtedy, kiedy ich pomocy potrzebowałam najbardziej. Nie dałam rady karmić nimi Gai i poddałam się bez walki, a fakt ten gryzie mnie nieustannie. Najwyraźniej i cycki potrzebują chwili wytchnienia:).


I tak nic nie widać!


Samotność obieżyświatki

by 20:50
  Ogarnął mnie sentymentalny nastrój. Winne temu są krople deszczu, ciężko bębniące o szybę, które wywołują u mnie napady melancholii. Tęsknię za krajem i świadomość, że jeszcze długo go nie zobaczę, coraz bardziej podcina mi skrzydła. Zastanawiam się nad ulotnością szczęścia i dochodzę do wniosku, że często wymyka mi się ono z rąk. Chciałabym mieć obok siebie rodzinę, albo chociaż wpadać do Polski minimum trzy razy w roku, lecz z różnych przyczyn to niewykonalne. Bliscy też nie kwapią się do tego, aby mnie odwiedzić, więc czasami czuję się tu jak ryba bez wody. Jako Ślązaczka z krwi i kości jestem przywiązana do korzeni, mimo że wiele razy Śląsk przeklinałam. To było jednak lata temu, gdy nie byłam pogodzona ze światem i nienawidziłam otaczającej mnie beznadziei. Marzyłam o wyrwaniu się ze śląskiej prowincji, która mnie ograniczała i przytłaczała swą brzydotą. Udało mi się to, a teraz dałabym wiele, żeby wrócić tam choćby na tydzień, zobaczyć kopalniane szyby, posłuchać gwary i naładować akumulatory. Ta męka nie potrwa długo, ale póki jest, przeważnie ględzę bez ustanku. Niebywale mi to pomaga, aczkolwiek największą ulgę odczuwam dzięki mojej ślicznej córeczce.

  Tylko Gaja potrafi zapobiec mojej tęsknocie za ojczyzną i patrząc na nią wiem, że warto było rzucić przeszłość w diabły. Ukłucia serca, które niekiedy mnie przenikają, są jedyną skazą w mym pogodnym życiu. Jestem zresztą przekonana, że będą mi towarzyszyć już zawsze i muszę nauczyć się je oswoić. Nostalgia nie wyparuje ze mnie ot tak po prostu, a wręcz przeciwnie, będzie się nasilać i zaburzać mi spokój. Nie dam się jej jednak zdominować, ponieważ jako matka nie mogę pozwolić na to, aby Kluseczka ponosiła konsekwencje mojego złego stanu ducha. Jej dzieciństwo ma być wolne od trosk, gdyż Gaja ma prawo widzieć mamę uśmiechniętą, a niekoniecznie przesiąkniętą egzystencjalnymi rozterkami. Kiedy urodziłam małą, przysięgłam sobie, że będę odpowiedzialną matką i staram się tej obietnicy dotrzymać. Czarne chmury wiszące nade mną nie zakłócają w żaden sposób szczęścia Gai i bardzo mnie to cieszy. Miewam gorsze dni, lecz dla mojego dziecka jestem w stanie i góry przenieść, bo taka siła tkwi w słowie "mama".

  Nie otaczają mnie wyłącznie zgryzoty. Od wczoraj chodzę też wściekła, a to dlatego, że nie upilnowałam Gai, która biegając po domu rąbnęła się w czoło i nabiła sobie wielkiego, fioletowego guza. Uderzyła w kant stołu kuchennego (nie jest ostry, ale to mnie nie usprawiedliwia) i nie płakała zbyt mocno, co trochę mnie uspokoiło. Niedługo po tym incydencie poszliśmy na wizytę do pediatry, a ta zapewniła nas, że w takich wypadkach im guz jest większy, tym lepiej. Gdyby nie było żadnego śladu, wtedy powinniśmy się martwić, bo zostałby wewnątrz główki. Zdaniem pani doktor mamy się przygotować na tego typu kontuzje, ponieważ nad dziećmi i tak nie da się zapanować. Może to i prawda, niemniej jednak wyrzucam sobie nieuwagę, choć w momencie zderzenia ze stołem stałam obok Gai. Poważnie rozmyślam nad zakupem mini kasku rowerowego, gdyż taka ochrona byłaby optymalnym rozwiązaniem. Ten pomysł niesamowicie rozbawił mojego męża i od rana się ze mnie nabija, lecz ja sądzę, że idea jest wyśmienita. Tak czy siak postawię na swoim, w końcu jestem kobietą, a to do czegoś zobowiązuje.

  Nawet najszczęśliwsza matka może czuć się samotna lub mieć zwykłego doła i nie jest to bynajmniej powód do wstydu. Istotną sprawą jest znaleźć lekarstwo, które pomoże uporać się z bolączkami i przetrwać cięższe chwile. Wyszła mi ta sztuka i jakoś sobie radzę, w czym olbrzymia zasługa mojej małej psotnicy. Jest jeszcze inna rzecz, dzięki której tęsknota nie przygniata mnie tak bardzo i mogę funkcjonować w normalny sposób. Przyznam się wreszcie, że i ja mam cel w prowadzeniu bloga. Piszę go dla wymiernych korzyści psychicznych, albowiem tutaj mogę wyżalić się, ile wlezie i daje mi to niesamowitą ulgę. Wirtualny papier też bywa cierpliwy, o czym niejednokrotnie się już przekonałam. Wychodzę na prostą!

A to feler, westchnął...imbir

by 19:53
  Po dłuższej przerwie do Genui znów zawitał wiatr. Od niedzieli wieje tak mocno, że lepiej nie wychodzić na zewnątrz, bowiem to dosyć ryzykowne. Okiennice huśtają się i uderzają w mury budynków, a ciemne chmury panoszące się po niebie zwiastują załamanie pogody, które podobno ma nadejść lada moment. Takie są uroki mieszkania nad morzem i chociaż zdążyłam się już do nich przyzwyczaić, to nieco denerwuje mnie fakt, że nie możemy pójść na spacer. Mam nadzieję, że do czwartku wiatr się uspokoi, ponieważ mamy zaklepaną wizytę kontrolną u pediatry i nie chciałabym korzystać ze środków transportu. Wolę iść na piechotę, mimo że przychodnia jest dosyć daleko, niemniej przechadzka wyjdzie mi na zdrowie. Poza tym w aucie ciągle się stresuję i siedzę jak na szpilkach, bo boję się, że Gaja zwymiotuje, co ostatnio często jej się zdarza. Mąż twierdzi, że nerwy mi nie pomogą i mam się odstresować, lecz jakoś nie potrafię. Nic nie poradzę, że nie jestem odporna na takie wypadki.

  A propos Gai- mała śmiga już po domu niczym błyskawica. Biega jak szalona i ani myśli o spokojnym chodzie, choć powtarzam jej bez przerwy, by stąpała powoli. Patrząc na nią, przypomina mi się Forrest Gump, który "jak gdzieś szedł, to biegł" i wygląda na to, że Kluseczka obrała sobię tą strategię za swoją. Ma również zwyczaj zakładania do gonitwy kapelusza i gdy zaczyna wędrówkę po mieszkaniu, najpierw udaje się do szafy. Otwiera ją, wyciąga dwa berety, które są w zasięgu jej rączek i każe je sobie włożyć na głowę. Latająca w dwóch kapelusikach Gaja to przeuroczy widok i kiedy na nią spoglądam, nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Jednak przede wszystkim muszę uważać, bo mała jest niesamowicie szybka i noga może jej się podwinąć w każdej chwili, a tego staram się uniknąć. Teraz już nic jej nie zatrzyma, jako że wokół jest tyle nowych rzeczy do odkrycia i jeszcze więcej psot do wykonania, które moje urwisiątko lubi najbardziej. Jest więc dobrze i tego się trzymam.

  Mąż zadziwił mnie po raz kolejny- postanowił zrobić pizzę według przepisu jego mamy, ale niestety mu nie wyszła. Miała zbyt gruby spód i przypominała ciasto drożdżowe, a kwestia smaku pozostawiała wiele do życzenia. Zjedliśmy ją wczoraj wieczorem i okazało się to dużym błędem, albowiem pizza była tak ciężka, że nic mi się nie chciało po jej konsumpcji. Mężowi natomiast zebrało się na amory (niestrawność żołądka u niego nie występuje), lecz trudno o romantyczny nastrój, gdy brzuch skacze jak piłka. Mam teraz nauczkę na przyszłość, aby nie objadać się o późnej porze, a na pizzę chwilowo nie mogę patrzeć, bo mnie zwyczajnie mdli. Pan P. nie ma daru teściowej, z czego zresztą się cieszę, inaczej wyglądałabym jak słonica, do której gabarytów i tak niebezpiecznie się zbliżam.

  W ubiegłą sobotę mąż przeszedł samego siebie. Pojechał na targ bez nas, więc dałam mu listę zakupów, ponieważ na ogół o większości rzeczy zapomina i kupuje masę zbędnych produktów. Sądziłam, że tym razem mnie nie zaskoczy, ale widocznie nie doceniłam jego pomysłowości i wyobraźni. W trakcie sprawunków zadzwonił do mnie z pytaniem, czy ma koniecznie wziąć seler, bo ten, który znalazł, miał dziwny kształt (we Włoszech dostać to warzywo graniczy prawie z cudem). Seler jak seler, zawsze jest mniej lub bardziej okrągły, toteż pomyślałam sobie, że może Makaroniarze wyhodowali jego specjalną odmianę. Mąż zatem go nabył, lecz gdy wrócił do domu, bezskutecznie szukałam korzenia w torbie. Znalazłam za to elektryczną temperówkę, którą Pan P. wypatrzył w Lidlu (i ostrzy teraz kredki jak durny przez pół dnia), no i imbir, gdyż mąż był przekonany, że to jest właśnie seler. Kiedyś naprawdę zwariuję, o ile już to się nie stało! I co ja zrobię z taką ilością imbiru?

Wybiórcza tolerancja

by 16:00
  Rutyna powróciła! Znów otacza mnie cisza i mam błogi spokój, nikt nie zakłóca już mojego rytmu dnia, a leniwe poranki są tym, czego potrzebowałam. Spoglądam na panoramę miasta i zastanawiam się, ile czasu jeszcze Genua będzie mnie przytłaczać. Nasze plany zmiany miejsca zamieszkania uzależnione są wyłącznie od męża i jego chęci do znalezienia nowego zajęcia. Jestem mu wdzięczna za wszystko, co mamy, ale zwyczajnie chciałabym przestać wiecznie targać zakupy czy spacerówkę i nie widzieć wreszcie tych przeklętych stopni. Marzę o tym, by mieć plac zabaw blisko domu, a nie parę kilometrów stąd. Schody mnie ograniczają, a kiedy mąż jedzie do pracy autem, w którym jest zapakowany wózek, musimy pożegnać się ze spacerem. Zdarza mi się być z tego powodu przygnębioną i wylewam żale mężowi, który niby mnie rozumie, lecz powtarza mi tylko: "cierpliwości". Problem w tym, że nie mam jej wcale.

  L. chodzi ostatnio rozgoryczony, jego "niemiecka energia" gdzieś wyparowała i przydarzają mu się różne wypadki. Wczoraj przez całe popołudnie nie mogłam się do niego dodzwonić, bo miał wyłączony telefon, co trochę mnie zdziwiło. Myślałam, że coś mu się stało, ponieważ jego komórka jest zawsze na chodzie, więc trochę się niepokoiłam. Niepotrzebnie, bowiem okazało się, że aparat wleciał mężowi do studzienki kanalizacyjnej, a wiadomość ta wprawiła mnie nie tylko w zdumienie, ale też i w doskonały humor. Telefon Pana P. zakończył swój żywot w szambie i do tej pory chce mi się z tego śmiać. Nie muszę dodawać, że mężuś jest załamany i boleje niepomiernie nad utratą swojego cacka.

  Pech prześladuje nas na całego i wygląda na to, że z wakacji w Polsce nici, gdyż paszport będę miała dopiero we wrześniu. W obwodzie zostaje nam co prawda Sardynia, która jest przepiękna, lecz ma jedną, niezaprzeczalną wadę. Nazywa się ona "teściowie", jako że nie jestem pewna, czy chciałabym ich ponownie zobaczyć za 3 tygodnie. Jeśli do tego dodać szaloną resztę rodziny, która by człowiekowi na głowę wlazła, gdyby mogła, tym bardziej mi się odechciewa laby na wyspie. Poza tym cenię sobie normalne żarcie, a moi teściowie mają niekonwencjonalny zwyczaj odżywiania się. Na śniadanie jedzą ciastka, do obiadu chcą dwa bochenki chleba, a kolacja w ich wykonaniu to kaloryczna uczta, składająca się z samych ciężkich potraw (pizza, lasania lub makaron). Włosi celebrują każdy posiłek i siedzą przy stole godzinami, a kiedy skończą jeść główne danie, to wcinają jeszcze owoce, warzywa, sery i jogurt. Mój teść ma ten zwyczaj, w dodatku do wszystkiego dodaje sos pomidorowy (na który chwilowo nie mogę patrzeć) i kiedy podałam raz na obiad rosół, spytał mnie, czemu nie ma w nim koncentratu z pomidorów. Bo to nie pomidorówka, kurczę:)!

  Z innej beczki- przeglądając dzisiaj internet, natknęłam się na historię otyłej dziewczyny, która poskarżyła się mediom, że Instagram usunął jej profil, gdyż pokazywała w nim swoje zdjęcia w bieliźnie. Moim zdaniem to objaw nietolerancji szefów tego portalu i osobiście podałabym ich za to do sądu. Nie przeszkadzają im zdjęcia szczupłych lasek w bikini (są ich miliony), czy wyzywające pozy gwiazd jak Rihanna lub Miley Cyrus, ale gruba nastolatka w staniku już tak. Skoro one mogą, to dlaczego ta dziewczyna już nie- czyżby była od nich gorsza? Tyle się mówi o akceptacji dla odmienności, żyjemy w śmiesznych czasach, gdzie trzeba uważać na słowa i być poprawnym politycznie, jednak dla grubej osoby nikt nie ma szacunku. Powiedz, że sprzeciwiasz się paradom równości- wyzwą cię od homofobów. Spróbuj rzec złe słówko o Zydach- jesteś antysemitą. Nie daj Boże nazwij ciemnoskórego Murzynem- przypną ci łatkę rasisty i ksenofoba. Usuń konto otyłej nastolatki- w żadnym wypadku jesteś nietolerancyjny- dbasz po prostu o dobry wizerunek firmy.

  Wiem, co znaczy cierpieć z powodu nadwagi- przez 8 lat szkoły podstawowej byłam wyśmiewana i szydzono ze mnie. Dzieci nie mają litości, bowiem nie zdawają sobie sprawy z tego, jak słowa mogą ranić. I chociaż od tamtych wydarzeń minęło już ponad 20 lat, to wspomnienia nadal mnie bolą. Przykład tej dziewczyny pokazał mi, że nic się w tej kwestii nie zmieniło i otyli zawsze będą gorsi. A przecież nie musi tak być- wystarczy polubić grubasa, a nie usuwać jego konto. Cieszę się, że nie ma mnie na Instagramie, bo z wybiórczą tolerancją i idealnym światem tego portalu nie chcę mieć nic wspólnego. Słonecznego weekendu!
 


I żeby nie być gołosłowną- mała namiastka tego, co otacza mnie ze wszech stron:).


Ja tylko piszę

by 17:27
  Znowu sami! Kilkanaście intensywnych dni minęło z szybkością błyskawicy i wszystko powróciło do uporządkowanej normy. Dom nie stoi już na głowie, a nieustanny szczebiot babci Gai sprawił, że po jej wyjeździe jestem zwyczajnie oszołomiona ciszą. Nieobecność męża nie wpłynęła negatywnie na moje relacje z teściową i jakoś udało mi się przetrwać ten szalony tydzień. Nie było źle, mimo że wiele razy musiałam gryźć się w język, aby za dużo nie chlapnąć. Mama Pana P. ma bowiem nieco odmienną wizję wychowywania Gai, więc czasami dochodziło między nami do nieporozumień. Nie mogłam zgodzić się na to, żeby Gaja rozniosła mi mieszkanie, a babcia spełniała każdą jej zachciankę  Dawała jej do zabawy sztućce, pozwalała rysować podłogę czy szaleć bez wytchnienia, toteż niejednokrotnie byłam zmuszona temperować małą, której ta beztroska oczywiście odpowiadała. Jestem przekonana, że teściowa obgada mnie teraz przed rodziną, jaka to ze mnie jest surowa matka, a nawet dopowie nieco od siebie, bo ma skłonności do konfabulacji. Jakoś to przeżyję, zresztą najważniejszy jest fakt, że dziecko mi nie zdziczało.

  Mój drogi teść przez cały czas pobytu u nas robił wyłącznie jedną rzecz- długo i namiętnie oglądał telewizję. Odzwyczaił Gaję od jej ukochanej kreskówki (Peppy Pig), gdyż patrzył tylko na wiadomości i kiedy na jednym kanale się skończyły, od razu przeskakiwał na następny. I tak w nieskończoność, ku mojej starannie skrywanej złości. Musimy koniecznie kupić nowy telewizor, ponieważ podczas następnych odwiedzin teściów nie wytrzymam tego maratonu dzienników. Przebywanie ze starszymi ludźmi jest dosyć trudne, bo mają oni swoje przyzwyczajenia, do których ciężko się dostosować. Jeśli mąż znajdzie kiedyś pracę na umiłowanej Sardynii, przenigdy nie zamieszkam z jego rodzicami, chociaż mają ogromny dom. Przyznaję bez bicia, że nie dałabym rady, tak samo jak nie wyobrażam sobie żyć pod jednym dachem z moimi staruszkami. Wolę mieć święty spokój:).

  Mężowi niemiecka wyprawa sprawiła dużo radości i wrócił do domu zadowolony oraz obładowany niczym turecki tragarz. Nakupił całą masę głupot i prezentów, wśród których wyróżniała się maselniczka z wdzięcznym napisem "butter"(po kiego mu ona?). Mam nadzieję, że jej nie stłukę, bowiem wszystko ostatnio leci mi z rąk. Pan P. ma sentyment do rzeczy przywiezionych z podróży, więc nie chciałabym go zawieść. Jakby co, zwalę na Gaję, jako że na nią raczej się nie pogniewa. Pobyt w Niemczech uświadomił mężowi, że nie ma kryzysu w jego sektorze, w związku z czym postanowił poważnie szukać nowej pracy. Na razie nie mam zamiaru tym faktem się podniecać, bo Pan P., jak to Włoch, jest w gorącej wodzie kąpany, zatem poczekam na rezultaty. Istotne jest dla mnie to, że mąż wrócił, gdyż usychałam z tęsknoty za nim. Dzisiaj co prawda zdążyliśmy się już pokłócić, rzecz jasna nie z mojej winy, ale co tam! Kto się czubi, ten się kocha, prawda?

  Na koniec chciałabym napisać o dosyć przykrej sprawie dotyczącej blogowania. Dowiedziałam się niedawno, że jestem małą blogerką i nie powinnam w ogóle odzywać się na forach. Wytłumaczcie mi proszę, co to znaczy mała lub duża blogerka- czy chodzi może o format bloga? A poważnie- już sama klasyfikacja pachnie mi dużą nietolerancją i nadęciem. Dla mnie każdy piszący bloga to po prostu bloger (choć ja sama nie lubię się tak nazywać) i na nikogo nie patrzę przez pryzmat liczby odwiedzin. Czytam wiele blogów, między innymi dwa mega popularne, lecz zaglądam do nich dlatego, że ich autorki mają lekkie pióro i potrafią naprawdę pięknie ubierać myśli w słowa (właśnie tego czasem im zazdroszczę). Nie komentuję jednak ich wpisów, ponieważ nie chcę być oskarżona o lans, nigdy też u nikogo nie zostawiam komentarzy typu: "zapraszam do siebie", ani tym bardziej nie linkuję moich postów. Nie publikuję bałwochwalczych tekstów o tym, jak mocno podziwiam Panią X i jak wspaniałą blogerką jest Pani Y, bo wolę opowiadać o moich bliskich. Nie walczę o odsłony, nie latam po sieci w poszukiwaniu weny, mam głęboko gdzieś durne afery i nie kopiuję innych mam. Ja tylko piszę. Widocznie to za mało, by móc wyrazić swoją opinię.

Mało zdolna połowica

by 14:37
  Jestem w środku chaosu. Jutro przyjeżdżają teściowie i dziś o tej porze wszystko miało być zapięte na ostatni guzik, ale jak zwykle zawaliłam. Sprzątam powoli, bez pośpiechu, mimo że robię tysiąc rzeczy naraz. Mąż już się spakował, jego walizka stoi dumnie w sypialni i gdy na nią spoglądam, ogarniają mnie wyrzuty sumienia. Jak to możliwe, że Pan P., choć pracuje i rzadko bywa w domu, jest w stanie zrobić to, co do niego należy? Wyznacza sobie cel i go realizuje, natomiast ze mnie jest daremna pani domu. Bycie kurą domową nigdy nie było szczytem moich marzeń i odkąd pamiętam uciekałam od obowiązków, które zwyczajnie mnie nudziły. Mam naturę buntowniczki i najchętniej rzuciłabym w diabły wycieranie, jednak rzecz jasna tego nie zrobię. Potrafię nad sobą panować i zmusić się do roboty, aczkolwiek przychodzi mi to z trudem. Jedno jest pewne- jeśli kiedyś zostanę milionerką (w co wątpię, lecz marzyć mi nikt nie zabroni), zatrudnię gosposię i będę miała problem z głowy.

  Gaja wyrasta na pedantkę, w czym bardzo przypomina męża. Nie tylko jest małą fotokopią tatusia, ale też ma jego charakterek. L. zżyma się i twierdzi, że to nieprawda, bowiem Kluseczka to cała mamusia, na co z kolei nie mogę przystać. Po mnie Gaja odziedziczyła ciekawość do świata, spontaniczność i nerwową ruchliwość, a po mężu całą resztę. Energia małej to zaś wyłącznie zasługa jej babci, gdyż nam ciągle jej brakuje. Coraz częściej zachowujemy się jak dwoje starych zgredów, którym nic już się nie chce. Wiecznie wynajdujemy jakieś problemy (szczególnie ja w tym bryluję) i martwimy się na zapas, a to niestety nie pomaga w pielęgnacji związku. Proza życia również nie jest naszym sprzymierzeńcem, niemniej jednak dzielnie się jej opieramy. Mam nadzieję, że całkowicie nad nami nie zapanuje.

  Często sobie myślę, że nie ma bardziej nietypowej pary niż my. Dobraliśmy się na zasadzie przeciwieństw- mąż jest precyzyjny aż do bólu, a ja nie znoszę planowania, ponieważ wiem, że i tak nic z tego mi nie wyjdzie. Na szczęście mocno odmienne temperamenty nie przeszkadzają funkcjonować naszemu małżeństwu, toteż ciągniemy z uśmiechem ten wózek. Jesteśmy różni, lecz stoimy za sobą murem, a to jest przecież najważniejsze. Mąż zdążył się przyzwyczaić do faktu, że raczej nie zostanę idealną żoną, zresztą nigdy tego ode mnie nie wymagał. To mi zachciało się być wielką damulką, chociaż prawdę mówiąc jest ze mnie zwykła wieśniara. Pan P. uważa, że przesadzam, bo rzeczone damy są według niego szalenie nudne, zatem nie mam się czym przejmować, tylko po prostu cieszyć się chwilą. Odbyliśmy na ten temat pouczającą rozmowę, która wysoce mnie rozśmieszyła, więc pozwolę sobie ją tutaj przytoczyć:

-Co byś powiedział, gdybym dokonała zmiany w moim zachowaniu? Zacznę chodzić po domu w szpilkach, przyrządzać wykwintne potrawy, będę przestrzegać zasad savoir-vivre...

(Rozmarzyłam się).

-Ty już chyba całkiem ogłupiałaś! W szpilkach po mieszkaniu, co za durny pomysł. Poniszczysz płytki i się nie wypłacimy!

(Chwila milczenia).

-A tak w ogóle co to jest ten cały sawułar coś tam? Jakaś francuska zaraza?


Do miłego poczytania!

Ujarzmić koszmary, dogonić marzenia

by 16:47
  Szybko leci to życie! Ani się obejrzałam, a lipiec nieśmiało zapukał do drzwi, przynosząc ze sobą piękną pogodę i wprawiając mnie w nader ekstatyczny nastrój. Ostatnie dni czerwca były wietrzno-pochmurne, a dziś wreszcie nadeszło lato i to pełną gębą! Rano otwarłam okno, spojrzałam na skrawek morza i pojawiające się od czasu do czasu na horyzoncie statki, malutkie niczym pudełka od zapałek. Ten piękny widok wzbudził we mnie tęsknotę za czymś nieznanym, a promienie słoneczne wyciągające do mnie ręce dodatkowo spotęgowały to uczucie. I choć wiem, że muszę zająć się prozaicznymi sprawami, to jakoś nie mogę się do nich zabrać. Zamiast szału sprzątania po raz kolejny ogarnął mnie szał pisania i nic więcej się nie liczy. Zresztą obiektywnie rzecz biorąc, mieszkanie nie jest brudne, a do soboty jeszcze trochę dni zostało, zatem się nie przejmuję. Za niedługo będę "offline", więc muszę wykorzystać na maksa to, co mi z "wolności" pozostało. Tymczasem znów miewam koszmary nocne, lecz ich bohaterem nie jest już spadający samolot.
Tym razem jest o wiele gorzej- na moich oczach ginie mój mąż i to w dodatku w dosyć brutalny sposób.

  Już dwa razy z rzędu śniło mi się, że nie wadzący nikomu Pan P., został bezlitośnie rozstrzelany przez bandę zbirów, ot tak dla jaj. Zawsze miałam dużą fantazję, ale w porównaniu z nawiedzającymi mnie snami, jest ona bardzo ograniczona. Dzieje się w nich bowiem tyle rzeczy, ile nie dzieje się nic w moim poukładanym i monotonnym życiu. Jednak mąż leżący w kałuży krwi (nawet tylko sennej), to nie jest przyjemny widok i nie życzę nikomu takich emocji. Budzę się zlana potem, myślę o wyjeździe do Niemiec i mam jak najgorsze przeczucia. L. oczywiście śmieje się ze mnie, gdyż jako osoba beznadziejnie doczesna nie wierzy w żadne gusła czy zabobony, a już bynajmniej w znaczenie snów. Stąpa twardo po ziemi, do czego i mnie namawia, chociaż to akurat wykluczone. Jestem niepoprawną marzycielką, a wyobraźnia dodaje mi skrzydeł i jest lekiem na wszystko. Natomiast koszmary senne to zupełnie inny wytwór, nie mający nic wspólnego z moimi wysublimowanymi pragnieniami. Mężowi zaś nie śni się nic i uważam to za wielką niesprawiedliwość losu. Czemu to wiecznie ja muszę przyjmować na klatę coraz to nowsze utrapienia?

  Wpadłam na niezły pomysł- namawiam Pana P. na zajęcie się polityką. Pomyślałam sobie, że na uczciwej pracy nigdy się nie dorobimy, więc trzeba zacząć kombinować. Polityk jest optymalnym rozwiązaniem, bo nie dość, że z pracą nie ma nic wspólnego, to zarabia krocie, ma autorytet (nie wiadomo dlaczego) i kupę wolnego czasu dla rodziny. Podsunęłam ten koncept mężowi, ale wyśmiał mnie i stwierdził, że prędzej zawrze pakt z diabłem, niż się zapisze do partii. Moja genialna idea nie spotkała się z jego uznaniem, mimo że sam nie jest w stanie niczego wymyślić. Musimy coś zmienić, ponieważ za chwilę pójdziemy z torbami i zwyczajnie zbankrutujemy. Gaja notorycznie niszczy smoczki i nie jesteśmy w stanie oszczędzić ani grosza. Ambitny plan męża, by zacząć proces odsmoczkowania małej spalił na panewce i wygląda na to, że jeszcze dużo wody w rzece upłynie, zanim się odzwyczai. Kluseczka kąsa namiętnie swe ukochane gryzaczki, a stan naszego konta niemiłosiernie się kurczy. Szukam zatem alternatywnych opcji (pal licho, że absurdalnych), lecz mężuś jak zwykle nie potrafi tego docenić. A później się dziwi, że bujam w obłokach!



To nie jest widok z mojego okna, to moje marzenie!


Obsługiwane przez usługę Blogger.