O mój Greyu (znaczy mężu)

 Kończy się lipiec, co nawet mnie cieszy, bo nie rozpieszczał nas w tym roku, jako że przez większość czasu lało i wiało. Przepiękne włoskie lato przegrało z szarzyzną i współczuję tym, którzy zdecydowali się na urlop w Ligurii, gdyż nie za bardzo mogli skorzystać z nadmorskich uroków natury. Pozostaje mieć nadzieję, że sierpień będzie cieplejszy i odrobinę radośniejszy, ale prognozy nie są zbyt optymistyczne. Z racji tego, że nie odwiedzimy Polski wakacje są dla mnie zwyczajnie smutne i przepełnione goryczą. Dwanaście miesięcy temu o tej porze odliczałam dni do wyjazdu i atmosfera w domu była zupełnie inna. Teraz zaś otacza mnie nuda, a podniecenie i gorączkowe oczekiwanie zastąpiła stagnacja. Jest jeszcze inna rzecz, która mnie prześladuje i męczy, mianowicie słynna małżeńska rutyna.

  Jestem dopiero dwa lata po ślubie i mimo krótkiego stażu już zdarza mi się odczuwać jej brzemię. Prędzej czy później dotknie ona każdego, choćby najbardziej zakochanego w swej połówce człowieka, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Przesiąknęłam macierzyństwem, mąż pracuje całymi dniami, toteż czasami namiętność pryska. Nic nam się nie chce i zachowujemy się jak para aseksualnych dziadów. Jeśli do tego dodać dziecko, które zaczyna wrzeszczeć dokładnie wtedy, gdy rodziców nachodzi ochota na amory, nie ma się czemu dziwić, że chemia między nami się ulotniła. Nie przechodzimy kryzysu, po prostu ogarnęła nas proza życia, która nie dodaje pikanterii żadnemu związkowi. Staliśmy się przewidywalni, a romantyczne opary rozpłynęły się gdzieś na drodze naszej małżeńskiej wędrówki.

  Niedawno czytałam wyniki pewnej ankiety, której tematem były pragnienia kobiet i większość respondentek odpowiedziała, że nie fantazjuje przed snem o partnerach lub mężach, albowiem nie ma to najmniejszego sensu. Zdecydowanie się z tym zgadzam, ponieważ nie marzy się o kimś, kto jest na wyciągnięcie ręki, prawda? Zrozumiałam zresztą, że być może tutaj tkwi błąd, więc postanowiłam zrobić najmądrzejszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy- odkurzyć swój zasiedziały byt i wykrzesać iskrę, która wciąż we mnie drzemie. Nie trzeba mieć obok siebie Greya, by poczuć nutkę perwersji, do tego wystarczy mi własny mąż. Nie ma co prawda pojęcia, kim jest Christian Grey i podejrzewam, że postać ta nie przypadnie mu do gustu, ale tym akurat najmniej się przejmuję.

  Nie jestem fanką książki, przeczytałam ją dlatego, że wszyscy o niej trąbili i dosyć się rozczarowałam, bo do arcydzieła jej bez wątpienia daleko. Uważam, że w jednym zdaniu "Anny Kareniny" jest więcej erotyzmu niż w całej trylogii o Greyu, lecz uczciwie muszę przyznać, że główny bohater ma coś w sobie. Tajemniczy, niedostępny i zboczony Christian działa na wyobraźnię kobiet, które marzą o oderwaniu się chociaż na chwilę od banalnej rzeczywistości. Zamiast chrapiącego u boku męża (mój na szczęście nie chrapie), przydałby się czasami sadystyczny miliarder, który spełniłby i najdziksze zachcianki. Tacy mężczyźni istnieją tylko na papierze i niech tak zostanie, bo nie wiem, czy dałabym radę dotrzymać kroku podobnemu indywiduum. Poza tym jestem zadowolona z Pana P., mimo że skarżę się na monotonię. Wiele jest w tym wyłącznie  mojej winy, ponieważ bycie mamą stało się dla mnie sprawą nadrzędną, jednakże postaram się to naprawić. I nie pomoże mi w tym Grey, gdyż zwiastun filmu, który obejrzałam spowodował, że odechciało mi się niebezpiecznych gierek. Aktor wcielający się w rolę Christiana niezbyt mnie porywa, a to z tej przyczyny, że ni mniej, ni więcej, przypomina mi mojego męża (a łaknęłam odmiany). Myślałam, że wybiorą jakiegoś boga seksu o zabójczym spojrzeniu, a zobaczyłam normalnego faceta, jakich wszędzie pełno. Jaki z tego płynie wniosek, drogie panie? Ano taki, że każda z nas ma przy sobie Greya, ale nie każda o tym wie:).
Obsługiwane przez usługę Blogger.