A to feler, westchnął...imbir

  Po dłuższej przerwie do Genui znów zawitał wiatr. Od niedzieli wieje tak mocno, że lepiej nie wychodzić na zewnątrz, bowiem to dosyć ryzykowne. Okiennice huśtają się i uderzają w mury budynków, a ciemne chmury panoszące się po niebie zwiastują załamanie pogody, które podobno ma nadejść lada moment. Takie są uroki mieszkania nad morzem i chociaż zdążyłam się już do nich przyzwyczaić, to nieco denerwuje mnie fakt, że nie możemy pójść na spacer. Mam nadzieję, że do czwartku wiatr się uspokoi, ponieważ mamy zaklepaną wizytę kontrolną u pediatry i nie chciałabym korzystać ze środków transportu. Wolę iść na piechotę, mimo że przychodnia jest dosyć daleko, niemniej przechadzka wyjdzie mi na zdrowie. Poza tym w aucie ciągle się stresuję i siedzę jak na szpilkach, bo boję się, że Gaja zwymiotuje, co ostatnio często jej się zdarza. Mąż twierdzi, że nerwy mi nie pomogą i mam się odstresować, lecz jakoś nie potrafię. Nic nie poradzę, że nie jestem odporna na takie wypadki.

  A propos Gai- mała śmiga już po domu niczym błyskawica. Biega jak szalona i ani myśli o spokojnym chodzie, choć powtarzam jej bez przerwy, by stąpała powoli. Patrząc na nią, przypomina mi się Forrest Gump, który "jak gdzieś szedł, to biegł" i wygląda na to, że Kluseczka obrała sobię tą strategię za swoją. Ma również zwyczaj zakładania do gonitwy kapelusza i gdy zaczyna wędrówkę po mieszkaniu, najpierw udaje się do szafy. Otwiera ją, wyciąga dwa berety, które są w zasięgu jej rączek i każe je sobie włożyć na głowę. Latająca w dwóch kapelusikach Gaja to przeuroczy widok i kiedy na nią spoglądam, nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Jednak przede wszystkim muszę uważać, bo mała jest niesamowicie szybka i noga może jej się podwinąć w każdej chwili, a tego staram się uniknąć. Teraz już nic jej nie zatrzyma, jako że wokół jest tyle nowych rzeczy do odkrycia i jeszcze więcej psot do wykonania, które moje urwisiątko lubi najbardziej. Jest więc dobrze i tego się trzymam.

  Mąż zadziwił mnie po raz kolejny- postanowił zrobić pizzę według przepisu jego mamy, ale niestety mu nie wyszła. Miała zbyt gruby spód i przypominała ciasto drożdżowe, a kwestia smaku pozostawiała wiele do życzenia. Zjedliśmy ją wczoraj wieczorem i okazało się to dużym błędem, albowiem pizza była tak ciężka, że nic mi się nie chciało po jej konsumpcji. Mężowi natomiast zebrało się na amory (niestrawność żołądka u niego nie występuje), lecz trudno o romantyczny nastrój, gdy brzuch skacze jak piłka. Mam teraz nauczkę na przyszłość, aby nie objadać się o późnej porze, a na pizzę chwilowo nie mogę patrzeć, bo mnie zwyczajnie mdli. Pan P. nie ma daru teściowej, z czego zresztą się cieszę, inaczej wyglądałabym jak słonica, do której gabarytów i tak niebezpiecznie się zbliżam.

  W ubiegłą sobotę mąż przeszedł samego siebie. Pojechał na targ bez nas, więc dałam mu listę zakupów, ponieważ na ogół o większości rzeczy zapomina i kupuje masę zbędnych produktów. Sądziłam, że tym razem mnie nie zaskoczy, ale widocznie nie doceniłam jego pomysłowości i wyobraźni. W trakcie sprawunków zadzwonił do mnie z pytaniem, czy ma koniecznie wziąć seler, bo ten, który znalazł, miał dziwny kształt (we Włoszech dostać to warzywo graniczy prawie z cudem). Seler jak seler, zawsze jest mniej lub bardziej okrągły, toteż pomyślałam sobie, że może Makaroniarze wyhodowali jego specjalną odmianę. Mąż zatem go nabył, lecz gdy wrócił do domu, bezskutecznie szukałam korzenia w torbie. Znalazłam za to elektryczną temperówkę, którą Pan P. wypatrzył w Lidlu (i ostrzy teraz kredki jak durny przez pół dnia), no i imbir, gdyż mąż był przekonany, że to jest właśnie seler. Kiedyś naprawdę zwariuję, o ile już to się nie stało! I co ja zrobię z taką ilością imbiru?
Obsługiwane przez usługę Blogger.