Samotność obieżyświatki

  Ogarnął mnie sentymentalny nastrój. Winne temu są krople deszczu, ciężko bębniące o szybę, które wywołują u mnie napady melancholii. Tęsknię za krajem i świadomość, że jeszcze długo go nie zobaczę, coraz bardziej podcina mi skrzydła. Zastanawiam się nad ulotnością szczęścia i dochodzę do wniosku, że często wymyka mi się ono z rąk. Chciałabym mieć obok siebie rodzinę, albo chociaż wpadać do Polski minimum trzy razy w roku, lecz z różnych przyczyn to niewykonalne. Bliscy też nie kwapią się do tego, aby mnie odwiedzić, więc czasami czuję się tu jak ryba bez wody. Jako Ślązaczka z krwi i kości jestem przywiązana do korzeni, mimo że wiele razy Śląsk przeklinałam. To było jednak lata temu, gdy nie byłam pogodzona ze światem i nienawidziłam otaczającej mnie beznadziei. Marzyłam o wyrwaniu się ze śląskiej prowincji, która mnie ograniczała i przytłaczała swą brzydotą. Udało mi się to, a teraz dałabym wiele, żeby wrócić tam choćby na tydzień, zobaczyć kopalniane szyby, posłuchać gwary i naładować akumulatory. Ta męka nie potrwa długo, ale póki jest, przeważnie ględzę bez ustanku. Niebywale mi to pomaga, aczkolwiek największą ulgę odczuwam dzięki mojej ślicznej córeczce.

  Tylko Gaja potrafi zapobiec mojej tęsknocie za ojczyzną i patrząc na nią wiem, że warto było rzucić przeszłość w diabły. Ukłucia serca, które niekiedy mnie przenikają, są jedyną skazą w mym pogodnym życiu. Jestem zresztą przekonana, że będą mi towarzyszyć już zawsze i muszę nauczyć się je oswoić. Nostalgia nie wyparuje ze mnie ot tak po prostu, a wręcz przeciwnie, będzie się nasilać i zaburzać mi spokój. Nie dam się jej jednak zdominować, ponieważ jako matka nie mogę pozwolić na to, aby Kluseczka ponosiła konsekwencje mojego złego stanu ducha. Jej dzieciństwo ma być wolne od trosk, gdyż Gaja ma prawo widzieć mamę uśmiechniętą, a niekoniecznie przesiąkniętą egzystencjalnymi rozterkami. Kiedy urodziłam małą, przysięgłam sobie, że będę odpowiedzialną matką i staram się tej obietnicy dotrzymać. Czarne chmury wiszące nade mną nie zakłócają w żaden sposób szczęścia Gai i bardzo mnie to cieszy. Miewam gorsze dni, lecz dla mojego dziecka jestem w stanie i góry przenieść, bo taka siła tkwi w słowie "mama".

  Nie otaczają mnie wyłącznie zgryzoty. Od wczoraj chodzę też wściekła, a to dlatego, że nie upilnowałam Gai, która biegając po domu rąbnęła się w czoło i nabiła sobie wielkiego, fioletowego guza. Uderzyła w kant stołu kuchennego (nie jest ostry, ale to mnie nie usprawiedliwia) i nie płakała zbyt mocno, co trochę mnie uspokoiło. Niedługo po tym incydencie poszliśmy na wizytę do pediatry, a ta zapewniła nas, że w takich wypadkach im guz jest większy, tym lepiej. Gdyby nie było żadnego śladu, wtedy powinniśmy się martwić, bo zostałby wewnątrz główki. Zdaniem pani doktor mamy się przygotować na tego typu kontuzje, ponieważ nad dziećmi i tak nie da się zapanować. Może to i prawda, niemniej jednak wyrzucam sobie nieuwagę, choć w momencie zderzenia ze stołem stałam obok Gai. Poważnie rozmyślam nad zakupem mini kasku rowerowego, gdyż taka ochrona byłaby optymalnym rozwiązaniem. Ten pomysł niesamowicie rozbawił mojego męża i od rana się ze mnie nabija, lecz ja sądzę, że idea jest wyśmienita. Tak czy siak postawię na swoim, w końcu jestem kobietą, a to do czegoś zobowiązuje.

  Nawet najszczęśliwsza matka może czuć się samotna lub mieć zwykłego doła i nie jest to bynajmniej powód do wstydu. Istotną sprawą jest znaleźć lekarstwo, które pomoże uporać się z bolączkami i przetrwać cięższe chwile. Wyszła mi ta sztuka i jakoś sobie radzę, w czym olbrzymia zasługa mojej małej psotnicy. Jest jeszcze inna rzecz, dzięki której tęsknota nie przygniata mnie tak bardzo i mogę funkcjonować w normalny sposób. Przyznam się wreszcie, że i ja mam cel w prowadzeniu bloga. Piszę go dla wymiernych korzyści psychicznych, albowiem tutaj mogę wyżalić się, ile wlezie i daje mi to niesamowitą ulgę. Wirtualny papier też bywa cierpliwy, o czym niejednokrotnie się już przekonałam. Wychodzę na prostą!
Obsługiwane przez usługę Blogger.