10 razy na tak

by 20:05
Witam Was, moi drodzy!

  Autorka bloga była tak miła (choć do tej pory głowię się dlaczego) i udostępniła mi swoje wirtualne cztery kąty, abym nakreślił Wam parę słów o sobie samym. Tak, tak, wiem co teraz pomyślicie- taki mały, a taki narcyz, już mu się autobiografii zachciało. Przeczytajcie jednak, o czym chcę opowiedzieć, będę Wam za to ogromnie wdzięczny! Obiecuję się streszczać i nie przynudzać, przynajmniej taką mam nadzieję. Nazywam się Olek Spadło, skończyłem dwa lata i mama mówi o mnie, że jestem małym wojownikiem. Powiem Wam w sekrecie, że od urodzenia toczę walkę o zdrowie, mam bowiem tylko połówkę serduszka. Jest co prawda szansa na jego naprawę, lecz żeby tak się stało, muszę zebrać potrzebną kwotę i pojechać do Münster w Niemczech, bo obiecali tam ze mną zrobić porządek. Chciałbym opisać Wam, czemu powinienem się znaleźć w owym Münster, a wyłożę to w punktach, ponieważ podobno niezły ze mnie skuprulant...wróć, mamusia mi podpowiada, że pisze się skrupulant. Ciężkie jest to bazgranie, no ale skoro się tego podjąłem, to muszę dociągnąć jakoś ten wózek do końca. Jestem przecież prawdziwym mężczyzną, a co!
  
  A zatem moi kochani, oto powody, dla których chciałbym pojechać do Münster:

1. Moim marzeniem jest zostać profesjonalnym piłkarzem, więc muszę być kompletnie zdrowy i przejść przez te wszystkie medyczne testy i inne badania. Oglądam czasem wraz z tatusiem grę naszej reprezentacji i załamuję ręce, dlatego postanowiłem, że gdy dorosnę, przywrócę blask naszej kadrze narodowej. Będę lepszy od Cristiano Ronaldo, ale nie zamierzam używać tyle lakieru do włosów, bo mojej mamusi na pewno by się to nie spodobało!

2. Na wypadek kontuzji mam inną opcję kariery zawodowej- chcę pracować w NASA! Zostać zdobywcą kosmosu- to by było coś! Czasem patrzę sobie na filmy o tej tematyce i przyznam szczerze, że jestem wniebowzięty. Jednak żeby być kosmonautą, również trzeba mieć końskie zdrowie!

3. Uwielbiam latać samolotami, to takie ekscytujące. Mama obiecała mi, że jeśli polecimy do Münster, będziemy siedzieć przy oknie. Lubię patrzeć w niebo, a z perspektywy samolotu wydaje się, że chmury są na wyciągnięcie ręki. Kojarzą mi się one z gigantyczną watą cukrową i chętnie bym zatopił w nich ząbki. Nie mogę się doczekać naszej kolejnej podróży!

4. Jestem mały i wszyscy wołają na mnie Olek. Za 20 lat będę już duży i wtedy przestanę być Olkiem, a zostanę Aleksandrem- to tak dostojnie brzmi. Czasem wołam na siebie w myślach "Aleksander" i bardzo lubię to moje poważniejsze imię. Kiedy będę dorosły, ...lecz czy będę? Wierzę, że tak!

5. Niby mogę robić to, co inne dzieci, ale przeszkadza mi fakt, że wszyscy mnie tak pilnują. Dziewczyny się patrzą, jedna ładniejsza od drugiej, więc muszę być silny i niezależny. Nie mam pojęcia, jak o tym powiedzieć mamie, z tatą też jeszcze nie wypada gadać o kobietach...W telewizji mówili, że "baby są jakieś inne" i cały czas zastanawiam się, co z nimi jest nie tak? Ja nic do nich nie mam!

6. Oby tego punktu nie przeczytała mama, bo nawet nie przypuszcza, że jestem fanem sportów ekstremalnych! Skoczyć ze spadochronem lub na bandżi (ratunku, nie mam pojęcia czy poprawnie napisałem), albo chociaż kierowcą rajdowym zostać. Mam wiele pomysłów i chciałbym większość z nich w przyszłości zrealizować, ale na razie ogranicza mnie moje chore serduszko. Nie poddaję się, nie mogę!

7. Słyszałem, że małe dzieci szybko uczą się języków, także będę miał możliwość przyswoić niemiecki. Teraz jest wielka konkurencja na rynku pracy, a jak będę znał jeden język więcej, szansa na ciepłą posadkę wzrośnie:). Postaram się słuchać doktorów oraz pielęgniarek i kiedy wrócę, będę gadał po niemiecku tak samo poprawnie jak po polsku!

8. Lubię podróżować, poznawać inne kraje i ludzi. Mama uważa, że jestem małym globtroterem, ale nie jestem pewny, co to może oznaczać. Jak pojadę do Münster, będę chyba jeszcze większym globtroterem (uff, stukałem ten wyraz na klawiaturze pół godziny)!

9. Mam już dość tej niepewności. Tylko w Münster mogą mi pomóc, no więc co stoi na przeszkodzie? Nie kapuję tych materialnych zawirowań, bo są one dla mnie zbyt skomplikowane. Jedziemy!

10. A teraz będzie całkiem na poważnie. Jestem mały, ale dużo widzę i rozumiem. Moi rodzice, gdy jesteśmy razem, są zawsze radośni i zadowoleni. Jednak kiedy śpię (zdarza mi się udawać), mamusia czasami płacze z bezradności, gdyż boi się o mnie. Nie chcę, żeby mamusia była smutna z mojego powodu, nie zasługuje na to. Kocham moich rodziców najbardziej na świecie i pragnę, by byli zawsze uśmiechnięci. Dla mamy i tatusia jestem gotów na wszystko!


Miało być w skrócie, lecz trochę mnie poniosło:). Jestem bardzo szczęśliwy, że mogłem podzielić się z Wami moim krótkim życiorysem. Mam nadzieję, że moja historia ma jeszcze miliony niezapisanych kartek!

Dziękuję za uwagę.

P.S. Oczywiście tekst pisała mi mama,  ja tylko jej dyktowałem, ale tego na pewno się domyśliliście:).

Olek!

Chcesz się przyłączyć? Nie ma sprawy, oto pomocne linki:
http://www.siepomaga.pl/f/corinfantis/c/1614
https://www.facebook.com/OlekSpadlo?fref=ts
https://www.facebook.com/events/525880400877026/





Chłopaki nie płaczą

by 19:59
  Każdy z nas ma jakiegoś trupa w szafie, a pod fasadą idealnego życia często kryje się ludzki dramat. Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć historię rodziny tylko z pozoru doskonałej, a tak naprawdę przez lata przeżywającej piekło na ziemi. Poznajcie historię rodziny R.

  Państwo R. mieli wszystko- pieniądze, pozycję społeczną, duży dom z ogrodem i trójkę ślicznych dzieciaków- dwóch chłopców i dziewczynkę. Pan R. był cenionym chirurgiem, jego piękna żona zajmowała się dziećmi i chyba nie było nikogo, kto by im nie zazdrościł. Do przystojnego pana doktora wzdychały kobiety, atrakcyjna doktorowa była ozdobą przyjęć, a ich grzeczne potomstwo stawiano za wzór. Jedynie garstkę osób dziwiło to, że pani R. rzadko się uśmiechała, ale mało kto się tym przejmował. Przyczynę jej zatroskanej twarzy tłumaczono pracoholizmem męża i nikt nie przypuszczał, że pani R. może mieć problemy. Tymczasem od wielu lat doktorowa zakładała na twarz maskę, ponieważ nie chciała, aby świat zobaczył jej łzy i dowiedział się, że coś jest nie tak. Paniczny strach nie pozwalał jej przyznać się do tego, że dzieli życie z tyranem, który bije ją regularnie, a dzieci tresuje niczym cyrkowe zwierzęta. Nikomu do głowy nie przyszło, że wspaniały i szarmancki doktor to prawdziwy despota, a jego ulubioną zabawą jest dręczenie swych maluchów i okładanie żony z chirurgiczną (a jakże) precyzją.

  Doktor R. bijąc dzieci nie używał rąk. Wolał pasek, chociaż jeszcze bardziej odpowiadała mu szpicruta, odziedziczona po dziadku. Pan R. nie znosił łez- grzmocąc synów powtarzał im do znudzenia, że "chłopaki nie płaczą". Doktor był przekonany, że w ten sposób nauczy ich męskości i nie wyrosną z nich, jak to określał, płaczliwe baby. Wyrzuty sumienia u niego nie występowały i nie wzruszał się nawet wtedy, gdy jego siedmioletnia córeczka krzyczała: "przestań tatusiu", widząc zakrwawionych braci. Doktor córkę bił mniej niż chłopców, za to szkolił ją niemal wojskowo, kazał jej kucać godzinami w kącie i nie pozwalał na żadne zabawy. Kiedyś przy obiedzie, gdy nie chciała dokończyć obiadu, zmusił ją do tego, żeby zjadła to, co zostało na talerzu. Córka wykonała rozkaz, jednak po chwili zwymiotowała wszystko na podłogę, a ojciec nie znoszącym sprzeciwu głosem polecił zjeść małej z ziemi jej własne wymioty. Dziewczynka połykała je wymieszane ze łzami, nie ośmielając się sprzeciwić ojcu psychopacie. Później doktor beztrosko tłumaczył kolegom z pracy, że jego najdroższa córeczka miała niestrawność żołądkową i z tego powodu niedawno nie chodziła do szkoły.

  Mijały lata, a koszmar rodziny trwał. Piękna pani doktorowa zamieniła się w strzęp człowieka i zakończyła swe udręki, połykając opakowanie środków nasennych, które ukradła z kliniki męża. Pani R. uodporniła się na fizyczny ból, ale nie mogła poradzić sobie z tym, że zawaliła jako matka i nie potrafiła uchronić dzieci przed ich ojcem katem. Po tej tragedii doktor stał się całkowicie nieobliczalny, lecz nie przewidział jednego- jego własna broń obróciła się przeciw niemu. Synowie nie byli już niewinnymi chłopcami, tylko dwudziestoletnimi siłaczami, a pragnienie zemsty potęgowało się w nich z każdym dniem coraz mocniej. Do tej pory powstrzymywali się przed użyciem siły wyłącznie dlatego, że prosiła o to ich matka, ale gdy jej zabrakło, załatwili sprawę po męsku. Poszli do gabinetu ojca, wzięli jego ukochaną szpicrutę i zapłacili mu z nawiązką za życie pełne upokorzeń. "Obyś zdechnął jak najszybciej"- to były ostatnie słowa, jakie pan R. usłyszał od swoich dzieci.

   Dziś doktor R. jest jowialnym staruszkiem, poruszającym się z trudnością na wózku inwalidzkim. Mieszka w swej ogromnej posiadłości razem z opiekunką, która jest jedyną towarzyszką jego gorzkiej starości. Synów nie widział od kilkunastu lat, zaś o córce wie tyle, że jest mamą trójki chłopców i przebywa na antypodach. Codziennie myśli o żonie i o dzieciach, tęsknota zżera go bardziej niż choroba, a zwiędłe policzki doktora ciągle są mokre od łez...

Być jak Corleone, kląć jak Polak

by 15:37
  Trudno to zaakceptować, ale sierpień jest jeszcze gorszy niż lipiec, zatem upływa pod znakiem deszczu i siedzenia w domu. Mieliśmy zostać zdobywcami Ligurii, lecz o tym możemy jedynie pomarzyć, bowiem na razie odkrywamy wyłącznie naszą starą kanapę. Na domiar tego komary skutecznie uprzykrzają mi życie i chętnie bym rzuciła na te paskudy jakiś urok. Dzięki bezpośredniej ingerencji tych miłych owadów, na moim ciele można znaleźć miniaturową wersję Wielkiej Niedźwiedzicy, czy nawet mapę Włoch, a ulubionym zajęciem mamy stało się rozdrapywanie śladów i przeklinanie ich autorek. Coś trzeba robić, inaczej na pewno bym zwariowała, jednak na szczęście nie omijają nas zabawne przygody.

  Kilka dni temu zostaliśmy mimowolnymi oblatywaczami knajp na naszym osiedlu, ale bynajmniej nie dlatego, że zachciało nam się alkoholu. Znaleźliśmy na chodniku nowiutki model smartfona, a że wyświetlało się na nim nazwisko właściciela, postanowiliśmy go odszukać. Pan P. wpadł na genialny pomysł, żeby odwiedzić okoliczne knajpy i popytać tutejszy "element", czy może przypadkiem nie zna pechowca od telefonu. Na ulicy mieści się pięć barów, więc po raz pierwszy, odkąd tu mieszkamy, zaznajomiliśmy się z ich wnętrzem, a także poniekąd z klientelą. Z racji wrodzonego wstydu nie odzywałam się wcale, za to mąż beblał jak potłuczony i musiałam go szturchać, aby zakończył swe przydługie wywody, bo nie miałam zamiaru wracać do domu późną nocą. Nasze detektewistyczne zapędy nie przyniosły żadnego skutku, toteż wynieśliśmy się z barów jak niepyszni zastanawiając się po drodze, co z tym fantem zrobić. Z pomocą przyszedł nam niezawodny facebook- namierzyliśmy właściciela i wysłaliśmy mu wiadomość o zaginionym telefonie. Następnego dnia rano zaaferowany chłopak pojawił się u nas po odbiór zguby, wylewnie przy tym dziękując i prawie całując nas po rękach. Wszystko skończyło się dobrze, a ja wraz z Panem P. jesteśmy teraz lokalnymi vipami, gdyż bywalcy knajp z daleka kłaniają nam się w pas. Mężowi bardzo podoba się ta rola, wobec czego pęka z dumy, jakby co najmniej burmistrzem został i nosi się niczym miejscowy Don Corleone. Jaka "rodzina", taki "ojciec chrzestny" można by rzec...

  Chciałam ostatnio zmotywować męża do działania, więc opowiedziałam mu historię pewnego Włocha, który przyjechał do Polski goły i wesoły oraz bez znajomości choćby jednego słowa, a mimo to zrobił karierę. Nasz późniejszy dialog wyglądał mniej więcej tak:

-W porównaniu do twojego rodaka masz wielką przewagę! Nie jechałbyś w ciemno, bo mamy się gdzie zatrzymać, co jeść, a ponadto umiesz przeklinać po polsku, czyli coś tam wiesz!

Na to mąż odpowiedział:

-Racja, że też o tym wcześniej nie pomyślałem! Pójdę na rozmowę kwalifikacyjną do poważnej firmy, powiem: "ku... mać" i od razu mnie zatrudnią. Wyborna idea, naprawdę!

Chyba faktycznie trochę się zagalopowałam:).

Matka (prawie) na medal

by 17:02
  Napiszę Wam coś naprawdę odkrywczego- matki też mają gorsze dni! Przeglądam sobie internet i widzę same optymistyczne treści typu- wystarczy się uśmiechnąć i wszystko stanie się prostsze. Bla, bla, bla, czasami zwyczajnie "rzygam tęczą" (choć nie znoszę tego określenia), czytając niektóre artykuły. Nie jestem żadną nad-kobietą tudzież supermamą, mimo że kocham moje dziecko ponad życie. Popełniam jednak błędy, które również uczą macierzyństwa, bywam zmęczona (oj bywam), a rutyna doprowadza mnie niemal do szaleństwa. I co z tego? Nic, bowiem liczne wady nie dyskwalifikują mnie z wyścigu o miano dobrej matki.

  Nie lubię niczego robić na siłę, ani zakładać maski i przyklejać na twarz sztuczny uśmiech, ponieważ tak wypada. "Masz dziecko, więc nie możesz się smucić"- to zdanie obiło mi się niedawno o uszy, lecz nie sądzę, aby miało wiele wspólnego z prawdą. Wręcz przeciwnie, z racji tego, że jestem matką, zdarza mi się być smutną. Martwię się o przyszłość Gai, o jej  zdrowie i o masę innych rzeczy, na które nie mam wpływu. Chciałabym, żeby była zawsze szczęśliwa, choć zdaję sobie sprawę z faktu, że nie uchronię jej przed zawiścią czy złością ludzką. Dzisiejszy świat jest niestety tak skonstruowany, że trzeba mieć twardą skorupę, a wrażliwość schować głęboko do kieszeni. Pomimo to mam nadzieję, że jako zodiakalny Skorpion Gaja nie da sobie w kaszę dmuchać i poradzi sobie w życiu lepiej niż jej mama.

  Kluseczka wprowadziła do mojego jałowego istnienia morze miłości i dzięki niej odgrywam najważniejszą dla mnie rolę- matki. Nie ma nic bardziej stymulującego, a Gaja jest promyczkiem słońca, który oświetla mój codzienny byt. Tysiące razy zadawałam sobie pytanie, jak mogłam przetrwać tyle lat bez mojej małej bestyjki i nie znajduję na nie odpowiedzi. Na własnej skórze przekonałam się, że pojawienie się dziecka zmienia dosłownie wszystko i to rzecz jasna na lepsze. Gdybym nie miała Gai, wciąż byłabym zblazowaną singielką, snującą się jak duch po mieszkaniu, ewentualnie biegającą po galeriach handlowych dla zabicia czasu. Dzięki małej żyję pełną gębą, chociaż nieobce mi są momenty zadumy.

  Oglądałam niedawno wywiad z pewnymi celebrytkami i niezbyt mi się on spodobał, ponieważ z ich słów wynikało, że bycie mamą to strata czasu i tylko kariera gwarantuje spełnienie. A idźcie w cholerę, drogie panie! Nie znoszę takich pustych sformułowań, gdyż mijają się one z prawdą i są wysoce niesprawiedliwe. Można być matką, pracownicą, kucharką, sprzątaczką, a nawet (jeśli któraś chce) kochanką i czerpać moc oraz satysfakcję z całości. Nie ma co zwalać na dzieci i obwiniać je o niepowodzenia, bo autorkami naszych porażek jesteśmy my same. Macierzyństwo jest wspaniałą sprawą- daje szkołę życia (i to darmową), wyzbywa egoizmu, uczy cierpliwości, a nade wszystko pozwala zrozumieć, czym jest bezwarunkowa miłość. Ciężkie chwile natomiast to normalna rzecz, a przyznawanie się do słabości w moim odczuciu jest siłą i właśnie dlatego nie wstydzę się powiedzieć, że czasem jest mi źle. Mama z obrazka to nie ja!
 

Naleśnikowy klops, zakupowy asekurant

by 14:55
  Ponury mam dzisiaj nastrój, chociaż pogoda wreszcie wyszła na prostą, a promienie słoneczne wpadające do mieszkania odrobinę poprawiły mi humor. Lato w tym roku obfituje w nadmiar niskich temperatur, więc wakacje są takie sobie. Zdążyłam już wielokrotnie żałować naszej decyzji o nie popłynięciu promem na Sardynię, ponieważ bez urlopu człowiek czuje się zdołowany. Tak, wiem, jestem kurą domową, jednakże bezrobotnej osobie też należy się psychiczny odpoczynek od codziennej rutyny. Dwa tygodnie bez stania przy garach i sprzątania niewątpliwie wyszłoby mi na dobre. Nie wkładam serca w to, co robię i przydarzają mi się ostatnio same kulinarne wpadki oraz kuchenne katastrofy, które nie wiedzieć czemu, powodują uśmiech na twarzy mojego męża, jakby się było z czego śmiać.

  Z powodu chaosu i ogólnego rozstrojenia stałam się nieuważna i najprostsza potrawa, jaką są krokiety, okazała się dla mnie prawie nie do przeskoczenia. Naleśniki wyszły mi grube jak denka od słoików, mimo że przeważnie robię je z zamkniętymi oczami, a o farszu do nich wolę nie wspominać, gdyż chyba dodałam do nich cyjanek. Na szczęście Pan P. nigdy nie kaprysi i zje wszystko, co ugotuję, nawet jeśli nie jest to arcydzieło gastronomiczne. Poza tym przyjęliśmy filozofię (o ile tak można rzec), że w naszym domu jedzenia się nie wyrzuca, zatem siłą rzeczy konsumujemy większość zapasów. Zasada ta dotyczy tylko mnie i męża, bowiem Gaja jest za mała i naturalnie zdarza jej się coś wypluć czy upuścić, z czego chętnie korzysta, ku rozpaczy mamusi. Karmienie małej jest dosyć trudne i bardzo bym chciała, żeby zaczęła normalnie jeść, lecz najwidoczniej nie przyszedł na to jeszcze czas.

  Wczoraj byliśmy na pierwszych jesiennych zakupach. Nowe kolekcje kuszą do wydawania pieniędzy, jednak niektóre ceny po prostu zwalają z nóg. Przechodząc obok markowych butików, zobaczyłam na jednej z wystaw przepiękną sukienkę, ale jej koszt już tak piękny nie był. 1800 euro- mogę zapomnieć o kiecce, bo z pensji męża raczej nie uda mi się jej kupić. Zresztą według Pana P. w każdym ubraniu wyglądam jak milion dolarów (zwariował na stare lata) i nie potrzebuję drogich ciuchów, żeby dostojnie się prezentować. Tymczasem zdarza mi się marzyć o wypchanym koncie i maratonach sklepowych od zmierzchu do świtu, aczkolwiek tylko czasami. Zazwyczaj nie zawracam sobie głowy takimi drobiazgami, wszelako jestem kobietą i miewam gorsze chwile. Z mężem zaś nie znoszę robić zakupów, ponieważ zwyczajnie mnie denerwuje i wyprowadza z równowagi.

  Jak to jest, że na pytanie kobiety, w czym jej najlepiej, mężczyzna zawsze odpowiada: "we wszystkim"? Bo tak najbezpieczniej. Pan P. nie jest wyjątkiem i obrał podobną strategię. Twierdzi, że podobam mu się w czymkolwiek i nie może mi doradzić, kiedy mam dylemat, w co się ubrać lub jaki ciuch kupić. Nienawidzę tej postawy! Asekurant z niego i tyle. On sam w kwestii ubioru nikogo nie słucha i gdyby czasem nie mój zdecydowany sprzeciw, wyglądałby jak pajac. Dla niego odzież musi być przede wszystkim praktyczna i użyteczna, a reszta nie ma znaczenia. Uważa również, że będzie nosił ubrania do całkowitego zużycia, albowiem są ważniejsze sprawy niż zakupy i przejmowanie się modą. Niby tak, lecz w dzisiejszych czasach wygląd ma znaczenie fundamentalne i trzeba mieć parę bluzek na zmianę. Udaje mi się raz na ruski rok namówić mojego krąbrnego męża na shopping i mam wielką uciechę, gdy wybieram rzeczy dla naszej trójki. Mąż co prawda czasem kręci nosem na mój wybór, ale przeważnie zgadza się potulnie na wszystko i grzecznie płaci. Dobrze wie, że z żoną na zakupach lepiej nie zadzierać!



Nowa nazwa, stara ja

by 17:21
  Dziś będzie krótko i na temat. Zmieniłam nazwę bloga. Odtąd nosi on nazwę mamakluseczki.blogspot.com i pod tym adresem go znajdziecie. Nie będę podawała powodów, dla których to uczyniłam, ale mam nadzieję, że nadal będziecie mnie odwiedzać. Z historii moich wpisów zniknął też jeden post (bardzo dla mnie ważny), ponieważ nie przewidziałam pewnych konsekwencji, więc muszę zapłacić za moją lekkomyślność. Dlatego właśnie od dzisiaj funkcjonuję w nowym wydaniu, lecz jest to jedyna modyfikacja na stronie. Wszystko inne pozostanie bez zmian i wkrótce zawitam do Was z nowym postem. Pozdrawiam czytających moje wypociny!

Mama kluseczki:).

Kilka słów o...słowach

by 17:35
  Drugi raz, odkąd mieszkam w Genui, nad miastem przeszła trąba powietrzna, a jej możliwości mogliśmy podziwiać wczoraj z okna naszej kuchni i całe szczęście, że tylko stamtąd. Patrząc na to pogodowe zjawisko pomyślałam sobie, że w moim życiu przydałaby się właśnie taka trąba, która zdmuchnęłaby moje kompleksy i przepędziłaby je w cztery diabły. Jest ich zbyt wiele i nie wygląda na to, żeby kiedykolwiek udało mi się z nimi wygrać, bo nadzwyczajniej na świecie nie jest to proste. Łatwo powiedzieć: "pokochaj siebie", trudniej zaś wykonać, szczególnie ja mam z tym kłopot i to niemały. Lata walki z demonami przeszłości zrobiły swoje, a poza tym nadal spotykam osoby, które skutecznie potrafią sprowadzić mnie do nizin, nawet jeśli robią to wirtualnie, a nie twarzą w twarz. Nieważne, ponieważ boli tak samo.

  Nie muszę nikogo przekonywać, że słowa mogą ranić mocniej niż gesty, dlatego zawsze staram się uważać na to, co mówię. Nie jestem złośliwa i nie lubię dokuczać innym, więc często zdarza mi się gryźć się w język, aby nie powiedzieć parę słów za dużo. Mnie natomiast rzadko się oszczędza, a że wrażliwości mi nie brakuje, tym bardziej wszystko biorę do siebie. Tak było i tym razem, gdy niewinne z pozoru zdanie po raz kolejny okazało się brzemienne w skutkach dla autorki bloga. Rozmawiałam, pisząc na fejsie z moją dobrą koleżanką, z którą dawno nie miałam kontaktu, wobec tego trochę sobie poplotkowałyśmy. Znajoma chciała zobaczyć Gaję, bo nie miała jeszcze okazji jej widzieć, zatem była ciekawa, jak prezentuje się Kluseczka. Nie publikuję fotek córeczki, gdyż podjęłam wraz z mężem decyzję, że Gaja ma czas na debiut w wirtualnym świecie. Nawiasem mówiąc, nigdy przedtem nie byliśmy tak jednomyślni w naszym postanowieniu.

  Kiedy posłałam zdjęcie małej, spodziewałam się miłych słów, bowiem Kluseczka podoba się wszystkim bez wyjątku, taki jej urok. I owszem, w stronę małej popłynęły komplementy, natomiast mi koleżanka wbiła szpilę, gdyż nadmiar serdeczności widocznie nie był w stanie przejść jej przez klawiaturę. "No, no, nie przypuszczałam, że akurat ty będziesz miała tak śliczną córeczkę"- gdy to przeczytałam, poczułam się jak najbrzydsza kobieta pod słońcem. "Akurat ty"- dwa słowa, które zrobiły wielką różnicę w jednym, niewinnym z pozoru zdaniu. Nie powinnam się przejmować takimi złośliwościami, lecz zwyczajnie jest mi ciężko. Znajoma zawsze była uszczypliwa i niestety się nie zmieniła, a jej charakter zamiast ewoluować w dobrą stronę, stał się po prostu parszywy i chamski. Nie wiem, czy sprawiło jej to satysfakcję, lecz mąż stwierdził, że mam olać wariatkę i chyba nie mam innego wyjścia. Doszłam też do wniosku, że zacznę lepiej dobierać sobie przyjaciół, nie tylko na facebooku, ale przede wszystkim w życiu. Chwasty trzeba wyrywać, a ja chcę się otaczać wyłącznie radością i nie mam siły wiecznie przyjmować ciosów na klatę. Następnym razem postaram się odpowiedzieć na inwektywy i przestanę się cenzurować, być może przyniesie to wymierne efekty. Sympatia i życzliwość na nikim już wrażenia nie robią, lepiej więc być wrednym. Szkoda słów na słowa!





Majtkowa afera, koncepcja od zera

by 15:43
  Wypadki chodzą po ludziach, szczególnie mnie kochają miłością wyjątkową, lecz oczywiście nieodwzajemnioną. Zawsze to mi się coś przytrafia (jakby nie mogło mężowi) i do tej pory rumienię się ze wstydu na samo wspomnienie ostatniej wpadki. A wszystkiemu winien jest przeklęty wiatr, który od początku tygodnia wieje z całej siły i przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. Takie są uroki życia nad morzem i trzeba się po prostu z nimi oswoić, bo nie ma się innego wyjścia. Jednak wtorkowy wyczyn spowodował, że miałam ochotę zebrać manatki, wynieść się stąd najdalej, jak się da i już nigdy więcej nie wrócić.

  Jedynym plusem silnie dmącego wiatru jest ten, że pranie bardzo szybko się suszy, więc pralka chodzi w domu na okrągło, a sama latam na balkon jak durna. Parę dni temu zdejmowałam nasze szmatki, ale zrobiłam to niestety tak nieopatrznie, że parę moich majtek zdmuchnął zdradziecki wiatr. Zamiast w koszyku, wylądowały na głowie najbardziej obleśnego z sąsiadów, a ściślej mówiąc na jego postępującej łysinie. Typek wychodził z klatki schodowej i trafił go cios w postaci mojej bielizny, a ja, zawstydzona niczym panienka szybko uciekłam do domu. Przekonałam męża (choć nie było to łatwe), aby udał się po zgubę, ponieważ za żadne skarby świata bym po nią nie poszła. Pan P. wrócił wielce rozbawiony i streścił mi rozmowę z pechowym sąsiadem, który podobno wcale się nie rozgniewał z powodu zaistniałej sytuacji. Unikam teraz gościa, jak mogę, mimo to wiecznie się na niego natykam, zaś mąż, jak to on, wciąż ze mnie drwi (to się nazywa podpora małżeńska). Przestałam ściągać pranie, przynajmniej do czasu, gdy ktoś wyłączy wiatr, tymczasem zupełnie się na to nie zanosi. Północne Włochy opanowała jesień i prognozy grzmią wszem i wobec, że mamy się jeszcze nie nastawiać na ciepło. Naprawdę fajowo jest mieszkać w słonecznej Italii, która pozostała słoneczna wyłącznie z nazwy.

  Rozważamy opcję przeprowadzki do Polski lub gdziekolwiek indziej. Doszliśmy do wniosku, że tutaj nie dorobimy się niczego (chyba że żylaków), wobec tego koniecznie musimy coś zmienić. Chcemy dać Gai niezapomniane dzieciństwo i pragniemy stworzyć dla niej ostoję w postaci domu, lecz we Włoszech jest to niemożliwe. Stopa życia jest wysoka, natomiast zarobki są takie sobie i nie pozwalają na zrealizowanie naszych marzeń. Nie twierdzę, że mąż powinien zarabiać krocie, bo jest nie wiadomo kim, ale nie po to studiował prawie 10 lat, by teraz nie dostać nawet umowy na stałe. Jego studia doktoranckie były ciężkie, ponieważ dały mu lekcję wytrwałości i próby charakteru, której ja na pewno nie przetrwałabym. W trakcie doktoratu firma sponsorująca męża wycofała stypendium (przez kryzys) i bez skrupułów zostawiła go na lodzie. Ponad rok L. musiał żyć praktycznie o chlebie i wodzie, aby tylko dokończyć studia, co udało mu się dzięki pomocy rodziny. Obronił doktorat mimo przeciwieństw losu, naiwnie sądząc, że przeszkody na krętej drodze jego kariery zaprocentują w przyszłości. Tak się jednak nie stało, dlatego nieśmiało myślimy o radykalnej zmianie. Gdyby tak rzucić wszystko w cholerę i zacząć od początku? Czy jesteśmy na tyle przebojowi, żeby zdecydować się na tak drastyczny krok? Do odważnych świat należy, zatem...

Chłopcy z placu zabaw

by 17:07
  Mężowski urlop zaczął się na dobre, zatem pogoda postanowiła się popsuć. Mieliśmy dzisiaj rozpocząć nasze podróże małe i duże, ale na razie musimy je odłożyć. Zawsze, gdy coś planujemy, deszcz krzyżuje nam szyki i doprowadza mnie przez to do szału. Liguria jest naprawdę piękna, więc chciałam ponownie zachłysnąć się jej urokiem, lecz pozostało mi obejść się smakiem. Oby słońce jak najszybciej wyjrzało zza chmur, bo zwyczajnie nie chce mi się siedzieć w domu.

  Wraz z mężem funkcjonujemy dosyć poprawnie, choć zazwyczaj polemizujemy na różne tematy, kiedy L. ma urlop. Czepia się bowiem wszystkiego, czym bardzo mnie wkurza, toteż chcąc, nie chcąc, często się kłócimy. W weekend nie było okazji do sprzeczek, ponieważ większość czasu spędziliśmy poza domem, szalejąc z Gają na placu zabaw. Kluseczka uwielbia tam przebywać i bynajmniej nie krępują jej inne dzieci. Podchodzi do nich, gestykuluje i rozmawia na swój sposób, a nawet dotyka swych małych kolegów. Wygląda na to, że córeczka nie będzie nieśmiała, co osobiście mnie cieszy, gdyż odważne osoby mają w życiu łatwiej. Wiem o tym z autopsji, bo wstyd wielokrotnie przeszkadzał mi w relacjach międzyludzkich, a i zawodowo zaprzepaściłam mnóstwo okazji. Na rozmowach kwalifikacyjnych byłam zbyt onieśmielona, dlatego wypadałam kiepsko, aczkolwiek i nerwy grały bezbłędnie swoją rolę. Cóż, pozostaje mi współczuć potencjalnym pracodawcom, którzy nie chcieli mnie zatrudnić (a była ich niestety masa), jako że utracili niezłego pracownika:).

  Plac zabaw jest rozległy i znajdują się na nim nie tylko huśtawki czy ślizgawki, ale również boisko, stoły do gry w ping-ponga, a także ogromna karuzela (taka jak w wesołym miasteczku). Większe dzieci też mają tam raj, mimo to ich obecność w miejscu przeznaczonym dla najmłodszych trochę zbulwersowała Pana P. Dwóch wyrostków usiadło na ślizgawce, zaczęło śpiewać sprośne piosenki i rzucać kamieniami gdzie popadnie, a my byliśmy zmuszeni się przenieść. Nie zdążyliśmy zwrócić im uwagi, gdyż zrobiła to inna mama i w zamian za to dostała solidny opieprz od opiekunów nastolatków. Okazało się, że są oni niepełnosprawni umysłowo, więc ich zachowanie można wytłumaczyć, lecz wychowawcy powinni byli zareagować na to, że kamienie poszły w ruch. Co by się stało, gdyby trafili w głowę jakiegoś malucha? Od tego właśnie są dorośli, żeby powiedzieć im, czego nie mogą robić. Integracja chorych psychicznie ze zdrowymi jest dobrą rzeczą, niemniej jednak pozwalanie im na wszystko nie jest słusznym rozwiązaniem, przynajmniej w moim odczuciu. Czy można przymknąć oko na wybryki tylko dlatego, że agresor nie jest zdrowy? Opiekun nastolatków stwierdził, że są oni nieszkodliwi, natomiast ja uważam, że kamienie w ich rękach były niebezpieczne i o to przede wszystkim chodziło, lecz wychowawcy jakoś się tym nie przejęli. Kobieta, która powiedziała nastolatkom parę zdań do słuchu, została oskarżona o nietolerancję. Niesłusznie, ponieważ każda matka pragnie chronić swoje dziecko przed zagrożeniem, chyba nietrudno to pojąć!


Na dokładkę parę zdjęć z Akwarium w Genui, które zamierzamy odwiedzić po raz setny, ale pierwszy raz z Gają. Dzieci wchodzą tam za darmo, więc trzeba korzystać:).















Morze psot i krwawa miazga

by 17:08
  Dni mijają, są do siebie bliźniaczo podobne i niczym nie zaskakują. Od miesięcy robię to samo i trochę się irytuję, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, kto odpowiada za ten stan rzeczy. Oczywiście ja, bowiem nie potrafię cieszyć się drobiastkami i nie doceniam tego, co mam. A mam naprawdę dużo, ponieważ miłość i szczęście to bezcenne uczucia, których nie można kupić za żadne pieniądze. Najwidoczniej proza życia przyćmiła mi umysł i dlatego ciągle narzekam. Czas wreszcie wziąć się w garść, ruszyć dupskiem i wykorzystać na maksa miejsce mojego zamieszkania. Będzie zresztą ku temu okazja, gdyż od poniedziałku mąż ma wolne, więc mam nadzieję pozwiedzać dalsze zakątki Ligurii. Na razie obserwuję wzmożony ruch na klatce schodowej, bo znowu mamy nowych sąsiadów. Jedni odchodzą, inni przychodzą, a zostają tylko desperaci, czyli właśnie my, jak to żartobliwie określam.

  Gaja nadaje jak katarynka. Rozumie oba języki, powtarza słówka, lecz szybciej przyswaja język ojczysty tatusia. Ostatnio zaś, oglądając Peppę, wymówiła za nią "dzień dobry" po francusku (bonjour), czym byliśmy naturalnie zachwyceni. Pan P. od razu stwierdził, że z małej wyrośnie poliglotka, ale mnie zadowoli wtedy, jeśli nauczy się poprawnie polskiego. Im więcej języków pozna, tym lepiej, wszelako teraz priorytety mamy dwa i bynajmniej nie jest to francuski. W ustach Gai "bonjour" zabrzmiało jak "o-żur", który chętnie bym zjadła, bo uwielbiam żurek śląski. Od jakiegoś czasu usiłuję wytłumaczyć mężowi, co to jest za zupa, jednak nie udaje mi się ta sztuka. Nie ma wyrazu "żur" w języku włoskim i nikt tu nie słyszał o takiej potrawie. Biedni Włosi, nie wiedzą ile tracą.

  Kluseczka to mała buntowniczka. Nie chce siedzieć w wózku, być prowadzona za rączkę też sobie nie życzy i wyrywa mi się z całej siły. Jest niezależna i próbuje wszystko robić sama, a gdy mówię jej, żeby dała mi rękę, ucieka i nie ma zamiaru mnie słuchać. Krzyczy "no" i drepcze dzielnie obok, a ja wzruszam się patrząc na idącą radośnie Gaję. Dopiero niedawno przynieśliśmy ją ze szpitala do domu, a dzisiaj biega już jak szalona. Jej sandałki stoją dumnie koło naszych butów, a mieszkanie roi się od zabawek i gadżetów dla dzieci. Dzięki pojawieniu się małej wszystko nabrało rumieńców, dziwne jest więc to, że wiecznie psioczę na monotonię. Z córeczką nuda jest wykluczona i codziennie zaskakuje nowymi pomysłami, a te nierzadko przyprawiają mnie o porządny stres oraz ból głowy.

  Od niedawna Gaja zaczęła wreszcie korzystać z nocnika, aczkolwiek nie tak, jakby sobie tego życzyła jej mamusia. Do tej pory trzymała w nim grzebyki, a wczoraj posłużył jej jako garnek. Udało jej się zwinąć z koszyka na warzywa pomidory, które wrzuciła właśnie do nocnika i beztrosko je rozpłaszczyła. Kiedy zobaczyłam, że ma czerwone palce i patrzy na nie z obrzydzeniem, przeraziłam się. Sądziłam, że to krew, lecz gdy zajrzałam w głąb nocnika, wszystko stało się jasne. Planowałam zrobić sałatkę z pomidorów na kolację, ale została z nich krwawa miazga, toteż mąż musiał zadowolić się tylko ziemniakami i mięsem. Historia z tomatami bardzo mu się spodobała, choć następny figiel Gai już tak śmieszny nie był. Otworzyła krem do opalania i zwyczajnie go opróżniła, zapewniając mi kupę roboty. Włożyłam ją do kojca, żeby posprzątać w spokoju pomidorowo-kremowe pobojowisko, a córeczka i tam zdążyła nabroić. Pomalowała nóżki czarnym długopiem, zniszczyła jedną z książeczek i zasnęła, bo widocznie zmęczyła ją ta ilość psot. Jakby nie patrzeć, znalazłam lekarstwo na chwilowy marazm, zatem psoć mała, psoć!

Paląca potrzeba (pseudo) mam

by 15:47
  Nowy miesiąc nie przyniósł ze sobą oczekiwanej poprawy pogody, a na domiar tego zaczął się dla mnie dosyć niepokojąco. Ten, kto pisze scenariusz mojego życia za  kluczowe obrał sobie słowo "stres", nie może być inaczej. Jestem nim przepełniona i nie wiem, czy kiedykolwiek się uspokoję, ponieważ na razie się na to nie zanosi. Byliśmy z Gają na kontroli stawu biodrowego i wszystko okazało się w porządku, lecz doktora zdziwiło to, że mała zaczęła chodzić samodzielnie dopiero miesiąc temu, więc zalecił badanie neurologiczne. Nie mam pojęcia, z czym to się je i prawie odchodzę od zmysłów. Mąż twierdzi, że niepotrzebnie, bo gdyby z Gają było coś nie tak, już dawno byśmy zauważyli. Niby tak, aczkolwiek ból głowy, który gnębi mnie od wczoraj, jakoś nie chce ustąpić. Takie wiadomości są dla mnie ciężkie do strawienia i nie mogę myśleć o niczym innym. Dobrze chociaż, że szpital w Genui jest najlepszym ośrodkiem dziecięcym w całej Italii i leczą w nim wybitni specjaliści. Niejeden raz czytałam, jakie mamy problemy z opieką medyczną w Polsce i cieszę się, że nie muszę tego oczuwać na własnej skórze. Doktorzy tutaj są przyjaźnie nastawieni do małych pacjentów, a w stosunku do ich mam bywają też szarmanccy, co bardzo mi się podoba. To zresztą jedyny plus naszych szpitalnych przygód, gdyż o całej reszcie wolałabym jak najszybciej zapomnieć.

  Po raz ostatni odwiedziłam szpital równo rok temu i nic się tam przez ten czas nie zmieniło. Tak jak i kiedyś, tak i teraz, przechodząc obok oddziału dla ciężarnych, zauważyłam grupkę przyszłych mam, bez skrępowania palących papierosy. Nie ukrywam, że ten widok wzbudził we mnie obrzydzenie, bo jestem zdeklarowaną przeciwniczką palenia. Zadbali o to moje rodzice, którzy kopcili jak smoki i zapewnili mi zadymione dzieciństwo, a ja z powodu ich bezmyśności stałam się bierną palaczką. Dziś podobno ludzie są w tej kwestii uświadomieni, a mimo to palą gdzie chcą i nawet na patologii ciąży szerzy się patologia. Szczerze współczuję maluszkom, które nie pojawiły się jeszcze na świecie, a już muszą wdychać to świństwo. Nie rozumiem takiego postępowania, ponieważ macierzyństwo to przede wszystkim odpowiedzialność i trzeba dbać o dziecko nie od chwili, gdy zostaje się matką, ale od momentu, gdy dowiadujemy się o ciąży. Argumenty, że trudno jest rzucić palenie, są moim zdaniem wygodną wymówką i bynajmniej mnie nie przekonują. Osobiście byłoby mi wstyd palić, gdybym była w odmiennym stanie i na pewno nie robiłabym tego w miejscu publicznym. Na terenie szpitala palenie jest zresztą wzbronione, ale widocznie zakaz ten nie obowiązuje ciężarnych. Jeżeliby to ode mnie zależało, wprowadziłabym surowe restrykcje i zakazałabym palenia dosłownie wszędzie. Z palaczami trzeba walczyć radykalnymi metodami, inaczej nigdy nic do nich nie dotrze.

  Jeden z naszych sąsiadów ma manię palenia na klatce schodowej, mimo że ciągle go upominam, by przestał. Według niego nie powinnam mu wcale zwracać uwagi, bowiem jest dorosły i dobrze wie, co robi. Pewnie, że tak i nie chodzi mi wcale o tego typa, lecz na zdrowiu mojej córeczki zależy mi bardzo. Gdy schodzę na spacer, prawie zawsze powietrze jest przesiąknięte dymem, które musi wdychać Gaja, bo jakiś dupek nie stosuje się do przepisów. Co to za różnica zapalić dwie minuty później po wyjściu z klatki? Oczywiście żadna, ale na złość innym zrobić trzeba, a że przy okazji truje się dziecko, to akurat najmniej obchodzi tego palanta. Palacze to najwięksi egoiści, jakich znam- myślą tylko o sobie i dodatkowo czują się pokrzywdzeni przez los (ciekawe z jakiej racji). Kiedy przyjechałam do Italii, byłam pewna, że ludzie palą tu mniej, lecz niestety zmieniłam zdanie. Chyba jedynym rozwiązaniem jest zamieszkanie na prywatnej wyspie, innego wyjścia nie widzę. Ileż można walczyć z wiatrakami? Wkurzam się, że to mnie traktuje się jak wroga publicznego kiedy ośmielę się komuś powiedzieć, żeby nie kopcił w obecności mojego dziecka. Denerwują mnie ludzie, którzy nie widzą nic poza końcem swojego nosa i nie rozumieją, że nie chcę być bierną palaczką. Nie akceptuję kobiet w odmiennym stanie z papierosem w ustach i zwyczajnie je potępiam. Zdarzyło mi się kiedyś spytać dziewczynę w ciąży, dlaczego pali, a ta odpowiedziała mi, że życie jest zbyt ciężkie, więc musi sobie ulżyć. Szkoda tylko, że jej ulga dla dziecka jest już wyłącznie męką.
Obsługiwane przez usługę Blogger.