Ujarzmić koszmary, dogonić marzenia

  Szybko leci to życie! Ani się obejrzałam, a lipiec nieśmiało zapukał do drzwi, przynosząc ze sobą piękną pogodę i wprawiając mnie w nader ekstatyczny nastrój. Ostatnie dni czerwca były wietrzno-pochmurne, a dziś wreszcie nadeszło lato i to pełną gębą! Rano otwarłam okno, spojrzałam na skrawek morza i pojawiające się od czasu do czasu na horyzoncie statki, malutkie niczym pudełka od zapałek. Ten piękny widok wzbudził we mnie tęsknotę za czymś nieznanym, a promienie słoneczne wyciągające do mnie ręce dodatkowo spotęgowały to uczucie. I choć wiem, że muszę zająć się prozaicznymi sprawami, to jakoś nie mogę się do nich zabrać. Zamiast szału sprzątania po raz kolejny ogarnął mnie szał pisania i nic więcej się nie liczy. Zresztą obiektywnie rzecz biorąc, mieszkanie nie jest brudne, a do soboty jeszcze trochę dni zostało, zatem się nie przejmuję. Za niedługo będę "offline", więc muszę wykorzystać na maksa to, co mi z "wolności" pozostało. Tymczasem znów miewam koszmary nocne, lecz ich bohaterem nie jest już spadający samolot.
Tym razem jest o wiele gorzej- na moich oczach ginie mój mąż i to w dodatku w dosyć brutalny sposób.

  Już dwa razy z rzędu śniło mi się, że nie wadzący nikomu Pan P., został bezlitośnie rozstrzelany przez bandę zbirów, ot tak dla jaj. Zawsze miałam dużą fantazję, ale w porównaniu z nawiedzającymi mnie snami, jest ona bardzo ograniczona. Dzieje się w nich bowiem tyle rzeczy, ile nie dzieje się nic w moim poukładanym i monotonnym życiu. Jednak mąż leżący w kałuży krwi (nawet tylko sennej), to nie jest przyjemny widok i nie życzę nikomu takich emocji. Budzę się zlana potem, myślę o wyjeździe do Niemiec i mam jak najgorsze przeczucia. L. oczywiście śmieje się ze mnie, gdyż jako osoba beznadziejnie doczesna nie wierzy w żadne gusła czy zabobony, a już bynajmniej w znaczenie snów. Stąpa twardo po ziemi, do czego i mnie namawia, chociaż to akurat wykluczone. Jestem niepoprawną marzycielką, a wyobraźnia dodaje mi skrzydeł i jest lekiem na wszystko. Natomiast koszmary senne to zupełnie inny wytwór, nie mający nic wspólnego z moimi wysublimowanymi pragnieniami. Mężowi zaś nie śni się nic i uważam to za wielką niesprawiedliwość losu. Czemu to wiecznie ja muszę przyjmować na klatę coraz to nowsze utrapienia?

  Wpadłam na niezły pomysł- namawiam Pana P. na zajęcie się polityką. Pomyślałam sobie, że na uczciwej pracy nigdy się nie dorobimy, więc trzeba zacząć kombinować. Polityk jest optymalnym rozwiązaniem, bo nie dość, że z pracą nie ma nic wspólnego, to zarabia krocie, ma autorytet (nie wiadomo dlaczego) i kupę wolnego czasu dla rodziny. Podsunęłam ten koncept mężowi, ale wyśmiał mnie i stwierdził, że prędzej zawrze pakt z diabłem, niż się zapisze do partii. Moja genialna idea nie spotkała się z jego uznaniem, mimo że sam nie jest w stanie niczego wymyślić. Musimy coś zmienić, ponieważ za chwilę pójdziemy z torbami i zwyczajnie zbankrutujemy. Gaja notorycznie niszczy smoczki i nie jesteśmy w stanie oszczędzić ani grosza. Ambitny plan męża, by zacząć proces odsmoczkowania małej spalił na panewce i wygląda na to, że jeszcze dużo wody w rzece upłynie, zanim się odzwyczai. Kluseczka kąsa namiętnie swe ukochane gryzaczki, a stan naszego konta niemiłosiernie się kurczy. Szukam zatem alternatywnych opcji (pal licho, że absurdalnych), lecz mężuś jak zwykle nie potrafi tego docenić. A później się dziwi, że bujam w obłokach!



To nie jest widok z mojego okna, to moje marzenie!


Obsługiwane przez usługę Blogger.