Być jak Corleone, kląć jak Polak

  Trudno to zaakceptować, ale sierpień jest jeszcze gorszy niż lipiec, zatem upływa pod znakiem deszczu i siedzenia w domu. Mieliśmy zostać zdobywcami Ligurii, lecz o tym możemy jedynie pomarzyć, bowiem na razie odkrywamy wyłącznie naszą starą kanapę. Na domiar tego komary skutecznie uprzykrzają mi życie i chętnie bym rzuciła na te paskudy jakiś urok. Dzięki bezpośredniej ingerencji tych miłych owadów, na moim ciele można znaleźć miniaturową wersję Wielkiej Niedźwiedzicy, czy nawet mapę Włoch, a ulubionym zajęciem mamy stało się rozdrapywanie śladów i przeklinanie ich autorek. Coś trzeba robić, inaczej na pewno bym zwariowała, jednak na szczęście nie omijają nas zabawne przygody.

  Kilka dni temu zostaliśmy mimowolnymi oblatywaczami knajp na naszym osiedlu, ale bynajmniej nie dlatego, że zachciało nam się alkoholu. Znaleźliśmy na chodniku nowiutki model smartfona, a że wyświetlało się na nim nazwisko właściciela, postanowiliśmy go odszukać. Pan P. wpadł na genialny pomysł, żeby odwiedzić okoliczne knajpy i popytać tutejszy "element", czy może przypadkiem nie zna pechowca od telefonu. Na ulicy mieści się pięć barów, więc po raz pierwszy, odkąd tu mieszkamy, zaznajomiliśmy się z ich wnętrzem, a także poniekąd z klientelą. Z racji wrodzonego wstydu nie odzywałam się wcale, za to mąż beblał jak potłuczony i musiałam go szturchać, aby zakończył swe przydługie wywody, bo nie miałam zamiaru wracać do domu późną nocą. Nasze detektewistyczne zapędy nie przyniosły żadnego skutku, toteż wynieśliśmy się z barów jak niepyszni zastanawiając się po drodze, co z tym fantem zrobić. Z pomocą przyszedł nam niezawodny facebook- namierzyliśmy właściciela i wysłaliśmy mu wiadomość o zaginionym telefonie. Następnego dnia rano zaaferowany chłopak pojawił się u nas po odbiór zguby, wylewnie przy tym dziękując i prawie całując nas po rękach. Wszystko skończyło się dobrze, a ja wraz z Panem P. jesteśmy teraz lokalnymi vipami, gdyż bywalcy knajp z daleka kłaniają nam się w pas. Mężowi bardzo podoba się ta rola, wobec czego pęka z dumy, jakby co najmniej burmistrzem został i nosi się niczym miejscowy Don Corleone. Jaka "rodzina", taki "ojciec chrzestny" można by rzec...

  Chciałam ostatnio zmotywować męża do działania, więc opowiedziałam mu historię pewnego Włocha, który przyjechał do Polski goły i wesoły oraz bez znajomości choćby jednego słowa, a mimo to zrobił karierę. Nasz późniejszy dialog wyglądał mniej więcej tak:

-W porównaniu do twojego rodaka masz wielką przewagę! Nie jechałbyś w ciemno, bo mamy się gdzie zatrzymać, co jeść, a ponadto umiesz przeklinać po polsku, czyli coś tam wiesz!

Na to mąż odpowiedział:

-Racja, że też o tym wcześniej nie pomyślałem! Pójdę na rozmowę kwalifikacyjną do poważnej firmy, powiem: "ku... mać" i od razu mnie zatrudnią. Wyborna idea, naprawdę!

Chyba faktycznie trochę się zagalopowałam:).
Obsługiwane przez usługę Blogger.